70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pies z kulawą nogą się obejrzał

Były sybaryta i właściciel luksusowego domu w Kapsztadzie siedzi na starym fotelu, osłania się od słońca plażowym parasolem i odgrzewa konserwy na gazowej kuchence. Poddaje się, w tym poddaniu jest szansa, że da się poprowadzić … Przez kogo? Tego Lurie jeszcze nie wie, nie myśli o jutrze, nie martwi się o to, że żyje na kredyt.

Moralność – rozumiem tutaj przez nią moralnie dojrzałą postawę człowieka – ma coś wspólnego z poezją, mimo iż jest zdecydowanie prozaiczna. Do zrozumienia poezji nie zawsze wystarcza znajomość słów, trzeba raczej zrozumieć i przeżyć to, co się w słowach nie mieści, odkryć treści, których poeta nie odsłonił wprost – może z braku słów, a może z obawy, że słowa „sprofanują” subtelność przeżyć… A może nie chcąc odsłaniać  do końca własnych tajemnic, zostawiając czytelnikowi możliwość interpretacji metafor… Znawcy poezji szczycić się będą umiejętnością odnalezienia szyfru do niejednoznacznych często słów poety. Znawcy poezji pytają podobnie jak wykreowany przez Coetzee’ego profesor David Lurie o komentarz do poetyckich strof. A kiedy zapytani o komentarz studenci uparcie milczą, Lurie odpowiada sam, równie poetycko, co komentowany William Wordsworth: „Poeta szuka obrazu zmysłowego, możliwie najbardziej ulotnego, żeby za jego pomocą poruszyć, czy też zbudzić do życia ideę głębiej pogrzebaną w pamięci”1. Profesor Lurie uchodzi za znawcę poezji Wordswortha, nie potrafi jednak – przynajmniej do czasu – zrozumieć fenomenu moralności. Moralność ma coś wspólnego z poezją, ponieważ żeby ją zrozumieć „trzeba poruszyć, czy też zbudzić do życia” idee albo jeszcze nieodkryte, albo „głębiej pogrzebane w pamięci”.Moralność „nierozbudzona” jest jak bezmyślnie wyrecytowany na pamięć wiersz – może i brzmi, ale jak hasło bez odzewu. Cóż mogą wówczas znaczyć dla kogoś pojęcia hańby, poczucia winy, dumy lub wstydu? Nie wie, co to hańba ktoś, kto nie poczuł się zhańbiony. Kiedy mówimy komuś: „powinieneś się wstydzić”, mówimy w istocie o własnym poczuciu wstydu, własnym doświadczeniu moralnym, którego nie da się przekazać drugim jak treści podręcznika z etyki. Czyż można wytłumaczyć, co to jest wstyd komuś, kto nigdy się nie wstydził? To podobne do rozmowy ze „ślepym o kolorach”. Tym bardziej nie można nikomu wstydu nakazać i to nawet wówczas, gdy jesteśmy do głębi oburzeni czyimś postępowaniem. Wszyscy nauczyciele moralności są bezradni wobec snu i ślepoty uczniów, beznadziejnie bezradni, ponieważ wszelkie ich wysiłki zmierzające do wpojenia drugim moralnych prawd mogą się zatrzymać na poziomie recytacji, kiedy odbiorcy nie uczynią przekazywanych im treści prawdami o znaczeniu egzystencjalnym. Nauczyciele moralności wydają się nadto niezmiernie zarozumiali, kiedy wydaje im się, że mogą nauczyć drugich czegoś więcej niż tylko recytacji. Czegoś więcej mogą się nauczyć jedynie sami. Cały problem w tym bowiem, że ów decydujący dla moralności krok każdy czyni sam, a dla opornych życie bywa bodaj najbardziej brutalnym ze wszystkich nauczycieli. Życie dość brutalnie „obeszło się” też z profesorem Lurie – poznajemy go, gdy analizuje strofy Wordswortha i Byrona, żegnamy jako pracownika przytułku dla psów. Czy tak dalece brutalnie, by uznać, że został pohańbiony? Wszak żadna praca nie hańbi … Czy został pohańbiony, czy też sam się zhańbił?

Hańba i poczucie winy

Mianem hańby określa się na ogół stan zewnętrznego napiętnowania, utratę dobrego imienia spowodowaną karygodnym moralnie zachowaniem. Piętnem hańby można zatem zostać naznaczonym przez społeczność, chociaż nie bez własnej winy napiętnowanego. Problem w tym, że napiętnowany wcale nie musi czuć się winny, nawet zakładając, że obiektywnie ma ku temu powody. Cóż z tego, że ma, skoro ich nie dostrzega! Dopóty, dopóki „nie zbudzi ich do życia”,będzie beznamiętnie przyglądał się własnemu zachowaniu. To prawda, nie postąpił w sposób akceptowany przez daną społeczność. Nie chodzi bowiem bynajmniej o to, żeby przeczyć faktom, można się do ich nich przyznawać, podobnie jak czyni to oskarżony o seksualne molestowanie studentki profesor Lurie. Przyznaje, ale nie dostrzega problemu, na całe zajście patrzy raczej w kategoriach błędu niż winy, a żądanie od niego skruchy uznaje za totalne nieporozumienie. Można być winnym, wcale nie poczuwając się do winy i patrzeć z odrazą na domagającą się wyrazów skruchy społeczność; trochę wrogą w usilnym dopominaniu się o zewnętrznie czytelny znak samokrytyki, a trochę irytującą lub raczej śmieszną we wskazywaniu na problem, którego społecznie napiętnowany nie dostrzega ani nie rozumie. Całe zajście ma dla niego wymiar raczej estetyczny niż etyczny. Może dlatego Coetzee opisuje w kolejnych rozdziałach książki jak profesor Lurie  oszpecony po wypadku „traci na własnej estetyce”. Kobieta, z którą się spotyka, to również żadna piękność, wcześniej nawet by na nią nie spojrzał… „Oto na co mi przyszło” – podsumowuje swój miłosny epizod z Bev. Można by sądzić, że sprawiedliwość „dopadła” Luriego dokładnie w tym miejscu, w którym usytuował – przynajmniej pierwotnie – swój problem. A że całe zdarzenie ma dla niego raczej estetyczny niż etyczny wymiar, to oskarżonemu towarzyszy silne pragnienie, by jak najszybciej „zmienić dekorację” i zakończyć niezręczną dlań historię. Szybko się przyzna, równie szybko zadośćuczyni, jeśli tylko postawią mu takie żądanie, byle tylko móc już uznać sprawę za niebyłą. Jeśli spotyka się z ojcem molestowanej studentki, to właściwie dla „retuszu” sytuacji, dopełnienia obrazu zdarzeń ze swej strony, a nie po to, żeby wyrazić żal. Trudno oczekiwać od człowieka, który nie żałuje swego postępowania, by je potępiał. Lurie formalnie przyznaje się do winy, ale zupełnie beznamiętnie. Poczucie winy jest mu obce.

Próba nakłaniania kogoś do poczuwania się do winy w miejscu, gdzie ten przekonany jest o swojej niewinności, przypomina trochę oczekiwanie, że ktoś nieznający się na nutach odtworzy na ich podstawie muzykę. Znacznie łatwiejsze niż wzbudzenie w obiektywnie winnym  poczucia winy jest przekonanie go do odpowiedzialności, jaką winien ponieść za spowodowanie konkretnej straty – wystarczy wykazać, że jest jej świadomym i dobrowolnym sprawcą. Sprawcy wymiernych szkód nie zawsze poczuwają się jednak do winy, nie żałują, choć wydawałoby się, że mają do tego powody. Żal nie jest zresztą koniecznym dowodem zawinienia. Ludzie żałują nawet wówczas, gdy nie chcieli spowodować żadnej straty ani nikogo skrzywdzić – doprowadzili bez własnej winy do wypadku, pomylili się w ocenie wydarzeń, nie byli w stanie przewidzieć niebezpiecznych skutków podjętych działań… Kiedy w tego rodzaju sytuacjach próbujemy komuś wyperswadować zbędne w naszym przekonaniu skrupuły, spotykamy się z podobną reakcją niezrozumienia jak wówczas, gdy usiłujemy wytłumaczyć bezdusznym, że powinni czuć się winni. W obu przypadkach możemy jedynie podawać drugim racje, które decydują, bądź nie, o obiektywnie zaistniałej winie. Świat moralnych przeżyć i moralnych doświadczeń drugiego człowieka „nie poddaje się” prosto podawanym przez nas racjom, pozostaje poza naszym zasięgiem. I vice versa: takim samym, nietykalnym moralnie światem jesteśmy dla drugich. Kierowane do nas słowa mogą nas poruszyć „zbudzić do życia”jak poetyckie strofy – ale to dopiero początek …

Na nic się zda stygmatyzowanie kogokolwiek, jeśli ów nie poczuwa się do winy. Hańba jest bowiem zewnętrznym piętnem, zewnętrzną sankcją wymierzaną przez społeczność. Pozbawia pohańbionego dobrego imienia, wyklucza pełnienie przez niego jakichkolwiek społecznych funkcji i sprawia, że traktowany jest wręcz z odrazą. Trudno sobie wyobrazić większą karę, jaką społeczność może wymierzyć jednostce. Nawet odebranie życia w majestacie prawa wydaje się mniejszą karą. Pozbawiony życia odchodzi – nie cierpi, a pohańbiony nadal żyje z piętnem moralnej śmierci. Najczęściej też odchodzi, tyle że w inne miejsce, ponieważ w tym, w którym ogłoszono jego hańbę, życie staje się nieznośne. Czy hańba równoznaczna jest z cierpieniem oskarżonego? Niekoniecznie, ponieważ hańba jest zewnętrzną sankcją, a cierpienie  jest egzystencjalnym, wewnętrznym doznaniem człowieka. Lurie, opuszczając Kapsztad, zachowuje się pragmatycznie – zdaje sobie sprawę, że nic już tutaj nie zdziała, ani na uniwersytecie, ani w kręgu znajomych, wyjeżdża. To nie droga do Canossyjednak, tylko próba ułożenia sobie życia w nowej sytuacji. Jeśli społeczne napiętnowanie miało być karą za niegodziwy moralnie postępek, to nie okazało się karą skuteczną w tym sensie, że nie wpłynęło na zmianę postawy Luriego. Społeczne napiętnowanie profesora okazało się bardziej potrzebne społeczności, zapewne bardziej społeczności niż oskarżającej profesora o seksualne molestowanie studentce (oskarżenie profesora nie wydaje się jej prywatną inicjatywą). „Skąd ten głód upokorzeń”- zastanawia się Lurie, kiedy zewsząd mnożą się naciski, żeby wyraził skruchę. Rzeczywiście, jest coś zadziwiającego, by nie powiedzieć przerażającego, w natarczywości, z jaką społeczność domaga się ukarania i upokorzenia winnego. To rodzaj „eleganckiego” linczu, bez broni, czy raczej z bronią, ale w postaci środków masowego przekazu. Tłum skanduje przy pomocy mediów: „przeproś, wyraź skruchę” i obserwuje, czy oskarżony, a  może raczej osaczony, ugnie się po presją „żałobników”. Problem w tym, że ci ostatni z reguły nie współczują ofiarom zajścia. Ich funkcja zawodowa polega na nagłaśnianiu skandali – nie muszą współczuć, wystarczy kiedy sugestywnie przekazują obraz zdarzeń. Społeczna wendeta ma niemal anonimowy charakter, nie chodzi o ofiarę, chodzi o pognębienie sprawcy uznanego za haniebny czynu. Rzecz charakterystyczna – w procesie oskarżania profesora Luriego pokrzywdzona studentka znalazła się zdecydowanie na drugim planie, to nie ona jest przedmiotem zainteresowania. Społeczność natomiast w zgoła nieracjonalny sposób napawa się upadkiem oskarżonego, zupełnie jakby chciała w jego osobie pogrzebać własne przewinienia. Radość z możliwości ukarania sprawcy jest zdecydowanie ważniejsza od bólu ofiary. Gdybyśmy cofnęli się kilka czy kilkanaście wieków wcześniej, zobaczylibyśmy w tym miejscu nie szpalty gazet i flesze aparatów fotograficznych, lecz żądnych krwi współplemieńców karzących za zdradę. Zmieniły się środki, pozostały instynkty …

Jakiż właściwie sens ma taka społecznie wyrażona skrucha? Odpowiedź wydaje się prosta: skoro naruszony został społecznie uznany porządek, publicznie wyrażona skrucha ma być rodzajem zadośćuczynienia społeczności, społeczność zaś domagając się jej, potwierdza, że jest gotowa tego porządku bronić. Skrucha jest jednak istotnie związana z poczuciem winy. Jeśli go brak wszelkie gesty mają teatralny, estetyczny charakter. Znamienne, że oskarżyciele Luriego właściwie sami nie wiedzą, jak profesor miałby się ukorzyć. Zdają sobie sprawę, że skrucha to fenomen, którego nie da się ująć w porządku prawa. „Nikt Panu nie każe odczuwać skruchy” – zwraca się do profesora oskarżyciel, potwierdzając równocześnie, że władze uczelni oczekują od profesora przejawów skruchy. Jak jednak można przejawiać skruchę, której się nie odczuwa? Skrucha to sprawa przebudzenia, a Lurie nie jest jeszcze na nie gotowy. Jednego nie można mu zarzucić – niczego nie próbuje koloryzować, niczego nie kryje, nie gra. W dramatycznej dla siebie sytuacji jest aż do bólu autentyczny. Tam, gdzie inni z obawy przed utratą stanowiska zdobyliby się na kilka pojednawczych gestów, Lurie bez najmniejszego buntu godzi się na piętno hańby. Wydaje się jednak nim naznaczony nie tyle za sam postępek, który – jak zauważają prowadzący dochodzenie – nie jest wydarzeniem bezprecedensowym, ale za to, że się nie wstydzi, nie jest ani trochę zażenowany! W trakcie dochodzenia bodaj raz stwierdza, że się wstydzi – tego, że niegdyś potrafił opanować swoje żądze, a tym razem mu się to nie udało. Wyznanie ma charakter prostej konstatacji  – można by odnieść wrażenie, że w podobny sposób należałoby się również wstydzić tego, że niegdyś widziało się ostrzej lub chodziło szybciej …

Hańba i wstyd

Wstyd – odnoszę się tutaj do wstydu jako do kategorii moralnej – jest wewnętrzną stroną hańby. Hańba odnosi się do haniebnych czynów, które wyszły na jaw. Wstyd niekoniecznie będzie ujawniany. Wstydzimy się własnych postępków ocenionych przez nas samych jako haniebne, wstydzimy się myśli, o których nikt prócz nas nie wie i nieujawnianych nikomu pragnień. Wstyd jest czymś na wskroś osobistym, nieprzyjemnym, nieplanowanym, „dopadającym nas” i trudnym do wyciszenia. Nie panujemy nad własnym wstydem, stąd – podobnie jak poczucia skruchy – nikt nie może nam go nakazać. Mówiąc, że ktoś nas zawstydził, mamy na myśli wpływ, jaki wywarły na nas czyjeś słowa lub zachowanie, ale to my sami poczuliśmy się zawstydzeni. O ile poczucie winy wiąże się z konkretnym działaniem, przeżycie wstydu dotyka całej naszej moralnej egzystencji, mówimy wszak, że uczucie wstydu „nas ogarnia”. Wstyd nie znika wraz z naprawieniem straty i uzyskaniem przebaczenia. Dopóki żywa w nas jest pamięć tego, do czego okazaliśmy się zdolni, dopóty odczuwamy wstyd. Wstyd nie umiera, wraca wraz ze wspomnieniami, tym ciszej, im bardziej są odległe, jak słabnące echo…

Nie trzeba być społecznie pohańbionym żeby odczuwać wstyd i – co już wyżej zauważyliśmy – nie każdy noszący piętno hańby wstydzi się swojego postępowania.

Wstyd jest rodzajem wewnętrznego upokorzenia. Zawstydzony postrzega dystans pomiędzy moralnym ideałem, który przyjął za własny, a karygodnym postępowaniem, w którym wykazał brak konsekwencji. Gdyby nie było wzoru, nie byłoby kontrastu, a jeśli brak kontrastu – skąd miałby się brać wstyd? Poczucie wstydu w sensie moralnym to nie to samo co odnotowanie niezręcznej wpadki – ot takiej jak powiedzenie dowcipu, który nikogo nie śmieszy lub zabranie podczas dyskusji głosu, który obnażył naszą ignorancję. Jeśli w tego rodzaju wypadkach  mówimy o wstydzie, to dlatego, że drudzy mieli okazję poznać naszą niezręczność lub zręcznie dotąd ukrywany brak wiedzy. Żałujemy, że zostaliśmy zdemaskowani, a nie że postąpiliśmy w sposób przez nas samych uznany za niesłuszny. Wstyd w sensie moralnym – w przeciwieństwie do „wstydu demaskacji” – będzie z konieczności związany z wyrzutami sumienia, łatwiej jednak naprawić winę i zadośćuczynić za stratę niż zapomnieć o wstydzie. Zawstydzony czuje się trochę „moralnie przegrany” – nie zdał egzaminu przed samym sobą, co nie znaczy, że wstyd nie może się okazać konstruktywny dla dalszego życia. Związane ze wstydem upokorzenie nie polega bowiem na pognębieniu, lecz na dostrzeżeniu własnej słabości. Wstyd nie dotyczy  niemożliwego, dotyczy tego, do czego byliśmy zdolni. Doświadczenie wstydu może zatem stanowić rodzaj przestrogi, przed kolejnym popełnieniem działań, które nas zawstydziły. Tak rozumiany wstyd nie wiąże się z jakąś formą „samopotępienia” czy „zhańbienia”, lecz raczej z pogodzeniem się z własną kondycją moralną. Tacy właśnie jesteśmy – pełni wspaniałych planów i dumnych idei, a przy tym beznadziejnie uwikłani we własną słabość; pragniemy wielkości, a potykamy się o własną małość …

Profesor Lurie nie sprawia wrażenia zawstydzonego, nie ma też specjalnie pochlebnego zdania o swoich oskarżycielach (co zapewne ułatwia mu zniesienie oskarżeń), a całość procesu traktuje w sposób dość lekceważący. Z pierwszego przesłuchania wychodzi wściekły, ale nie zażenowany, w trakcie ostatniego odmawia publicznego przyznania się do winy. Wyjeżdża do córki …

Przebudzenie

Lurie zdaje się człowiekiem, który nie ma żadnych ideałów. Czegóż zatem miałby się wstydzić? Nie czuje się pohańbiony, kiedy na skutek zaistniałego skandalu składa rezygnację z posady na uniwersytecie i wyjeżdża z Kapsztadu. O własnej hańbie mówi dopiero wtedy, kiedy jego córka, Lucy, zostaje brutalnie zgwałcona przez bandę napastników. Nagabywana przez ojca Lucy nie chce mu opowiedzieć szczegółów zajścia, uznając, że to jej prywatna sprawa. „Tajemnica Lucy; jego hańba”. W potyczce z napastnikami Lurie zostaje oszpecony, okradziony z samochodu i szeregu innych wartościowych rzeczy. Wraz z samochodem traci schowane w bagażniku książki – zupełnie jakby czas Davida Luriego, profesora i interpretatora poezji Byrona i Wordswortha, miał się definitywnie zakończyć. Były profesor nie roztrząsa materialnych strat, ale nie potrafi się pogodzić z wyrządzoną córce krzywdą. Kiedy Lucy zaczyna unikać pokazywania się ludziom, jest przekonany, że wie dlaczego. „Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd”. Pojęcie „hańby” ma  jednak tutaj zupełnie inne znaczenie niż to, które odnosiliśmy do powodów, dla których Lurie opuścił Kapsztad. Lucy nie okryła się hańbą, jej „napiętnowanie” ma fizyczny charakter, moralnie  jej nie dotyka. „Zhańbiona” oznacza tutaj „potraktowana jak przedmiot, wykorzystana jak anonimowy obiekt zaspokojenia czyichś żądz”. Czy Melanie, studentka, z którą romans był powodem publicznego napiętnowania profesora, nie była również anonimowa? Lurie wypowiada się o niej w czysto fizycznych kategoriach, niewiele o niej wie …

Zdegradowany profesor nie potrafi zrozumieć, dlaczego córka nie dochodzi sprawiedliwości i nie dokłada wszelkich starań po temu, żeby ukarać sprawców gwałtu. Staje wobec córki w roli już to pocieszyciela, już to adwokata, ale Lucy odrzuca wszelką pomoc. Otoczyła się podobnym murem jak kilka miesięcy temu on sam przed oskarżycielami w Kapsztadzie. Ona niewinna – on winny; ona chcąc się zmierzyć z problemem – on starając się od problemu uciec. Próbuje jakoś przebić się przez obojętność Lucy, ale bezskutecznie. Z podobnym skutkiem próbowano kilka miesięcy wcześniej dotrzeć do niego. „Ukrywasz się na Torrance Road jak żółw, który boi się wytknąć głowę ze skorupy” – zarzuca mu była żona. A Lurie chyba właśnie powoli „wypełza”…  Jeszcze nie za bardzo rozumie, co to hańba i co to wstyd, jeszcze pada w teatralnym geście skruchy na kolana przed rodziną Melanie, zastanawiając się, czy to wystarczy, ale powoli zaczyna dostrzegać zupełnie inne wymiary życia… Wybucha płaczem dowiedziawszy się, że zgwałcona Lucy oczekuje dziecka, żałuje owiec przeznaczonych na rzeź, lituje się nad losem psów. Twierdzi sam o sobie, że „staje się głupi, stuknięty, niepoprawny”. Swoją pracę – wywożenie uśpionych w schronisku psów do krematorium – uznałby wcześniej za hańbiącą, teraz mu nie przeszkadza. „Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec”czy podsumowując los Lucy, nie mówi jednocześnie o sobie? Grabarz …  Nawet nie ludzi, ale psów. „Żegnajcie, poeci, żegnajcie, martwi mistrzowie. Którzy, musi przyznać, niezbyt umiejętnymi byli dla niego przewodnikami. Aliter, których niezbyt umiejętnie słuchał”. Poezja nie obudziła w Luriem moralnej wrażliwości… Jeszcze szuka muzyki do strof Byrona, ale zaczyna prowadzić zdecydowanie „pieskie życie”. Nie za bardzo wierzy w to, że mógłby być jeszcze dobrym człowiekiem, uważa, że jest za stary na zmianę swego życia, a przecież tak wiele się zmieniło… Były sybaryta i właściciel luksusowego domu w Kapsztadzie siedzi na starym fotelu, osłania się od słońca plażowym parasolem i odgrzewa konserwy na gazowej kuchence. Poddaje się, w tym poddaniu jest szansa, że da się poprowadzić … Przez kogo? Tego Lurie jeszcze nie wie, nie myśli o jutrze, nie martwi się o to, że żyje na kredyt.

W schronisku jest powłóczący jedną nogą pies, który wyraźnie sobie Luriego upodobał. Ze zdaniem upadłego profesora nikt się już  nie liczy, nawet jego własna córka, ale pies z kulawą nogą się obejrzał …

 


1  J.M. Coetzee, Hańba, tłum. Michał Kłobukowski, Kraków 2006, s. 30.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata