70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kreacja i rekonstrukcja

Nie jestem zwolennikiem metod wspomaganej prokreacji, co nie znaczy, że wszystkie argumenty podawane przez podzielających moją opinię autorów wydają mi się słuszne. Jednym z tych argumentów jest zarzucanie człowiekowi doprowadzającemu do poczęcia ludzkich istot w warunkach laboratoryjnych przejmowanie roli przysługującej jedynie Bogu, w literaturze przedmiotu określany najczęściej mianem argumentu „z odgrywania roli Boga” (playing God).

W dyskusjach bioetycznych argument ten pojawił się już w momencie dyskusji nad dopuszczalnością środków antykoncepcyjnych, a zyskał na sile w perspektywie praktykowania metod in vitro oraz projektów klonowania człowieka i badań nad komórkami macierzystymi. Wbrew pozorom nie jest to argument stricte teologiczny. Spośród wymienianych wersji argumentu tylko pierwsza nawiązuje wprost do teologii. Zgodnie z nią, (1) interesujące nas metody wspomaganego rozrodu są niedopuszczalne z uwagi na przypisywanie sobie przez człowieka Boskich prerogatyw. Kolejne wersje argumentu zwracają uwagę na (2) działanie wbrew naturze, (3) niewłaściwe szacowanie jakości ludzkiego życia oraz (4) przeprowadzanie manipulacji, których skutków człowiek nie jest w stanie przewidzieć1. Zanim zastanowimy się nad „kreacyjnymi” możliwościami człowieka, o których mowa w pierwszej wersji argumentu, przyjrzyjmy się pokrótce pozostałym jego wersjom.

Dyskusja nas rozumieniem natury i jej ewentualnym normatywnym wymiarem wymagałaby nie tyle artykułu, ile opasłego traktatu.  Nie sposób bowiem nazywać metod in vitro „nienaturalnymi”, jeśli najpierw nie wyjaśnimy dokładnie, jak rozumianym pojęciem natury operujemy, w przeciwnym razie nie wiadomo, o co się właściwie spieramy – sukces metod in vitro zależy wszak od tego, jak wiernie uda się nam naśladować naturę, czyli odtworzyć w laboratorium takie warunki powstania i pierwszych podziałów ludzkiego zarodka, jakie istnieją w organizmie matki. Niewłaściwe ocenianie jakości życia wiąże się z eugenicznymi projektami poprawy ludzkiego gatunku. Polegają one najogólniej na mierzeniu wartości życia jego jakością, co w praktyce oznacza uznanie za bezsensowne istnienia istot ludzkich, których biologiczna konstytucja nie spełnia psychofizycznych warunków uznawanych (arbitralnie!) za konieczne minimum wartościowego życia. W odniesieniu do metod in vitro mogłoby to oznaczać dobieranie gamet pod kątem posiadania przez dawców określonych cech, w nadziei, że zostaną one przynajmniej w części odziedziczone przez potomstwo, bądź poddawanie zarodków diagnostyce preimplantacyjnej w celu uniknięcia implantacji zarodków obciążonych genetycznie (chorobami bądź wadami). Mogłoby, aczkolwiek nie by musiało – pokaźna część zwolenników metod wspomaganej prokreacji podkreśla bowiem, że zgoda na ich praktykowanie nie idzie w parze z akceptacją projektów eugenicznych. Ostatnia z wersji argumentu odpowiada znaczeniowo metaforze „puszki Pandory”. Odwołuje się do „nieznanego”, przestrzega przed konsekwencjami biomedycznych ingerencji, których nie jesteśmy dzisiaj w stanie przewidzieć.

Zauważmy, że w wymienionych wersjach argumentu „z odgrywania roli Boga” wyróżnić można dwa zasadnicze rodzaje argumentacji etycznej, które po odniesieniu do problemu wspomagania prokreacji wskazywać będą kolejno: niedopuszczalność samych metod in vitro jako takich (1. i 2. wersja argumentu) bądź ostrzeżenie przed dalszymi  celami i konsekwencjami ich stosowania (3. i 4. wersja), czyli deontologiczny bądź konsekwencjalny sposób argumentowania w etyce. Jeśli uznać, że natura jest dziełem Stwórcy, wówczas dwa pierwsze warianty argumentu można potraktować łącznie, odnosząc je do samego sposobu powoływania życia. Trzecia wersja argumentu zdaje się wskazywać na nieuprawnione projektowanie człowieka, a czwarta ostrzega przed skutkami jego stwórczych zapędów. Dwie ostatnie wersje argumentu dotyczą zatem łącznie już nie samego sposobu powoływania życia, ale wykazywanej tu przez człowieka nieudolności. Posługujący się nimi dyskutant nie będzie zatem zdecydowanie twierdził: nie wolno zastępować naturalnych procesów (jak w dwóch pierwszych wersjach), lecz będzie utrzymywał z żalem: nie wolno, bo jak na razie nie potrafimy ustrzec się przed błędami. Kiedy w przyszłości uda się nam tych błędów uniknąć, być może zmienimy zdanie. Powróćmy zatem do pytania, czy człowiekowi można, czy też nie, zarzucić, że praktykując metody in vitro, przejmuje rolę należną jedynie Stwórcy?

Nie ulega wątpliwości, że technologie wspomaganej prokreacji obdarzają rodziców i personel medyczny władzą nad poczynającym się życiem, a dziecko przychodzi na świat nie tylko dzięki temu, kim są jego rodzice, ale również dzięki temu, co umożliwia technika. Dzięki technice dochodzi do połączenia gamet, nie wynika stąd jednak, że człowiek staje się stwórcą, ponieważ jego interwencja nie dotyczy wprost zaistnienia nowego życia, w procesie tym uczestniczy pośrednio, podobnie jak pośrednia jest rola rodziców w wypadku poczęcia naturalnego. Bóg stwarza „z niczego”, człowiek potrafi jedynie łączyć dostępne mu elementy – podobnie jak dziecko łączy klocki lego. Nawet gdyby w przyszłości udało mu się z sukcesem przeprowadzić zabieg klonowania reprodukcyjnego i tak pozostanie jedynie „rzemieślnikiem”, „konstruktorem” ograniczonym dostępną mu biologiczną materią. To Bóg jest Panem życia. Zapewne na darmo poszukiwać będziemy odpowiedzi na pytanie, dlaczego Stwórca nie przeszkadza człowiekowi w momencie, kiedy ten, próbując zastąpić matkę naturę i naturę matek, lekkomyślnie niszczy ludzkie życie. To zresztą nie jedyny problem i nie jedyne miejsce, w którym chcielibyśmy otrzymać czasem jakiś znak potwierdzający nasze moralne przekonania, „mozolnie bowiem odkrywamy rzeczy tej ziemi i z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką” (Mdr).  Możemy przypuszczać, że gdyby Bóg nie chciał, połączenie w laboratorium gamet nie doprowadziłoby do powstania nowego życia… To mogłoby być argumentem „za”… Na tym świecie dzieje się jednak tyle rzeczy, o których ze znacznie większą pewnością moglibyśmy orzec, że nie są po Bożej myśli. A jednak się dzieją…  Czy w metodach in vitro można się zatem dopatrzyć elementów współdziałania ze Stwórcą, jak doszukujemy się tego w naturalnym współżyciu rodziców?

Jeśli naturę uznać za stworzoną – nawet przy założeniu kształtowania się jej na drodze ewolucji – to współdziałanie ze Stwórcą oznaczałoby wykorzystywanie, a nie zmienianie zawartych w naturze sensów. Czy sensy te zostały „wpisane” w naturę raz na zawsze, a człowiek może je jedynie rozpoznawać, czy też miałby prawo je zmieniać? Tutaj rozchodzą się drogi przeciwników i zwolenników metod in vitro: zdaniem pierwszych, ingerowanie człowieka w naturalne procesy podlega ograniczeniom. Takim ograniczeniem jest również naturalny proces  poczęcia człowieka, który jest czymś więcej niż tylko fizjologią, ponieważ wiąże się z rozumnym i wolnym działaniem osób; zdaniem drugich, człowiek w różnoraki sposób wykorzystuje dzisiaj swą rozumność do opanowywania naturalnych procesów, między innymi opracowując technikę łączenia gamet, i doprawdy nie ma powodów, dla których akurat w tym miejscu należałoby  podważać jej (rozumności) wykorzystanie! Zacznijmy od tego, że tworzenie zarodków w warunkach laboratoryjnych nie może być przeciwstawiane naturalnej reprodukcji jako działanie racjonalne. W obszarze naturalnej reprodukcji racjonalna bądź nie może być bowiem jedynie decyzja rodziców o podjęciu współżycia seksualnego. Działanie człowieka doprowadzającego w laboratorium do połączenia gamet jest natomiast działaniem zupełnie innego rodzaju, a przez to nieporównywalnym z poprzednim. Należałoby się nadto zastanowić, jak dalece zastępowanie natury rozumnego i wolnego działania (współżycia osób) można uznać za podobne do zastąpienia skruszonej kości protezą. Bez względu jednak na to, jakie zajmiemy w tym sporze stanowisko, przyznamy, że kreacja pozostaje całkowicie poza naszym zasięgiem.

Wykluczenie kreacyjnych możliwości człowieka nie oznacza, że „konstruktor” nie będzie miał żadnych problemów związanych z zastępowaniem natury – tutaj dochodzą do głosu dwie ostatnie wersje argumentu „z odgrywania roli Boga”. Zauważmy najpierw, że „odgrywanie czyjejś roli” nie oznacza utożsamienia się z bohaterem/ tą osobą. To jedynie lepsze lub gorsze naśladownictwo – w interesującym nas kontekście zdecydowanie gorsze. Odnieśmy je kolejno do trzeciej i czwartej wersji argumentu. Ocenianie wartości życia ze względu na jego jakość sprawia, że redukujemy je do psychofizycznej (czasem też genetycznej) konstytucji. Wziąwszy pod uwagę wielość i zmienność opinii na temat jakości życia, nigdy nie odpowiemy na pytanie, jakie „życie warte jest życia”, a co gorsza – koncentrując się na zapewnieniu przyszłym pokoleniom jak najlepszej, biologicznej kondycji, zamykamy się po części na świat ludzkiego ducha…

Ludzka odpowiedzialność jest proporcjonalna do możliwości. Byliśmy przez wieki całe niewinni, gdy rodzące się ludzkie życie wykazywało genetyczne bądź strukturalne wady, ponieważ proces jego poczęcia – jakkolwiek pośrednio wywołany przez ludzkie działanie –  był całkowicie poza naszym zasięgiem. Straciliśmy tę niewinność, sięgając po owoce możliwości biotechnologicznych, na własne życzenie poszerzyliśmy zakres naszej odpowiedzialności. Rozwój preimplantacyjnej diagnostyki zarodków pokazuje, jak bardzo do tej odpowiedzialności nie jesteśmy przygotowani. Nieudane „produkty” poddawane są w niej prostej selekcji, jakby chodziło o coś, a nie o kogoś. Nie oburzamy się, gdy metody in vitro stosowane są w hodowli zwierząt – jeśli jednak zgodzimy się na stosowanie ich również w ludzkiej prokreacji, a odpowiedzialny za swe działania człowiek popełni w naśladowaniu natury jakiś błąd, to nie wystarczy mu zaorać pola czy wybić stada, niezależnie od własnego nieudacznictwa stanie bowiem przed człowiekiem – osobą. Czy będzie przepraszał za błąd w sztuce?


1  N. Holtung, Altering Humans – The Case For and Against Human Gene Therapy, “Cambridge Quarterly of Healthcare Ethics” 6(1997), s. 157-174.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata