70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Znieczulony umysł. Gułag w świadomości Zachodu

Czy rozpamiętywanie totalitarnych okropności XX wieku ma dziś sens? Kiedy stawiam to pytanie swoim amerykańskim studentom, odpowiadają twierdząco. Prawie zawsze przynajmniej kilkoro z nich cytuje wtedy George’a Santayanę: „ten, kto zapomina okropności historii, jest skazany na ich powtórzenie”.

Optymistyczna wizja Santayany zakładająca, że ludzkość jest w stanie uczyć się na własnych błędach, w naturalny sposób przemawia nie tylko do studentów. Jednak dowody na prawdziwość tych słów nie wydają się ani liczniejsze ani mniej dyskusyjne niż dowody potwierdzające opinię wprost przeciwną: że jedyną nauką płynąca z historii jest to, iż nikt się tak naprawdę od niej niczego nie nauczył. Bez długiego zastanawiania się można przecież wymienić całkiem współczesne przykłady ludobójstwa, masowych rzezi, terroru i niewolnictwa i dojść do wniosku, że najlepszym sposobem radzenia sobie z okropnościami historii jest jak najszybsze puszczenie ich w niepamięć. Że „rozdrapywanie ran” powoduje często skutki opłakane dla następnych pokoleń: nakręca spiralę urazów, odwetu i zemsty.

Taki sposób myślenia o człowieku i historii ma długą tradycję. Zaledwie dwa dni po zabójstwie Cezara Cyceron postulował w rzymskim senacie, by dla wspólnego dobra puścić w niepamięć ten „świeży” fakt (oblivione sempiterna delendum). Traktaty pokojowe – co najmniej od czasu, gdy wnukowie Karola Wielkiego zakończyli w 843 roku walki między sobą – są z reguły opatrzone uwagami wzywającymi do zapomnienia o niedawnej wrogości, walkach, zdradach i rzeziach. Fryderyk Nietzsche uważał, że niezdolność zapominania o zbrodniach przeszłości oraz żywa pamięć zadawnionych krzywd mogą stanowić hamulec dla normalnego życia. Pozbawiają one bowiem ludzi i narody życiowej spontaniczności wobec wyzwań czasu teraźniejszego. Spontaniczność ta, konieczna dla jakiegokolwiek postępu, wynika po części z naiwności i młodzieńczej ignorancji wobec doświadczeń przeszłości[1]. A Wisława Szymborska pisze:

Ci, co wiedzieli,

o co tutaj szło,

muszą ustąpić miejsca tym,

co wiedzą mało.

I mniej niż mało.

I wreszcie tyle co nic[2].

Ale puszczać w niepamięć zło historii w imię przyszłości znaczy też, siłą rzeczy, zapominać o krzywdzie ofiar. W traktatach kończących wojny między państwami i narodami chodziło zwykle o ofiary obu stron konfliktu. Wzajemne zapominanie krzywd miało być zatem wyrzeczeniem dokonywanym przez żywych dla wspólnego dobra. Jak jednak zastosować tę receptę wobec totalitarnego zła dwudziestego wieku – ludobójstwa, zniewolenia, prześladowania niewinnych ludzi przez wszechwładne potęgi? W takim wypadku zapominanie o ofiarach można uważać za formę moralnego wspólnictwa z ich oprawcami, zwłaszcza że totalitaryzm unicestwiał swoje ofiary niejako podwójnie: usuwał je ze fizycznie ze świata, a ponadto starał się na zawsze zlikwidować wszelki ślad i pamięć po nich. Były więzień hitlerowskiego obozu w Dachau wspominał:

Nadzorcy z SS (…) ze szczególną satysfakcją podkreślali, iż po wojnie świat i tak nie uwierzy w to, co się stało; będą jakieś pogłoski i domysły, lecz żadnych jasnych dowodów, więc ludzie dojdą do wniosku, że zło na taką skalę byłoby po prostu niemożliwe[3].

Podobne zjawisko zauważała w Związku Sowieckim epoki Stalina Nadieżda Mandelsztam, wdowa po zmarłym w Gułagu poecie Osipie Mandelsztamie.

Mordercy, prowokatorzy, donosiciele mieli wspólną cechę – pisała – nie wyobrażali sobie, że ich ofiary kiedyś zmartwychwstaną i odzyskają dar mowy. (…) Tych wszystkich, których wyprawiali na tamten świat albo do obozów, uważali za wykreślonych z życia na wieki wieków. Nie przychodziło im do głowy, że te cienie mogą wstać z grobu i pociągnąć swych grabarzy do odpowiedzialności[4].

Zapomnienie o ofiarach totalitaryzmów nieraz uznawano za swoisty akt zdrady. Bruno Bettelheim, były więzień Dachau i Buchenwaldu, stwierdzał: „Jeśli będziemy milczeć, wówczas spełnimy dokładnie to, czego chcieli hitlerowcy: zachowamy się, jak gdyby nic się nie stało”[5]. Autor wspomnień z Gułagu Antoni Ekart przytaczał napis, który zobaczył kiedyś na ścianie łagrowego karceru: „Niech będzie przeklęty ten, kto wyjdzie stąd i będzie milczał”[6].

Niemal zawsze kiedy pojawia się dziś na Zachodzie temat zbrodni nazizmu, podkreśla się moralny obowiązek pamiętania o nich. Panuje tu zgoda – przynajmniej na poziomie publicznej debaty – że tylko historyczna pamięć stwarza nadzieję, iż zbrodnie te już się nie powtórzą. Zapomnienie stanowiłoby nie tylko akt rezygnacji z nadziei na lepszą przyszłość, ale byłoby też moralnie równoznaczne z wyparciem się ofiar. Cała sprawa wygląda jednak inaczej, gdy mowa o zbrodniach sowieckiego komunizmu. Kryteria tak proste i fundamentalne (w przypadku oceny hitleryzmu) jak moralne zadośćuczynienie ofiarom, wierność faktom oraz obawa przed powtórzeniem historycznych okropności, tracą nagle swoją jednoznaczność w oczach licznych zachodnich komentatorów, gdy próbuje się je zastosować wobec zbrodni komunizmu. Niespodziewanie odżywa natomiast tradycja propagująca zapomnienie historycznego zła i pokładająca nadzieję w powszechnej amnezji. Nieraz wezwania do zapomnienia o zbrodniczych zawiłościach komunizmu pochodzą z tych samych ust, które nieugięcie głosiły obowiązek pamięci o zbrodniach nazizmu.

Skąd ta różnica we współczesnym, zachodnim podejściu do zbrodni dwóch totalitaryzmów? Zauważmy na początek, że wspomnienie o zbrodniach Hitlera jest dla cywilizacji Zachodu równocześnie przypomnieniem własnego moralnego zwycięstwa, a co za tym idzie – również źródłem moralnej satysfakcji. Potęgi świata zachodniego pokonały nazizm w wojnie światowej i wykorzeniły jego ideologię. Jak dalece taka wizja historii wytrzymuje szczegółową konfrontację z faktami, to osobne pytanie, w każdym razie dzisiejsze poczucie moralnej wspólnoty Zachodu zostało stworzone na gruncie zwycięstwa nad Hitlerem. Każdemu na Zachodzie łatwo poczuwać się dziś do tej wspólnoty (nawet w Niemczech odnosi się ostatnio wrażenie, jakby w czasie drugiej wojny światowej prawie wszyscy Niemcy byli w głębi serca antyfaszystami).

Ze wspominaniem zła sowieckiego komunizmu rzecz ma się zupełnie inaczej. Historia zachodniego stosunku do zbrodni sowieckich nie jest bowiem moralnie jednoznaczna. Przez dużą część dwudziestego stulecia reżim sowiecki, głosząc idee wolności, równości i braterstwa, popełniał zbrodnie praktycznie na oczach Zachodu: pozbawiał życia, wolności, godności i mienia miliony niewinnych ludzi z powodów nieraz trudnych do zrozumienia na Zachodzie. Wiele z tych zbrodni potępiano na Zachodzie, lecz nigdy nie czyniono tego powszechnie i w sposób konsekwentny. Przez cały okres istnienia Związku Sowieckiego liczne i ważne elity opiniotwórcze znajdowały z reguły takie czy inne powody, by zaprzeczać świadectwom komunistycznego zła, to znów odmawiały przyjęcia go do wiadomości czy zgoła je usprawiedliwiały. Negowały zbrodnie, bagatelizowały je, usprawiedliwiały, mistyfikowały, podważały wiarygodność świadków.

Ci spośród więźniów bolszewizmu, którzy przeżyli i znalazłszy się cudem na Zachodzie, usiłowali przekazać światu prawdę o losie człowieka w świecie realnego komunizmu, napotykali bardzo często na mur niechęci, wrogości i milczenia. Juliusz Margolin, jeden z ocalałych więźniów Gułagu, którym udało się opuścić ZSRR wraz z armią Andersa, pisał w roku 1947:

Tu, wśród wolnych ludzi Zachodu, pojąłem całą głębię nieszczęścia tych, którzy pozostają w niewoli. Po wyjściu za łagrowe druty kolczaste natknąłem się na kamienną ścianę małoduszności i zdrady. (…) Nieraz słyszałem, że obwiniać Związek Sowiecki mogą tylko wrogowie postępu i sojusznicy reakcji. (…) W rzeczy samej, wystarczy wspomnieć o ofiarach łagrów, żeby u ludzi, którzy przy każdej innej okazji pełni są anielskiej dobroci i demokratycznej wrażliwości na najmniejszą niedoskonałość świata, nagle wyrosły wilcze kły i objawiła się absolutna głuchota oraz zatwardziałość serc – jak w znanym opowiadaniu Stevensona Doktor Jekyll i Mister Hyde.[7]

Ogromna większość ludzi ocalonych z Gułagu, którzy znaleźli się w wolnym świecie, miała do powiedzenia mniej więcej to samo, co Margolin.

Wspominanie zła komunizmu – tak jak wspominanie zła hitleryzmu – niesie w sobie zarazem przypomnienie o postawie samego Zachodu wobec tego zła wtedy, gdy je popełniano. Przypomnienie to w przypadku komunizmu nie nadaje się raczej do umacniania poczucia moralnej satysfakcji. Dla wielu ważnych środowisk opiniotwórczych oraz rządów Zachodu, jest ono, krótko mówiąc, przypominaniem własnej hańby. W tym kontekście lepiej można zrozumieć przemożną chęć puszczenia w niepamięć dawnych zaszłości w tej materii. Moi dzisiejsi studenci – wykształceni w szkołach, gdzie zwykle nie mówi się wiele o Gułagu, Wielkim Głodzie czy Wielkim Terrorze – potrafią całkiem elokwentnie wypowiadać się o obowiązku pamięci o ofiarach nazizmu, a jednocześnie noszą koszulki z sierpem i młotem, z portretami Lenina, Trockiego czy Mao.

Pora na pytanie zasadnicze: skąd w XX wieku wzięła się ta postawa Zachodu wobec zła komunizmu – postawa, o której dziś wiele tamtejszych środowisk opiniotwórczych stara się nie pamiętać? Zacznijmy od czynników obiektywnych, dotyczących samego charakteru tej prawdy. Prawda o sowieckim terrorze nigdy nie była bezpośrednio dostępna na Zachodzie w takim stopniu jak prawda o zbrodniach hitleryzmu. Zachodnie armie nigdy nie wyzwoliły łagrów. O Gułagu dowiadywano się tylko pośrednio, z czyichś opowiadań. Prawdę o nazizmie Zachód mógł zobaczyć na własne oczy; natomiast żeby przyjąć do wiadomości prawdę o Gułagu, trzeba było uwierzyć tym, którzy o niej świadczyli. A żeby w coś uwierzyć, trzeba chcieć.

Zresztą, doniesieniom o zbrodniach hitlerowskich również długo nie dawano na Zachodzie wiary. Ignorowano raporty kurierów Polski Podziemnej o niemieckich obozach śmierci. Nawet zdjęcia lotnicze Auschwitz, wykonane przez Brytyjczyków wiosną i latem 1944 roku, nie wzbudziły większej reakcji władz alianckich. Prawdę o największych zbrodniach hitleryzmu zaakceptowano właściwie dopiero po fakcie – ujawniona w chwili zwycięstwa nad Hitlerem, nie zobowiązywała aliantów do żadnych ryzykownych czy niewygodnych działań. Jednocześnie dostarczała im dodatkowej chwały: potwierdzała zbrodniczą naturę nazistowskiego wroga i raz na zawsze wykazywała moralną wyższość zwycięzców nad pokonanymi.

W przypadku Gułagu było zupełnie inaczej. Zachodnie demokracje nigdy nie toczyły przeciwko Związkowi Sowieckiemu prawdziwej wojny, nie mówiąc już o wojnie zwycięskiej. Państwo bolszewickie było natomiast nieraz ważnym i cennym partnerem politycznym i gospodarczym Zachodu. Handel ze Związkiem Sowieckim w latach trzydziestych – a więc w czasach Wielkiego Głodu i Wielkiego Terroru – pomagał krajom zachodnim przezwyciężać wielki kryzys gospodarczy. W roku 1937, najbardziej krwawym okresie stalinizmu, obroty handlowe między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi osiągnęły rekordową wysokość, a Waszyngton stał się największym eksporterem towarów do państwa Stalina. Następnie, w sojuszu ze Stalinem liberalno-demokratyczny Zachód zwyciężył Hitlera i faszyzm. Na tym (wspólnym przecież) zwycięstwie zbudowano nowe poczucie moralnej wspólnoty (czy – jak kto woli – moralną mitologię) współczesnego Zachodu. Jeśli w pewnych okresach Rosję Sowiecką traktowano na Zachodzie jako przeciwnika, to tylko w ramach różnych odmian zimnej wojny – wojny na gesty i słowa, a nie na śmierć i życie.

O Gułagu i zbrodniach sowieckich dowiadywano się na Zachodzie jedynie ze słów – czyichś słów. Czyjeś słowa zawsze można zakwestionować. W czasach największego nasilenia sowieckich zbrodni, za panowania Stalina, jedynymi właściwie ich świadkami wobec Zachodu byli ci, którym udało się wydostać z sowieckiego imperium. Ale oprócz ich doniesień o Gułagu na Zachodzie pojawiały się i funkcjonowały inne, mówiące coś zupełnie przeciwnego. Ich autorem lub inspiratorem był z reguły sowiecki aparat propagandowy. Ciemna strona komunizmu, której kwintesencją był Gułag, stanowiła punkt newralgiczny całej sowieckiej propagandy skierowanej na Zachód. Była ona przedmiotem najdalej posuniętej, najbardziej konsekwentnej i uporczywej mistyfikacji XX wieku.

Arsenał środków sowieckiej propagandy dotyczącej Gułagu był niezwykle bogaty: od bezpośrednich wypowiedzi propagandystów po umiejętnie spreparowane „doniesienia” oraz rozmaite sposoby oszukiwania i korumpowania zachodnich elit opiniotwórczych. Sowiecka machina propagandowa pieczołowicie organizowała całe potiomkinowskie spektakle na użytek zachodnich gości, często w specjalnie stworzonych w tym celu pokazowych obozach i więzieniach. Uczestniczący w tych wycieczkach zagraniczni intelektualiści, artyści, dziennikarze, duchowni, politycy i działacze społeczni zwykle potem głośno zachwycali się Gułagiem w zachodnich mediach i książkach o Kraju Rad. Ich groteskowe wypowiedzi można by cytować bardzo długo. Im bardziej nasilały się sowieckie zbrodnie, tym bardziej chwalono na świecie sowiecki humanitaryzm. W okresie apogeum Wielkiego Terroru, w roku 1937, Lion Feuchtwanger pisał:

Powietrze, którym oddycha się na Zachodzie, jest zgniłe i cuchnące. (…) Człowiek dopiero oddycha pełną piersią, kiedy porzuca tę trującą atmosferę zafałszowanej demokracji i obłudnego humanitaryzmu i gdy wkracza w ożywiającą atmosferę Związku Radzieckiego[8].

W tym samym roku brytyjski działacz komunistyczny Pat Sloan dzielił się z czytelnikami swoimi wrażeniami z wizyty w sowieckim więzieniu w książce zatytułowanej Soviet Democracy: „Jeśli porównać więzienie w Związku Sowieckim i Wielkiej Brytanii, to pierwsze z nich jest miejscem nieomal przyjemnym”[9]. Podobną opinię wyrobił sobie już wcześniej, bo w czasach kolektywizacji i Wielkiego Głodu, George Bernard Shaw. Po wizycie w pokazowym więzieniu dla kobiet pisał: „żadna z tych kobiet nie byłaby w lepszej sytuacji, gdyby starała się zarobić na życie, pracując w angielskiej fabryce jako wolna osoba”[10]. Natomist Anna Louise Strong, odbywszy wycieczkę do pokazowego łagru, z całym przekonaniem stwierdzała: „Obozy pracy cieszą się wysoką opinią w całym Związku Sowieckim jako miejsca, gdzie tysiące ludzi zostało przywróconych społeczeństwu”. Ba, dodała nawet, że „sowieckie metody przemiany człowieka są tak skuteczne i dobrze znane, że przestępcy nieraz sami zwracają się z prośbą o przyjęcie [do Gułagu]”[11].

Zachodnie reakcje wobec sowieckiego terroru, zbrodni i zniewolenia zawierały w sobie element wyboru. Komu wierzyć? Którą z dwóch przeciwstawnych wersji uznać za prawdziwą – świadectwa ocaleńców czy sowieckie zapewnienia i pokazy? Wyboru tego dokonywano ze względu na rozmaite czynniki, wśród których pewną rolę odgrywała z natury rzeczy treść owych wzajemnie sprzecznych wersji – szczególnie ich prawdopodobieństwo. Jednocześnie nie bez znaczenia była wiarygodność źródeł.

Co do tradycyjnych kryteriów prawdopodobieństwa, od samego początku okazały się one mało przydatne dla ludzi Zachodu. Rzecz w tym, że skala zbrodni dokonywanych przez sowieckich komunistów od początku przekraczała granice prawdopodobieństwa. Często trudno było doszukać się w tych zbrodniach jakiegokolwiek sensu, potrzeby czy zamysłu. A zatem niełatwo było nieraz uwierzyć w same zbrodnie. Robert Conquest dostrzegł, że:

wiele błędnych opinii i odruchów niewiary w zbrodnie bolszewickie powstawało niekoniecznie dlatego (i nie tylko dlatego), że ci, którzy je głosili lub w nie wierzyli, byli sympatykami komunizmu i Sowietów, ale po prostu dlatego, że pewne rzeczy nie mogły im się pomieścić w głowie. Przeczyły one bowiem czemuś, co uznawano za zdrowy rozsądek. Nie mieściły się w ogólnie akceptowanych schematach, służących tradycyjnie jako probierz prawdopodobieństwa. Opowieści świadków Gułagu zdawały się zbyt często przekraczać te ogólnie przyjęte reguły prawdopodobieństwa i sensu[12].

Wybitny badacz komunizmu, François Furet, starając się zgłębić przyczyny zaślepienia zachodnich elit intelektualnych wobec zbrodni stalinowskich, zauważał, że brało się ono przynajmniej częściowo z „niezdolności do tego, by ocenić i zmierzyć rzecz dotąd nieznaną”. Pisał:

Stalinowski reżim Związku Sowieckiego, od początku swego istnienia, czyli od wczesnych lat trzydziestych, nie miał w historii precedensu. Nie przypominał niczego, co było przedtem. Żadne państwo na świecie nie stawiało sobie za cel zabijania, deportowania i zniewalania swych chłopów. Żadna partia w historii nie zastępowała tak całkowicie państwa i nie kontrolowała aż tak życia społecznego kraju i prywatnych losów jego obywateli. Żadna nowożytna ideologia demokratyczna nie odgrywała takiej roli w ustanowieniu tyranii tak doskonałej, że ci, którzy przed nią truchleli, musieli składać hołdy jej zasadom. Nigdy żaden dyktator nie miał aż takiej władzy za sprawą tak fundamentalnego kłamstwa, o tak wielkim oddziaływaniu na umysły. Żadnej z tych cech bolszewizmu nie da ująć znanym językiem pojęć; nie da się ich także zrozumieć przez pryzmat doświadczeń przeszłości[13].

Kryteria prawdopodobieństwa, które ludzie Zachodu pojmowali jako uniwersalne, zawodziły w odniesieniu do rzeczywistości sowieckiej. Okazywały się zaledwie względne. Szczególnie podatni na tego rodzaju błąd w ocenie rzeczywistości byli intelektualiści, a więc ludzie najbardziej przywiązani do kryterium racjonalności w życiu. To oni demonstrowali największą skłonność do ulegania złudzeniom i kłamstwom o świecie sowieckim, jeśli tylko prezentowano im ten świat w racjonalnym opakowaniu. Richard Pipes pisał na ten temat:

W sumie im bardziej ktoś był inteligentny i wykształcony, tym trudniej było mu zrozumieć prawdziwą naturę reżimu, który nie kierował się racjonalnymi zasadami, lecz odruchowo uciekał się do przemocy, by rozwiązywać sprzeczności, jakie w normalnym społeczeństwie rozwiązuje się za pomocą kompromisów lub poprzez odwołanie się do woli wyborców. Właściwe zrozumienie tego reżimu przychodziło łatwiej ludziom biednym i niewykształconym, których doświadczenie życiowe nauczyło, że przemoc i brak rozsądku są nieodzowną częścią ludzkiej rzeczywistości[14].

Słowem, rzutowane na sowieckie imperium racjonalne światło Oświecenia często zdawało się więcej zaciemniać niż oświecać.

O braku wiary w świadectwa „uciekinierów z utopii” decydowała nieraz natura samej propagandy. W sowieckie kłamstwa wierzono między innymi dlatego, że były one tak wierutne i gigantyczne, że nie sposób było po prostu uwierzyć, iż są to tylko kłamstwa. W wielu zachodnich głowach nie mieściło się, że można kłamać tak bezczelnie, z takim samozaparciem, rozmachem i wytrwałością. Barbara Skarga, wywieziona do Gułagu z Wileńszczyzny, przytacza w swoich wspomnieniach, co na ten temat powiedział jej polski towarzysz niedoli:

Wiesz, małe kłamstwo zawsze zostaje ujawnione, wielkie ma w sobie dziwną moc przekonywania. Wierzy się w nie łatwo, trudno bowiem sobie wyobrazić, aby oficjalne władze były zdolne do tak daleko posuniętej mistyfikacji[15].

Zachód przywykł kojarzyć kłamstwo z psychiczną niewygodą kłamcy, podszytą strachem, że łgarstwo zostanie wykryte i narazi kłamcę na niewyobrażalny wstyd i kompromitację. W zachodnim świecie pojęć i emocji raczej trudno sobie wyobrazić kłamstwo posunięte do stopnia tak absolutnego, że kłamca łże wbrew oczywistości. Milcząco zakłada się natomiast, iż istnieje jakiś psychologiczny instynkt, każący ludziom wpadać w popłoch, gdy ich kłamstwa wychodzą na jaw. Władze sowieckie zdawały się trafnie oceniać i umiejętnie wykorzystywać te zachodnie presupozycje. Sylvia Margulies pisała o mistyfikacjach tworzonych przez GPU i NKWD na użytek zachodnich gości odwiedzających ZSRR:

Sowiecki reżim rozumiał, że im bardziej absurdalną zaprezentuje fasadę, tym bardziej jego goście będą skłonni dać się nabrać, gdyż na pewno trudno im będzie uwierzyć, że kraj na takim poziomie rozwoju jak Związek Sowiecki zdobyłby się na takie wysiłki, by oszukiwać cudzoziemców. Któż uwierzyłby, że jest wyprowadzany w pole przez agentów GPU i politycznych aktywistów udających zwyczajnych robotników?[16]

Dotychczas zwracaliśmy uwagę na to, w jaki sposób reakcje (lub brak reakcji) Zachodu na zbrodnie sowieckie kształtowane były przez czynniki mniej lub bardziej obiektywne: kłopoty z dostępem do prawdy o Sowietach, wprost niewiarygodny charakter tej prawdy oraz niezwykłą bezczelność, z jaką twórcy sowieckiej propagandy okłamywali Zachód. A jednak trzeba przyznać: źródła skłonności Zachodu do niedostrzegania prawdy o ciemnej stronie komunizmu tkwiły na samym Zachodzie, w umysłach i sercach tamtejszych obserwatorów.

Rewolucja bolszewicka i polityka reżimu w Moskwie od samego początku nie były traktowane na Zachodzie tak, jak zwykle traktuje się fakty. Stanowiły rzeczywistość innego rodzaju. Ewentualne zwycięstwo lub klęska sowieckiej utopii miały przynieść odpowiedź na pytanie nurtujące Zachód nieprzerwanie od czasów Oświecenia: czy radykalna przemiana świata na lepsze środkami rewolucyjnymi jest możliwa? A może próby budowy nowego świata na zgliszczach starego prowadzić mogą tylko do tragedii, gdyż stanowią płód nadmiernej ludzkiej pychy (hybris)? Zarówno zachodnia lewica, faworyzująca pierwszą tezę, jak i skłaniająca się ku tej drugiej prawica, zainwestowały w interpretację sowieckiego eksperymentu własny ideologiczny kapitał. Nic dziwnego zatem, że obie pragnęły zobaczyć w bolszewickiej Rosji potwierdzenie swoich tez. Prawda o kraju została upolityczniona do tego stopnia, że wypowiedzi na jego temat traktowano często raczej jako deklaracje ideowe, niż jako słowa dotyczące konkretnie istniejącej rzeczywistości.

Aby odczuwać pokrewieństwo ideowe z komunizmem, nie trzeba było być jego zdeklarowanym wyznawcą ani członkiem partii komunistycznej. Anne Applebaum w swojej historii Gułagu zwróciła uwagę na wspólny świat pojęć szeroko rozumianej zachodniej lewicy i rosyjskich bolszewików:

Nauki tych samych filozofów – Marksa i Engelsa – ukształtowały poglądy całej lewicy – zarówno zachodniej jak i sowieckiej. Używano tych samych pojęć do opisania świata: „masy”, „walka”, „proletariat”, „wyzyskiwacze” i „wyzyskiwani” czy też „własność środków produkcji”. Zbyt głębokie potępienie Związku Sowieckiego oznaczałoby potępienie czegoś, co było tak bliskie sercom wielu przedstawicieli lewicy zachodniej[17].

Komunizm, którego ideowe fundamenty zostały stworzone na Zachodzie, był dzieckiem zachodniej tradycji intelektualnej. Jest więc zrozumiałe, że zachodni intelektualiści doszukiwali się duchowego pokrewieństwa z sowieckimi komunistami. Zastanawia jednak, jak łatwo im to przychodziło.

W środowisku zachodniej lewicy powszechne było marzenie o stworzeniu lepszego świata, wyzwolonego z wyzysku, niesprawiedliwości i wojen. Od początku dziewiętnastego wieku oczekiwano na dokończenie dzieła rewolucji francuskiej, której nie udało się zbudować doskonałego społeczeństwa opartego na wolności, równości i braterstwie. Rozumiano, że przy realizacji dzieła tak szczytnego i dalekosiężnego padają, niestety, nieuniknione ofiary. Zasadnicza dylemat moralny lewicy sprowadzał się do pytania: gdzie leży granica rewolucyjnej przemocy, za którą cel przestaje uświęcać środki?

Im więcej dowiadywano się na Zachodzie o zbrodniach sowieckiego komunizmu, tym bardziej kłopotliwe stawało się to pytanie. Tym gorzej bowiem ideał znosił konfrontację z rzeczywistością. Jedną z typowych reakcji na doniesienia z ZSRR była wśród ideowych przyjaciół rewolucji niechęć wobec faktów. Coraz trudniej było im przyjmować je do wiadomości. Z drugiej strony, im mniej mówiono o sowieckim terrorze, tym skuteczniej można było unikać zmierzenia się z niewygodną kwestią – na ile cel uświęca środki i coraz bardziej atrakcyjna stawała się alternatywna wersja faktów podsuwana wytrwale przez bolszewicką propagandę.

Istniała jeszcze inna, bardziej złożona i na pozór wewnętrznie sprzeczna postawa. Cechował ją swoisty rodzaj zawieszenia między wiedzą i niewiedzą, prawdą i nieprawdą. Ci, którzy ją praktykowali, domyślali się, że doniesienia świadków sowieckich zbrodni są prawdziwe. Była to jednak prawda, której nie chcieli. Czy można nie godzić się na prawdę? – zapytywał kiedyś Dostojewski. Okazuje się, że można. Byli tacy ludzie, którzy wierząc świadkom Gułagu, jednocześnie nie godzili się na tę prawdę. Powtarzając przeciwko niej fałszywe argumenty przekonywali innych, że nie jest tak, jak jest. Nieraz w ten sposób tłumili także własną wiedzę i usuwali jej ślady z własnej świadomości. Z upływem czasu wiedza o prześladowaniach stawała się coraz bardziej ewidentna i jednoznaczna. Świadectw było więcej, coraz lepiej się uzupełniały. Negowanie prawdy wymagało coraz większego samozaparcia i woli oszukiwania samego siebie. Tym pilniej poszukiwano sposobów na to, by prawda o ciemnej stronie sowieckiego komunizmu stała się czymś nie do pomyślenia.

Analizując zachodnie reakcje na ciemną stronę komunizmu, nieuchronnie wykraczamy poza świat racjonalnych pojęć i motywacji. Robert Conquest zapytany o wyjaśnienie źródeł wiary wielu zachodnich intelektualistów w sowiecki komunizm, stwierdził, że nie sposób tak naprawdę znaleźć racjonalnego wytłumaczenia tej postawy[18]. Mamy tu bowiem do czynienia z konfliktem między ludzką potrzebą wiedzy i nie mniej ludzką potrzebą wiary. Konflikt ten rozstrzygano często w głębi serca na korzyść wiary, wbrew wiedzy. Kingsley Amis – angielski intelektualista, który przez 15 lat był wierzącym komunistą i posłusznie wspierał swym talentem stalinowską propagandę – tak wyjaśniał po latach przyczyny swojego zaślepienia:

Mamy tu do czynienia z konfliktem między uczuciem a inteligencją, z rozmyślnym samooszustwem, polegającym na tym, że część naszego umysłu wie doskonale, iż nasza wiara jest fałszywa lub nikczemna, a mimo to emocjonalna potrzeba wiary jest w nas tak silna, że ta wiedza pozostaje jak gdyby zamknięta, odizolowana, niezdolna wpływać na nasze słowa i czyny[19].

Taka postawa nie była jedynie sprawą indywidualną. Przeciwnie, nabrała dynamiki środowiskowej i dzięki temu utrzymywała się na Zachodzie tak długo. Wytrwałe wmawianie sobie i innym, że komunizm jest dobry (lub „mimo wszystko dobry”) ukształtowało charakterystyczny język debaty wielu prominentnych środowisk na Zachodzie. Język ten ułatwiał ich członkom unikanie konfrontacji z niewygodnymi faktami. Łatwiej było im wtedy tworzyć zamknięty krąg, z którego ktoś, kto poruszał kwestie tabu, był po prostu wykluczany. Samo podawanie w wątpliwość dobrej strony komunizmu było uważane w wielu takich kręgach za działanie na korzyść wrogów komunizmu ergo wrogów postępu ergo wrogów dobra. Wątpliwościami lepiej było dzielić się po cichu, gdyż komunizm, nawet niedoskonały, lepszy był (na mocy aksjomatu) od swego przeciwieństwa. Zrazu przeciwieństwo komunizmu określano mglistym mianem „reakcji“, aż w latach trzydziestych obsadzono w tej roli Hitlera. To ostatecznie miało rozwiązać wszelkie dylematy.

Przekonanie się o fałszywości własnych wierzeń nie musi wcale prowadzić do przyznania się do błędu – nawet wyłącznie przed samym sobą. Czasami wiedzie w stronę przeciwną: do umyślnego trwania w nieprawdzie. Taką postawę często przybierano – a przynajmniej tak ją tłumaczono – z wierności dla idei. Nieraz jednak, zwłaszcza w przypadku intelektualistów, stosowniej jest mówić tu o pysze. Rękojmią ich prestiżu było założenie, że widzą świat lepiej niż reszta społeczeństwa i w odróżnieniu od niej potrafią przenikać pozory i docierać do sedna spraw. Publiczne przyznanie się do pomyłki wymaga pewnego minimum odwagi i pokory. Ci członkowie elit intelektualnych Zachodu, których było na to stać, stanowili chlubne wyjątki. Pewną rolę odgrywał tu również konformizm. W wielu środowiskach ignorowanie prawdy na temat komunizmu było przez długie lata postawą opłacalną: otwierało drogę na salony, pomagało sławie, ułatwiało uzyskanie dobrej recenzji, umożliwiało załatwienie posady redakcyjnej lub uniwersyteckiej. O sile środowiska przekonać się mogły nawet postaci tak sławne jak Albert Camus. Gdy autor Dżumy ośmielił się zakwestionować opinię Jean–Paul Sartre’a, który twierdził, że nie powinno się mówić głośno o Gułagu, z miejsca stał się przedmiotem środowiskowej nagonki i pariasem na literackich salonach Paryża.

Wiara w komunizm miała więc unieważniać wiedzę w imię nadziei, że szczytny cel ostatecznie usprawiedliwi zbrodnicze środki. Indywidualne postawy oscylowały między płochliwym godzeniem się na przemoc, rozumianą jako nieunikniona cena lepszego jutra, a entuzjastycznym kultem rewolucyjnego gwałtu, przedstawianego jako wartość sama w sobie. Ta druga postawa, cechująca się demonstracyjną pogardą wobec moralnych wahań i pochwałą zdecydowanych czynów, wyróżniała raczej środowiska ludzi słowa niż czynu.

Jednak wśród apologetów Lenina i Stalina nie brakowało ludzi sceptycznych co do sowieckiej utopii. Fascynowała ich przemoc, gdyż nawet jeśli nie wierzyli, że prowadzi ona do ogólnoludzkiego szczęścia w komunizmie, to wystarczało im, że przynajmniej niszczy świat dotychczasowy. Nienawiść do istniejącego świata bywała czasem uczuciem nie mniej silnym od wiary w lepsze jutro. Akceptacja bolszewickiej przemocy bywała nie tylko sposobem powiedzenia „tak” komunistycznej utopii, ale również sposobem powiedzenia „nie” istniejącemu światu. Krótko mówiąc, bywała przejawem nihilizmu, wyrazem buntu dla samego buntu. Historia nieraz dowiodła, że tego rodzaju bunt może być sam w sobie źródłem inspiracji, której skutki bywają czasem straszne, a czasem, po prostu, banalnie nikczemne.

Tak więc konflikt między wiedzą i wiarą nie tłumaczy gotowości niektórych zachodnich elit do ignorowania lub fałszowania prawdy o sowieckich zbrodniach. Nieraz czyniono to wbrew wiedzy i jednocześnie wbrew wierze (czy raczej niewierze). Niektórym prawda jawiła się jako coś z natury względnego i podporządkowanego politycznej grze. Ten, kto podkopuje komunizm – uważali – wzmacnia jego przeciwników: prawicę, reakcję, burżuazję, faszyzm, nazizm i klerykalizm – słowem wszystko to, co komunizm uznawał za swojego wroga. Świadomie wybierano zatem zło bardziej oddalone w przestrzeni, zło bardziej abstrakcyjne i egzotyczne: po to, by móc silniej sprzeciwić się złu (lub temu, co za nie uważano) bliższemu i bardziej zagrażającemu samemu Zachodowi.

Można analizować rozmaite ideowe źródła postaw Zachodu wobec komunizmu, można mnożyć niuanse. Lecz historia jest zawsze ciekawsza od ideologii, bo nie pozwala sprowadzić ludzkich motywacji i zachowań do prostych zależności i opozycji. Spoglądając bliżej na to, jak kształtował się obraz Gułagu w oczach Zachodu, od razu zauważymy mnóstwo komplikacji i pozornych niekonsekwencji. Na przykład, prosty z pozoru świat ideowej opozycji między prawicą a lewicą komplikuje się, gdy spostrzeżemy, że – zwłaszcza w latach dwudziestych – bolszewicka przemoc i Gułag znajdowały swoich najbardziej nieustępliwych krytyków właśnie wśród lewicy. W tym samym czasie najzagorzalszymi sojusznikami i apologetami Sowietów bywali przedstawiciele zachodniego kapitału. Ideologia często szła w kąt, gdy pojawiały się możliwości zarabiania w Rosji Sowieckiej pieniędzy. W miarę jak Stalin budował (zarówno dzięki pracy niewolników Gułagu, jak i współpracy z Zachodem) potęgę swojego państwa, ZSRR stawał się atrakcyjnym partnerem politycznym i gospodarczym Zachodu.

Jeśli nawet postaw rządów i poszczególnych środowisk wobec Gułagu nie można ostatecznie podporządkować całkowicie spójnym i konsekwentnym zasadom, to tym bardziej trudno to uczynić w przypadku pojedynczych ludzi. Ich postawy i opinie kształtowały się w konkretnej otoczce środowiskowej i obyczajowej. Angielski pisarz Martin Amis, zastanawiając się, co skłaniało jego ojca Kingsley Amisa i innych brytyjskich intelektualistów do usprawiedliwiania ciemnych stron komunizmu, sporządził następującą listę motywów:

poczucie winy ludzi z klas uprzywilejowanych; niejasne poczucie niezadowolenia z istniejącego stanu rzeczy; nienawiść wobec status quo; pragnienie epatowania i skandalizowania rodziców czyli wyznawców tradycyjnych wartości; poczucie bezpośredniego zaangażowania w najważniejsze sprawy świata[20].

Dodajmy jeszcze, że nie bez znaczenia pozostawało też to, kto był czyim synem, mężem, kochankiem, przyjacielem, uczniem czy rywalem.

Sowieccy propagandziści objawiali dużą znajomość natury ludzkiej i trzeźwo oceniali osobisty charakter ludzkich motywacji. Angelica Balabanoff, pełniąca w okresie leninowskim funkcję sekretarza Kominternu – a więc niewątpliwie osoba dobrze zorientowana – napisała wiele lat później, że już wówczas przyjeżdżających z Zachodu gości władze sowieckie oceniały i klasyfikowały według czterech kategorii: „powierzchowny, naiwny, ambitny oraz przekupny”[21]. Taka klasyfikacja pomagała, jak się wydaje, w należytej „obróbce” tych gości oraz w kształtowaniu entuzjastycznych opinii, które wygłaszali oni potem ochoczo na temat sielskiego życia rosyjskich chłopów w dobie kolektywizacji oraz narodzin nowego człowieka sowieckiego w Gułagu.

Temat Gułagu, terroru, zbrodni i prześladowań stanowił newralgiczny punkt w dyskusji o prawdzie i kłamstwach o Rosji Sowieckiej. Nie bez powodu właśnie Archipelag Gułag ostatecznie podkopał propagandowe fundamenty gmachu sowieckiego kłamstwa, wznoszonego na użytek Zachodu od czasu, gdy w Piotrogrodzie wystrzeliła „Aurora”. I chociaż gmach trzymał się jeszcze przez pewien czas, to od chwili wydania książki Sołżenicyna jego ściany pękały coraz bardziej. W końcu cały runął i dziś nikt już się nie kwapi, by go odbudowywać – przynajmniej w takiej samej formie. Ale wciąż stoją jego ruiny, zasłaniając nieraz i zakłócając widok dwudziestego wieku. Trzeba coś z tym zrobić. Zwłaszcza, że w Rosji już zaczęto dostrzegać w nich nostalgiczne piękno. A na Zachodzie też przecież nie brak miłośników ruin.

Tekst pochodzi z książki Dariusza Tołczyka Gułag w oczach Zachodu przygotowywanej obecnie do druku w Polsce.


[1] Zob. F. Nietzsche, Unzeitgemasse Betrachtungen, München 1999.

[2] W. Szymborska, Wiersze wybrane, Kraków 2000, s. 291.

[3] T. Des Pres, The Survivor: An Anatomy of Life in the Death Camps, Oxford 1976, s. 35.

[4] N. Mandelsztam, Nadzieja w beznadziei, tłum. A. Drawicz, Warszawa 1997, s. 55.

[5] B. Bettelheim, Surviving, New York 1979, s. 97.

[6] A. Ekart, Vanished without Trace: The Story of Seven Years in Soviet Russia, trans. E. Sykes and E. D. Virpsha, London 1954, s. 12.

[7] J. Margolin, Puteszestwije w stranu ze-ka, New York 1952, s. 413.

[8] L. Feuchtwanger, Moscow 1937, New York 1937, s. 150.

[9] P. Sloan, Soviet Democracy, London 1937, s. 111.

[10] G.B. Shaw, The Rationalization of Russia, Bloomington 1964, s. 92 (I wydanie 1931).

[11] A.L. Strong, This Soviet World, New York 1936, s. 256 i 262.

[12] R. Conquest, Wielki Terror, tłum. Władysław Jeżewski, Warszawa 1997, s. 519.

[13] F. Furet, Przeszłość pewnego złudzenia. Esej o idei komunistycznej w XX w., tłum. J. Górnicka-Kalinowska i M. Ochab, Warszawa 1996, s. 192.

[14] R. Pipes, Russia under the Bolshevik Regime, New York 1995, s. 211.

[15] B. Skarga, Po wyzwoleniu… (19441956), Warszawa 2000, s. 199.

[16] S. Margulies, Pilgrimage to Russia: The Soviet Union and the Treatment of Foreigners 19241937, Madison 1968, s. 155.

[17] A. Applebaum, Gułag, tłum. Jakub Urbański, Warszawa 2005, s. 15.

[18] R. Conquest, dz. cyt., s. 272.

[19] Amis, op.cit., s. 273.

[20] ibid., s. 272

[21] R. Pipes, dz. cyt., s. 209.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata