70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czekając na łaskę: dla tych, którzy nie są w stanie wypełniać przykazań

Wspinają się, ale upadają; wspinają się znowu. Ale co z tymi, którzy chcą być częścią życia Kościoła, ale nie chcą – a może w danym momencie nie są w stanie – zmienić się i porzucić drogi grzechu? W jaki sposób być ich duszpasterzem, a nie tym, kto przyczynia się do zła? Odpowiedź na to pytanie brzmi: ostrożnie.

 

I

Wielu duszpasterzy i pracowników duszpasterstw codziennie styka się z drażliwym problemem, jakim jest opieka duszpasterska nad osobami pragnącymi uczestniczyć w życiu Kościoła, które jeszcze nie chcą albo nie są w stanie przestrzegać jego nauczania w dziedzinie moralnej. W każdej w miarę dużej parafii są ludzie, którzy zaczynają doświadczać prawdziwego wezwania do nawrócenia, którzy jednakże są uwikłani w trudne sytuacje moralne, poczynając od nieważnych małżeństw i związków homoseksualnych, po uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Są też inni, którzy nie mają świadomości prawdziwego nawrócenia, ale chcą przynajmniej być częścią życia Kościoła – wówczas to pragnienie może w rzeczy samej być wezwaniem łaski Bożej.

Wciąż na nowo staje przed nami zagadnienie opieki duszpasterskiej nad tą tak bardzo jej potrzebującą grupą ludzi. Co można dla nich zrobić, nie stając się tym, kto przyczynia się do zła, kto powodowany współczuciem lub chcąc się przypodobać, a nawet z poczucia winy, współdziała w cudzym złu moralnym albo pomieszaniu psychologicznym – współdziała poprzez udawanie, że miało miejsce prawdziwe i postępujące nawrócenie?

Kiedy myślałem, co będzie treścią mojego artykułu dla uczczenia ojca Johna Harveya OSFS, mojego przyjaciela, którego znam od dwudziestu pięciu lat, nie mogłem wymyślić bardziej odpowiedniego tematu niż ten właśnie, ponieważ to, czemu od ponad pięćdziesięciu lat w swym kapłańskim życiu był wierny, co tak dobrze rozumiał i co przynosiło tak wspaniałe owoce, wiązało się właśnie z tym zagadnieniem. Na długo zanim ktokolwiek choćby zaczął o tym myśleć, ojciec Harvey był już prawdziwym i wiernym duchowym ojcem i przewodnikiem dla wielu zmagających się ze skłonnościami homoseksualnymi i z homoseksualną orientacją osób, które chciały prowadzić autentyczne życie chrześcijańskie. Rzeczywiście, kiedy Sługa Boży kardynał Terence Cooke poprosił mnie, bym znalazł kapłana, który rozpocząłby pracę apostolską wśród katolików o orientacji homoseksualnej, którzy chcą prowadzić pobożne i czyste życie, powiedziałem mu natychmiast: „Spróbujmy złapać ojca Harveya”. Tak zaczął się ruch, który został nazwany przez pierwszych członków „Courage” („Odwaga”). Chcąc wyrazić głęboki szacunek, jaki żywię dla ojca Harveya, wybrałem na przedmiot swych rozważań ten trudny temat. Chociaż zdaję sobie sprawę, że wypływam na wzburzone wody, podejmę się tego – i będę otwarty na sprostowania: zachęcam do nich.

Czekanie na łaskę

W swoim życiu wielokrotnie rozważałem Wyznania świętego Augustyna i inne jego pisma. Uświadomiły mi one, że wezwanie do nawrócenia niekoniecznie spada na człowieka jak grom z jasnego nieba, tak jak to było w przypadku świętego Pawła. Najczęściej jest to stopniowe wzywanie, przynaglanie przez łaskę, którego poszczególne etapy są niejednokrotnie bolesne. Augustyn wspomina: „oskarżałem siebie […], miotając się i szamocząc w pętającym mnie łańcuchu. […] Ty zaś, Panie, czuwałeś […], w surowym miłosierdziu chłoszcząc mnie dwoistym biczem” [Wyznania, VIII, 11]. Jest czas bolesnej niejednoznaczności pomiędzy poczuciem niezadowolenia doświadczanym na początku przez ludzi trwających jeszcze w grzechu a krokiem polegającym na przyjęciu Bożej woli ukazanej w Piśmie Świętym, tradycji nauki o moralności i nauczaniu Kościoła. Augustyn opisuje ten stan umysłu bardzo dobrze. Ponieważ całe życie chrześcijanina samo w sobie składa się z pasma nawróceń, które wciąż przybliżają nas do Boga, to wszystkim nam powinien być znany ów ból i owa niejednoznaczność. Ludzie pobożni, którzy w ogóle nie mają poważnych grzechów, doświadczają coraz silniejszego poczucia niezadowolenia z powodu swego notorycznego braku miłości, rozmodlenia lub pokory. Takie osoby również pragną się „rozpętać i wyzwolić” [Wyznania, X, 33] z pomocą Bożą. Jednak w sytuacji kogoś, kogo pęta poważne przyzwyczajenie do grzechu lub grzeszne postępowanie – Augustyn nazywa je „żelaznym łańcuchem przyzwyczajenia” [zob. Wyznania, VIII, 5] – mamy do czynienia z istotnymi problemami natury duszpasterskiej, którym trzeba stawić czoła.

Aby przystępować do sakramentów jako żywy członek Mistycznego Ciała Chrystusa, trzeba znajdować się „w stanie łaski”, to znaczy być wolnym od jakiejkolwiek poważnej winy moralnej wynikłej z rozmyślnego działania, od jakiegokolwiek grzechu śmiertelnego, zakłócającego relację z Bogiem i uniemożliwiającego przepływ łaski Bożej. Pojęcie stanu łaski, które dla wierzących było całkowicie zrozumiałe jeszcze trzydzieści lat temu, zostało zamazane wskutek wielu czynników, a wedle mego sposobu rozumienia wszystkie one są niebezpieczne dla duchowego dobra człowieka: wskutek relatywizmu moralnego, subiektywizmu, ignorancji teologicznej i moralnej, subtelnego akceptowania wartości pogańskich i hedonistycznych, rewolucji seksualnej oraz nieudolnej praktyki duszpasterskiej. Hasło: „Jeśli mnie kochasz, zachowuj moje przykazania”, zastąpiono innym: „Spróbuj, spodoba ci się”, i robieniem tego „po swojemu”.

Ponieważ zajmujemy się tu sprawą homoseksualizmu, zacznę od wyrażenia swego własnego przekonania, że nie należy traktować homoseksualistów w sposób szczególny jako tych, którzy w największej mierze są odpowiedzialni za moralny bezład, w jakim znajduje się nasza kultura. Takie oskarżenia kierują często pod ich adresem inni. Odwrót od wartości moralnych zaczął się we wczesnych latach 1960., w czasie kiedy homoseksualiści mieli niewielki bezpośredni wpływ na opinię publiczną. Za moralny relatywizm wraz z towarzyszącym mu zamierzonym upadkiem obyczajów odpowiedzialność ponosi bardzo szeroki krąg osób i zjawisk w społeczeństwie, włącznie z duchowieństwem wielu denominacji, którego członkowie w dużej mierze milcząco poddawali się temu prądowi, a właściwie zjeżdżali po równi pochyłej. Lista kwestii, jakie należałoby tu poruszyć, jest zbyt długa, ale tytułem wstępu moglibyśmy wymienić akceptację dla pornografii pokazywanej publicznie przez wszystkie media, akceptację przedmałżeńskich zachowań seksualnych, promiskuityzm, niewierność ślubom małżeńskim i zakonnym oraz akceptację całej mentalności antykoncepcyjnej, prowadzącej do prawnego usankcjonowania aborcji. Wprawdzie robiący wokół siebie wielką wrzawę członkowie gejowskiej subkultury zazwyczaj wspierają wszystkie wymienione tendencje, podobnie czyni też bardzo wiele innych wpływowych grup.

Kościół i nienawróceni

Kościół katolicki, a jeśli mamy być szczerzy, to w rzeczywistości także wszystkie starsze denominacje po upływie pierwszych kilku dziesięcioleci entuzjazmu, zawsze tolerowały takie czy inne formy barku spójności w dziedzinie moralnej. Na przykład, mimo bezwzględnego potępienia niewolnictwa opartego na rasizmie, potępienia ogłoszonego przez papieża Eugeniusza IV w roku 1435, kiedy Europejczycy po raz pierwszy spotkali się z Murzynami na Wyspach Kanaryjskich[1], mimo że niewolnictwo stało w całkowitej sprzeczności z Ewangelią i zwykłą sprawiedliwością, niewielka liczba skądinąd porządnych katolików w Stanach Zjednoczonych miała u siebie niewolników. Przechodząc na grunt innych grzechów, o charakterze bardziej osobistym, w przeszłości członkowie Kościoła tolerowali picie alkoholu w dużych ilościach, podczas gdy wszyscy moraliści i kaznodzieje stale nauczali, że odurzanie się jest grzechem ciężkim. Przez wiele lat tolerowano wypicie paru głębszych i nic nie mówiono, podobnie jak było z właścicielami niewolników. W Kościele zawsze pojawiały się głosy skutecznie protestujące przeciwko tym szkodliwym problemom moralnym. Można jednak przytoczyć wiele innych przykładów tolerancji poważnych błędów moralnych, poczynając od przemocy wobec kobiet i dzieci, aż po symonię. Ta tolerancja często uderzała w wiele osób i rodzin, tak jak to było w wypadku niewolnictwa i alkoholizmu. A mimo to w naszym społeczeństwie tolerancję uważa się zawsze za zdrową postawę. Według słownika American College Dictionary tolerancja to postawa polegająca na oddawaniu sprawiedliwości lub okazywaniu cierpliwości poglądom lub zachowaniom, które różnią się od naszych własnych.

Osoby odczuwające skrupuły z powodu tolerowania pewnych wad powoływały się często na współczucie Zbawiciela, by się usprawiedliwić, chociaż postawa Chrystusa nie polegała wcale na tolerancji, lecz raczej na cierpliwości i miłosierdziu skierowanym ku konkretnej osobie. Chrystus nie miał poglądów. Był Prawdą. Nie był tolerancyjny. Był cierpliwy i miłosierny – i tak naprawdę wierzący wie, że Chrystus wciąż jest dla nas cierpliwy. Życie żadnego człowieka, nawet kandydata na ołtarze, nie jest wolne od wad i grzechów. Kryterium kanonizacji nie jest bezgrzeszność, lecz heroiczna cnota. Osoby odpowiedzialne w Watykanie za proces kanonizacyjny mówiły mi, że jeśli udowadniam, że mój kandydat, kardynał Terence Cooke był bez grzechu, to kłamię.

Skutkiem moralnego relatywizmu jest zaprzeczenie potrzeby nawrócenia. Mówi się o społeczeństwie wolnym od wartości, a nawet najwyraźniej myśli się o życiu chrześcijańskim bez moralności. Mówienie o społeczeństwie bez moralności jest absurdem. Istnieją winy moralne, czyli grzechy, i wielu z nich żadne społeczeństwo nie może tolerować, ponieważ zagrażają jego istnieniu. Często Kościół dużo surowiej zakazuje tego samego niemoralnego postępowania. Zarówno władza państwowa, jak i religia wciąż potępia czyny tak złe jak zabójstwo z premedytacją, a także tak niewielkie jak drobna kradzież. Dzieje się tak dlatego, że są one nie tylko złe, ale ponadto zagrażają właściwemu porządkowi społecznemu.

Nasze [amerykańskie] społeczeństwo wydaje się bardzo zakłopotane w obliczu moralności seksualnej. Nic dziwnego. Historia sankcji i kar związanych z występkami seksualnymi byłaby bardzo interesującym przykładem braku konsekwencji zarówno w dziedzinie religijnej, jak i świeckiej. Nawet gdyby ograniczyć zakres badania do Stanów Zjednoczonych w XX wieku, brak konsekwencji i zmieniające się wartościowanie oraz niestabilna moralność mogłyby przyprawić o zawrót głowy. Na przykład, akty homoseksualne pomiędzy dwiema świadomymi swych czynów osobami niemal we wszystkich stanach w początkach tego stulecia były traktowane jako zachowania przestępcze, natomiast można było zostać z nich rozgrzeszonym podczas spowiedzi, otrzymując jedynie umiarkowaną pokutę – choćby taką jak odmówienie różańca. W pierwszej połowie tego wieku społeczne tabu dotyczące seksu przedmałżeńskiego było niemal powszechne, natomiast obecnie wielkim społecznym tabu jest palenie tytoniu. Palenie stało się z całą pewnością grzechem społecznym, natomiast nierząd jest codziennie gloryfikowany przez media. Większość osób o orientacji homoseksualnej zapyta: „Skoro wszyscy inni mogą uprawiać seks, to dlaczego my mamy postępować inaczej, a nawet oczekuje się od nas prowadzenia życia w czystości i wstrzemięźliwości seksualnej?”. Pytanie takie stawiają nie tylko członkowie „sceny gejowskiej”, liczni i robiący wokół siebie wielką wrzawę członkowie subkultury aktywnych homoseksualistów, ale także spokojni, niezwracający na siebie uwagi homoseksualiści, którzy uważają, że obnoszenie się z różowymi balonami podczas demonstracji i zniewieściałe gesty są wyjątkowo niesmaczne. Niektórzy księża, odpowiadając na to pytanie, a także być może próbując poradzić sobie z własnymi wewnętrznymi konfliktami i brakiem konsekwencji, otwarcie opowiadają się za gejowsko-lesbijską kulturą, a przynajmniej dają do zrozumienia, że ją aprobują, zamiast w duchu pasterskiej troski przyjąć każdą osobę, do czego w rzeczywistości wzywa Ewangelia.

Tolerancja a akceptacja

Tolerancja jest nędzną namiastką akceptacji każdego człowieka połączonej z nieustannym zaproszeniem do nawrócenia. Akceptacja osoby nie oznacza zgody czy aprobaty. Jej podstawą jest człowieczeństwo, nie poglądy. W swej najdoskonalszej osobowej postaci jest wyrazem czynnego chrześcijańskiego miłosierdzia. To, że w dziejach Kościoła daje się zauważyć tolerancję dla zła i grzeszności, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dzisiejszej kontynuacji braku konsekwencji w dziedzinie moralności. Nauczanie Kościoła pozostało w mocy, nawet jeśli nie udało się wcielić go w życie. To nie Kościół zawiódł, lecz ludzie, którzy zawiedli Kościół. Skoro nawet pierwsi chrześcijanie, apostołowie, tak bardzo zawiedli, kiedy uciekli od Chrystusa w ogrodzie w Getsemani, nie mam najmniejszych wątpliwości, że wiele osób w Kościele zawiodło, nie potępiając niewolnictwa czy alkoholizmu, czy wielu innych zjawisk, które niszczyły i podkopywały życie rodzinne. Musieli to odpokutować albo u schyłku swego życia zdać z tego sprawę. To, że zawiedli, mogło wynikać z tego, że nie mogli nic zrobić, i w tym wypadku nie ponoszą za to odpowiedzialności; albo z tego, co można nazwać słabością umysłu i woli – w tej sytuacji są odpowiedzialni tylko częściowo; albo też z grzesznego zaniedbania spowodowanego strachem lub względem na ludzką opinię – i w tym wypadku naprawdę są za to odpowiedzialni. Jednakże w żadnym wypadku ich tolerancji dla zła nie można uznać za akt cnoty. W wielu wypadkach ci, którzy nic nie robili, sami zostali ofiarami, jak niewolnicy albo żony alkoholików, a nawet sami alkoholicy. Rzadko można mówić o ich odpowiedzialności, mimo że zdarzały się odważne jednostki, które podejmowały w takich sytuacjach niewiarygodne ryzyko i działały, jak Dred Scott, niewolnik, który zmienił system, czy Bill Wilson, założyciel Anonimowych Alkoholików.

Niewłaściwa tolerancja ze strony duszpasterza jest sama w sobie tym szczególniejszym problemem, że ten, kto jest duchowym pasterzem, nie może „złamać trzciny nadłamanej” ani „zagasić knotka o nikłym płomyku” [Iz 42, 3]. Osobie zajmującej się duszpasterstwem bardzo łatwo popaść w samozadowolenie, przejść od tolerancji do akceptacji wbrew sobie i w chwili konfrontacji nagle odkryć, że samemu broni się tego zła, które początkowo zaledwie się tolerowało. Bardzo smutnym przykładem w tym względzie jest biskup Linzu w Austrii, który miał wszelkie podstawy, by być głęboko przeciwnym aneksji jego kraju przez nazistów i jawnemu prześladowaniu Kościoła. Mimo to zachęcał Sługę Bożego Franza Jägerstättera, który wyrażał sprzeciw sumienia, by wypełnił swój obowiązek i „służył ojczyźnie” w nazistowskiej armii. Święty Augustyn przestrzegał pasterzy i innych pełniących funkcje pasterskie, że mają uważać, by nie dać się wciągnąć w zło, stając się najemnikami. Wszyscy oddający się duszpasterstwu powinni być prawdomówni we wszystkim, co robią. By użyć cierpkiej uwagi świętego Grzegorza Wielkiego, pasterze powinni dbać, by nie stać się „psami podwórzowymi, które nie potrafią szczekać”.

Tłumaczył: Michał Romanek

 


[1] Ta informacja nie wydaje się w świetle dostępnej wiedzy całkiem ścisła: ludy zamieszkujące Wyspy Kanaryjskie w XV wieku nie były czarnoskóre [przyp. tłum.].

[2] Zapewne chodzi o dzieło św. Alfonsa Marii Liguoriego Przewodnik spowiednika, tłum. M. Biernacki, Warszawa 1905 [przyp. tłum.].

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata