70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawowierność i herezja

Chrześcijańską tożsamość wzmacnia konsekwencja wobec własnych przekonań, nie zaś pogardzanie cudzymi, jak działo się to często w dobie reformacji i kontrreformacji. Albo jak dzieje się ciągle w porządku moralnym, gdy – zamiast podążać za lepszymi – poszukuje się gorszych od siebie, by się bez wysiłku dowartościować.

 

Ta historia kojarzy się głównie z separowaniem, a nie współistnieniem. Z wczesnochrześcijańskimi sporami wokół artykulacji doktryny chrześcijańskiej, ze stosami dla oponentów potężnego Kościoła średniowiecznego, ze skutkami rozłamu zachodniego chrześcijaństwa w XVI wieku, w tym zwłaszcza słownymi i zbrojnymi konfliktami. Jest ortodoksja i są ci, którzy od niej odstępują. Zwalczani w polemikach, wykluczani ze wspólnoty wiary w pokonstantyńskiej epoce związania się młodej religii ze starym cesarstwem, a potem z nowymi królestwami, ,,odpowiednio” traktowani – przy użyciu środków administracyjnych, z najsurowszymi represjami włącznie.

,,Odmieńcy” – postrzegani przez adwersarzy niczym demony, a przez dziejopisów z lekceważeniem – zyskali w XVIII wieku swoich entuzjastycznych adwokatów (m.in. Gottfried Arnold, Johann Lorenz von Mosheim, Christian Wilhelm Franz Walch), którzy pisząc historię chrześcijańskich Kościołów i kacerzy, ukazywali tych drugich jako wybranych świadków Boga, niosących Jego światło zepsutym i opresyjnym instytucjom religijnym. Do eksponowanej w tytułach bezstronności było tym pracom daleko, niemniej stawiane w nich pytania winny ciągle towarzyszyć refleksji nad dziejami tego czy innego Kościoła.

Jak można było wierzyć, że Bóg chce, by innego chrześcijanina nękać więzieniem czy konfiskatą mienia, a nawet śmiercią za to, że nie jest w stanie uznać którejś z prawd wiary? Dlaczego pogłoski i domysły na temat heretyka znaczyły dla jego prześladowców tak wiele, a rzetelne badania jego rzeczywistych przekonań pozostawiały nieraz tak wiele do życzenia? Czemu niektóre z ostro zwalczanych i gromko potępianych poglądów po jakimś czasie zyskiwały uznanie i były oficjalnie głoszone? I jak pogodzić tak wysoką czujność, zdecydowane reagowanie i surowość władz kościelnych wobec jawnych głosicieli heterodoksyjnych poglądów z wielką pobłażliwością wobec konglomeratu najrozmaitszych wierzeń, przez całe wieki wypełniających głowy wiernych wskutek mizerii nauczania przez duchownych, skupiających się głównie na mnożeniu nabożeństw? Część tych wierzeń kłóciła się z kościelnym Credo, inne wypaczały sens niejednej praktyki religijnej, nieraz przy twórczym udziale samych księży.

Tego wszystkiego nie zasłoni parawan z napisem ,,prawo inkulturacji”, gdyż nad procesem tym w miarę panowano w epoce indywidualnej drogi długo przygotowywanych do chrztu kandydatów w I-IV wieku. Wprowadzanie do Kościoła (w V-XVI wieku) hurmem całych ludów na rozkaz władcy czy w wyniku podboju miało na długo poważniejsze następstwa dla świadomości chrześcijańskiej ludu Bożego niż wystąpienie kilku herezjarchów. Oto pobieżne i mało komunikatywne (no bo jak w parę dni powiedzieć politeistom o Bogu Trójjedynym, Odkupieniu, łasce, eschatologii itd.?)  pouczenie przez słabo do tego zdatnych misjonarzy wyrwanych z klasztoru… Oto obowiązkowe poddanie się chrzcielnemu obrzędowi, narzucenie pod książęcą sankcją niepojętych obowiązków, trudnych do zrozumienia i wykonania. Czemu, na przykład, co siedem dni nie wolno pracować, przez półtora miesiąca nie jeść mięsa? Czemu umarłych należy zakopywać, a nie palić?

Epoka, w której chrystianizację pojmowano jako zaprowadzenie prawowiernego kultu Bożego po likwidacji kultu pogańskiego, przyjęcie przez ogół ludności nakazanego chrztu oraz obowiązujących ją odtąd zakazów i nakazów, czas religii prawa, a nie troski o motywację i świadomość neofitów, to czas równie powierzchownych sukcesów nowej wiary jak metody jej zaprowadzania. Nie licząc małych enklaw (klasztory, otoczenie grodowego kościoła itp.), pokropiony wodą święconą pogański świat, zakorzeniony głęboko w sercach formalnych chrześcijan, długo jeszcze decydował o pojmowaniu i traktowaniu wielu prawd, a zwłaszcza praktyk nowej religii. Pierwsi kronikarze, wyłącznie duchowni, utrwalili własną wizję początków chrześcijaństwa w omawianych przez nich krajach, faktograficznie i triumfalistycznie, nie interesując się wcale stanem świadomości owych setek tysięcy ludzi, przerabianych topornie na zgoła mniemanych chrześcijan. W symplicystycznym pojmowaniu chrystianizacji nie było miejsca na podmiotowość neofitów. Władca wiedział za nich, że chcą chrztu, a ich katechiści – że się wszyscy, co do jednego, nawrócili. Przytakiwali przecież! I tak zaczynały się wielopokoleniowe dynastie chrześcijańskich ignorantów, regularnych grzeszników, odbywających niekoniecznie regularne praktyki religijne, według prywatnych nierzadko predylekcji co do zestawu i miejsca odbywania tychże praktyk.

Funkcjonujący społecznie styl traktowania religii ukształtowały w dużej mierze pierwsze pokolenia chrześcijan, mających z reguły ograniczony dostęp do odległych miejsc kultu, w których nauczania i tak było niewiele. Duchowni – obcy, a potem przygotowani przez nich miejscowi – działali tam bowiem podobnie jak pierwsi misjonarze, czyli w stylu swojej epoki przywiązującej więcej wagi do prawa niż do sumienia i do rytu niż do słowa, bez którego przecież i nowe bywa rozumiane po staremu. Nawet przez wykonawców owych obrzędów, jako że sami reprezentowali chrześcijaństwo już mocno wpisane w istniejącą kulturę, ciągle czerpiące ze swoich macierzystych źródeł, a jednocześnie rozcieńczane bocznymi dopływami. O pochodzącym z Saksonii biskupie Kołobrzegu Reinbernie jego rodak Thietmar napisał w XI wieku: ,,Niszczył i palił świątynie z posągami bożków i oczyścił morze zamieszkałe przez złe duchy, wrzuciwszy w nie cztery kamienie pomazane świętym olejem i skropiwszy je wodą święconą”. Gromienie i zaklinanie targających ludźmi żywiołów zawsze będzie łatwiejsze niż nauczycielska praca nad ich przetworzeniem w siły dobra.

Łatwiej, co nie znaczy: bliżej Ewangelii, było o minimum wyjaśnień czy zachęt, a maksimum sankcji zewnętrznych, nieraz drakońskich, po jakie sięgali nowi władcy chrześcijańscy. Thietmar nie był, oczywiście, jedynym biskupem, który uważał, że to jest słuszne. Pisał, że panujące w państwie Chrobrego zwyczaje, ,,choć straszne, to jednak niekiedy zasługują na pochwałę”. Cóż zatem chwalił? Okaleczanie organów płciowych za uwiedzenie cudzej żony (sankcja pogańskiego pochodzenia), a także drastyczne wsparcie dla kościelnego przykazania:

Jeżeli stwierdzono, iż ktoś jadł  po Siedemdziesiątnicy mięso, karano go surowo przez wyłamanie zębów. Prawo Boże bowiem, świeżo w tym kraju wprowadzone, większej nabiera mocy przez taki przymus niż przez post ustanowiony przez biskupów.

Bożek nieprzebierającej w środkach skuteczności znajdzie niejednego jeszcze czciciela w dziejach Kościoła.

Choć nie wiadomo, czy i ilu Polan faktycznie utraciło zęby za nierespektowanie postu, to i tak relacja ta świadczy o daleko idącym kościelnym uznaniu dla roli władcy (przykłady łatwo mnożyć) w egzekwowaniu wymagań słabo jeszcze zakorzenionego chrześcijaństwa. Jego surowe prawo postne zostaje nazwane Boskim, a wymuszane jest metodami, które kłócą się z Dekalogiem. Nie inaczej działo się gdzie indziej. Na Węgrzech rządzonych przez św. Stefana, który – jak pisał Gall Anonim – ,,nawracał je na wiarę prośbą i groźbą”, za rozmawianie podczas nabożeństwa królewskie statuty ustanawiały karę chłosty, za niedzielną pracę w polu – konfiskatę narzędzi, a za naruszenie innych przepisów kościelnych – tygodniowy post i uwięzienie. Kościół, zaprowadzany przez władców właściwymi im metodami, ułatwiał sobie działanie i przysparzał pozornych sukcesów statystycznych, jakich koszta potem ponosić musiał przez całe wieki.

Mimo pogregoriańskiej emancypacji Kościoła spod dominacji władców świeckich duchowieństwo nadal domagało się pomocy tzw. ramienia świeckiego w egzekwowaniu niektórych wymagań prawa kościelnego, gdy nie pomagała nawet najsurowsza sankcja kanoniczna, czyli ekskomunika. Szafowano nią ochoczo, nawet dla wymuszenia opłat biskupich dla papieża czy dziesięcin. Pomnażane i wzbogacane kolejnymi zapisami beneficja kościelne późnego średniowiecza powiększały szeregi duchowieństwa zajmującego się częściej odprawianiem Mszy za fundatorów i pilnowaniem dochodów niż nauczaniem. Papieże – zamiast stanąć na czele ruchu reformy, o jaką wołali maluczcy, luminarze i mistycy – udzielali dyspens na łączenie lukratywnych stanowisk, pobierali za to spore taksy, uprawiali nepotyzm i zajmowali się intensywnie sprawami swego kościelnego państwa. W sklerykalizowanym Kościele świeccy nie mieli wiele do powiedzenia, mimo że w życiu publicznym znaczyli coraz więcej.

Wystąpienia Wiklifa, Husa, Lutra, Kalwina i wielu innych, których doktryna nie zmieściła się w nauce Kościoła, stanowiły skrajne reakcje na skrajności nie tylko moralnego życia duchownych, ale i systemu, który to ułatwiał czy tolerował.

Po Vaticanum II wizerunki heretyków nie są już malowane sadzą piekielną.

Pogwałcenie wolności sumienia zawsze i wszędzie rodzi hipokryzję (…). Kościół katolicki szczególnie boleśnie odpokutowuje dzisiaj za popełnione w jego imię w przeszłości błędy i grzechy przeciwko wolności sumienia, takie jak śmierć duchownego Jana Husa, spalonego żywcem w XV wieku oraz narzucony dużej części ludu czeskiego w XVII wieku obowiązek nawrócenia na katolicyzm – mówił podczas soborowej dyskusji nad Deklaracją o wolności religijnej kardynał Josef Beran. W orędziu, skierowanym w 1983 roku do kardynała Willebrandsa w związku z 500. rocznicą urodzin Marcina Lutra, Jan Paweł II pisał o głębokiej religijności reformatora, którą powodowany stawiał z gorącą namiętnością pytania na temat wiecznego zbawienia. Okazało się też wyraźnie, że zerwania jedności Kościoła nie można sprowadzać ani do niezrozumienia ze strony pasterzy Kościoła katolickiego, ani też jedynie do braku zrozumienia prawdziwego katolicyzmu ze strony Lutra, nawet jeśli obydwie te okoliczności mogły odegrać pewną rolę. Podjęte rozstrzygnięcia miały głębsze korzenie. W sporze na temat stosunku między wiarą a tradycją wchodziły w grę sprawy najbardziej zasadnicze, odnoszące się do właściwej interpretacji i recepcji wiary chrześcijańskiej, sprawy zawierające w sobie potencjalność podziału nie dającego się wytłumaczyć samymi racjami historycznymi.

W podobnym tonie przemawiał Papież w Szwajcarii w 475. rocznicę urodzin Jana Kalwina i 500. – Ulryka Zwingliego, oświadczając, że ,,elementy teologii i duchowości każdego z nich utrzymują między nami głębokie więzy”.

W świetle takich wypowiedzi czarno-białe widzenie dziejów prawowierności i herezji okazuje się anachroniczne. Późnoscholastyczna teologia oraz wybujałe i urzeczowione kulty świętych potrzebowały pilnie powrotu do chrystocentryzmu i biblijnych źródeł. Cały zaś Kościół – przypomnienia, że jest przede wszystkim społecznością zawierzenia słowu Boga, a nie absolutną monarchią papieską. Po wiekach, w dobie ekumenizmu, okazało się, że zwalczających się tak długo, słowem i orężem, chrześcijan o wiele więcej łączy, niż dzieli. Współdziałanie zaś na wielu polach jest możliwe, obustronnie pożyteczne i nie musi przynosić uszczerbku czyjejkolwiek tożsamości.

Tę zaś naprawdę wzmacnia konsekwencja wobec własnych przekonań, nie zaś pogardzanie cudzymi, jak działo się to często w dobie reformacji i kontrreformacji. Albo jak dzieje się ciągle w porządku moralnym, gdy – zamiast podążać za lepszymi – poszukuje się gorszych od siebie, by się bez wysiłku dowartościować. Włączając przy tym mechanizmy napędzane przez odwieczne dualizmy. Toż to niemal recydywa manicheizmu.

Jest prawda i fałsz, dobro i zło, porównywane tak chętnie z czernią i bielą. Czy to podobieństwo dotyczy tylko kontrastu obu barw w pełnej ich intensywności? W naturze występują one wszak przeważnie w stanie rozcieńczonym, a mieszają się też ze sobą w różnych proporcjach, kreując całą gamę szarości.

Nie czerń – lecz szarość wszędzie

Ta nić szara się przędzie

Ona za mną przede mną i przy mnie

Ona rankiem w mej głowie

W dłoniach i w pierwszym słowie

Niczym gołąb pocztowy powraca

(Józef Baran, Szara ballada)

Rozjaśnianie poznawczej czy moralnej szarości to zajęcie mozolne i długodystansowe, wymagające dzielności, a czasem heroizmu. Cóż zatem czyni ów człek, któremu doskwiera, iż jest ,,szarą nicią przeszyty i do świata przyszyty, tak jak guzik do szarego płaszcza”? Wybiera, jak czyniła to przez wieki znakomita większość jego przodków, działania zastępcze. Nie wymagają one żmudnej dociekliwości umysłu i wysiłku woli. Pojawiających się na tej drodze barier nie trzeba mozolnie forsować. Można je z łatwością obejść, przenosząc się ze świata realnego w wirtualny.

Trud wychodzenia ze sfery szarości zostaje oto zastąpiony paroma takimi operacjami myślowymi, dzięki którym nie ruszając się z miejsca, uzyskuje się przeświadczenie o odbyciu wielkiej drogi czy wspięciu się wysoko. W tym celu ów ,,pielgrzym absolutu” – albo ich cała gromada – rozsiadłszy się w miłym cieniu, nie zajmuje się sprawdzaniem mapy i praniem swych szat pątniczych, lecz obserwuje pozostałych współwędrowców, wyszukując tych, co siedzą poniżej, nieco zeszli ze szlaku albo też wyglądają na bardziej zaniedbanych. Po takim studium porównawczym przyodziewek własny uznany zostaje już nie za mniej brudny, lecz niemal za synonim czystości, a nieco lepsza pozycja na trasie daje powody do triumfalizmu. I tak ,,sztuczne raje, sztuczne piekła, sprzedawane są na rogu ulicy” – jak (w zupełnie innym kontekście) skarżył się Pan Cogito. Konsekwencją tego osiągania ,,sztucznych rajów” przez spychanie innych do ,,sztucznych piekieł”, zamiast pracowitego wędrowania do rajów rzeczywistych i wyciągania drugich z realnych piekieł, jest hipokryzja.

Zbliżając się do tytułowego ,,miasta faryzeusza” z innego wiersza Józefa Barana, starszy podróżny ostrzega młodszego współtowarzysza, że wszystko tam dzieje się na opak: ,,oszuści nawołują do uczciwości, prostytutki do dziewictwa, niedowiarki do pobożności, a niebieskie ptaki piszą traktaty o mrówczej robocie”.

Nie tylko mieszkańcy owego miasta, ale i ci, którzy pilnie wybielają szarość własną i doczerniają cudzą, wolą te swoje zajęcia niż trud wędrowania ku pełni prawdy i dobra. Uważając się za stróżów wartości, chętnie przypisują adwersarzom relatywizm. Jakby nie było nim najpierw absolutyzowanie względnej postaci własnego życia za pomocą prawdy i dobra. Te zawsze bardziej potrzebowały świadków i wykonawców niż zajadłych obrońców i nieprawdziwych protektorów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata