70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nepalski dylemat

Ludowe rewolucje, obalające cesarza bądź króla, miały swoje kolejne fazy w wojnach domowych, dyktaturach i seriach krwawych prześladowań, jak w wypadku Etiopii, albo kończyły się najbardziej spektakularnym w drugiej połowie XX wieku ludobójstwem, jak w wypadku Kambodży. W obydwóch państwach używano podobnych haseł o sprawiedliwości i równości, potępiano reakcję i imperializm. Podobnie dzieje się obecnie w Nepalu.

W nepalskiej Dolinie Świętych Miast, na murach doskonale wycezylowanych świątyń hinduistycznych, wiszą kolorowe plakaty. Świątyń jest mnóstwo, i to zarówno w samym Kathmandu, jak i w sąsiednich Patanie i Bhaktapurze. Do tego jeszcze trzeba doliczyć dziesiątki, a może i setki świątyń i kapliczek w pobliskich miasteczkach i wioskach. Liczba plakatów jest chyba jednak większa. Bo chociaż część świątyń oszczędzono, na murach innych powieszono plakatów co najmniej kilka, i to tak, żeby widoczne były z każdej strony budynku. Symbole na plakacie są międzynarodowe, niemające do tego żadnego związku z koncepcją hinduistycznego panteonu ani z historią o boskiej małpie Hanumanie, ani z przypowieścią o księciu Ramie czy boskim pasterzu Krysznie. Na plakatach są po prostu sierp i młot. Najczęściej (i to zgodnie z zupełnie inną tradycją, z zupełnie innego kraju) w kolorze żółtym, który uderza dobrze znanym kontrastem z czerwonym tłem. Dużo rzadziej pojawia się twarz towarzysza Praczandy, wodza maoistycznej rewolucji jawiącej się postronnym obserwatorom jako niezwykły anachronizm początku XXI wieku.

Widoczny przymusowy związek symbolicznego plakatu ze świątynią jest za to absolutnie bezprecedensowym coincidentia oppositorum, o którym nie wspominał Mircea Eliade w swoich dziełach o historii religii. Oczywiście tak do końca nie wiadomo, czy maoistowski sierp i młot wiszący na hinduistycznej świątyni to symbol rewolucyjnego zwycięstwa nad tradycją hinduizmu i zapowiedź jakiejś nowej (a raczej całkiem starej i całkowicie zużytej) ideologii, która miałaby zastąpić dotychczasową wiarę w inkarnację bogów Wisznu i Siwy. A może raczej – w myśl globalnej i bliżej niedookreślonej wizji postmodernizmu – to symbol jakiejś przyszłej unii rewolucyjno-religijnej, o której do tej pory świat nie słyszał? Słowem: połączenie starej, ponadtysiącletniej tradycji, pełnej ludowych podań, ale i też wysublimowanej filozofii, z ideami uwspółcześnionego maoizmu w wersji nepalskiej, będącego przy tym jakąś obietnicą ziemskiego raju, kuszącą i przyciągającą tych, którzy wierzą w niezbyt sprawiedliwy, ich zdaniem, dogmat o reinkarnacji.

Interpretacji tej ideowej unii może być bardzo wiele, zresztą prawdopodobnie chodzi też o to, by pewnych kwestii ostatecznie nie wyjaśniać, nie przekonywać bardzo szczegółowo, że ma być tylko tak, a nie zupełnie inaczej. Lepiej zostawić niektóre obietnice w cieniu niedomówienia, niesprecyzowania. Niech każdy potencjalny wyborca i zwolennik ideologii sam sobie dopowie i doprecyzuje. Historia – ulubione słowo ideologów pojmujących ją często jako własne działanie – potrafi przecież wszystko odpowiednio poukładać, żeby wyszło tak, jak być powinno, czyli według planów głośno nieprzedstawianych i omawianych w niewielkim gronie. Zresztą pojęcia „sprawiedliwości”, „tradycji”, „demokracji” są nierzadko wykonane z rozciągliwej gumy ideowej i można ich do woli używać, co zresztą dzieje się w zupełnie innych krajach, i na zupełnie innych kontynentach. Konsekwencją owej rozciągliwości ideowej może być (rzadziej) jakaś tymczasowa stabilizacja, a następnie sensowny postęp, albo też (niestety częściej) jakaś forma autorytaryzmu, dyktatury, a nawet ludobójstwa. W Nepalu konsekwencje dalszej i bliższej historii – na razie – stoją pod ogromnym znakiem zapytania.

Na granicy mitologii i historii

Historia Nepalu, jednego z najbiedniejszych, a zarazem najbardziej malowniczych państw świata, nosi w sobie piętno tradycji dwóch sąsiadów gigantów: Indii i Chin. Stamtąd pochodzi ogromna część obyczajów, wierzeń religijnych czy całkiem współczesnej ideologii, tym razem w wersji maoistowskiej. Przez długi czas państwo było faktycznie całkowicie zamknięte dla cudzoziemców. W 1846 roku pewien oficer, znany w annałach historii jako Dżang Bahadur Rana, zaplanował perfekcyjny zamach stanu. Wszystkich liczących się ówcześnie oficjeli zgromadzonych w arsenale rządowym po to, aby podjąć istotne dla kraju decyzje, kazał swoim podwładnym po prostu zamordować. Każdego bez wyjątku. Oszczędzono jedynie samego króla, wywodzącego się z rodu Szachów. Dżang Bahadur Rana mianował siebie dożywotnim premierem, organizując przy tym tak zręcznie kolejne sukcesje swojej władzy, że przez następne sto lat rządy sprawowali wyłącznie premierzy z familii Ranów, mając zawsze na wszelki wypadek przy sobie króla z rodu Szachów, obdarzonego jedynie monarszymi splendorami, ale nieposiadającego realnego wpływu na cokolwiek. Państwo, i tak wcześniej ledwo dostępne dla obcych, jeszcze bardziej nastawiło się na izolację. Na tyle skuteczną, iż w 1928 roku dziennikarz brytyjski Percival Landon obliczył, że przed nim w ciągu kilkuset lat Dolinę Świętych Miast odwiedziło tylko 120 Anglików i 10 innych Europejczyków. Zresztą ich pobyt i tak był ściśle kontrolowany i najczęściej ograniczał się do wyznaczonego szlaku tranzytowego.

Nepalczycy nie musieli nic wiedzieć o otaczającym ich świecie. Miała wystarczyć im miejscowa niezmienna od stuleci tradycja, zresztą ogromnie bogata, stanowiąca mieszankę hinduizmu, buddyzmu i tantryzmu. Faktycznie nie drukowano żadnych książek, może z wyjątkiem Ramajany czy innych, nie mniej pobożnych tekstów. Błogosławiona ignorancja ludu pozwalała skutecznie rządzić krajem zanurzonym bardziej w mitologicznej historii Kryszny i Radhy, bądź Ramy i Sity, aniżeli w rzeczywistości całkowicie przyziemnej, a przez to skażonej nieprawościami, którą nazywano w hinduizmie kalijuga – epoką ciemności. Także polityczna symbolika była odpowiednio przygotowana i szanowana przez pobożny lud. Niedostępny dla maluczkich król stanowił ziemską inkarnację boga Wisznu, a sprawując władzę przez dziedzicznych premierów, gwarantował nieustanne boskie błogosławieństwo dla całego kraju. W takiej sytuacji każdy bunt należało rozumieć jako najgorsze bluźnierstwo karane z całą surowością prawa.

Ale historia, wcześniej czy później, musiała wedrzeć się do królestwa mitologii. W latach czterdziestych XX wieku Indie pod przewodnictwem Mahatmy Gandhiego wybijały się na niepodległość. Także w sąsiednich Chinach Mao Zedong tworzył już podstawy przyszłej Republiki Ludowej. Ciśnienie polityczne było zbyt duże. W 1944 roku król Tribhuwan (osadzony na tronie trzydzieści trzy lata wcześniej) otrzymuje pozwolenie od Ranów na wyjazd do Europy. Wyjazd o znaczeniu zaiste epokowym. Za granicą nie tylko poznaje zdumiewający świat Zachodu, ale nawiązuje też kontakty z emigracyjnym Nepalskim Kongresem Narodowym, istniejącym dzięki wsparciu Indii. Po powrocie do kraju staje się politycznym mocarzem. Żąda wprowadzenia monarchii konstytucyjnej, a następnie wielopartyjnej demokracji. W 1951 roku euforia narodowa nabiera niespotykanej wcześniej mocy. Zostaje obalona dziedziczna władza Ranów, rządy obejmuje król z rodu Szachów, nie tracąc przy tym mitologicznej aury jako inkarnacja boga Wisznu. Król Tribhuwan staje się bohaterem wielowymiarowym: oprócz mitologii podbija także historię.

Po jego śmierci, cztery lata później, władzę obejmuje jego ukochany syn – Mahendra. Monarchia nie jest już (jak sądzą co bardziej wykształceni) symbolem postępu i zmian, które pozwoliłyby wprowadzić Nepal na scenę szybko rozwijającego się świata. Nowy król nie ma zbytniego zaufania do demokracji, zwłaszcza tej w stylu zachodnim. Demokracja, jak rozumuje, to chaos ciągle zmieniających się rządów, nieustanna korupcja, zamieszki i przemoc. Lud nie wydaje się gotowy na przyjęcie ideologii z gruntu mu obcej. Przecież to król, a nie lud jest inkarnacją Najwyższego, tak więc to król, a nie lud wie najlepiej, w jaki sposób kontrolować życie kraju. W 1962 roku król przyznaje sobie zatem władzę absolutną, dając ludowi pewną demokratyczną namiastkę zwaną pańczajatem, który w Indiach oznaczał pięcioosobową radę wioski.

Podobne jak Mahendra spojrzenie na swoją rolę w państwie miał jego syn i następca – król Birendra. Mocował się nieustannie z rosnącą opozycją, udzielając coraz to nowych koncesji politycznych, ale skutecznie i z niemałym wdziękiem zachowywał faktyczną kontrolę nad całym państwem. Birendra to przykład władcy nowoczesnego. To znaczy „nowoczesnego”, jeżeli mierzyć to miarą innych władców w pobliskich monarchiach albo porównywać do poprzedników. Absolwent Eton, bywały na salonach europejskich, znający zasady międzynarodowej konwersacji dyplomatycznej, która potrafi jednać sojuszników i zdobywać niemałe fundusze dla kraju. Co więcej: Birendra to nadal symbol religii odwiecznego hinduizmu, do którego nowoczesność ma dość ograniczony dostęp. Król, jako boska inkarnacja (a w tej materii zmiany mitologiczno-polityczne bywają dość powolne) posiadał ogromny autorytet wśród pobożnego ludu. Jego słowo musiało zatem z konieczności być mocniejsze od słowa tych, którzy coraz częściej postrzegali monarchię jako całkowity anachronizm. Ale władzy absolutnej Birendra nie mógł już zachować. Nawet jeżeli wierzył, zgodnie z długą tradycją, że to właśnie ona gwarantuje szczęśliwy rozwój kraju i konieczną stabilizację. W 1991 roku akceptuje nową konstytucję, według której Nepal to „wielonarodowościowa, wielojęzyczna, niepodległa, niepodzielna, suwerenna, hinduistyczna i konstytucyjna monarchia”, król zaś dzieli władzę z ugrupowaniami politycznymi, którymi w nowym rozdaniu historycznym były Nepalski Kongres i Nepalska Partia Komunistyczna.

To jednak okazuje się zbyt mało. Dojrzewa bowiem pokolenie młodzieży wykształconej na Tribhuvan University, które pragnie czegoś bardziej rewolucyjnego, a nie tylko zmian, które uznaje za czysto kosmetyczne. Zwłaszcza absolwenci kierunków humanistycznych, dla których nie zawsze starcza dobrze płatnych posad w stołecznym Kathmandu, sięgają do mocno już wyblakłych podręczników historii, gdzie znajdują odpowiednie dla siebie rewolucyjne hasła. Co ciekawe, największym odkryciem staje się doktryna maoizmu, gdzie indziej mocno skompromitowana, w samych Chinach zaś zupełnie odrzucona. W Nepalu jednak, jak przekonują młodzi dogmatycy, maoizm ma swoją historyczną szansę. Tutaj, rozumują, inne są uwarunkowania, inny ustrój (to znaczy skorumpowany, zacofany i w ogóle nie do przyjęcia), inne są też możliwości działania. W 1996 roku rozpoczynają swoją wojnę ludową, która do dnia dzisiejszego kosztowała życie około 20 tysięcy osób (chociaż inne szacunki mówią o mniej licznych, na szczęście, ofiarach). Stopniowo przejmują kontrolę w środkowo-zachodniej części kraju, rugując stamtąd instytucje państwowe i wprowadzając własne porządki rewolucyjne, zresztą dla wielu chłopów początkowo dość atrakcyjne. Wyrzucają i nierzadko karzą publicznie skorumpowanych oficjeli, regulują życie miejscowej społeczności, tworzą własne ludowe milicje. Pełzająca rewolucja w części kraju okazuje się jednak połowicznym sukcesem. Król okazuje się zbyt silny, aby go całkowicie pokonać, z kolei sami maoiści dysponują siłą, która umożliwia im trwanie, i to mimo licznych ekspedycji wojskowych rządu centralnego. Sytuacja jest patowa.

Tron we krwi

Wszystko jednak zmienia się w czerwcu 2001 roku. Wydarza się wtedy coś, co nadaje nową wartość dotychczasowej politycznej mitologii i samej historii. To wydarzenie bardziej przypomina tragedię Szekspirowską aniżeli pogodną przypowieść o hinduskich bogach i bohaterach. I otwiera najnowszy rozdział w dziejach kraju, przy czym nie bardzo jeszcze wiadomo, czy nie będzie to zarazem rozdział najbardziej krwawy. Można jedynie powiedzieć, że kończy dotychczasową epokę, w której mitologia mieszała się z historią, i rozpoczyna czas naznaczony wyłącznie historią.

Następca tronu, książę Dipendra, podobnie jak i Birendra wyedukowany w Anglii, dostaje szału. Szału morderczego, bo zabija w przypływie emocji swojego ojca, swoją matkę królową Ajśwarję oraz siedmiu innych członków rodziny królewskiej. Dramat rozgrywa się wieczorem, w pałacu królewskim. Dipendra używa podobno karabinu maszynowego. Zaraz po dokonaniu jatki sam popełnia samobójstwo. Tak wygląda wersja oficjalna.

W rzeczywistości nikt nie jest jednak pewien, co się naprawdę wydarzyło; niesprawdzone pogłoski i najbardziej niezwykłe historie wkrótce okrążają całe Kathmandu. Jedni wierzą, że Dipendra dostał szału, bo rodzice nie zgodzili się na jego ślub z kobietą z dynastii Ranów (z której nota bene pochodziła sama królowa Ajśwarja), inni wolą bardziej spiskową wersję, oskarżając o zlecenie zabójstwa księcia Gjanendrę, brata zabitego króla. Wskazują, że Gjanendra – tak się jakoś dziwnie złożyło – nie był wówczas w pałacu na kolacji, jako że przebywał poza stolicą (tylko dlaczego? czyżby coś wiedział?). Czerwcowa masakra była mu poza tym na rękę, bo to właśnie Gjanendra był kolejny w sukcesji do tronu. Spisek wyglądał na doskonały, bo śladów działania osób trzecich nie zauważono. Albo, jak twierdzą inni, zauważyć nie chciano. W każdym razie nepalski tron został obficie zlany królewską krwią, co nie mogło pozostać bez poważnych konsekwencji dla kraju.

Nowy władca nie mógł cieszyć się takim samym autorytetem jak jego poprzednik. Nowa inkarnacja Wisznu jest prawdopodobnie już nie tak boska jak poprzednie, a całkiem niewykluczone, że w oczach Nepalczyków całą boskość już utraciła. Gjanendra próbował wprowadzić po raz kolejny rządy absolutne, uzasadniając, że pozwoli to zdusić maoistowską partyzantkę. Ciągłe protesty, strajki i demonstracje, wreszcie totalny chaos ogarniający poszczególne części państwa uświadomiły mu jednak, że czas wiary w jego moc się skończył. Zjednoczona opozycja zażądała restytucji demokracji. Gjanendra ustąpił. Nowe władze państwa pozbawiły króla wszelkich politycznych przywilejów, w praktyce zamykając go w murach królewskiego pałacu. Lud w żadnej mierze nie protestował przeciw takiej decyzji. Za to zbuntował się, kiedy Gjanendra zapragnął wziąć udział w publicznych ceremoniach religijnych. To bez wątpienia znak końca. Jeszcze tylko nie wiadomo, czy końca autorytetu monarchy, końca politycznej roli Gjanendry, czy może końca samej instytucji monarchii. Na ulicach coraz częściej powiewają flagi z sierpem i młotem, a towarzysz Praczanda zabiera głos na wiecach, obiecując, że republika rozwiąże wszystkie problemy.

Świadomość niewiedzy

W wypadku Nepalu nieustannie kroczymy po krawędzi niepewności, mimo że informacji medialnych mamy niemało. Ludowe rewolucje, obalające cesarza bądź króla, miały swoje kolejne fazy w wojnach domowych, dyktaturach i seriach krwawych prześladowań, jak w wypadku Etiopii, albo kończyły się najbardziej spektakularnym w drugiej połowie XX wieku ludobójstwem, jak w wypadku Kambodży. W obydwóch państwach używano podobnych haseł o sprawiedliwości i równości, potępiano reakcję i imperializm. Podobnie dzieje się obecnie w Nepalu. Rzecz jasna, nie mamy nigdy pewności, że scenariusz się powtórzy; że istnieje jakiś komputerowy program dziejów, w którym po naciśnięciu klawisza „Enter” sekwencja wydarzeń będzie identyczna jak gdzie indziej.

Cywilizacja Zachodu, doświadczona obydwiema wojnami światowymi, traumą Auschwitz i Kołymy, pamiętająca żelazną kurtynę i doskonale rozumiejąca ponure konsekwencje języka trującej ideologii, która obiecuje albo dumę narodową, albo sprawiedliwość, równość i inne szlachetne rzeczy, jest obecnie dużo bardziej wyczulona na to, co nazywa godnością istoty ludzkiej, zmaterializowaną w prawach człowieka. Coraz częściej opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych i w Europie odrzuca tezy, że odmienność kulturowa służy jako usprawiedliwienie tortur, zabijania w imię tej lub innej ideologii, dręczenia bliźnich i prześladowania tych, którzy są w pewien sposób napiętnowani. Wychodzi z założenia, że ból i cierpienia są czymś uniwersalnym, czymś, co charakteryzuje każdą istotę ludzką, niezależnie od jej pochodzenia, wyznania, kultury czy kraju, w którym mieszka. Informacja mediów o cierpieniu może nabrać wartości globalnej. I chodzi nie tyle o to, że przesłanie dociera do dziesiątków państw, ile o to, że wzbudza globalny sprzeciw i generuje bardziej lub mniej skuteczną reakcję, która może jakoś zapobiec tragedii.

Ale istnieje też świadomość ograniczonych możliwości działania i możliwości błędu w ocenie sytuacji. Symbol tragedii Darfuru to pierwsza z tych opcji, wydarzenia w Iraku to opcja druga. Oczywiście świadomość własnej niemocy wywołuje poczucie winy, ale także niepewność co do konsekwencji określonych wydarzeń budzi poniewczasie wyrzuty sumienia, zwłaszcza gdy czarny scenariusz staje się faktem.

To prawda, że ideologia maoizmu miała w samych Chinach potworne konsekwencje. Prawdą jest również, że Czerwoni Khmerzy w bardziej lub mniej zawoalowany sposób odwoływali się do idei przewodniczącego Mao. Ale prawdą jest i to, że sama instytucja monarchii – jakkolwiek budzi niejaką sympatię we współczesnej Europie – niekoniecznie gwarantuje minimum stabilności, sprawiedliwości i rozwoju. W Nepalu rewolucyjni maoiści powoli przemieniają się w maoistów pragmatycznych, którzy dobijają politycznych targów z partiami reprezentującymi całkowicie odmienne opcje ideowe. Tworzą z nimi kolejne alianse, wyznaczają ministrów, debatują o przyszłości kraju i wreszcie zarabiają pieniądze. Naturalnie nie oznacza to, że w sytuacji bardziej sprzyjającej nie spróbują sięgnąć po całą władzę, wprowadzając przy tym system, który mógłby – do pewnego stopnia chociażby – przypominać ten, jaki stworzyli na przykład Czerwoni Khmerzy. Cały problem w tym, że dzisiaj tego nie wiemy. Nie wiedzą pewnie tego również i sami polityczni gracze w Nepalu, albowiem krwawe rewolucje i ich nie mniej krwawe następstwa są często konsekwencją splotu wydarzeń, których znaczenia nie sposób właściwie ocenić w momencie, kiedy się dzieją.

Zawsze będziemy zatem stawać przed dylematem: jak opisywać zjawiska, które mogą zwiastować ludzką tragedię, ale nie muszą tego robić; jak i kiedy reagować, żeby powstrzymać spiralę nienawiści, gdy tak do końca nie jesteśmy pewni, czy czarny scenariusz na pewno się spełni; co czynić, żeby ciągle podtrzymać uwagę świata, i to w sytuacji, kiedy nasze przewidywania się nie sprawdzą? Przyznanie się do własnej niewiedzy lub raczej niemożności zdobycia wiedzy całkowitej nie jest aktem pocieszającym, ale czasami jedynym możliwym.

*

W Kathmandu, w turystycznej dzielnicy Thamel, ciągle jest dużo przybyszów z Europy, Ameryki czy Australii. Dla nich Nepal to kraina fantastycznej egzotyki, w której znaleźć można rewolucjonistów, ascetów, buddyjskich mnichów, legendarnych Szerpów i Gurkhów. Wszystko jeszcze ciągle pachnie mitologią, zza której ledwie widać nadchodzącą historię. I znów nie wiadomo, czy tak samo będzie za rok, za dwa i za lat dziesięć, czy też Nepal zamknie swoje granice, jak już to bywało w dziejach państwa. W każdym razie Austrian Airlines zlikwidowały ostatnie połączenie z Europy do Kathmandu. Coś wisi w powietrzu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata