70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Już nie jestem szlachcicem

Groby, dużo jednakowych grobów. W śniegu. Pomniki odlewane. Pewnie to było wtedy modne, a i tańsze od prawdziwych rzeźb – takich, co to mają w miastach. Najwidoczniej nie żyli tu zbyt zamożni ludzie. A może po prostu nie widzieli różnicy?

Dzisiaj te niby-rzeźby muszą udawać, że są poważnymi pomnikami przeszłości. Figury Chrystusa, Marii, czasem całej Świętej Rodziny. Czuwają osamotnione na ogrodzonych siatką cmentarzach. Napisy widać tylko co poniektóre: Taraszewicz Bylińska, Cmajło Kulczycka, Bandriwski de Nowosiliec. Ziemia skostniała, tak jak oczy starszych, z którymi rozmawiamy. Tych, którzy pamiętają bogactwo swoich przedwojennych ojców.

Wielka Bylina to była bogata wieś. Przed wojną ponad dwa tysiące ludzi. „Jedźcie do Byliny, tam sama szlachta! Tylko do Wielkiej Byliny, bo w Małej Bylince same chłopy.” Mała Bylina jest za to ładna i w przeciwieństwie do Wielkiej zamieszkała. Jest dziewiąta rano, zimno. Godzinę temu się rozjaśniło. Podjechałyśmy małym autobusem dowożącym pracowników do pracy przy wydobyciu ropy[1]. Mijamy złomowisko maszyn rolniczych i wojskowych. Mijamy domy, których proporcje zdradzają, że w przeszłości były kryte strzechą – wszystkie puste. W oknie jednego z nich, za poszarpanymi pajęczynami, stoi figurka Matki Boskiej. Gdzie indziej, przez brudne szyby, widać zastygłe meble i obrazy, nad którymi wisi wyszywany ręcznik, rusznyk. Zawsze w tym samym otoczeniu: oleodruki w drewnianej ramie, po lewej Matka Boska, po prawej Chrystus, na środku Zwiastowanie, albo ikona – nad nią właśnie rusznyk. O, jest też człowiek. Mężczyzna, nabiera wodę ze studni. Wygląda na skacowanego, ma pewnie z 40 lat. Pytamy o drogę do sołtysa. „Do silskiej hołowy, to priamo, potim na prawo.” Trafiamy. Na miejscu oglądamy spis mieszkańców: „Patrzcie! Rocznik siedemdziesiąty drugi, a pisze się z przydomkiem! By–liń–ski Ta–ra–sewicz. To ja!” – mówi sołtys. Wybuchamy śmiechem: „Możemy zrobić zdjęcie tak młodemu szlachcicowi?” Taras częstuje nas kawą, czekoladą i koniakiem. I zostaje naszym przewodnikiem po Bylinie. Dzięki niemu trafiamy do przedstawicieli dawnej miejscowej szlachty.

Wirka Bylińska Tarasewicz. Prawie nic nie widzi, ale nie przejmuje się tym zbytnio i razem ze mną przegląda stare zdjęcia. Oprowadza po domu, samodzielnie zapala w piecu –  kaflowym piecu, do którego władza radziecka doprowadziła gaz. Jest, jak mówi,  „twardą szlachcianką”. Jaka jest, według niej, różnica między szlachcicem a chłopem? W cerkwi szlachta stała po lewej stronie, a chłopi po prawej, środek był pusty. Kiedy zdarzyło jej się stanąć bliżej chłopów, to już gadali, że posunęła się na chłopską część, „koło tych chamiw”. Ojciec jej córki był chłopem („mamie było trochę nie fajno”). Nie poszła do ślubu, bo on nie chciał. Nie wie, dlaczego. Ale córka wyszła za szlachcica.

Nazwa wsi Hordynia pochodzi od dumy. Hordist znaczy właśnie „duma”.

„Szlachcic z byle kim nie gadał! O, idzie moja żona. Opowiedz, jak byłaś ubrana do ślubu” – do kuchni, w której siedział Iwan Juzwiak („Kułaczek”) i jego dwie sąsiadki (wszyscy chłopi), weszła zgięta wpół kobieta:

„Miałam na głowie wianek z barwinków… Te nasze wianki były o wiele ładniejsze od ich welonów… Z tyłu miały wstążki, sukienka była zwykła, nie można było po lidnomu, zima była”.

A jaki charakter miał szlachcic?

Szlachtycz ze szlachtyczem jak braty. A z chłopom uże nie – mówi  >>Kułaczek<<. – Dawniej było to silniejsze, teraz zdarza się rzadziej, ale jeszzce się zdarza”. Kiedy Kułaczek owdowiał w 1955 roku, spodobała mu się jedna wdowa w Bylinie. Zapytała go o nazwisko. „Jakby ty był Hordyński albo Byliński, to ja by wyszła za tebe.” Czy była różnica? Kułaczek: „Trochę tak: oni byli bogaci, mieli więcej ziemi, ogród wielki. A chłopy mieli mniejszy.”

Wielka Bylina. Emilia Sudczak, z domu Dyszewa:

„Bylina była bogata! To była duma wydać się w Bylinie!” – mama pani Emilii wydała się w Bylinie za mąż, sama pochodziła z bogatej chłopskiej rodziny. „Nie było różnicy. Kto był bogaty, wyglądał tak samo, tak samo ubierali się bogaci chłopi i bogata szlachta. Ci mądrzy i bogaci nie wynosili się nad innych.”

Z rodziny jednak nikt nie wydał się za szlachcica. Ale w ogóle tak się zdarzało.

Kulczyce. Chłopka napotkana przy drodze:

„To jest chłopska część wsi, tu nikogo nie znajdziecie. Tam jest szlachecka, tam idźcie!”. „Pamięta coś pani? Jaka była szlachta? Jak się zachowywali?” „Dumne byli, z chłopami nie gadali. Była taka jedna, jeszcze po wojnie, co chorągiew w cerkwi wyrwała chłopce: że to niby szlachecka chorągiew i ona nie może jej trzymać. Takie byli. A teraz? Na jednym cmentarzu wszyscy leżą!”

Wielka Bylina. Żydów już nie ma, uratowały się tylko dwie osoby ukrywane przez pewną matkę z córką. Przed wojną byli muzykanci. Iwhenija Bylińska-Tarasewicz:

„Pamiętam, jak poprosiłyśmy tatę, żeby zaprosił Żyda. Stał tu, przy tym piecu, i grał na swoich skrzypcach. Ale sąsiadka przyszła i wygoniła go. Bo Żyd. Był też krawiec-niemowa. Była też Fredka – piękna, fajna taka, bawiłyśmy się razem. Wszystkich zabili. Wojna.”

Historia dzieli się tutaj, jak wszędzie w tej części Europy, na „przed wojną” i „po wojnie”. „Przed” były „polskie czasy”, które dla naszych rozmówców przypadły na, często bardzo wczesne, dzieciństwo. Wspominają je dobrze. W szkole uczyli się polskiego. Potem przyszła wojna – Niemcy i Sowieci, na zmianę. Niemcy mordowali Żydów i ręka w rękę ze skrajnymi nacjonalistami ukraińskimi likwidowali polskie wioski. Miejscowi niechętnie o tym mówią, nie pamiętają, kto spalił sąsiednią wieś. Sowieci likwidowali wszystko i wszystkich pod pretekstem rozkułaczenia i walki z „bandami pseudo-powstańczymi”. Sowieci wysyłali jednakowo na Sybir chłopów i szlachtę, jednakowo odbierali ziemię, jednakowo zapędzali jednych i drugich do kołchozów. Szlachta paliła dokumenty potwierdzające pochodzenie. Po wojnie nastała „radiańska włada”.

Idę do następnego domu: znów Bylińska, tym razem Geńka: Bylińska-Kaczkinowicz. W Wielkiej Bylinie mieszkają sami Bylińscy – to ich gniazdo rodowe. Tak samo jak Hordynia dla Hordyńskich, Horodyszcze dla Horodyskich, Czajkowice dla Czajkowskich, a Kulczyce dla Kulczyckich. Do tego, aby się rozróżniać, służyły przydomki: Tarasewicz, Lewko, Słotyło… Dziś niektórzy posługują się wyłącznie przydomkami, bo w dowodach władza radzieckakazała wybierać: albo Byliński, albo przydomek.

Polacy. „Szlachta? Oni perepysywalisja!. Co to znaczy, tłumaczy pani Rudkowska, mieszkanka Horodyszcze, szlachcianka:

„To znaczy, że zapisywali się do tego Związku Szlachty Zagrodowej… Żeby dostać pracę, posadę, wysłać dzieci do Polski. Jacy oni Poliaki? Greko katoliki, w domu po ukraińsku mówili. Ja mam polskie nazwisko, ale polski to w szkole słyszałam, nie w domu. W domu mówiło się po ukraińsku.”

Bandriwski de Nowosiliec, mieszkaniec Hordyni walczący w V pułku Strzelców Podhalańskich:

„Może mój pradziad był Polakiem, ale mój dziadek i ojciec chodzili do cerkwi greckokatolickiej, mówili po ukraińsku i ja też się czuję Ukraińcem. W wojsku nie namawiano nas do zmiany narodowości.”

Orest Horodyski:

„Brata mojej mamy zesłano na Syberię na dziesięć lat. Za co? Za to, że był księdzem greckokatolickim, a wtedy zamykali ich cerkwie i dawali wybór: przechrzcisz się na prawosławnego, albo stąd wyjedziesz. On się nie zgodził na jedno i drugie. Kiedy stamtąd wrócił, pożył już tylko pół roku.”

Za czasów radzieckich cerkiew była prawosławna:

„Księdza przysyłali swojego, jeśli nasz nie chciał się przechrzcić. Większość z nas miała śluby za zamkniętymi drzwiami w obrządku greckokatolickim, choć w cerkwi prawosławnej. Tak samo chrzciliśmy dzieci: jeden z nas stał na zewnątrz cerkwi i przekazywał dzieci w jedną i w drugą stronę: >>następny proszę<<. Nasi ojcowie i dziadkowie byli grekokatolikami. Ciężko było to zmienić.”

W Horodyszczach drzwi otwiera mi staruszka z chustą na głowie, ubrana w kilka swetrów i spódnicę. Chodzi pochylona, jakby szukała czegoś na ziemi. Uśmiech zdradza brak większości zębów. Mieszka sama. Jak dotąd wszystko się zgadza, niczym nie odbiega od pozostałych kilkunastu, z którymi rozmawiałam. Jest miła, gościnna. Zapytana o różnice między szlachtą a chłopami najwięcej mówi o ubiorze. Dokładnie opisuje chustki: miały stonowane kolory, raczej ciemne, były wyszywane w delikatne kwiaty albo nie miały żadnych ozdób – szlachta była skromna. Opowiada też o wojnie:

„Była tu we wsi taka jedna, też szlachcianka, która donosiła za pieniądze na ludzi, że niby przechowują powstańców UPA, ale to nieprawda. Ona potem się przyznała i ją potem też bili. Ale ile niewinnych przez nią cierpiało, ilu zginęło na przesłuchaniach! Na mnie też doniosła. Trzy miesiące mnie katowali: kości łamali, spać nie pozwalali, bili.” „Czy ta kobieta żyje? Można by z nią porozmawiać?” „Żyje. Nie wiem gdzie mieszka.”

Później dowiedziałam się, że ową donosicielką była moja rozmówczyni.

Naprzeciwko cerkwi jest sklep – mahazyn. Obok niego był kiedyś bar „Lebidź” (łabędź). Potem sklep przejął funkcję dawnego „Lebidzia”. Na lodówce z wędzonymi szprotkami, suszonymi rybami, mrożonymi kiełbasami stoi szklany kieliszek. Można tu sobie na miejscu wypić sto hram. Można też kupić całą butelkę i spożyć ją na miejscu (jest stolik), otrzymuje się wówczas kieliszki plastikowe. O różnych porach dnia spotykamy tu różnych mieszkańców: do wczesnego popołudnia są to zazwyczaj mężczyźni, późniejszym popołudniem przychodzą też starsze kobiety, które są bardziej dyskretne, proszą o walidol. Teraz jest 11. Przy stoliku siedzi dwóch mężczyzn. Zagadują mnie. Sprzedawczyni tłumaczy, że szukam szlachty. – O, to jest nastojaszczyj szlachtycz!” odpowiada jeden z nich, Bojko. – Ja uż ne szlachtycz.

 


[1] Tekst powstał w trakcie badań terenowych do pracy doktorskiej Magdaleny Kwiecińskiej o szlachcie zagrodowej w zachodniej Ukrainie (przyp. red.).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata