70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ludzie przeciwko zwierzętom

A może bardziej istotną przyczynę stanowił rustykalny charakter społeczeństwa staropolskiego: zaopatrzenie w dziczyznę odgrywało zbyt istotną rolę w pańskim, i nie tylko pańskim jadłospisie, jak również w aprowizacji wojska, aby można było nawoływać do rezygnacji z łowów. Zwierzyny było po lasach sporo, a wilki oraz dziki po dawnemu stanowiły zagrożenie dla ludzi i zbiorów.

Sposób traktowania zwierząt w Polsce nie doczekał się jak dotąd osobnego opracowania. Przed wojną jedyny Marian Zdziechowski (1861–1935) chyba wybitny filozof kultury poświęcił temu tematowi nieco miejsca w swych rozważaniach O okrucieństwie (wznowienie: 1993). Dopiero w r. 1980 doczekał się on osobnego rocznika „Etyki” (18). Na ogół jednak zajmowano się raczej stosunkiem do przyrody, przejawy okrucieństwa lub – humanitaryzmu wobec zwierząt opisując jedynie sporadycznie. Ich dręczenie nie było zresztą czymś kontrastującym z ogólnym postępowaniem wobec istot uzależnionych. Skoro bito dzieci, służbę, chłopów czy żołnierzy, trudno się dziwić, że w równie bezwzględny sposób były traktowane zwierzęta. Pośrednią zachętę po temu znajdowano w Biblii, zwłaszcza w Starym Testamencie, w którym Bóg mówi do Noego, ojca i synów: „Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niech się was boi i lęka. Wszystko co się porusza na ziemi, i wszystkie ryby morskie zostały bowiem oddane wam we władanie” (Księga Rodzaju 9, 1–4).

Już od co najmniej XVIII stulecia krytycy chrześcijaństwa zwracają uwagę, iż jego tryumfowi w Europie towarzyszyły niezliczone okrucieństwa, którym Kościół nie starał się wcale zapobiec. Na listę tę Artur Schopenhauer wpisywał także stosunek do zwierząt, oparty na błędnym i dziwacznym pojęciu, iż „świat zwierzęcy istnieje tylko dla pożytku i przyjemności człowieka”. Pojęcie to „jest przyczyną twardego i bezwzględnego obchodzenia się ze zwierzętami w Europie; samo zaś ma swe źródło w Starym Testamencie…”. W całej Biblii z wielkim trudem dałoby się odszukać miejsca, w których zabrania ona, choćby w pośredni sposób, dręczenia zwierząt. Wypoczynek człowieka miano przede wszystkim na względzie pisząc: „a dnia siódmego zaprzestaniesz pracy, aby odpoczęły twój wół i osioł i odetchnęli syn twojej niewolnicy i cudzoziemiec” (Księga Wyjścia 22, 12). Wprawdzie Księga Powtórzonego Prawa nakazywała: „Nie zawiążesz pyska wołu młócącemu” (25, 4), to jednak szło głownie o ludzi. Św. Paweł przypominając, za Prawem Mojżeszowym, ów zakaz zawiązywania zapytuje wręcz: „Czyż o woły troszczy się Bóg” i tłumaczy, iż Stwórca powiedział to przede wszystkim „ze względu na nas”, albowiem każdy winien pracować w nadziei, iż jego wysiłek przyniesie mu zysk (I List do Koryntian, 9, 9–10).

Jeśli idzie o stosunek do zwierząt twórców wielkich religii, to jedynie Budda poświęcał temu problemowi sporo uwagi, nakazując ich dobre traktowanie. Zarówno jednak Mojżesz, jak Chrystus (a po nim Mahomet) nie wypowiadali się na ten temat. Pisarze doby antyku oraz średniowiecza swe zainteresowanie zwierzętami ograniczają właściwie do kwestii spożywania lub nie ich mięsa. Przypomnijmy, że św. Tomasz z Akwinu twierdził, iż zasada miłości bliźniego rozciąga się jedynie na ludzi, nie dotyczy zaś zwierząt, które Bóg pozwolił zabijać na pożytek człowieka. Chrześcijaństwo, przyznając ludziom duszę (i związany z nią byt pośmiertny), pogłębiło tylko przepaść pomiędzy nimi a zwierzętami. Co prawda, w żywotach niektórych świętych (Franciszka z Asyżu czy Róży z Limy) podnoszono, że byli oni dobrzy nawet i dla zwierząt, ale pozostawało to bez większego wpływu na ich traktowanie.

Autorzy ksiąg Starego Testamentu pozostawali pod silnym wpływem prawodawstwa Bliskiego Wschodu od swych najbliższych sąsiadów czerpiąc m.in. zasadę odwetu oraz instrumentalne traktowanie fauny. Skoro zaś całą Biblię uznano za świętą księgę chrześcijaństwa, również i karanie zwierząt stało się normą zwyczajową prawa, i to nie tylko w wiekach średnich. Jeśli choroba umysłowa nie zwalniała człowieka od odpowiedzialności karnej, to i brak rozumu właściwego ludziom mógł tylko częściowo stanowić okoliczność łagodzącą dla zwierząt. Wprawdzie w XVI w. Bartłomiej Groicki pisał, że zwierzę nie może przestępstwa popełnić „ponieważ rozumu nie ma”, to jednak praktyka sądowa pozostawała często w sprzeczności z tym przekonaniem.

Kamienowano więc, jak to nakazywała Księga Wyjścia (21, 28), woły winne śmierci człowieka, zabijano za to samo konie oraz palono ule wraz z pszczołami, wieszano (względnie topiono) koty, które zjadały gołębie lub w inny sposób naraziły się ludziom, ekskomunikowano węże oraz szarańczę. Krowy czy klacze palono razem z ludźmi, którzy przy ich współudziale uprawiali grzech sodomii, już to aby zatrzeć wszelką pamięć po tak strasznym występku, już to w przekonaniu, iż zwierzę będące przedmiotem sodomii stało się nieczyste. Nie da się także wykluczyć obawa, iż z takiego związku może przyjść na świat jakiś potworny mieszaniec, ludzko-zwierzęcy. Do pogorszenia się doli zwierząt w pewien sposób przyczyniła się nowożytna filozofia, skoro Kartezjusz (a za nim Nicolas de Malebranche) określali je jako „maszyny”, w tym samym sensie interpretując ich zachowanie. Nasuwał się oczywisty wniosek, że wszelka litość byłaby tu nie na miejscu.

W dawnej Rzeczypospolitej bywało wielu myśliwych, legalnych (szlachta) i nielegalnych (chłopscy kłusownicy). O wiele mniej krytyków tychże myśliwych, niemal wcale wrogów polowań. Trudno dziś odpowiedzieć, co wpłynęło na taką właśnie postawę. Realizm ówczesnej elity, ten sam zresztą, który dyktował jej brak zainteresowań dla wszelkiego rodzaju utopii? A przecież one właśnie zakładały, że w „nowym wspaniałym świecie” ludzie będą się obywać bez polowań, pozostawiając w najlepszym razie to zajęcie niewolnikom.

A może bardziej istotną przyczynę stanowił rustykalny charakter społeczeństwa staropolskiego: zaopatrzenie w dziczyznę odgrywało zbyt istotną rolę w pańskim, i nie tylko pańskim jadłospisie, jak również w aprowizacji wojska, aby można było nawoływać do rezygnacji z łowów. Zwierzyny było po lasach sporo, a wilki oraz dziki po dawnemu stanowiły zagrożenie dla ludzi i zbiorów.

Zabijanie zwierząt odbywało się z pełną aprobatą wszystkich Kościołów chrześcijańskich; protestanci nie różnili się pod tym względem od katolików. Dla jednych i drugich zasadniczym autorytetem pozostawał ten sam Stary Testament uczący bezwzględnego traktowania zwierzyny. W kręgach katolickich nikomu się zaś jeszcze nie śniło eksponowanie w kulcie św. Franciszka jego szczególnej miłości do czworonożnych „braci”. Ponadto, właśnie w Polsce styl życia kalwińskiej, luterańskiej czy „papistowskiej” szlachty niewiele się różnił, zwłaszcza na co dzień. Niezależnie więc od tego, do jakich świątyń uczęszczano w niedzielę, na polowania udawano się z równym zapałem. Z kwerendy poczynionej w protestanckiej postyllografii wynika, iż udziału w nich nie uważano za coś zdrożnego.

Jednostki potępiały polowania w Anglii XVIII stulecia. Podobnie było w Polsce doby Oświecenia, gdzie Ignacy Krasicki nazywa je „morderstwem niewinnych”. Natomiast we Francji już w połowie XVII stulecia Cyrano de Bergerac potępiał łowiectwo. W jego znanej utopii (Tamten świat) zwierzę skarży się na człowieka, który „zastawia na nas sidła, zakuwa nas w łańcuchy, wtrąca do więzienia, morduje i zjada, a z możności zabijania tych, którzy pozostali, uczynił przywilej szlachectwa”. W ojczyźnie Bergeraca niewiele sobie robiono z tych morałów, podobnie jak w Anglii, gdzie w XVIII stuleciu niektórzy pisarze także wystąpili z naganą polowań. Stanowiły one niezbywalny przywilej warstwy rządzącej, potwierdzający jej wysoką pozycję społeczną. Wszędzie panowała opinia, iż polowanie człowieka „do wszystkiego rycerstwa sposobnym czyni”. Terminy typu okrutny, okrucieństwo, okrutnie występują w logicznym (i językowym) związku ze zwierzętami, nigdy zaś z ludźmi, którzy na nie polowali. Pogodził się z tym i Kościół katolicki, o czym ewidentnie świadczy posiadanie przez myśliwych specjalnych patronów.

Obok dobrze wszystkim znanego św. Huberta można tu wymienić św. Eustachego, który był szczególnym opiekunem służby leśnej. Obu patronów ukazywano na obrazach z jeleniem, mającym krzyż pomiędzy rogami, jak również z psem myśliwskim. Opiekunami łowów byli także święci Idzi oraz Sebastian; rozmiarami i zasięgiem kultu wszystkich wymienionych dystansował (i nadal zresztą prześciga) św. Hubert. Daremnie zakazywano duchowieństwu brania udziału w wyprawach łowieckich; ponawianie uchwał synodalnych zabraniających księżom polowań świadczy ewidentnie o bezskuteczności podobnych uchwał. Dołączała się do nich satyra świecka, chętnie wytykająca książętom Kościoła, że tracą pieniądze  na psy myśliwskie, zamiast wspomóc groszem potrzebujących. Jednym tchem wymawiano dostojnikowi kościelnemu: „Żądasz dla swej psiarni zboża i mięsa, polujesz, upijasz się, oddajesz miłostkom” (S. Klonowic). Skoro łowami zajmowali się ludzie wyniesieni później na ołtarze, Kościół nie mógł i świeckim zabraniać polowań.

W liście do Bony, skierowanym przez Piotra Opalińskiego, który z polecenia królowej zajmował się edukacją jej syna, znajdujemy przestrogę: Zygmunta Augusta nie należy zabierać na polowanie z rarogami. Może to bowiem wpłynąć ujemnie na przyszłego władcę, albowiem „ptaki te są okrutniejsze w swoim rodzaju, porwane ptactwo rozdzierają, a tak samego tylko okrucieństwa w polowaniu tem nauczyć się można”. Warto wszakże w tym miejscu przypomnieć, iż Zygmunt August jako pierwszy chyba z władców europejskich zniósł (1554) karę śmierci na kłusownictwo. I to z nader humanitarną motywacją, którą przekazał nam ówczesny podskarbi koronny, Jan Lutomirski: „nie chce król, aby wtenczas, gdy można karę za zabójstwo człowieka odkupywać, aby wilk lub jeleń miał większą wartość jak człowiek”. O ile więc I (1529) i II (1566) Statut Litewski, obowiązujące w Wielkim Księstwie, przewidywały karanie kłusowników śmiercią, to III (1588), sankcjonując niejako łaskawość okazaną przez ostatniego z Jagiellonów, zamieniał to na grzywnę i sześć tygodni więzienia. Dla porównania przypomnijmy, iż w tymże XVI stuleciu w innych państwach Europy kłusowników jeśli nie wieszano, to zaszywano w skórę jelenia i rzucano psom na pożarcie, albo przykuwano do jakiegoś dzikiego zwierzęcia i puszczano w las. W „najlepszym razie” oślepiano.

Jeśli idzie o zwierzęta domowe, to ze szczególnym upodobaniem, motywowanym po części względami na ich magiczne właściwości, prześladowano koty. Dotyczyło to zwłaszcza czarnych kotów, pozostających – jak wierzono – na usługach diabła, który lubił często przybierać postacie tego zwierzęcia. Zdaniem niektórych lingwistów niemiecka nazwa kacerza (der Kätzer) wywodzi się właśnie od kota (die Katze). Ze świata folkloru wiara w kota jako personifikację diabła zawędrowała do arcydzieł literatury, od Fausta poczynając, poprzez utwory E.T.A. Hoffmanna, E. Poego, Ch. Baudelaire’a a na Mistrzu i Małgorzacie Michaiła Bułhakowa kończąc. Drogo też przyszło za nią płacić kolejnym generacjom „mruczków”, którym zaciskano ogon w drewno, aby wypędzić z nich szatana (stąd przysłowie „brać kota w leszczoty” czy „zakleszczyć” kota). Można to jednak uznać niemalże za niewinną szykanę w porównaniu z tak częstym w nowożytnej Europie paleniem kotów żywcem. Podobnie jak czarownice czy kacerze również i one były wrzucane do ognia. Zabiegi o charakterze obronnomagicznym mieszały się tu niewątpliwie z elementami bardzo okrutnej zabawy.

W wielu krajach palono koty podczas karnawału w środę popielcową oraz w dzień św. Jana, a w święto Wniebowstąpienia zrzucano je z wieży kościelnej (to ostatnie miało miejsce również i w Polsce). We Francji worek, względnie kosz z kotami, wieszano nad stosem, który następnie zapalano. To okrutne widowisko, organizowane 24 czerwca (w dzień św. Jana) trwało od czasu rządów Ludwika XI (1461) co najmniej do początków XVIII stulecia. Zaszczycali je swoją obecnością kolejni władcy, zazwyczaj w towarzystwie delfinów. Aby sprawić synkom przyjemność, pozwalali im właśnie rozniecić ogień. Jedno z tych okrutnych, w naszych oczach, widowisk pozostawało w pewnym związku z historią Polski. Mianowicie 24 czerwca 1573 r. Karol IX, dla uczczenia elekcji Henryka Walezego na tron Rzeczypospolitej, osobiście zapalił stos, na którym spłonęło dwa tuziny kotów oraz lisów.

Z kolei na Wyspach Brytyjskich w kukły przedstawiające papieża wpychano żywe koty. Wrzaski, jakie wydawały, płonąc wraz z jego wizerunkiem, stanowiły dodatkowe źródło satysfakcji dla antykatolicko nastawionych gapiów. Na wiejskich jarmarkach zaś ulubionym sportem Anglików było strzelanie do kota, zawieszonego w koszyku. W Niemczech, chcąc ukarać złodzieja owoców, pod jednym z drzew grzebano żywcem czarnego kota, aby w ten sam sposób zginął i sprawca kradzieży. Żywe koty bywały także zakopywane w fundamentach domów, jak również na rozstajach dróg. Musiało upłynąć przeszło trzysta lat, aby na „medalu królowej” nadawanym w Anglii ludziom zasłużonym w zwalczaniu okrucieństwa, w grupie przedstawionych tam zwierząt znalazł się i kot. Stało się to na wyraźne życzenie królowej Wiktorii, która uznała, że należy zwalczać wielowiekową pogardę i antypatię dla kotów.

Buffon, nazwany „papieżem francuskiej zoologii”, określał koty jako zdradliwe zwierzę, które trzymamy z konieczności, choć z wiekiem jego natura staje się coraz gorsza, a wszystkie złe cechy ulegają spotęgowaniu. Niechęć do kotów była powszechna, a medycy jak najpoważniej ostrzegali przed ich trującym oddechem. O ile w Anglii XVIII stulecia stosunek do kotów ulega wyraźnemu polepszeniu, o tyle jeśli idzie o Polskę pozostaje on nadal pełen nieufności. Wystarczy przeczytać ówczesne podręczniki zoologii czy encyklopedyczne zarysy „historyi naturalnej”, aby się przekonać, że psa obsypywano w nich samymi niemal pochwałami, natomiast kotu stale miano coś do zarzucenia. Ludzkie okrucieństwo wobec kotów usprawiedliwiano nie tylko ich fałszywym i drapieżnym charakterem, ale i niebezpieczeństwem, jakie stwarzają poprzez swój sojusz z diabłem oraz czarownicą. I nieprzypadkowo chyba ustanie procesów o czary wiąże się z poprawą stosunku do kotów.

W katechizmach, które ukazywały się w Polsce XVIII wieku (o wcześniejszych stuleciach nie wspominając), brak pouczeń, że grzechem jest również dręczenie zwierząt. Mało komu przychodziła do głowy refleksja, iż krzywdzenie ich może pozostawać w jakiejś kolizji z chrześcijańskim etosem moralnym. Na palcach jednej ręki dałoby się zaś policzyć pisarzy, którzy w XVI i XVII stuleciu ganili bezmyślne zabijanie ptaków; tylko nieliczni upominali się o bezbronne, nikomu nie wadzące pisklęta. Te odosobnione wypowiedzi, będące w pewnym sensie pogłosem tradycji literackiej sięgającej jeszcze antyku, nie stały się jednak dyrektywą wychowawczą. Szło zawsze o przypadki, w których krzywdzenie zwierzęcia wychodziło na złe człowiekowi, już to zaprawiając go w okrucieństwie, już to wyrządzając szkody bliźniemu. „Jeżeliście nie ochromili komu owce, ciele etc.” – zapytywali spowiednicy. Podobnych nauk moralnych można by zapewne odnaleźć więcej; nie zmieni to faktu, iż problem stosunku do zwierząt nie zaprzątał nigdy uwagi staropolskich pedagogów, kaznodziejów czy satyryków.

W sfery moralności oraz etyki wchodzono dopiero wtedy, gdy w niektóre zwierzęta (jak w koty, kozy lub wilki) wcielał się zły duch lub kiedy w bajkach, mających przekazać pewną naukę moralną, zwierzę występowało jako personifikacja ludzkich wad czy zalet. Przypomnijmy, że już we wczesnym chrześcijaństwie były one symbolami czterech ewangelistów. Wół oraz inne zwierzęta domowe, towarzyszące narodzinom Chrystusa, pojawiały się corocznie w bożonarodzeniowej szopce. Wśród ludu wierzono, iż wówczas to mogą one przemawiać ludzkim głosem, a z krową dzielił się gospodarz opłatkiem.

Zwierzęta nie pojawiają się w ogóle w naukach moralnych, którymi tak hojnie szafowała pedagogika doby Oświecenia, choć wówczas właśnie ulega odnowieniu wywodzące się jeszcze z antycznej Grecji przekonanie, iż istnieje ścisły związek między okrucieństwem przejawianym przez ludzi (zwłaszcza dzieci) wobec zwierząt a ich stosunkiem do bliźnich, między torturowaniem psów czy kotów a okrucieństwem w ogóle. Dawał temu zresztą wyraz i Skarga, który pisał, że ludzie przed potopem nie zabijali żadnych zwierząt, aby się przez to „do okrutności nie zwyczaili i po tym do rozlania krwie ludzkiej nie sposobili”. Tę samą myśl odnajdujemy w artykule cruauté, zamieszczonym w Wielkiej Encyklopedii francuskiego Oświecenia. Czytamy tam, iż okrucieństwo wynika m.in. z przyzwyczajenia do rozlewu krwi zwierzęcej. Autor tego hasła, Louis de Jaucourt, powoływał się na opinię Montaigne’a, który nakazywał dobroć dla zwierząt.

Pierwszą w języku polskim naukę, iż Bóg pozwolił wprawdzie człowiekowi uśmiercać zwierzęta na własny pożytek, ale „męczyć onych nie powinien, ani też z rozpusty i złej woli onych zabijać”, znajdujemy dopiero w wydanym w 1795 r. w Królewcu podręczniku dla szkół mazurskich (Przyjaciel dzieci…), który przełożył na polski Józef Olech, pedagog oraz kaznodzieja ewangelicki. Niemiecki autor (Fryderyk Eberhard von Rochow) poświęcił tej nauce moralnej oddzielną czytankę: „O Karolu, co wybierał gniazda ptasze…”, a dorosłe ptaki męczył tak długo, „aż pozdychały”. Przez to i wieś uczynił ciemną oraz pustą i szkody spowodował, ponieważ robactwo zniszczyło drzewa owocowe. Tak więc zarówno Anglia, jak Niemcy wcześniej od Polski potępiły okrucieństwo wobec zwierząt, co niektórzy badacze tłumaczą protestanckim charakterem kultury tych krajów. Nie wydaje się to jednak słuszne, skoro bezlitosne traktowanie zwierząt aprobował właśnie Stary Testament, odgrywający tak istotną rolę w luteranizmie czy purytanizmie. Przypomnijmy, że słynne „szczwalnie”, o których będzie jeszcze mowa, przyszły do nas właśnie z sąsiednich państewek niemieckich. Bardziej istotnym powodem wydaje się późniejszy w Polsce niż na Zachodzie Europy rozwój myśli oświeceniowej.

Pewne znaczenie mogło mieć i to, iż szlachecka Rzeczpospolita była krajem przede wszystkim agrarnym, gdzie sama racja gospodarska nakazywała znośne traktowanie niezbędnych w rolnictwie zwierząt. Często bity i źle karmiony koń padał rychło z przepracowania, nikt rozsądny nie okładał kijami mlecznej krowy, nie znano też walk kogutów, tak popularnych na przykład w Anglii.

Istniały jednak zwierzęta będące pod szczególną ochroną, że wymienimy psy myśliwskie, używane do polowań, czy rasowe konie. I jedne i drugie sporo kosztowały, a na ich utrzymanie oraz pielęgnację nie żałowano wydatków. Z kolei zabicie bociana uchodziło za szczególnie ciężki i niebezpieczny, bo ściągający karę Bożą, grzech. Co prawda, choć mawiano również, że „kto słowika zabije, zasmuci aniołów”, to jednak jego język bywał jako szczególny przysmak podawany na pański stół.

W sumie jednak widownią okrucieństwa wobec zwierząt bywały raczej wielkie aglomeracje miejskie niż wieś. W miastach psy czy koty traciły swe funkcjonalne znaczenie; nie przynoszące pożytku i pozbawione właściciela były tym bardziej narażone na agresję. Można by zaryzykować nawet twierdzenie, że czym wyższy był stopień urbanizacji danego kraju, tym okrutniej kształtował się w nim stosunek do zwierząt. Na jednym biegunie ich doli znajdowały się „faworytne” sroki i papugi, kotki i pieski, troskliwie, aż do przesady pieszczone przez czułostkowe „żony modne”.

Inna sprawa, że przedmiotem szyderczych uwag satyryków była tylko ta czułość, którą okazywały zwierzętom kobiety. Chwalono natomiast heroizm, z jakim się ich pozbywały, aby nie uchybić czci należnej Bogu. Florian Jaroszewicz rozwodzi się (1767) nad pobożnością Elżbiety Gostomskiej, która kazała nawet utopić ukochanego psa, ponieważ przeszkadzał dewotce w modlitwach. Natomiast nikomu nie przychodziło do głowy wyśmiewanie się z męskiego przywiązania mężczyzn do koni czy psów myśliwskich (czy dlatego, że głównie męskie pióra tworzyły literaturę?). Potrafiono je doskonale łączyć z okrucieństwem wobec ludzi, jak to widać choćby na przykładzie Jana Chryzostoma Paska. Swój najlepszy wiersz poświęcił on nie jakiejś kolejnej bogdance, lecz ukochanemu koniowi. Z bogatej palety barw występujących w jego pamiętnikach, większość dotyczy właśnie maści koni.

Na drugim biegunie zwierzęcej doli znajdujemy bezdomnych pobratymców „faworytnych” stworzeń, torturowanych i zabijanych na różne sposoby. Okrucieństwo wynikało po części z wierzeń magicznych (vide przybijanie żywych nietoperzy do ściany gwoździami), chęci wymierzenia kary (palenie zwierząt „współwinnych” sodomii), pragnienia zabawy wreszcie. Zawsze jednak było związane z systemem wielostopniowych uzależnień. Rodzice i pedagodzy znęcali się nad dziećmi, te zaś niejednokrotnie odpłacały się podobnym okrucieństwem wobec zwierząt. Czyniły tak nie tylko dzieci: opisywany przez Fiodora Dostojewskiego pasażer bił woźnicę, on zaś chłostał konia. Nie przypadkiem dręczenie zwierząt zaczyna być potępiane dopiero wówczas, gdy tortury ulegają stopniowej eliminacji z procesu sądowego, a szkoła stara się ograniczyć stosowanie chłosty uczniów. Wszystko to ma, jak wiadomo, miejsce w dobie Oświecenia; wtedy też zaczęto się krytycznej przyglądać królewskim polowaniom, a szczucie zwierząt nawzajem na siebie zaczyna być odbierane jako okrucieństwo.

Z pamiętników sumiennego kronikarza dworskich rozrywek, jakie uprawiano za czasów panowania Władysława IV Wazy, wynika, iż na poczesnym miejscu było wśród nich przyglądanie się walce zwierząt. Ulubionym zajęciem Augusta II Sasa było strzelanie do psów, które król starał się tylko zranić, aby potem mieć przyjemność ich dobijania.

Podobnymi rozrywkami zaczęto już jednak gardzić w dobie stanisławowskiej. Fryderyk Schulz notuje, iż na przybyłą z Wiednia „szczwalnię”, która 3 maja 1792 r. dała występy w Warszawie, przyszło głównie pospólstwo. Jej występy z najwyższą odrazą opisuje inny niemiecki podróżnik, Johann Erich Biester. Już same afisze reklamujące widowisko pełne są, jak twierdzi, „płaskich opisów mąk biednych zwierząt”. Czym innym jest bowiem walka silnych drapieżników, czym innym zaś szczucie psami wynędzniałych wilków czy niedźwiedzi, które przestraszone uciekają do klatek. I dalej: „Oby tutejsza ludność, kierując się litością do zwierząt i odrazą do widoku niezasłużonych cierpień, zaniechała raz na zawsze takich igrzysk a znalazła upodobanie w bardziej odpowiadających jej naturze, subtelniejszych rozrywkach”. Upłynie jednak sporo czasu, zanim życzenia te się spełnią.

Jak się wydaje, istotny wpływ na zmianę stosunku do zwierząt miała literatura piękna, żeby przypomnieć bajki Stanisława Jachowicza, w których problem ten zajmuje tak wiele miejsca. Dopiero w dwudziestych latach XIX wieku w czasopismach przeznaczonych dla dzieci oraz młodzieży znajdujemy nieśmiałe napomknienia o konieczności lepszego traktowania ich czworonogich przyjaciół. Jest to jednak osobny temat, godny ze wszech miar dalszych badań.

W stosunku człowieka do przyrody oraz do zwierząt, której część one stanowią, można – w pewnym oczywiście uproszczeniu – wyróżnić dwa całkowicie odmienne okresy. W pierwszym z nich pisano przede wszystkim o zagrożeniu, jakie zarówno sama natura, jak i zwierzęta (nie tylko zresztą dzikie) stanowią dla człowieka. W warunkach polskich prym wiodły tu oczywiście wilki. Mało kto przejmował się, że pewne gatunki zwierząt giną bezpowrotnie. Dopiero w drugim okresie, który wykracza chronologicznie poza ramy tego artykułu, zaczęto stopniowo zauważać niebezpieczeństwo, jakie działalność człowieka stwarza dla środowiska naturalnego (lasów, czystych wód czy powietrza) oraz dla świata zwierząt.

Poczucie zagrożenia przez przyrodę trwało niesłychanie długo. Przez całe wieki zarówno w górach i lasach, jak w rzekach czy morzach widziano jedynie szlaki komunikacyjne, najeżone niebezpiecznymi przeszkodami. Uniknięcie ich graniczyło nieraz z cudem; stąd tak częste w literaturze opowieści o morskich burzach, walkach z rekinami czy zabłądzeniu w borze, gdzie na samotnego wędrowca czyha dzika zwierzyna. Nikomu nie przychodziło do głowy, iż można dla przyjemności uprawiać wspinaczkę górską.

Współistnienie człowieka z naturą, oparte na jej ochronie, wydawało się i niemożliwe, i zbyteczne. Jedyny chyba wyjątek czyniono dla lasów. „Bo się żyto w rok urodzi, drzewo kiedy porąbiesz, jako chłopa zabił” – pisze tak zawsze trzeźwy i nastawiony wyłącznie na zysk Anzelm Gostomski (1588). Poza tym jednak obowiązywała zasada: ujarzmić i wykorzystać, a w razie oporu zniszczyć, odnosząca się w jednakowym stopniu do martwej, co i do żywej przyrody (a więc do zwierząt). Uchwalenia karty ich praw domagał się René Guyon już w 1927 r.; dopiero jednak za naszych czasów postulat ten doczeka się realizacji. W październiku 1978 r. została w UNESCO przedłożona Światowa Deklaracja Praw Zwierzęcia, w której czytamy, że „żadne zwierzę nie może być przedmiotem maltretowania i aktów okrucieństwa”. Któż jednak w XVI–XVIII stuleciu mógł przewidzieć, iż ochrona krajobrazu naturalnego stanie się kiedyś programem politycznym wpływowej partii „zielonych”?.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata