70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Birma: bunt mnichów, wojskowi i szanse demokracji

Na przełomie lata i jesieni tego roku w birmańskim kotle znów zawrzało. I za sprawą dramatycznych scen na ulicach Rangunu, gdzie wojsko brutalnie rozpędzało demonstrujących mnichów buddyjskich, a później z równą brutalnością pacyfikowało ich klasztory, świat przypomniał sobie o tym indochińskim kraju, którego mieszkańcy od ponad 40 lat zmagają się z jarzmem wojskowej dyktatury.

Przypomniał sobie na krótko, bo birmańscy generałowie dość szybko i skutecznie ograniczyli obieg informacji o siłowym rozwiązaniu najnowszego kryzysu, w czym nawiasem mówiąc mieli wprawę, ‘przerabiając’ podobne scenariusze już nie raz w przeszłości. Jak więc interpretować i oceniać to, co stało się w ostatnich tygodniach w Birmie, zważywszy, że wiadomości na temat ‘powstania mnichów’ wciąż są niepełne i fragmentaryczne? Do jakiego stopnia ten protest i jego zdławienie może wpłynąć na dalszy rozwój wypadków? I czy rzeczywiście jest w stanie przybliżyć kres rządów generalskiej junty, która jakby szydząc z wygłaszanych przez politologów teorii o nieuniknionych falach demokratyzacji, zazdrośnie strzeże niepodzielności swej władzy już od 1962 roku?

Formułowanie definitywnych odpowiedzi na tak postawione pytania, w dodatku z oddali, mogłoby świadczyć o bezgranicznej arogancji każdego, kto podjąłby się tego ryzykownego wyzwania. Jednak próby zmierzenia się z tymi kwestiami są wręcz obowiązkowe dla wszystkich studentów birmańskiej rzeczywistości, więc uniknąć ich też nie sposób. Przyjrzyjmy się w takim razie przebiegowi najnowszej fali anty-rządowych wystąpień w Birmie, z zastrzeżeniem, że to próba diagnozy z góry skazana na pewną cząstkowość i ułomność.

Bezpośrednią przyczyną protestów były ogłoszone w sierpniu drastyczne podwyżki cen paliwa. Wszystko wskazuje na to, że decyzja ta zaktywizowała środowiska opozycyjne wobec reżymu generałów, a pierwsze demonstracje przeciwko podwyżkom poprowadzili wspólnymi siłami młodzi członkowie Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD ma wprawdzie status legalnie funkcjonującego ugrupowania, ale jest konsekwentnie represjonowana i izolowana przez wojskowych) oraz nieformalnej ‘Generacji 88’, która zrzesza dawnych działaczy studenckich, w tym charyzmatycznych liderów średniego już pokolenia jak Ko Ko Gyi, czy Ming Ko Naing. Ten ostatni, obok pani Aung San Suu Kyi, przetrzymywanej w areszcie domowym przywódczyni NLD, a zarazem laureatki pokojowej nagrody Nobla, należy do najbardziej rozpoznawalnych na świecie postaci birmańskiej opozycji; za swe poglądy siedział już w więzieniu ponad 16 lat, więcej niż jedną trzecią życia, ale jak widać doświadczenia te nie nadwerężyły jego odwagi cywilnej… Tak jak nie powstrzymały obecnych protestów kolejne fale aresztowań, którymi władze zareagowały na powtarzające się dzień po dniu kilkuset-osobowe wystąpienia uliczne. Co więcej, pomimo represji, demonstracje zaczęły się rozprzestrzeniać, obejmując nie tylko Rangun, ale też szereg prowincjonalnych ośrodków takich jak Bago, Myitkina, Sittwe, czy dawną stolicę górnej Birmy, Mandalay. I to właśnie wtedy rolę awangardy całego ruchu wzięli na siebie birmańscy mnisi, zajmujący w tamtejszym społeczeństwie rolę szczególną.

Praktykowana bowiem przez większość Birmańczyków miejscowa odmiana  buddyzmu Theravada obliguje wszystkich mężczyzn do co najmniej dwukrotnego dłuższego pobytu w klasztorze, co sprawia, że w całym kraju liczba ludzi w czerwono-szafranowych togach oddających się duchowej formacji każdorazowo sięga kilkuset tysięcy. Jest to znacząca siła, a przy tym stan mnisi cieszy się powszechną estymą, której nie podważali dotąd nawet wojskowi, uznając ją za jeden z filarów narodowo-religijnej tożsamości Birmy. Uroczyste przekazywanie generalskich darów klasztorom było stałym elementem oficjalnych dzienników telewizyjnych, tak jak w czasach komunizmu gospodarskie wizyty przywódców państwowych w zakładach pracy. W tym kontekście krwawe starcie uzbrojonych sił bezpieczeństwa z tłumami bezbronnych mnichów stanowiło szokujący dowód rozbratu państwa i promowanej przezeń dotychczas ideologii. Dziś doprawdy trudno sobie będzie wyobrazić wiarygodny powrót do dawnej instrumentalizacji buddyzmu przez juntę, która po raz kolejny odwołała się do strachu i nagiej siły jako do podstawowych instrumentów sprawowania władzy.

Owo ograniczenie może mieć wielorakie konsekwencje: od zaangażowania klasztorów w tworzenie podziemnego społeczeństwa obywatelskiego i postępującej alienacji władzy,  po rozmaite próby dzielenia buddyjskiej sanghi (czy szerzej wszystkich Birmańczyków) odwieczną metodą kija i marchewki, czyli przekupywania jednych i represjonowania innych. Z informacji, jakie dostałem od moich przyjaciół zza ‘bambusowej kurtyny’ wynika, że te ostatnie działania w tej chwili stały się normą, choć za wcześnie jeszcze by ocenić ich ewentualną skuteczność. Od lat widać też było, że wojskowi starali się patronować swoistej ‘koncesjonowanej’ opozycji, angażując wybranych działaczy i intelektualistów w proces tworzenia nowej konstytucji i tzw. ‘zdyscyplinowanej demokracji’. W opinii milczącej (do niedawna…) większości były to jednak działania pozorne ocierające się o farsę, zaś prawdziwy dialog społeczny nie będzie mógł się rozpocząć bez udziału pani Aung San Suu Kyi, czy grona młodszych liderów, którzy zainicjowali najnowsze protesty i uzyskali poparcie mnichów. Taką perspektywę jednak generał Than Shwe i jego podkomendni wydają się na razie  odrzucać, a to z kolei zwiastuje perspektywę długotrwałego pata w skomplikowanej grze, jaką birmańscy generałowie toczą z własnym narodem.

Nieszczęście birmańskich sił pro-demokratycznych wynika w znacznej mierze z geopolityki i tradycyjnego już torpedowania międzynarodowych sankcji przez Chiny, które będąc najbliższym sojusznikiem i partnerem gospodarczym wojskowych w Birmie, rozciągają nad nimi parasol poparcia w Organizacji Narodów Zjednoczonych i blokują birmańskie inicjatywy podejmowane przez demokracje Zachodu. Wprawdzie w ostatnich tygodniach także Pekin wyrażał zaniepokojenie rozwojem wydarzeń w Rangunie, ale to bynajmniej nie oznacza jeszcze, że władze chińskie, wciąż alergicznie reagujące na przejawy demokracji na własnym podwórku, będą wywierały presję na birmańskich generałów, aby ci wkroczyli na drogę reform, politycznego pluralizmu i poszanowania swobód obywatelskich. W interesie Chin leży przede wszystkim stabilizacja i bliska współpraca ekonomiczna Birmy z prowincją Yunnan, a to birmańska junta lojalnie stara się zapewnić, nie przejmując się specjalnie społecznymi  kosztami czy drakońskimi metodami stosowanymi do realizacji tych celów. I tu w zasadzie domyka się koło, gdyż ta konstatacja oznacza faktycznie bezradność społeczności międzynarodowej w obliczu brutalnych poczynań władz birmańskich. Bez współdziałania bowiem sąsiadów Birmy Zachód ma znikome możliwości politycznego czy ekonomicznego nacisku na rząd generałów.

Cóż zatem pozostaje robić w takich okolicznościach przyjaciołom Birmy zagranicą, czy samym Birmańczykom, którzy od lat próbują wyszarpać dla siebie jakiś zakres wolności i normalności, a dziś – jak się wydaje – ponieśli w tej walce kolejną porażkę? Z pewnością to nie koniec starcia, które może mieć jeszcze niejedną odsłonę, a z rozmów, jakie stosunkowo niedawno, aczkolwiek przed najnowszym wybuchem społecznego niezadowolenia, przeprowadziłem w Birmie wynikało, że ludzie ‘Generacji 88’ i sympatycy Narodowej Ligi na rzecz Demokracji są nastawieni na długie trwanie i nieuniknione ofiary. I choć dziś, gdy dochodzą mnie słuchy o ich zatrzymaniach czy przypadkach torturowania w birmańskich aresztach trudno się wspomina tamte słowa, to jednak nie pozwalają one na zupełną utratę nadziei, czy wiary w możliwość zmian. W końcu żaden system nie trwa wiecznie, a władza birmańskiej junty, mimo pozorów siły jest w pewnej mierze iluzoryczna, gdyż z pewnością nie jest ‘rządem dusz’, czego dowiodła masowość ulicznych protestów z ostatnich tygodni. Trzeba pamiętać też o tym, że tak traumatyczne wydarzenia (a stłumienie ‘buntu mnichów’ niewątpliwie stanowiło traumę) pozostawiają ślady w świadomości wojskowych dowódców i niewykluczone, że prędzej czy później mogą zaowocować rozłamem w ich szeregach, choć dziś – co wypada zaznaczyć – mówienie o  perspektywie pęknięć w birmańskiej armii wynika raczej z myślenia życzeniowego, aniżeli z analizy faktów. Zaś fakty tu i teraz nie nastrajają optymizmem.

Kiedy piszę te słowa przypomina mi się mała akwarelka, którą dostałem w Rangunie od sędziwego malarza U Thet Nyunta. Namalowana w roku 1999, przedstawia urokliwy, ale przepełniony atmosferą bezbrzeżnego smutku pejzaż: samotną, strzelającą w niebo palmę, a w oddali stary chylący się ku upadkowi dom w cieniu egzotycznego drzewa sein bann, o liściach koloru tętniczej krwi. Wiedziałem, w jakich okolicznościach powstał ten obrazek, w trakcie kilkunastoletniej rozłąki jego twórcy z uwięzionym synem, bo U Thet Nyunt jest ojcem Min Ko Nainga, wspomnianego wcześniej przywódcy ‘Generacji 88’. Gdy zapytałem U Thet Nyunta o atmosferę tamtego czasu, gdy malował ten pejzażyk, powiedział, że najgorsze było poczucie osamotnienia, ale odkąd syn wyszedł na wolność w roku 2004 to się zmieniło i zmienił się też ton jego prac. Teraz Min Ko Naing ponownie trafił do niesławnego kompleksu więziennego Insein. A mnie coś ściska za gardło, gdy zastanawiam się co teraz maluje jego ojciec i jak długo może trwać obecny okres jego twórczości.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata