70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Walcząc samotnie

Jestem świadkiem niepowtarzalnej drogi mojego przyjaciela do świętości – szczególnego przypadku łaski działającej poprzez pęknięte gliniane naczynie, czyniącej wszystko nowym, prowadzącej do pełni życia.

Ujawnił swój homoseksualizm w e-mailu. Znałem go na tyle długo, że nie pamiętam, kiedy się poznaliśmy, a ostatnio sporo pisywaliśmy do siebie o życiu, o przyszłości – o tym, o czym na ogół dyskutują oddaleni od siebie przyjaciele. Gdzieś na marginesie wspomniał, że boryka się z pewnymi dotkliwymi problemami, z którymi musi sobie sam poradzić. W odpowiedzi poprosiłem o wyjaśnienia – i wtedy powiedział mi o tym. W ciągu ostatnich trzech lat „Krzysztof” (tak będę go nazywał) czuł wyraźny pociąg do innych mężczyzn – zwłaszcza do dawnego kolegi ze szkoły średniej. Jakieś zadurzenie, a może fascynację. Cokolwiek to było, wiedział, że nie jest to zdrowe.  I choć – jak tłumaczył – nigdy nie dał temu pociągowi upustu,  rodziły się w nim fantazje i żądze, których nie chciał. Powziął zatem postanowienie, że nigdy nie uzna ich za istotne dla swej tożsamości lub zaakceptuje jako trwałe i nieuleczalne – postanowienie, którego trzymał się skrycie w zasadzie bez wsparcia środowiska, rodziny i przyjaciół. W licznych rozmowach telefonicznych i e-mailach, które potem nastąpiły, dzielił się ze mną przemyśleniami na temat przyczyn borykania się z pociągiem do mężczyzn. Opisywał swoje „nadzwyczaj bliskie, przyjacielskie relacje” z matką, dla której bywał często jedynym powiernikiem, i późniejsze oddalenie od ojca. Jak sądził, nie bez znaczenia były też relacje z przyjaciółmi, ponieważ odczuwał głęboko „bolesne odrzucenie” ze strony kolegów wraz z „huśtawką strachu i szacunku wobec typowo męskich” rówieśników. Co dotknęło go w okresie dojrzewania, zaważyło na seksualnych skojarzeniach, bo Krzysztof zaczął odczuwać zabarwione erotycznie pożądanie względem mężczyzn obdarzonych cechami, których jemu samemu brakowało.

Pod wpływem tych przemyśleń podzielił mężczyzn na tych, których uznał za „dominujących i budzących lęk (ze względu na zdecydowanie męskie cechy)” oraz tych „gorszych i pogardzanych (ze względu na brak powyższych)”. Lecz zaważyło to zarazem na całej jego osobowości.  Napisał, że wykształcił w sobie „pasywno-agresywną, obojętnie defensywną lub manipulatorską postawę względem mężczyzn” i „przygnębiającą niezdolność” do upominania się o swoje, jak czynią to inni. Ta przygniatająca słabość była – jego zdaniem – „głęboką potrzebą poddania się pozbawiającej męskości i upupiającej roli grzecznego chłopca, który by sprawić mamie przyjemność, postępuje zgodnie z przyjętymi regułami (prawa cywilnego, kodeksu ucznia, obowiązującej moralności, dobrego wychowania itd.), pozostając pod kloszem i niecielesny”.

Jego charakterystyki zdawały się adekwatnym opisem osoby, którą znałem od lat. Kiedy więc wymienił prawdopodobne przyczyny i powiedział, że szuka pomocy, by jakoś im zaradzić, wsparłem go. Napisał: „Byłbym nieszczery wobec siebie, gdybym teraz po prostu zaakceptował tę sytuację. Zaprzeczyłbym temu, co – jak wierzę, a nawet więcej: wiem – jest diagnozą mojego położenia i prawdopodobnym środkiem zaradczym”. Niektórzy twierdzą, że zmiana jest niemożliwa, ale on uważa, że z Bogiem wszystko jest możliwe, a w każdym razie chciałby spróbować zrobić, co do niego należy.

Położenie Krzysztofa jest smutne, ale – jak się zdaje – otwiera się przed nim jakaś droga. Od kiedy zaczął odczuwać pociąg do mężczyzn, przez pierwsze dwa lata codziennie płakał, wiedząc, że staje się kimś, kim nie chce być. W trzecim roku znalazł dobrego terapeutę i nastąpiła pewna poprawa. Postanowił odkryć w sobie „zdrową męskość dzięki głębokim, nieerotycznym męskim przyjaźniom”, a zarazem „oczyścić pamięć o ranach przeszłości” i odnaleźć bardziej męski obraz samego siebie. Najwyraźniej nie wyolbrzymiając, zapewnił mnie, że  jest teraz „sto razy szczęśliwszy i zdrowszy niż wcześniej – choć jeszcze nie całkiem”. Nawet przyjaciele i krewni, którzy nic nie wiedzieli o jego zmaganiach, zauważyli, że staje się bardziej spokojny i radosny.

Poza jego terapeutą i spowiednikiem jestem jedyną osobą, która wie. Jego rodzice byliby zdruzgotani – matka zastanawiałaby się, czy zawiniła, ojciec bałby się, że zawiódł syna. Jego koledzy z akademika i przyjaciele nie wiedzieliby, jak się zachować. Inni na kampusie ośmielaliby go, by zaakceptował swe prawdziwe ja – zaszufladkowaliby go jako homoseksualistę i nazywali gejem. Ale on nim nie jest ani nie chce być: jego zdaniem,  pociąg seksualny nie definiuje osoby.  Obawia się zwłaszcza ujawnienia swego pociągu w sytuacji, gdy z nim walczy. W takich okolicznościach mógłby zyskać etykietkę represjonowanego homoseksualisty, gejowskiego aktywisty, który sam jest odmieńcem, lub młodego geja uważającego, że cierpi na zaburzenia. A on [W chor.: Krzysztof] chce po prostu żyć w czystości i spróbować uporać się z przyczynami pociągu do tej samej płci. Ale dzisiaj na amerykańskim uniwersytecie oznacza to anatemę. Ze względu na celebrowanie inności i ślub tolerancji taki wybór nie może być celebrowany czy nawet tolerowany.

Jak w wielu szkołach na uniwersytecie Krzysztofa istnieje centrum LGBTQA (oficjalne biuro wspierające studiujące „lesbijki, gejów, biseksualistów, transgenderystów, odmieńców i innych”). Jeśli szukałby porady, jak ujawnić swój pociąg do tej samej płci, uaktywnić się seksualnie jako gej lub wejść w romantyczny homoseksualny związek, zostałby tam przyjęty z otwartymi ramionami. Chcąc zamiast tego żyć w czystości, nie znajdował żadnego wsparcia. A nawet gorzej – spotykał się z odrzuceniem. Tego rodzaju centra rutynowo sponsorują publiczne wykłady atakujące chrześcijańskie poglądy na temat pociągu do tej samej płci, wezwania do życia w czystości i zachęty do podjęcia terapii.

Można by się spodziewać, że Krzysztof znajdzie pomoc w uniwersyteckim centrum życia religijnego. Ale drzwi biura oblepione różowymi trójkątami pokazują, że centrum sympatyzuje z ruchem „gay pride”. W college’u zamiast regularnych modlitw w kaplicy organizuje się corocznie liturgię Pride Sunday – bo duma (pride) jest najwyraźniej właściwą odpowiedzią liturgiczną na homoseksualizm – i sponsoruje wykłady otwarte o tytułach w rodzaju: „Przezwyciężając chrześcijański lęk przed homoseksualizmem”.

Na szczęście katolicka kapelania na kampusie tętni życiem i jest ortodoksyjna. Kapelan dał Krzysztofowi rzetelną, choć raczej duchową radę – regularna modlitwa, przyjmowanie sakramentów, dobroczynność – nie był jednak pewien, jak przykroić ją do potrzeb młodego chrześcijanina, który odczuwa pociąg do tej samej płci. Zasugerował więc, by Krzysztof popracował z terapeutą nad psychologicznymi przyczynami swej skłonności. Krzysztof spróbował. Poszedł do psycholożki w studenckiej poradni, ale okazała się wrogo usposobiona. Kiedy poprosił o skierowanie do katolickiego psychologa, uznała, że zwariował, nie chcąc zaakceptować swej homoseksualnej natury. W końcu okazało się, że studenckie ubezpieczenie zdrowotne nie pokryje w pełni kosztów leczenia u prywatnego terapeuty, a on z oczywistych względów nie mógł liczyć na pieniądze rodziców.

Z nieuporządkowaniem w sferze seksualnej można się spotkać wszędzie, lecz widać je szczególnie wyraźnie na uniwersyteckich kampusach, gdzie do ogólnoludzkiego zamętu dołącza się aprobowana rozwiązłość i instytucjonalne odrzucenie wszystkiego, co tradycyjnie chrześcijańskie lub konserwatywne. Czy można sobie wyobrazić na kampusie studenta bardziej wyobcowanego lub marginalizowanego niż ten, który doświadcza pociągu do tej samej płci, lecz nie chce go zaakceptować? Zmusza się go do milczenia  i dyskontuje całe jego doświadczenie życiowe: cierpi na pociąg do tej samej płci, czego nie chce, i dąży do ponownej integracji. Nie jest to jakiś przypadek nie z tej ziemi, a jednak na kampusie bardzo mało grup (jeśli w ogóle da się takie znaleźć) zajmuje się pomocą takim studentom.

Kiedy słuchałem Krzysztofa, ogarniało mnie coraz większe wzburzenie na naszą rozgorączkowaną kulturę, seksualny chaos, który zapisało nam w spadku pokolenie rodziców, brak pomocy ze strony Kościoła i wrogie środowisko uniwersyteckich kampusów. Stopniowo jednak mój gniew ustąpił smutkowi. Smutkowi, że Krzysztof walczy właściwie w pojedynkę. Smutkowi, że ludzie tacy jak on nie mają się nawet do kogo zwrócić o pomoc. Smutkowi, że uniwersytety z premedytacją odrzucają osoby o skłonnościach homoseksualnych, które żyją w czystości. Na samym końcu jednak poczułem wdzięczność. Wdzięczność za znajomość z Krzysztofem. Wdzięczność za szansę zobaczenia, jak dźwiga krzyż, którego nie wybrał. Ofiarowując Bogu swe codzienne zmagania, dąży ku świętości, nie poddaje się i zwalcza pokusy. Mozolnie próbuje zaradzić niechcianym przyczynom i efektom ubocznym  skłonności, której nigdy nie pragnął, mając wciąż świadomość, że lekarstwo jest niepewne, że w tym upadłym świecie nigdy nie pozbędziemy się jakiegoś nieładu.

Jestem świadkiem niepowtarzalnej drogi mojego przyjaciela do świętości – szczególnego przypadku łaski działającej poprzez pęknięte gliniane naczynie, czyniącej wszystko nowym, prowadzącej do pełni życia. Jakie to błogosławieństwo, że mogłem być świadkiem jego zmagań i znajdować w nich inspirację dla własnego życia. Jaka szkoda jednak, że inni nigdy się o tym nie dowiedzą.

Tłumaczył: Łukasz Tischner


© „First Things”

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata