70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niekochane Serce Czarnego Kontynentu

Wojny w Trzecim Świecie nie są spowodowane ludzką krwiożerczością czy trybalizmem, albo fanatyzmem religijnym, lecz ekonomią – one się zawsze komuś opłacają. Prawdopodobieństwo wybuchu długotrwałej wojny domowej jest tym większe, im kraj jest bogatszy w surowce naturalne. Zorganizowanie rebelii jest o wiele mniej kosztowne, niż długi i niepewny proces demokratycznej zmiany władzy.

Republika Środkowoafrykańska nie ma szczęścia. Choć dwukrotnie większa od Polski, rzadko wpada w oko wertującym geografię Afryki centralnej. Gubi się pośród takich kolosów jak Sudan, Kongo (były Zair) i Czad – i to nawet mimo tego, że jej szerokość równoleżnikowa wynosi aż dwa tysiące kilometrów. Wymawiając skrótową nazwę państwa, RCA (Republika Centralnej Afryki), często słyszę w odpowiedzi: „Pracujesz w RPA?”. „Nie”, prostuję i zaczynam wyjaśniać od zera: że jest taki kraj, taka „czapka od Zairu”…. To wszystko również i wina nazwy, jaką mu nadano. Po francusku brzmi blado i zbyt szablonowo. Natomiast w narodowym języku sängö – krótko i wdzięcznie: Bêafrîka, czyli „Serce Afryki”. Myślę, że taka „serdeczna” nazwa byłaby i nam, Polakom, bliższa, łatwiejsza do zapamiętania. Szkoda, że u początków państwowości, zapewne z grzeczności w stosunku do byłych kolonizatorów, wybrano wersję francuską – potwierdza się tu stara prawda, że każde, nawet najwierniejsze tłumaczenie jest jakąś formą zdrady oryginału.

RCA nie cieszy się zainteresowaniem świata także z powodu nieciekawej historii. Swoją godzinę miało to państwo tylko jeden raz, kiedy w drugiej połowie lat 70. XX w. przekształciło się w Imperium Środkowoafrykańskie. Było to zasługą generała Jeana-BédelaBokassy, który za sprawą swej wybujałej fantazji, koronując się na imperatora jednego z najbiedniejszych krajów świata, ściągnął nań uwagę – i ironiczne uśmiechy – mieszkańców wszystkich kontynentów. Niektórzy Polacy pamiętają jeszcze Bokassę i legendy o jego domniemanym ludożerstwie. Niestety, rzadko kiedy wiedzą o RCA cokolwiek więcej.

Ta piękna, żyzna ziemia w większości pozostała do dziś nietknięta ludzką ręką. Eksplorowana przez Francuzów, jako jedna z ostatnich białych plam na mapach ówczesnego świata, została mu w końcu przedstawiona u schyłku XIX wieku. Długo nie było jej nawet dane być „normalną” kolonią: Francuzi szybko puścili w niepamięć gwarancje przyjaźni i pokojowego współistnienia, wydane przez ich rodaka, wielkiego podróżnika Pierre’a Savorgnana de Brazzy i rozpoczęli bezlitosną eksploatację, która niewiele różniła się od osławionej, belgijskiej w Kongo. Umożliwił ją system organizacji koncesji, na które podzielone było całe terytorium. Los ludności, zmuszanej do zbierania kauczuku na potrzeby rozwijającej się w Europie motoryzacji, spoczął w rękach prywatnych ludzi i ich milicji. Skończyło się to tragicznie w latach 30. wybuchem powstania Congo-Wara i dyskusją we francuskim parlamencie, zbulwersowanym taką porażką swojej misji cywilizacyjnej. Dopiero wtedy utworzono „regularną” kolonię Oubangui-Chari, obejmującą terytorium obecnych RCA i Czadu, która weszła w skład tzw. Francuskiej Kolonii Równikowej.

Obecność kolonistów miała też dobre strony. Powstały podwaliny pod administracyjną organizację państwa, trakty komunikacyjne, pierwociny szkolnictwa i służby zdrowia. Francja skutecznie wyrugowała łowy na niewolników, praktykowane jeszcze w latach 20. przez muzułmańskich mieszkańców północy kraju. Rozpowszechniono uprawę bawełny i kawy, a z północno-zachodniej Afryki sprowadzono nieznane dotąd krowy. Nie traćmy jednak sprzed oczu, że ta francuska kolonia między rzeką Kongo i jeziorem Czad pozostawała zawsze daleko w tyle w porównaniu z innymi.

Permanentny niedosyt wszystkiego spowodował, że w dobie emancypacji narodów afrykańskich po II wojnie światowej, kiedy przyszło do wyboru deputowanego z Oubangui-Chari do francuskiego parlamentu, jedynym możliwym (czytaj: posiadającym wyższe wykształcenie) kandydatem był rodzimy kapłan katolicki, ks. Barthélemy Boganda. Wobec nadzwyczajnych okoliczności, biskup zgodził się na tę kandydaturę i wyjazd swego księdza do Paryża. Ryzyko okazało się realne: po paru latach Boganda porzucił kapłaństwo dla pewnej blondynki, która zawładnęła jego wrażliwym sercem. Ale inspirując się chrześcijaństwem, kontynuował wciąż walkę o wyzwolenie swego ludu, stając się niekwestionowanym autorytetem w Afryce Centralnej. Uważa się go za faktycznego fundatora państwa środkowoafrykańskiego. Zginął tajemniczo w katastrofie lotniczej, w niedzielę wielkanocną pamiętnego 1959 roku, który drżał już radością jutrzenki zwiastującej zbliżającą się wielkimi krokami niepodległość. Jak dotąd, Republika Środkowoafrykańskiej nie wydała wybitniejszej od niego postaci.

Na pierwszego prezydenta wybrany został w 1960 roku David Dacko. Ten niedawno zmarły polityk, przez dwie kadencje piastujący najwyższy urząd, zapisał się w pamięci jako przywódca dobry, lecz nieudolny. Dlatego nieuniknioną koleją losu była narastająca niecierpliwość ambitnego otoczenia prezydenta, która po sześciu latach znalazła swe ujście w zamachu stanu dokonanym przez szefa armii, generała Jeana-BédelaBokassę. Wtedy, w państwie zaczęło się coś dziać. Może nie zawsze były to zmiany na lepsze, ale trzeba przyznać, że Bokassie nie brakowało pomysłowości, ani też gestu we wprowadzaniu swych pomysłów w rzeczywistość. To dlatego, jeśli do dzisiaj trwa w pamięci Środkowoafrykańczyków  wspomnienie tamtych czasów prosperity, łączy się ono z imieniem Bokassy. Tym bardziej szkoda, że kreatywność prezydenta przerodziła się że z czasem w wybujałą fantazję i chorobliwą ambicję, które utrwaliły go w przekonaniu o swej wyjątkowości. Pragnienie zapewnienia rodakom jak najdłuższego trwania swoich rządów, pchnęło Bokassę do wprowadzenia dożywotniej prezydentury, a następnie do kosztownej koronacji cesarskiej. Tego już nie przełknął sfatygowany budżet państwa, a i sama ludność coraz gorzej znosiła kaprysy władcy, wyalienowanego od rzeczywistości w jakiej żyje. Obawa przed opozycją pchnęła dyktatora do prześladowań politycznych, a przysłowiową „kropką nad i” stała się masakra młodzieży manifestującej na ulicach sprzeciw wobec wprowadzenia obowiązku nabycia zbyt kosztownych uniformów szkolnych. Był rok 1979.

Po kompromitującym rządy Bokassy raporcie Amnesty International, francuska interwencja wojskowa przywróciła republikę i prezydenta Dacko. Ten jednak nie znalazł lekarstwa na bolączki kraju i nie zdążył zagrzać miejsca na fotelu. Wkrótce znalazł się inny pomysłodawca na zażegnanie problemów, nowy generał z nowym przewrotem wojskowym –  André Kolimba. Ten rządził przez jedenaście lat, wprowadzając też zgubną w przyszłości praktykę otaczania się swoimi pobratymcami z ambitnego, choć nielicznego plemienia Yakouma. Ta dysproporcja stała się zwłaszcza krzycząca w Gwardii Prezydenckiej, dotąd multietnicznej. Czynnik trybalizmu stał się faktem w polityce wewnętrznej kraju.

Rok 1993 przyniósł niespodziankę w postaci przegranych przez Kolimbę wyborów, które sam zorganizował w ramach demokratyzacji życia politycznego. Jego przeciwnik, Ange-Félix Patassé, były premier za rządów prezydenta Bokassy, wygrał dzięki żywemu w sercach ludzi wspomnieniu bokassowskiej idylli i taniej popularności, którą przyniosła mu obietnica zniesienia podatku pogłównego. Ale wyborcza „kiełbasa” nie pomogła mu w dalszym sprawowaniu rządów. W gospodarce działo się coraz gorzej, brakowało nowych inwestycji, a to, co pozostało jeszcze z czasów Francji, właśnie zaczynało się sypać. Tajemnicą poliszynela stała się korupcja elity rządzącej. Częstym zmianom w składzie rządów towarzyszył  komentarz gminu o odchodzącym z posady: „On już ukradł za dużo…” . Zresztą prezydent Patassé lubił opowiadać, że lud środkowoafrykański ze swej natury jest cierpliwy i pokojowo nastawiony. Prawda ta budzi u obserwatora z zewnątrz ambiwalentny podziw nad bezkrytycznym niemal respektem, jaki ludzie żywią tutaj do przedstawicieli władzy – od sołtysa po prezydenta. Jest w tym coś z zabobonnego paraliżu.

Patassé wygłaszał takie pacyfistyczne opinie o własnych poddanych nawet wtedy, gdy trwał już bunt żołnierzy. Rabowanie sklepów i drobnych przedsiębiorstw zapoczątkowało ekonomiczny krwotok, bo zniechęceni inwestorzy zagraniczni opuszczali kraj. Prezydent raz po raz tłumił zamieszki przy pomocy swej Gwardii, zdołał nawet odnieść, słabo kontestowany przez nieruchawą opozycję, sukces w ponownych wyborach. Dokonywał jednak złych wyborów politycznych. Oparł się na Libijczykach. W efekcie był coraz bardziej izolowany wśród swych sąsiadów, a obrażeni przezeń Francuzi zlikwidowali całkowicie dotychczasową obecność Legii Cudzoziemskiej w dwóch bazach na terytorium RCA. Ich wyjazd dało się odczuć natychmiast, choćby przez pauperyzację miasta Bouar na zachodzie kraju, które utworzone w 1943 wokół nowopowstałej bazy wojsk francuskich, swoją ekonomię opierało w dużej mierze na obsłudze obozu i wymianie handlowej z żołnierzami. Na poważniejsze konsekwencje tego wyobcowania trzeba było jeszcze poczekać. Ale była to tylko kwestia czasu.

W maju 2001 przypomniał o sobie André Kolimba, który, wsparty przez swych przedsiębiorczych współplemieńców dominujących w kadrze oficerskiej armii, dokonał próby przejęcia władzy. Nie powiodło się, bo obok garnizonu libijskiego w sukurs przyszedł mu wezwany z drugiej strony Oubangui, nowy przyjaciel prezydenta Patassego, rebeliant z północnego Konga, Jean-Pierre Bemba. Ceną za zwycięstwo był nowy rabunek umęczonego miasta i gwałty na ludności. Nowym bohaterem dramatycznych wydarzeń stał się też głównodowodzący armii narodowej, generał François Bozizé. Miał ponoć osłonić prezydenta z narażeniem własnego życia. Z tym większym zdziwieniem została przyjęta w parę miesięcy później wiadomość, że Patassé próbował bezskutecznie aresztować swojego generała. Dotychczasowy dobroczyńca stał się nagle wrogiem? Bozizé pod osłoną karabinów wiernych mu żołnierzy wycofał się do rodzinnych stron na północy, a następnie do Czadu. I słuch po nim nie zaginął. Ludzie po cichu go żałowali i dziwili się czarnej niewdzięczności jaka go spotkała, a ten, za pośrednictwem zagranicznych mediów, odgrażał się, że przejmie władzę drogą zbrojną.

I rzeczywiście tego dokonał. Dotychczasowe przewroty oznaczały kilkudniową strzelaninę w stolicy. Ale tym razem nie poszło tak prosto. 25 października 2002 roku na rogatkach stolicy wybuchły walki. Rzut oka na mapę wystarcza, by zdać sobie sprawę z paradoksalności tych zajść. Bangui leży na południu, na granicy z  byłym Zairem – czyli po przeciwnej stronie kraju, patrząc od strony Czadu. Tymczasem ludzie rebelianta ukrywającego się podobno w Czadzie, wyrośli nagle w różnych punktach miasta, po całkiem bezkarnym i niedostrzeżonym przez wojsko rządowe przebyciu kilkuset kilometrów od granicy! Sprawdzony już wcześniej scenariusz z Kolimbą powtórzył się. Patasségo bronią Libijczycy i przybyli wkrótce Kongijczycy Bemby. To nowa okazja do rabunku i gwałtów. Po paru dniach ludzie Bozizé musieli się wycofać ze stolicy, ale tym razem działania wojenne stopniowo ogarnęły całą północną prowincję. I taka sytuacja okupacji i wzajemnych podchodów trwała przez kilka miesięcy. Oznaczała nie tyle ciężkie walki, co bezkarny rabunek przez żołnierzy tego wszystkiego, co ma jakąś wartość. Na pierwszy ogień poszły  misje katolickie i protestanckie z ich szpitalami i szkołami, jak również siedziby paru organizacji pozarządowych realizujących projekty na rzecz rozwoju kraju. Potem zbrojni rozpoczęli poszukiwania majętnych ludzi. Ich pastwą padły sklepy oraz stada krów, należących nie tylko do nomadów Mbororo, lecz i tych trzymanych w wioskach do orki, co doprowadziło o upadku uprawy bawełny, która stanowiła podstawę ekonomii regionu. 15 marca następnego roku, rebelianci wkroczyli do Bangui, by w fotelu prezydenta posadzić tam Bozizé, nowego „samozwańczego” prezydenta, jak kąśliwie powtarzały to stacje zagraniczne.

Przejęcie władzy przez zwycięskiego wodza rebelii, nie oznaczało bynajmniej końca problemów. Zmiana nazwy z  „rebeliantów” na „liberatorów” nie przekreśliła faktu, że kraj został przez nich ogołocony. Już po wygranej, „wyzwoliciele” połakomili się jeszcze na bazę japońskiej firmy Kadjima, kładącej asfalt na drodze do Kamerunu. Po tym ataku w żadnej części kraju nikt już nie mógł czuć się bezpiecznie. Na drogach i w wioskach rozpanoszył się bandytyzm, co skutecznie zniechęciło ludzi do przemieszczania się i angażowania w cokolwiek. „Totalna bezkarność” – tak podsumował sytuację wewnętrzną kraju raport misji Międzynarodowej Federacji Ligi Praw Człowieka. – „Zapomniani i napiętnowani – podwójne cierpienie ofiar zbrodni w RCA”.

W maju 2005 roku, Bozizé odniósł w drugiej turze wyborów zdecydowane zwycięstwo nad Martinem Ziguélé, nieformalnym dziedzicem elektoratu obalonego prezydenta Patassego. Zrealizowanie „snu o potędze” nie było jednak łatwe. Sytuacja ekonomiczna kraju pozostawała wciąż katastrofalna o czym świadczą liczby. Właściwie taki twór państwowy jak RCA, który nie potrafi nawet zarobić na utrzymanie swych struktur, ale żebra za granicą o „pożyczki bezzwrotne”, nie powinien mieć prawa do istnienia.

Prezydent, który sam doszedł do władzy drogą puczu, przez długi czas nie chciał publicznie przyznać, że na północy kraju odrosła hydra trzech nowych rebelii skierowanych przeciw niemu. Najgroźniejsza była ta na północnym-wschodzie, bo przelewała się z kotła ważącego się w Darfurze. Jej postępy zahamowała pomoc samolotów francuskich. Tak jak kiedyś, za pośrednictwem Czadu, Francja poparła rebelię Bozizé w celu zmiany reżimu w Bangui na bardziej przyjazny, tak i teraz była zainteresowana zablokowaniem rozprzestrzeniania się wojny z Sudanu i ochroną pól naftowych na pograniczu Czadu i RCA.

Natomiast rebelia na północnym zachodzie była raczej resentymentem pobratymców Patasse manifestującym żal po utracie władzy przez niego. Jest to najbardziej zaludniony region, a MLPC (partia obalonego prezydenta) mogła zawsze liczyć na ich głosy. W czasie wyborów Bozizé przegrał tu z kretesem. Gdy na wiosnę 2007 uporał się z rebelią na wschodzie, teraz mógł odwrócić swe oczy na zachód. Do tej pory obowiązywał dziwny układ – obie strony kontrolowały swoje strefy. Ludzie byli wdzięczni rebeliantom, bo ci ukrócili pospolity bandytyzm na terenach im podległych. Do walki z rebelią wysłano tam Gwardię Prezydencką. Żołnierze nie poszli w busz, aby szukać buntowników, lecz spalili kilka wiosek pod pozorem sprzyjania rebeliantom. Podprefekt z Ngaoundaye, powinowaty i wierny człowiek prezydenta, pochwalił ten czyn, za co spotkała go kara:  grupa rebeliantów weszła do miasta i zastrzeliła go na progu jego domu. W odwecie gwardziści spalili w mieście wszystkie zabudowania pokryte słomą, a te solidniejsze, z blachą na dachu, doszczętnie złupili. 20 tysięcy ludzi salwowało się ucieczką do buszu. Jest to czas prac polowych i nasilających się deszczów. Piszę tu o wydarzeniach z czerwca 2007, a więc sprzed trzech miesięcy. Pozostaje do znalezienia odpowiedź na pytanie: to brutalne postępowanie ze strony władzy jest przejawem determinacji, czy raczej krzykiem słabości?  Członkowie organizacji „Lekarze bez Granic” udali się do zagrożonej strefy, aby jak najszybciej ocenić potrzeby rozproszonej ludności. W drodze, mimo wyraźnych oznakowań, zostali ostrzelani przez rebeliantów – na miejscu zginęła 27-letnia wolontariuszka francuska. Siłą rzeczy, wszelkie inicjatywy pomocy zostały sparaliżowane.

Kalkulując chłodno, wobec ogromnych problemów na całym świecie, pewnie nie warto byłoby się zajmować powyższymi „problemikami” afrykańskimi. A jednak nawet taka „mała” wojna niesie ze sobą śmierć konkretnych ludzi i łańcuch cierpień noszących zawsze ludzką twarz. Nie sposób w ramach krótkiego artykułu wchodzić w detale poszczególnych dramatów ludzkich. Zainteresowanych odsyłam do relacji z rebelii pt. Pęknięte Serce Afryki, w której opowiedziałem o tym, co widziałem, i czego doświadczyłem.

Kilka wniosków

Przyzwyczailiśmy się do tego, że świat dzieli się na dwie strefy: dobrobytu i bezpieczeństwa oraz biedy i strachu, a my sami mamy błogie szczęście żyć w pierwszej z nich. Mamy też przesłanki, aby sądzić, że widmo wojny, po nauczce konfliktów z XX wieku oddaliło się od nas definitywnie.

Tymczasem w ciągu ostatnich 20 lat wojna zmieniła swe oblicze z tego klasycznego (międzypaństwowa, planowana i wypowiedziana, z udziałem wielkich i kosztowne armii oraz ludność cywilną i jeńcami w zasadzie chronieni konwencjami) – na dzikie. Większość konfliktów toczy się w Trzecim Świecie. Są to wojny tlące się: bez wyraźnego początku ani końca, bez ważnych przyczyn i celów; toczone przez niewielkie armie i przy pomocy lekkiej broni; to wojny na wyniszczenie, których głównymi ofiarami jest ludność cywilna[1]. Trzeba uświadomić sobie, że jeśli w takiej „bananowej republice” jak RCA dochodzi do przewrotu,  to nie jest to żaden wielki konflikt, ale „wojenka armijek”, liczących po kilkuset żołnierzy z każdej strony!

Ekonomia takiego konfliktu jest z góry obliczona na minimum. Walczący poruszają się samochodami terenowymi – najczęściej toyotami land cruiser – zrabowanymi na misjach i w bazach projektów rozwoju (moja misja straciła trzy samochody; sami tylko kapucyni – ponad 20). Rebelianci dostają w ręce broń, a resztę mają sobie „zorganizować” na miejscu. Kontrola zajętych terenów równa się po prostu wywiezieniu wszystkiego, co ma jakąś wartość i wyprzedaży tego za bezcen. Tak działo się na nieformalnych targowiskach powstałych w czasie rebelii, na pograniczu z Czadem.

Chodzi też o oszczędność w ludziach. Taktyką nowych wojen jest partyzantka, czyli próba uprzykrzenia życia przeciwnikowi za pomocą jak najmniejszych strat. Taki charakter miała np. bitwa o wioskę Mukunzi Wali – kilka godzin strzelaniny, w wyniku której, choć cała wioska legła w gruzach, doliczono tylko kilku rannych po obu stronach. Inny aspekt nowożytnej strategii to zaciąg najemników. Są mniej kosztowni, ale przede wszystkim mają mniejszy „ciężar” polityczny. Rebelia gen. Bozizé była w rzeczywistości nazwą umowną, gdyż większość walczących po obu stronach nie było obywatelami kraju. Zaskakujące, ale większość kilkutysięcznej armii RCA (FACA) pozostała bierna wobec konfliktu. Po stronie Bozizé byli Czadyjczycy, a Patassego bronili Libijczycy i Kongijczycy. Najemnicy to jednak chorągiewki na wietrze. Część niezadowolonych „wyzwolicieli”, którzy najpierw wprowadzili Bozizé na fotel prezydencki, po roku zasiliła grożącą mu rebelię na północnym wschodzie. Sztandarowy zaś obrońca Patassé, Abdoulaye Miskine i jeden z szefów pokonanej ostatnio rebelii przeciw rządom Bozizé, ostatnio sam dał się zwerbować do rządów w Bangui.

Główną ofiarę płaci ludność cywilna i to może nie tyle na skutek bezpośrednich działań militarnych, co z powodu ich konsekwencji. Żyjący w permanentnym strachu, ciągle w drodze, by nie dać się zaskoczyć nieprzewidywalnym żołnierzom, nie mogąc normalnie pracować na roli, bez środków na zakup lekarstw, ludzie przymierają ze sztucznego głodu, a dzieci dziesiątkowane są przez choroby. Pamiętający dawne czasy misjonarze oceniają, że strefa okupowana przez rebelię cofnęła się pod względem ekonomicznym o 30 lat. Wojna niesie za sobą urodzaj na bezprawie i bandytyzm. Uciekający ludzie tworzą masę zasilającą obozy uchodźców. Szacuje się, że na terenie Czadu istnieją trzy obozy uchodźców z RCA, a po stronie Kamerunu jeden. To jest około 120 tysięcy ludzi. Ale tam też zawiązują się nieformalne, mafijne układy, bo część pomocy trafić musi do rebeliantów i stanowi swoisty haracz za tolerowanie akcji humanitarnej na ich terytorium, a sfrustrowani mieszkańcy obozów stanowią potencjalne źródło rekrutów. Paradoksalnie więc, obozy uchodźców przyczyniają się do przedłużania życia konfliktów, powiększenia kosztów pomocy humanitarnej, a wyalienowana z normalnego życia ludność nie spieszy się, by powrócić do normalnego życia. Jest to  nieporównywalnie mniejsze zło od pozostawienia uchodźców bez opieki, ale zło konieczne. Na dłuższą metę, długotrwały niepokój, wyniszczenie i ruchy ludności, powodują dezintegrację społeczeństwa i głęboką zapaść słabego i tak państwa.

Państw Trzeciego Świata nie należy nawet porównywać do naszych. Proces państwowotwórczy w rzeczywistości nigdy w nich nie zaistniał. Nie miały na to czasu. Dlatego nie trzeba się teraz dziwić, że się tak szybko rozpadają ich wewnętrzne struktury – to przejaw dziedzictwa postkolonialnego[2]. W praktyce nie istnieje żaden etos żołnierza i nie przestrzega się konwencji międzynarodowych. Tu żołnierz nosi broń przede wszystkim dla samoobrony i w celu dominacji nad innymi.

Wojny w Trzecim Świecie nie są spowodowane ludzką krwiożerczością czy trybalizmem, albo fanatyzmem religijnym, lecz ekonomią – one się zawsze komuś opłacają[3]. Prawdopodobieństwo wybuchu długotrwałej wojny domowej jest tym większe, im kraj jest bogatszy w surowce naturalne. Zorganizowanie rebelii jest o wiele mniej kosztowne, niż długi i niepewny proces demokratycznej zmiany władzy. Stan permanentnego konfliktu umożliwia lokalnym „panom wojny” bezkarną i niekontrolowaną eksploatację bogactw kraju, co wzmacnia z kolei ich kondycję ekonomiczną. Jaskrawym tego przykładem jest Angola, która przez dziesiątki lat była rozdarta na dwie frakcje: jedna trwała dzięki eksploatacji ropy, a druga – diamentów. W czasie rebelii w RCA, mimo niebezpiecznej sytuacji politycznej, wcale nie zatrzymano wyrębu lasu…

Republika Środkowoafrykańska wyszła z zapomnienia w momencie, gdy rozpoczęto wydobycie ropy w Doba na południu Czadu. Dla wszystkich stało się wtedy jasne, że podobne złoża muszą znajdować się także po drugiej stronie granicy. Francuscy i amerykańscy inwestorzy z Czadu musieli sobie zapewnić komfort posiadania pewnego sąsiada po drugiej stronie pobliskiej granicy. Przyznał się zresztą do tego Jaques Chirac, gdy parę miesięcy po rebelii dziękował prezydentowi Czadu, Idrisowi Déby, za pomoc udzieloną gen. Bozizé. Czad i RCA stoją więc odtąd razem.

Tymczasem, kiedy Amerykanie są zajęci wojnami w Iraku i Afganistanie, przeżywające okres ogromnego rozwoju gospodarczego Chiny od dziesięciu lat nawiązują coraz szersze kontakty handlowe ze światem. Zdystansowały już USA w wymianie towarów z Ameryką Południową, będącą tradycyjnym zapleczem Stanów Zjednoczonych. Ich taktyka jest prosta: zawiązują najpierw przyjaźń z danym krajem przez realizując kilka projektów socjalnych, by potem przejść do spraw handlowych i wzmacniania swych wpływów. Nie na darmo Chiny sfinansowały w RCA kilka ośrodków postępu rolniczego i budowę nowego stadionu w Bangui. Niedawno odbyli również sławny szczyt sino-afrykański, z udziału w którym musiał zrezygnować prezydent RCA, gdyż nagle zaostrzyły się postępy rebelii na granicy z Sudanem. Chiny mają ogromne potrzeby energetyczne i jako mocarstwo mogą pozwolić sobie na kontrolę złóż ropy, a nie tylko zadowalać się prostym odkupywaniem jej od arabskich sąsiadów. Sudan sprzedaje 85 procent swojej ropy Chinom, a te chciałyby już przejąć kontrolę nad złożami w Czadzie i RCA, by zmienić kierunek rurociągów na wschód. Oczywiście, nie bezpośrednio: jedne frakcje mierzą w rząd z Chartumu, a inne w ten z Ndżameny. Powstałe na terytorium Czadu obozy sudańskich uchodźców przeniosły stan zapalny i na drugą stronę granicy. Stały się nie tylko okazją do naruszania granicy, lecz wręcz posłużyły w maju 2006 do rekrutacji bojowników na rajd zbrojnej kolumny, która dotarła aż na rogatki stolicy Czadu.  RCA –  wierny sojusznik, nie może też pozostać z boku, bo sam doznaje gwałtu integralności swego terytorium przez grupy zbrojne. Spiritus movens rebelii na północnym wschodzie ma więc skośne oczy[4]. Planuje się też organizację obozu dla uchodźców z Sudanu. To jeszcze bardziej skomplikuje sytuację, a o to chodzi Chińczykom. Zaangażowanie w konflikt jak największej liczby stron zaciemnia obraz na ich korzyść (nawet 150 osobowy kontyngent Polaków jest zaproszony do Czadu). Konflikt z Darfuru zakreśla coraz szersze kręgi, a jego bezpośrednie  reperkusje dotykają już nie jeden kraj, ale trzy.

A w tym morzu wielkiej polityki – prosty człowiek, Afrykańczyk. Jego ulotne życie  nie liczy się dla wielkich tego świata. Żyje i tak krótko. Jeśli nie umrze jako dziecko, albo nie zginie w czasach niepokoju, uniesie go po czterdziestce malaria albo AIDS. Cóż za różnica? Dlatego spieszy się, by pozostawić po sobie choćby liczne potomstwo. Nic innego się nie opłaca. Nie wie co to znaczy: perspektywy na przyszłość. Ważne, by przeżyć do następnych zbiorów, by wystarczyło na nowego łacha, może szkołę dla któregoś dziecka i w razie choroby (nie daj Boże) na lekarstwo. Od paru lat żyje w stanie ciągłego alertu. Trzeba być gotowym, by w razie wizyty zbrojnych (nieważne: rebeliantów, bandytów czy żołnierzy) brać nogi za pas z całą rodziną. Albo gdy już za późno, siedzieć cicho, jak szczur w norze, z nadzieją, że do jego domu nie wejdą. Nie wolno pokazać, że się coś ma: chować krowy, nie budować lepszego domu, ani go nie malować, bo mogą przyjść i uprowadzić dzieci dla okupu. Zaś chłopcy bawią się w rebeliantów i zargina (bandytów). Zapytany, powie taki, że chce być żołnierzem, bo zrobi pucz i zostanie prezydentem…

A nam, misjonarzom, przychodzi żyć obok nich. Najczęściej jesteśmy bezsilnymi świadkami tego, co ludzi spotyka, a często i nas. Nie mamy wpływu na wielką politykę. Z trzech spraw sądowych, jakie wniosłem do sądu po rebelii, żadna nie przyniosła efektu. Sprawiedliwość jest po stronie trzymających władzę. My możemy jedynie myśleć jak pomóc ofiarom i po prostu być z nimi.

 

 


[1] Por. H. Munkler, Wojny naszych czasów, Kraków 2004 s. 47.

[2] Por. idem, s.16.

[3] Por. idem, s.15.

[4] Por. Ph. Morau Defarges, Le petrole? Un produit finalement comme les autres, Etudes, nov.06, s. 458.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata