70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zapłodnienie in vitro – dylematy genetyka

Załóżmy, że w naszej skomercjalizowanej cywilizacji zabijanie zarodków i płodów nie niesie za sobą żadnych problemów natury etycznej. Czym więc jest ART? Jest usługą, zarodek zaś jest towarem. Najlepszym dowodem na poprawność takiej kwalifikacji może być to, że w USA procedura ta pozostaje w sferze zainteresowania… organizacji konsumenckich!

Za każdym razem, kiedy przystępuję do rozmowy na temat zapłodnienia in vitro (ART)[1], mam wrażenie, że dyskusję społeczną na ten temat celowo kieruje się na „bezpieczne” dla tej procedury tory. Profesor Andrzej Paszewski słusznie uważa, że wiele spośród argumentów natury etycznej, którymi posługuje się Kościół, nie trafia do społeczeństwa lub nawet jest deprecjonowanych, dlatego że mają charakter religijny. Niestety, wydaje mi się, że najważniejszy argument etyczny podnoszący sprawę zabijania (tak precyzyjnie opisany przez Profesora) również jest nietrafiony. Proszę zwrócić uwagę, że Jacek Kubiak – uczony, biolog – pisze w katolickim tygodniku, że zabijania nadliczbowych zarodków nie powinno się brać pod uwagę w dyskusji nad zasadnością stosowania wspomagania prokreacji[2]. Dlaczego pisze w ten sposób biolog? Przecież na pewno czuje intuicyjnie, czym jest życie, a czym jest śmierć. Wie jednak również, że wartość życia i śmierci człowieka ocenia się w naszym społeczeństwie bardzo arbitralnie, w zależności od potrzeb. Przytoczmy trzy przykłady, które świadczą o pewnych absurdach, a nawet hipokryzji w tej dziedzinie tolerowanych przez współczesne społeczeństwa:

  1. Wiele państw dopuszcza aborcję płodu nawet w szóstym miesiącu ciąży, jeżeli jest on obarczony poważną wadą rozwojową lub genetyczną. Dziecko takie nie może się jednak urodzić ani w sposób naturalny, ani przez „cesarskie cięcie” i potem być poddane „eutanazji”, bo byłoby to już morderstwo. Czynu tego należy dokonać w macicy.
  2. W dyskusji na temat klonowania człowieka na ogół zezwalano na klonowanie na potrzeby terapeutyczne (obecnie częściej eksperymentalne i naukowe), ale wykluczano klonowanie dla celów prokreacyjnych. Zgodnie z tym rozumowaniem można utworzyć człowieka, żeby go zabić dla zdrowia i zaspokojenia ambicji innego, ale nie po to, aby mógł sam żyć.
  3. Eutanazja, prawnie uznana przez niektóre państwa, zezwala na zabicie człowieka na życzenie… jego najbliższych.

Może rację ma Peter Singer, stwierdzając „upadek tradycyjnej etyki”?

W logice znany jest sposób dowodzenia nie wprost: przyjmijmy, że nie jest tak, jak się nam wydaje, i zobaczmy, do jakich wniosków dojdziemy. W sporze o ART proponuję pominąć argument zabijania nadliczbowych zarodków w procedurze wspomagania prokreacji in vitro – choć z powodów zupełnie innych, niż zrobił to Jacek Kubiak. Według niego, pozostałe problemy podnoszone na temat zapłodnienia in vitro stają się wtedy zbiorem „bytów na główce od szpilki”. Według mnie jest zupełnie inaczej.

Załóżmy, że w naszej skomercjalizowanej cywilizacji, zdominowanej przez konsumpcję, zabijanie zarodków i płodów nie niesie za sobą żadnych problemów natury etycznej. Czym więc jest ART? Jest usługą, zarodek zaś jest towarem. Najlepszym dowodem na poprawność takiej kwalifikacji może być to, że w Stanach Zjednoczonych procedura ta pozostaje w sferze zainteresowania… organizacji konsumenckich!

Skoro nauka udostępniła stosunkowo łatwą do opanowania technologię usług i wskazała, jak przygotować towar do sprzedania, należało już tylko znaleźć nabywcę. O to nie było trudno. Chociaż w życiu naszego społeczeństwa występują okresy, w których więcej dzieci się nie rodzi, niż rodzi, to są w nim też takie pary, które z różnych przyczyn nie mogą mieć dzieci, a ich posiadanie jest dla nich wielkim pragnieniem. Dla „dobra rynku usług” nie należy więc dokładać starań, żeby wyjaśnić przyczyny, z powodu których coraz więcej ludzi nie może mieć dzieci, bo gdyby te znaleziono i usunięto, zmniejszyłaby się pula potencjalnych nabywców tych usług. Możemy tu zresztą obserwować takie same zjawiska jak w wypadku usług innego rodzaju. W państwach, w których istnieje duża konkurencja między usługodawcami, szuka się nowych grup, którym można wmówić, że tylko ART jest drogą do pełnego szczęścia. Trzydzieści lat temu zaczynano od oferowania niepłodnym parom pomocy w uzyskaniu „własnego” dziecka. Własnego, czyli genetycznie spokrewnionego – cokolwiek miałoby to znaczyć. Bo ilu ludzi tak naprawdę wie, co to znaczy? Łatwo przejść od dziecka „genetycznie własnego” do „biologicznie (?) własnego”, oferując sprzedaż komórki jajowej (w Stanach Zjednoczonych kobiecie dawcy płaci się 6 tys. dolarów za udział w cyklu produkcji komórek jajowych) albo – gotowego już zarodka. Nie bez znaczenia jest też marketingowa wartość „bezpieczeństwa” genetycznego. Można oferować ART osobom z tzw. grup ryzyka – na przykład parze, w której zarówno kobieta, jak i mężczyzna są nosicielami genu odpowiedzialnego za ten sam defekt. Można oferować badania genetyczne zarodków jeszcze przed ich implantacją i wyselekcjonowanie tych lepszych, o odpowiedniej płci, bez określonych defektów lub odwrotnie – z defektami o ściśle określonym charakterze (!). Kolejny argument: wiek, w którym kobieta powinna rodzić dzieci, jest bardzo niepraktyczny – w naszych czasach akurat wtedy należy „robić karierę”. Niestety, odłożenie rodzenia dzieci na wiek późniejszy jest obarczone zwiększonym ryzykiem wystąpienia defektów genetycznych w gametach. Firmy oferują więc parom wyprodukowanie zarodków z gamet uzyskanych w ich młodszym wieku, zamrożenie tych zarodków i przesunięcie ciąży na później – nawet na czas emerytury! Zaletą takiego rozwiązania jest też to, że para może nie wytrzymać próby czasu i nie będzie wtedy problemu ze społecznymi sierotami – bo zarodki można sprzedać…

Jest więc usługa, jest towar, przybywa potencjalnych nabywców – pozostaje jeszcze problem gwarancji. Nabywca zawsze stara się uzyskać gwarancję jakości towaru i usługi. Wiadomo jednak, że koszty gwarancji wchodzą w cenę świadczenia. W tym wypadku mamy jednak bardzo interesującą sytuację – obie umawiające się strony dochodzą do porozumienia w tej sprawie – koszty gwarancji poniesie społeczeństwo, bo na pewnym etapie można przecież powiedzieć, że to już nie jest przedmiot umowy, ale człowiek. A człowiekiem, w ramach dobrze pojętego solidaryzmu społecznego, zaopiekujemy się wszyscy.

Zajmijmy się kosztami gwarancji, skoro to my mielibyśmy je ponosić. W dużym stopniu zależą one od wartości i jakości samego towaru.

Największym problemem w ocenie skutków biologicznych ART jest brak danych. Dysponujemy pewnymi danymi, które dotyczą skuteczności produkcji zarodków, implantacji, przebiegu ciąży i ewentualnych problemów okołoporodowych. Jednak niemal zupełnie brakuje danych dotyczących rozwoju dzieci i stanu zdrowia ludzi dorosłych, którzy urodzili się w wyniku procedury ART. Zwracają na to uwagę nawet środowiska ginekologów i położników. Skomentować mogę więc wyłącznie dane dotyczące okresu do momentu urodzenia.

Interesujące jest stwierdzenie, że ranking firm udzielających usługi ART jest… niewiarygodny[3]. To jest zrozumiałe: dane udostępniane przez firmy są materiałem reklamowym i mogą być tak samo prawdziwe jak stwierdzenie, że puszystość włosów wzrasta o 98 procent po użyciu szamponu właściwej marki. Znamienne jest na przykład to, że chociaż w Stanach Zjednoczonych placówki przeprowadzające ART są prawnie zobowiązane do przekazywania sprawozdań Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC), to ostatnie opublikowane dotąd przez CDC dane (z 2005 roku) zawierają spis kilkudziesięciu klinik, które takich sprawozdań nie dostarczyły. W tak praworządnym kraju!

Pewne informacje można znaleźć w danych pochodzących z klinik ginekologiczno-położniczych, które również muszą przygotowywać statystyki i które są z nich rozliczane. Niektóre dane są też publikowane po to, żeby wykazać większą skuteczność jakiejś metody ART w porównaniu z inną, stosowaną przez konkurentów. Dane te zawsze dotyczą tylko poczęcia, ciąży i problemów okołoporodowych.

Czytelnicy, którzy śledzą dyskusję na temat ART, wiedzą już, że jedną z najbardziej popularnych technik jest bezpośrednie wstrzyknięcie jądra plemnika do komórki jajowej (wersja znana jako ICSI). Ta technika stała się niemal logo całego przemysłu ART. Wszędzie można zobaczyć piękne kolorowe zdjęcia komórki jajowej nakłuwanej pipetą, a w jej wnętrzu jeszcze haploidalne jądro, które za moment znajdzie się wewnątrz komórki jajowej – razem utworzą wtedy zygotę. Zabieg ten stosuje się w przypadkach, gdy plemniki z trudem radzą sobie z zapłodnieniem komórki jajowej nawet w „cieplarnianych” warunkach laboratoryjnych albo nie radzą sobie w ogóle. Patrząc na ten zabieg jak na zwykły eksperyment biologiczny, można by sądzić, że oczywista jest konieczność porównania wyników takiego zabiegu z odpowiednią kontrolą: jakie byłyby wyniki, gdybyśmy użyli pełnych wigoru, normalnych plemników? Nie możemy jednak takiej kontroli wykonać, ponieważ byłby to eksperyment na człowieku (!). Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem jednak takie wyniki. Najchętniej przytoczyłbym streszczenie tej pracy[4] w oryginale, z liczbami, ponieważ jeden z krytyków mojego poprzedniego artykułu („Tygodnik Powszechny” nr 2/2008) zarzucił mi brak konkretów. Do eksperymentu użyto 1518 komórek jajowych uzyskanych od 106 kobiet (średnio niemal 15 od jednej kobiety!). Komórki pochodzące od każdej kobiety podzielono losowo na dwie grupy. Jedną grupę komórek próbowano zapłodnić normalną techniką IVF, przez zanurzenie w przygotowanej zawiesinie plemników (pochodzących również od 106 partnerów z różnymi problemami związanymi z produkcją zdrowego nasienia), a drugą grupę – metodą bezpośredniego wstrzykiwania plemników do komórki jajowej. Stwierdzono, że jeżeli plemniki od danego mężczyzny nie radziły sobie z „samodzielnym” zapłodnieniem, to szansa na sukces po bezpośrednim wstrzyknięciu do komórki jajowej była również mniejsza.

W tym miejscu niezbędne jest wyjaśnienie, czym jest proces zapłodnienia komórki jajowej.

Sama komórka jajowa posiada pojedynczy komplet informacji genetycznej z całym zapleczem biologicznym niezbędnym do dalszego funkcjonowania po ewentualnym zapłodnieniu. Zapłodnienie jest wprowadzeniem drugiego kompletu informacji genetycznej z plemnika, już bez tego zaplecza. Dopiero te dwa komplety informacji mogą zapewnić dalszy prawidłowy rozwój zygoty i człowieka. Proszę sobie wyobrazić, że te komplety wcale nie muszą być bezbłędne. Właśnie dlatego są dwa, żeby mogły wzajemnie uzupełniać ewentualne braki. Ale to uzupełnianie jest możliwe tylko w rozsądnych granicach. Opisany powyżej eksperyment pokazuje, że niebezpieczne jest nie tyle samo wstrzyknięcie jądra plemnika do komórki jajowej, ile raczej „wartość genetyczna” plemnika. Z premedytacją tworzy się jednak zarodek z uszkodzonych plemników, mając nadzieję, że „może się uda” (powiedziałbym raczej: podejmując ryzyko, że się uda).

W warunkach naturalnych, po „tradycyjnym” zapłodnieniu, co najwyżej 2 procent dzieci przychodzi na świat z wadami genetycznymi. Jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ mniej więcej połowa zarodków nie dożywa urodzenia i właśnie te zarodki „zabierają” ze sobą około 95 procent wszystkich defektów genetycznych. Obserwując podwodną część góry lodowej, możemy obliczyć wielkość wierzchołka wystającego ponad wodę. Jeżeli podwodna część jest znacznie większa niż zwykle, wnioskujemy, że wierzchołek jest również proporcjonalnie większy. Analogicznie, stosując „sztandarową” technikę wstrzykiwania jąder plemników do komórki jajowej, wiemy, że kiedy zwiększa się podwodną część góry lodowej, wierzchołek tej góry też rośnie. Ale gwarancję za problemy z wierzchołkiem przejmuje społeczeństwo!

Aby być bardziej przekonywającym, przytoczę niektóre zalecenia/wnioski Komitetu Genetycznego Kanadyjskiego Towarzystwa Ginekologiczno-Położniczego (CSOG):

  1. Wszystkim mężczyznom z oligozoospermią lub azoospermią (mającym problemy z produkcją prawidłowych plemników) powinno się oferować genetyczne i kliniczne porady, aby mogli w pełni zrozumieć swój problem, i powinno się im zaoferować kariotypowanie w celu stwierdzenia anomalii chromosomowych.
  2. Niektórzy pacjenci mogą rozważyć skorzystanie z inseminacji (spermą) donora.
  3. Pary korzystające z ICSI z powodu azoospermii powinny być poinformowane o ryzyku wystąpienia mukowiscydozy i świadome tego. Przed zastosowaniem ICSI powinno się im też zaoferować wykonanie testu genetycznego.
  4. Pary rozważające ICSI z powodu niepłodności mężczyzny powinny uzyskać informację, a w razie potrzeby formalną konsultację genetyczną, o zwiększonym ryzyku wystąpienia de novo aberracji chromosomowych związanych bezpośrednio z ich problemem. Powinno się im oferować genetyczną diagnozę prenatalną, jeżeli dojdzie do poczęcia.
  5. Dalsze podstawowe badania naukowe i epidemiologiczne są niezbędne do określenia etiologii i zwiększonego ryzyka chromosomowych anomalii w ART.

Proszę zwrócić uwagę, że w punkcie 4 jest mowa o pojawianiu się nowych defektów w czasie (na skutek) tego zabiegu, a nie tylko o przenoszeniu tych defektów z uszkodzonym plemnikiem, zaś w punkcie 5 pisze się nie tylko o ICSI, ale w ogóle o całej technologii wspomagania reprodukcji.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o pewnym problemie, który dla mnie, jako uczonego, jest bardzo istotny, ponieważ… niewiele o nim wiadomo. Sprawa jest niezwykle interesująca i właśnie z powodu naszej niewiedzy w tym zakresie budzi zasadnicze wątpliwości. Powyżej wspomniałem, że zygota otrzymuje jeden komplet informacji z jądrem komórki jajowej, a drugi z jądrem plemnika. Odpowiadają one sobie nawzajem w 100 procentach: w odpowiadających sobie miejscach genomu pochodzącego od matki i od ojca znajdują się informacje dotyczące tej samej funkcji (mam nadzieję, że genetycy wybaczą mi pewne uproszczenie). Suma aktywności tych dwóch miejsc daje końcową aktywność obserwowaną w komórce – można się więc spodziewać, że aktywność końcowa to 1 + 1 = 2. Okazało się jednak, że nawet jeżeli geny od ojca i matki w tym samym miejscu są identyczne, to suma ich aktywności (1+1) nie równa się 2, ponieważ geny „pamiętają”, od kogo pochodzą, i „wiedzą”, jak bardzo mają być aktywne w nowym organizmie. Zjawisko to nazywa się piętnowaniem rodzicielskim. Istnieje co najmniej kilkanaście hipotez próbujących wytłumaczyć jego pochodzenie i znaczenie, nie mówiąc o mechanizmach kontroli. Piętnowanie uniemożliwia między innymi powstanie zygoty z dwóch komórek jajowych.

Okazuje się, że po ART obserwuje się istotny statystycznie procent przypadków uszkodzenia systemu piętnowania rodzicielskiego, który powoduje poważne defekty rozwojowe[5]. Co na to Kanadyjski Komitet Genetyczny CSOG?

  1. Ryzyko defektów piętnowania rodzicielskiego i występowania nowotworów u dzieci nie może być ignorowane. Dalsze badania kliniczne, łącznie z długoterminowymi obserwacjami, są pilnie potrzebne do określenia częstości występowania chorób związanych z piętnowaniem i nowotworów towarzyszących ART.

Po raz pierwszy pojawia się problem nowotworów. Jak wspominałem wcześniej, niezwykle trudno jest uzyskać jakiekolwiek informacje na temat rozwoju dzieci i dorosłych po ART. Znany jest jednak nowotwór – siatkówczak – który pojawia się często już u noworodków i w wielu krajach rutynowo bada się dno oka noworodków, aby wcześnie stwierdzić lub wykluczyć jego wystąpienie i ewentualnie uratować życie dziecka amputacją oka. Z badań przeprowadzonych w Holandii wynika, że częstość występowania tego nowotworu u dzieci po ART jest od 5 do 7 razy wyższa niż u dzieci poczętych drogą naturalną. Dla genetyka takie dane są czymś więcej niż tylko zwykłym stwierdzeniem większej częstotliwości występowania jakiejś tam choroby. Należy zdać sobie sprawę z tego, że nowe przypadki siatkówczaka są wywołane mutacjami albo w linii komórek rozrodczych, albo w czasie rozwoju embrionalnego i następujących po tych mutacjach kolejnych zaburzeniach genetycznych, prowadzących do utraty drugiej – prawidłowej – kopii genu z komórek embrionu. Mutacje nie wybierają sobie akurat tego genu – są one losowe i należy przyjąć, że częstsze występowanie mutacji w genie odpowiedzialnym za wystąpienie siatkówczaka świadczy o wyższej częstości występowania mutacji we wszystkich genach. Zwiększenie częstości występowania siatkówczaka jest więc tylko wskaźnikiem wyższej częstości mutacji w ogóle. Mutacje nie muszą być widoczne natychmiast, w czasie obserwacji pierwszych podziałów komórek zarodka (sukcesu w produkcji zarodka), w rozwoju płodowym czy nawet w pierwszym pokoleniu. One przecież mogą być uzupełniane (komplementowane) przez drugi, nieuszkodzony gen. Ich efekt może też być relatywnie słaby, kompensowany przez właściwą opiekę medyczną. Ale te defekty istnieją i muszą się gromadzić w dziesiątkach tysięcy naszych genów, z podobnie podwyższoną częstością jak w genie odpowiedzialnym za siatkówczaka – mimo to są dodawane do „globalnej” puli genetycznej człowieka.

Przyjrzyjmy się też wynikom innych badań[6]: dzieci urodzone po ART: 1,7 razy częściej potrzebują kwalifikowanej pomocy medycznej. Ryzyko wystąpienia porażenia mózgowego jest 3,7 razy wyższe, podejrzewane (?) opóźnienie rozwojowe – czterokrotnie wyższe, wzrasta ryzyko wewnątrzmacicznych i okołoporodowych komplikacji, stwierdza się częstsze defekty w rozwoju układu moczopłciowego u chłopców. Z danych skandynawskich: ciąże mnogie po ART występują 27 razy częściej niż po zapłodnieniu naturalnym, wcześniaki rodzą się pięciokrotnie częściej, a dzieci z niedowagą – sześciokrotnie (dotyczy to nie tylko ciąż mnogich). Śmiertelność okołoporodowa jest niemal dwukrotnie wyższa, wady rozwojowe zdarzają się u 5,4 procent dzieci.

Wszystko to powoduje, że koszty gwarancji na produkt i usługę ART mogą być niebagatelne. Należy się jednak pocieszyć, że wspaniały rozwój nauki zrekompensuje to nowymi możliwościami ART. ART już teraz oferuje nieprawdopodobne wręcz udogodnienia. Oto na przykład spadkobiercy będą mogli korzystać z prawa własności do zarodków pozostawionych przez zmarłych krewnych; dlaczego bogaci rodzice, których córka z mężem zginęli w wypadku, a pozostawili zarodki, nie mieliby posiadać prawa do ich wykorzystania i pozostawienia majątku wnukom? Urodzić mogłaby je nawet babcia! Dlaczego nie mielibyśmy uznać prawa do wybrania sobie odpowiednich cech zarodka? Dlaczego mielibyśmy się wtrącać do ustalenia znaczenia określeń: moje dziecko, nasze dziecko – czy miałyby one oznaczać dziecko genetycznie spokrewnione czy niekoniecznie, bo komórkę jajową trzeba było kupić, a spermę też pozyskać z banku? A może „nasze” dziecko to dziecko urodzone przez inną kobietę, ale za które wcześniej zapłaciliśmy umowną cenę? Dlaczego na przykład niesłyszące lesbijki chcące mieć córeczkę również niesłyszącą miałyby być potępiane za zrealizowanie takiego pragnienia? (Przepraszam za drastyczne przedstawienie wizji, ale to nie są wizje – ze wszystkimi takimi przypadkami już mieliśmy do czynienia). Wreszcie: dlaczego nie mielibyśmy się zgadzać na klonowanie człowieka, skoro technika klonowania – jeżeli zostanie dobrze opracowana – ma szansę być niezawodna w stopniu wyższym niż dotychczasowy ART? Czy stowarzyszenie ginekologów amerykańskich nie miało racji, próbując zaskarżyć kiedyś rząd Kalifornii, który wprowadził zakaz klonowania człowieka, za łamanie konstytucyjnego prawa obywatela do prokreacji?

I cóż nam do tego? Nie mamy przecież prawa się tu wtrącać, bo w wolnym kraju towar (zarodek) i usługa (ART) są przedmiotami działalności gospodarczej. Trzeba tylko upewnić się, że gwarancja będzie przedmiotem umowy dwustronnej między usługodawcą/producentem a nabywcą i nie będzie angażować w to trzeciej strony – społeczeństwa. Gwarancja na produkt oferowany przez ART powinna być udzielana na zawsze.

Nie podoba się Państwu wizja takiego świata, takich stosunków społecznych? Doszliśmy do niej przy założeniu, że płód nie jest istotą ludzką, można go wyprodukować, kupić, sprzedać, wybrać, poprawić, zabić…

Trzeba więc zrewidować założenie przyjęte do naszego dowodu nie wprost: a może nie wolno z zarodkiem robić wszystkiego, co się chce, bo jest to człowiek? Może nie wolno go produkować, kupować, sprzedawać, wybierać, poprawiać, zabijać? Jaki prosty i ładny byłby wtedy świat!

 


[1] Precyzyjnym – i coraz powszechniej stosowanym – określeniem procedury in vitro jest skrót ART, pochodzący od Assisted Reproductive Technology (technologia wspomaganej reprodukcji).

[2] Zob. Jacek Kubiak, Na główce szpilki, „Tygodnik Powszechny” nr 32/2006.

[3] Zob. E. Clare Marshall, D.J. Spiegelhalter, Reliability of league tables of in vitro fertilisation clinics: retrospective analysis of live birth rates, “BMJ” 1998 (316), s. 1701-1705.

[4] Zob. L. van der Westerlaken, F. Helmerhorst, H. Verburg, N. Naaktgeboren, Successful intracytoplasmic sperm injection after failed in vitro fertilization due to multipronuclear oocytes, “Fertility and Sterility“, 80, s. 639-640.

[5] Zob. M. R. DeBaun,  E. L. Niemitz, A.P. Feinberg, Association of in vitro fertilization with Beckwith-Wiedemann syndrome and epigenetic alterations of LIT1 and H19. “The American Journal of Human Genetics”  72(1) 2003, s. 156-160; E. R. Maher, L. A. Brueton, S.C. Bowdin et al, Beckwith-Wiedemann syndrome and assisted reproduction technology (ART), tamże 40 (1) 2003, s. 62-64;  C. Gicquel, V. Gaston, J. Mandelbaum et al, In vitro fertilization may increase the risk of Beckwith-Wiedemann syndrome related to the abnormal imprinting of the KCN1OT gene, tamże 72 (5) 2003, s. 1338-1341.

[6] Zob. B. Strömberg, G. Dahlquist, A. Ericson, O. Finnström, M. Köster and K. Stjernqvist, Neurological sequelae in children born after in-vitro fertilisation: a population-based study,  “Lancet” 359 (9305) 2002, s. 461-465; T. Bergh, A. Ericson, T. Hillensjö, K.G. Nygren U.B. Wennerholm, Deliveries and children born after in-vitro fertilisation in Sweden 1982-95: a retrospective cohort study, “Lancet” 354 (9190) 1999, s. 1579-1585.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata