70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Konflikt w amerykańskiej duszy

Gertrude Himmelfarb, Jeden naród, dwie kultury, przełożył Piotr Bogucki, wprowadzeniem opatrzył Piotr Skurowski, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007

Himmelfarb to przede wszystkim badaczka kultury wiktoriańskiej i losów jej dziedzictwa, autorka studiów poświęconych myśli Lorda Actona, Johna Stuarta Milla i Charlesa Darwina. Jej podstawowa dziedzina to historia idei i właśnie z jej perspektywy często podejmuje temat przemian amerykańskiej moralności. Pozostaje wierna swoim zainteresowaniom również teraz, ale filozoficzne i społeczne intuicje tym razem postanawia poprzeć statystykami. Pozbawia to Jeden naród, dwie kultury głębi, jaką można znaleźć w jej innych książkach, ale nie pozbawia przenikliwości. Talent pisarski Himmelfarb nieco blednie w tłumaczeniu Piotra Boguckiego, niemniej przesłanie pracy jest czytelne i nie może zostać zlekceważone.

Narcyzi i dysydenci

Teza Himmelfarb jest oryginalna a jednocześnie bardzo prosta: między obywatelami Stanów Zjednoczonych w wyniku rewolucji lat 1960. pojawiła się nowa linia podziału, która przebiega nie zgodnie z tradycyjnym rozróżnieniem na bogatych i biednych, wykształconych i niewykształconych, ale „w poprzek klas, jak również w poprzek religii, ras, płci, grup etnicznych i politycznych”, ponieważ decydują o niej wartości moralne i kulturowe. Różnice są tak wielkie, że obie grupy, „dwie kultury”, jak je określa autorka, dzieli „etyczna przepaść” (s. 135). Oznacza to, że „więcej wspólnego mają ze sobą dwie rodziny chodzące do kościoła, z których jedna jest rodziną robotniczą, niż dwie rodziny robotnicze, z których jedna chodzi do kościoła” (tamże). Grupy nie są sobie równe. Grupę dominującą, której ton nadają elity akademickie i środowisko mediów, charakteryzują postawy permisywne i progresywne, dawniej typowe jedynie dla bohem artystycznych i rozkapryszonych bogatych młodzieńców. Jej przedstawiciele, współcześni narcyzi, unikają ocen moralnych tak własnego zachowania, jak i zachowania innych. Są zwolennikami aborcji, tolerują cudzołóstwo, rzadko uczestniczą w nabożeństwach religijnych, a termin „rodzina” ma dla nich dosyć mgliste konotacje.

Druga kultura, słowami Himmelfarb „kultura dysydencka”, jest „reakcją przeciw coraz bardziej rozpowszechnionemu luźnemu systemowi moralności” (s. 143). Jej zwolennicy nie wstrzymują się od osądów moralnych, uważają, że moralność seksualna nie jest prywatną sprawą, i chociaż wielu z nich nie praktykuje żadnej religii, doceniają jej społeczną rolę. Kultura dysydencka, jak sama nazwa wskazuje, polega na przebywaniu poza, na byciu na osobności. W praktyce oznacza to zakładanie szkół kultywujących konserwatywny system wartości, czasem uczenie dzieci w domu (ruch home schooling), rezygnację z oglądania telewizji i manifestowane na wiele sposobów przywiązanie do wartości rodzinnych. Przedstawiciele kultury dysydenckiej to więc „selektywni separatyści”: ludzie biorący udział w wyborach, płacący podatki, uprawiający zwykłe zawody i aktywni w lokalnych wspólnotach, ale zdecydowanie bojkotujący pewne elementy kultury popularnej (s. 174). Narcyzi i dysydenci rzadko spotykają się. Amerykański akademik (czytaj: narcyz) bywa zaskoczony wynikami wyborów – nie zna przecież nikogo, kto by głosował na republikanów (czytaj: żadnego dysydenta). Oczywiście podział na dwie kultury ma charakter Weberowskich typów idealnych i jest w dużym stopniu umowny, jednak Gertrude Himmelfarb twierdzi, że „pomimo (…) indywidualnych różnic dostrzec można pewną wspólnotę myślenia, swoistą zbieżność przekonań i wartości, które sytuują większość ludzi w jednej lub w drugiej kulturze” (s. 145).

Dwie filozofie

Na czym polega owa zbieżność przekonań i wartości? Zacznijmy od kultury obecnie dysydenckiej, a dawniej dominującej. Jej podstaw etycznych należy szukać u chętnie cytowanych przez Ojców Założycieli starożytnych, a zwłaszcza w klasycznej teorii cnoty. Cnota to umiejętność panowania nad sobą, doskonalenia się, wstrzemięźliwości, zdrowego osądu, właściwa ludziom wolnym, zdolnym wchodzić w relacje z innymi i tym samym założyć wspólnotę polityczną, stworzyć coś, co przetrwa ich samych. Przyszli Amerykanie, podróżujący na statku Mayflower poprzez prawość swojego charakteru „zasłużyli” na życie w wolnym, demokratycznym państwie. Moralność uzdalniała ich do uczestnictwa w demokracji: odznaczali się nie tylko cnotami ludzkimi, ale też obywatelskimi: potrafili „zarówno słuchać, jak i rządzić”[1]. Filozofia leżąca u podstaw „zdrowej” kultury amerykańskiej była więc filozofią par excellence republikańską, to znaczy taką, która wolność osobistą i polityczną nierozerwalnie wiąże z prawem i moralnością, która uznaje, że człowiek jako istota dążącą do najpełniejszej realizacji własnego potencjału, nie spełni swoich pragnień inaczej niż tylko żyjąc wśród ludzi. Obecność innych oznaczała dla Pielgrzymów stanie się podmiotami uprawnień i obowiązków oraz uznanie prawa i moralności nie za przeciwieństwa wolności, ale jej trwałe elementy. Republikańska tradycja filozofowania o państwie i społeczeństwie ma sprzymierzeńca w idei prawa naturalnego oraz wywodzącej się z niej koncepcji sprawiedliwości i – chociaż jako taka areligijna – w sferze publicznej współgra z chrześcijańską kulturą.

Jeżeli filozofię antyczną, a za nią filozofię Nowego Świata, cechował optymizm poznawczy, to znaczy przekonanie, że świat jest poznawalny i w większym lub w mniejszym stopniu zrozumiały, a ludzka natura ma stałe cechy, to współczesną kulturę dominującą charakteryzuje odwrotne przeświadczenie: świat nie jest poznawalny, nie jest zrozumiały, nie ma w nim nic pewnego ani stałego. Skoro nie ma nic stałego, nie ma żadnego punktu oparcia. Nie ma też kryteriów oceny tego, co dobre i co złe, najrozsądniej więc będzie powstrzymać się od jakichkolwiek sądów. Dominująca kultura jest zatem podszyta nihilizmem i emotywizmem: nie ma żadnej przyczyny, dla której należałoby chronić dawne instytucje społeczne, sądy moralne to jedynie wynik naszych preferencji, lubienia lub nielubienia, czy nie do końca racjonalnych skłonności. W konsekwencji, to, co miało prowadzić do wygody i większej wolności jednostek, staje się czymś głęboko antyhumanistycznym.

Religia, głupcze!

Dynamika tych dwóch filozofii, a za nimi dwóch kultur, jest skomplikowana i trudno przewidzieć efekty ich starcia (Himmelfarb jest tutaj ostrożną optymistką, stawia na stopniową rekonkwistę Ameryki przez dzisiejszą kulturę dysydencką). Statystyczna weryfikacja obserwacji autorki jest sprawą karkołomną, a skomplikowane analizy raczej nie doprowadzą do jednoznacznej odpowiedzi. Mogą jedynie wstępnie potwierdzić jej tezy formułowane w duchu paradygmatu rynkowego na polu socjologii religii. Mówi on, że modernizacja społeczeństwa nie musi wiązać się z jego sekularyzacją. Czynnikom, którym w innych paradygmatach przypisuje się rolę erozji religijności, na przykład upowszechnienie się wyższego wykształcenia czy wzbogacenie się społeczeństwa, tutaj oddaje się sprawiedliwość: dostrzega się, że zjawiska te mogą wpływać na pogłębienie religijności, mogą też spowodować wewnętrzną integrację religii. Ma temu sprzyjać także konkurencja na rynku religii, której warunkiem jest rozdział kościoła od państwa.

Gertrude Himmelfarb nie ogranicza się do socjologicznych obserwacji. Szuka zrozumienia tego, czego jest świadkiem w filozofii społecznej i politycznej. Nie jest pierwszym krytykiem codzienności Zachodu. Przed nią w podobnym duchu wypowiadali się choćby Daniel Bell czy Joseph Schumpeter. Już dawno spostrzeżono, że kapitalistyczne społeczeństwo podważa zasady, na których się opiera i żeby dobrze funkcjonować potrzebuje ludzi o republikańskich zasadach, do których zwracał się Adam Smith w Bogactwie narodów.  Hilmelfarb na pewno zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że zasadniczy konflikt ma miejsce w duszach, a nie na parkietach giełdowych, że być może lepiej zrozumielibyśmy współczesne zachodnie społeczeństwo czytając MacIntyre’a, zwłaszcza jego Dziedzictwo cnoty czy Whose Justice? Which Rationality? niż skądinąd wiele mówiące tabele kursów akcji. Od czego zależy pomyślność społeczeństwa amerykańskiego, pomyślność rozumiana nie tylko jako dobrobyt, ale też jako przetrwanie po prostu? Skąd wziąć ludzi o republikańskich zasadach? Himmelfarb odwraca hasło z kampanii Billa Clintona „Gospodarka, głupcze!”. To, czego potrzeba Amerykanom, przeżywających dziś wojnę kulturową to jej zdaniem współdziałanie kultury i polityki: „to kultura a nie polityka decyduje o sukcesie społeczeństwa”, ale „polityka może zmieniać kulturę i ochronić ją od niej samej” (s. 177). Himmelfarb jest więc pilną czytelniczką Tocqueville’a i osobą obdarzoną zdrowym rozsądkiem: wie, że wolność musi być utwierdzona w kulturze i moralności, a ta jest niemożliwa bez religii. Przypomina, że dla Amerykanów „religia jest pierwszą z ich politycznych instytucji”. Wołając: „Kultura, głupcze!” w istocie mówi o religii. Bez niej podstawy amerykańskiego stylu życia i ustroju politycznego osuwają się w próżnię.

Czy Himmelfarb nie przesadza?

Jeden naród, dwie kultury to jeden z najważniejszych głosów w amerykańskiej debacie publicznej ostatniej dekady, odpowiedź na tezy Alana Wolfe’a, którego książka One Nation, After All. What Middle-Class Americans Think About God / Country / Family / Racism / Welfare / Immigration / Homosexuality / Work / The Right / The Left / and Each Other stała się bezpośrednim powodem wystąpienia Himmelfarb. Debata dotyczy najważniejszych zasad ładu społecznego i jak to w debatach na tak fundamentalne tematy bywa, tezy stron wzbudzają kontrowersje i ostrą krytykę. Część zarzutów wobec autorki wynika ze zwykłego uprzedzenia czytelników i z obaw przed posądzeniem o sprzyjanie taniemu moralizatorstwu. Himmelfarb rzeczywiście może przypominać wioskową staruszkę, która wtrąca się w sprawy innych ludzi i udziela im rad, o które nie proszą, jak nieco żartobliwie po lekturze Jednego narodu… powiedział o niej Charles Taylor. Obawy przed moralizatorstwem są jednak nieuzasadnione. Himmelfarb zręcznie omija pułapki patosu, jej argumenty są eleganckie i racjonalne, zdecydowanie bliższe zdrowemu rozsądkowi niż nonszalanckie tezy jej oponentów, chyba bardziej zatroskanych opinią kolegów niż utrzymaniem związku z rzeczywistością. Są jednak zarzuty, które należy potraktować poważnie.

Po pierwsze, wydaje się, że autorka idealizuje lata 1950. Być może dobre aspekty niektórych rewolucji lat 1960. uważa za oczywiste, ale obok wymieniania ich licznych, rzeczywistych negatywów, brakuje wzmianki o ich walorach. Analizując statystyki, wytrwale pokazuje, że rzeczywistość nie jest ani biała, ani czarna, a czasami po prostu szara, jednak odcień tej szarości bywa dziś bardzo, czasem wręcz niewiarygodnie ciemny. Po drugie, utyskiwania na akademickie elity osoby do nich należącej na mocy prostej psychologii zyskują na wiarygodności, ale sam pozytywny oddźwięk na książkę Himmelfarb w kręgach konserwatywnych, które też są przecież częścią akademickiego establishmentu, podważa nieco jej diagnozę. Po trzecie, społeczeństwo amerykańskie wciąż jest bardziej religijne niż społeczeństwo europejskie, dlatego są podstawy do tego, by optymizm Himmelfarb był bardziej niż umiarkowany. Fundament amerykańskiej kultury ma się więc dosyć dobrze, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się fundamentom kultury europejskiej.

Himmelfarb czytana w Polsce 

Pozostaje jedynie zapytać, dlaczego książkę Himmelfarb mają czytać Polacy? Dlaczego doświadczenie Ameryki może zainteresować kogoś innego poza mieszkańcem Stanów Zjednoczonych? Himmelfarb odwołuje się do Petera Bergera, dla którego wojna kulturowa jest „ogarniającym całe społeczeństwo konfliktem normatywnym” i pisze: „Przypadek Ameryki jest paradygmatem o tyle, o ile zawiera podstawowe elementy charakteryzujące wszystkie normatywne konflikty. Uwidaczniają się one w kontekście osobistej moralności, polityki publicznej, religii, instytucji czy interesów. W tej lub innej formie wojna ta toczy się w zachodniej i wschodniej Europie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Ameryce Łacińskiej. W każdym kraju konflikt rozgrywa się wokół istoty narodowej społeczności i tożsamości, wokół tego, kim jesteśmy” (s. 159-160). Życzyłabym sobie, abyśmy właśnie w tym duchu czytali Himmelfarb: starając się dotrzeć do istoty rzeczy i nie wikłając się przy tym w doraźne i sztuczne spory, nie przenosząc zbyt łatwo amerykańskich linii podziału na polskie społeczeństwo. Pierwszeństwo kultury przed polityką jest Polakom bliskie, zmuszeni okolicznościami uniemożliwiającymi normalną działalność polityczną nauczyliśmy się koncentrować wszystkie nasze wysiłki w sferze kultury, w sferze symbolicznej i aksjologicznej. Badania kondycji polskiego społeczeństwa z przełomu lat 1970. i 1980. autorstwa Andrzeja Rycharda, Edmunda Wnuka Lipińskiego, Stefana Nowaka i antropologiczne studium Jana Kubika jasno pokazują prymat kultury nad polityką i ekonomią. To kultura, w dużej mierze ukształtowana przez katolicyzm, zdecydowała o powodzeniu i sile przemian społecznych następnych lat, to ona była kategorią różnicującą na dobrych „my” i złych „onych”. Doświadczenie polskie chociaż tak dalekie od amerykańskiego, na najważniejszym poziomie jest z nim zgodne. Jedyne, co martwi, to smutny fakt, że także dziś lepiej sobie radzimy na polu kultury niż polityki, że rzadko doceniamy politykę, która „może zmieniać kulturę i ochronić ją od niej samej”.


Gertrude Himmelfarb, Jeden naród, dwie kultury, przełożył Piotr Bogucki, wprowadzeniem opatrzył Piotr Skurowski, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.


[1] Arystoteles, Polityka, Warszawa 2002, księga III, r. 2, tłum. L Piotrowicz s. 82.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata