70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W pogoni za nieszczęściem. Paradoksalna motywacja i zniweczenie charakteru w Portrecie damy Henry’ego Jamesa

Chciałbym posłużyć się postacią Isabel Archer jako przykładem zjawiska, które nazwałem zniweczeniem charakteru, ponieważ postać Isabel stanowi jeden z najbardziej dopracowanych przypadków takiego charakteru. Jest ona także przykładem, jak niezwykle silny wpływ modele literackie i artystyczne mogą wywierać na nasze koncepcje charakteru w życiu pozapowieściowym.

„In de Beschraenkung zeigt sich erst der Meister“.
Goethe, Natur und Kunst

Wartość pojęcia charakteru w ocenie etycznej ponownie spotyka się z zainteresowaniem filozofów. Charakter godny podziwu rozumie się dzisiaj już nie tylko jako zbiór dyspozycji do podejmowania podziwu godnych czynów; pojawia się bowiem myśl, że przynajmniej część cech, dzięki którym czyn staje się godny podziwu, wynika z tego, iż jest on ekspresją godnego podziwu charakteru. Jakość etyczna czynu czy też stanu rzeczy może zależeć od tego, kto jest jego wykonawcą czy sprawcą. Żeby uczynić tę myśl przekonującą, co nie jest łatwe, trzeba wykazać, że takiego indeksowania oceny w zależności od jednostki nie można uważać za oburzająco arbitralne, zarazem jednak nie nadając mu ukradkiem uniwersalistycznych przesłanek, na przykład w kategoriach moralności grup czy serii działań, co całkowicie pozbawiłoby charakter wewnętrznej mocy wyjaśniającej . Nie jest to trudność nie do pokonania, a pojęcie charakteru jest pojęciem przekonującym, choć nie zostanie tutaj przeprowadzona jego bezpośrednia obrona. Zachowuje ono jednak pewne niepokojące cechy, niepokojące nie dlatego, żeby umniejszały one jego intelektualną wiarygodność, ale dlatego, że odbijają pewne niepokojące wewnętrzne nurty naszego życia moralnego. W niniejszym artykule zbadam, w jaki sposób charakter może zostać zniweczony przez dążenie do posiadania lub uformowania charakteru, w rezultacie czego zdrowe moralnie postaci skłaniają się ku świadomemu i popartemu jasnym rozeznaniem rzeczy dążeniu do celów perwersyjnych lub paradoksalnych. Isabel Archer, bohaterka powieści Henry’ego Jamesa Portret damy jest kobietą o nadzwyczajnej subtelności i wrażliwości moralnej, posiadającą wszelkie wewnętrzne walory i możliwości spełnienia, która w wyniku serii jasnych i świadomych wyborów kroczy ścieżką prowadzącą ku wielkiemu i niepotrzebnemu osobistemu nieszczęściu. Wynika to bynajmniej nie ze zwykłego błędu, choć do pewnego stopnia mamy do czynienia także z niewłaściwą oceną sytuacji. Nie jest to również wynik niedojrzale tragiczniej wizji życia, która by prowadziła ją do postrzegania swoich działań poprzez heroiczne opisy. W żadnym z tych przypadków nie przyciągnęłaby do tego stopnia naszej uwagi. W samej ścieżce, którą kroczy Isabel, jest coś, co ją pociąga – i to właśnie stanowi fundament jej nieszczęścia.

Jeżeli przyjmiemy którąkolwiek wersję tezy, że interpretacja zachowania wymaga przypisania pobudek, jakich sami możemy doświadczać, napotkamy tu paradoks. Dążenie do szczęścia jest jedną z najklarowniejszych pobudek: fakt, że jakieś działanie niesie prawdopodobieństwo zwiększenia naszego szczęścia jest pro tanto powodem do jego podjęcia, i to powodem nie wymagającym żadnych dalszych wyjaśnień czy usprawiedliwień . Dlatego też przypisywanie takich motywów innym nie ujawnia żadnych zagadek interpretacyjnych. Na prawach kontrastu – niebezpieczeństwo nieszczęścia nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień jako pobudka do unikania pewnych działań. Ta symetria funkcjonuje tak jak powinna, w przeciwnym bowiem razie dobre powody do podejmowania działań nie miałyby większej mocy niż złe, przestałyby więc być powodami; a przy interpretacji zachowania innych arbitralne przypisanie pobudek miałoby równą siłę przekonywania, co jakiekolwiek inne wyjaśnienie. Isabel Archer jest wszakże osobą, dla której nieszczęście straciło pro tanto siłę zniechęcającą, a przeciwnie, zaczęło wręcz wywierać na nią jakby magnetyczny wpływ. Zagadka jest zarazem psychologiczna: jak nieszczęście może kusić? – i interpretacyjna: jak Henry James zdołał przekonać nas, że jest to motywacja sensowna?
Niektórzy mogą taką charakterystykę Isabel Archer uznać za tendencyjną. Jest też inny sposób postawienia tego problemu. Pod koniec książki Isabel przyjmuje wizytę Caspara Goodwooda, starającego się o jej rękę Amerykanina, którego oświadczyny odrzuciła, aby móc kroczyć własną drogą. W międzyczasie Isabel dziedziczy po mężu swojej ciotki sporo pieniędzy i za jego radą odbywa podróże po Europie. Chociaż pieniądze zapewniają jej wszelkie środki do tego, by móc kroczyć własną drogą, by, jak to określa, mogła „sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej”, ona jednak zawiera nieszczęśliwe małżeństwo z Gilbertem Osmondem. Podczas spotkania Goodwood nakłania ją, by opuściła męża i wyjechała z nim do Ameryki. W tym momencie jest już całkowicie jasne, że jedynym sposobem na to, by Isabel mogła uratować i odbudować własne życie jest porzucenie Osmonda, człowieka niegodziwego, który potrzebuje Isabel tylko do tego, by ją upokarzać. My, czytelnicy Jamesa, wciąż z nią współczujemy i chcemy, żeby była szczęśliwa. Uczucia te budzą się w nas choćby częściowo z tego powodu, że rozpoznajemy jej zachwycające cechy moralne. Nie ma jednak mowy o tym, by Isabel przystała na błagania Goodwooda. Byłoby to całkowicie niemożliwe dla osoby, która posiada taki charakter, jaki – o czym wiemy – posiada Isabel . Co sprawiło, że wytworzył się w niej ów paradoksalny charakter? I w jaki sposób udało się Jamesowi wyposażyć ją w ten charakter, nie pozbawiając jej równocześnie naszego współczucia i sympatii?

Chciałbym posłużyć się postacią Isabel Archer jako przykładem zjawiska, które nazwałem zniweczeniem charakteru, ponieważ postać Isabel stanowi jeden z najbardziej dopracowanych przypadków takiego charakteru. Jest ona także przykładem, jak niezwykle silny wpływ modele literackie i artystyczne mogą wywierać na nasze koncepcje charakteru – a zatem i na koncepcję kształtowania charakteru – w życiu pozapowieściowym. Spoza kart wspaniałej książki Jamesa przebija sugestia, że Isabel Archer jest tym, kim jest, bo przeczytała zbyt wiele wspaniałych książek. Teoretycy literatury mogą uznać, że jestem staroświecki, radośnie utrzymując, iż powieść może traktować „o życiu”. Nie chcę tu wchodzić na „pole minowe” tej dyskusji, stwierdzę zatem tylko, że nawet jeśli jednym z osiągnięć teorii literatury jest detronizacja przekonania, iż literatura musi koniecznie być „o czymś” wobec niej zewnętrznym, to ów pożądany antyesencjalizm nie wyklucza możliwości, by konkretne dzieło literackie problemy życia podejmowało. Portret damy z pewnością to czyni , jakie zatem mamy powody, by twierdzić, że to niemożliwe? Trudno utrzymywać, że jeśli literatura nie ma esencjalnie rozumianych funkcji, to znaczy, że istnieją funkcje dla niej zakazane.

Najważniejsza przyczyna, by w ten właśnie sposób posłużyć się powieścią Jamesa wynika stąd, że James rozumiał, iż skoro nie można przedstawić ogólnych przyczyn, dla których docenia się charakter – jeśli nie ma reguł czy warunków wystarczających, by charakter uznać za godny podziwu – należy cechy moralnie godne podziwu nie tyle opisać, co przedstawić . Jedynym sposobem na zdefiniowanie wartości moralnej jest wskazanie na nią , zwrócenie na nią uwagi w momencie, w którym się objawia. James, jak w licznych artykułach wykazała Martha Nussbaum, był orędownikiem jednostkowości w percepcji i działaniu, wartość odruchu wrażliwości przeciwstawiał wszystkiemu, co uregulowane i usystematyzowane, harmonia nietypowych, lecz znaczących szczegółów przewyższa według niego wielkie założenia, etykę Arystotelesa stawia on ponad etyką Kanta . Napomnienie moralne u Jamesa nigdy nie jest dane wprost, ale poprzez poddanie nam pod rozwagę charakterów. Charakter może stanowić centralne zagadnienie w życiu etycznym, ale jeśli staje się centralnym zagadnieniem dla tych, którzy prowadzą etyczne życie, może ich doprowadzić do klęski.

W całej powieści widzimy Isabel Archer jako kobietę podejmującą liczne wspaniałe i wielkoduszne działania, co najmniej w tym samym stopniu z chęci stania się postacią, która by takie działania podejmowała, jak i z odruchu, by podejmować te działania jako takie. Jest w tym pewna szlachetność: James tylko w nielicznych sytuacjach przypisuje jej pragnienie, by ukazywać się jako charakter konkretnego typu lub robić na innych wrażenie takiego charakteru, w odróżnieniu od pragnienia stania się ową postacią. Jakaż to jednak przemożna chęć. Od pierwszej sceny, gdy widzimy Isabel z bliska, w rozdziałach 5 i 6, kiedy jej kuzyn Ralph pokazuje jej obrazy w Gardencourt, otrzymujemy stale potwierdzenia jej planów samodoskonalenia. „Isabel mocno postanowiła, że nie będzie kobietą pustą” (63). Uważa ona, że „trzeba być kimś wartościowym, świadomym harmonii swego organizmu (…), przebywać w strefie światła, naturalnej mądrości, radosnych impulsów i nieustannie łaskawego natchnienia” (60). „Uczucia strachu i wstydu” – myśli Isabel – „są odrażające” (61). Boi się, że mogłaby zrobić na kimś wrażenie osoby o ciasnych horyzontach (71). „Namiętnie pragnęła być sprawiedliwa” (384). Ma skłonność do oceniania innych, a szczególnie ewentualnych zalotników, pod kątem „wizji natury moralnej, [które] skłaniały ją do rozważania, czy są godne jej wzniosłej duszy” (117). Inni także zauważają tę jej właściwość: Ralph mówi, by nie starała się „tak usilnie kształtować swojego charakteru” (248). Matka Ralpha, pani Touchett zauważa, że Isabel „chce być bezinteresowna” (306). Kiedy jej życie zaczyna zmierzać w złym kierunku, Isabel myśli przede wszystkim o tym, w jakim stanie wyjdzie z tego jej charakter: gorąco pragnie „mieć przeświadczenie, że nie ściągnęła na siebie nieszczęścia z własnej winy” (541), udowodnić, że „nie jest istotą powierzchowną” (542). Przybycie z Ameryki jej dawnej przyjaciółki, Henrietty Stackpole, jest dla Isabel pocieszeniem nie tyle samo w sobie, co z tego powodu, iż pozwala jej (w sposób zarówno niedorzeczny, jak i smutny) pielęgnować w sobie przekonanie, „że nie myliła się, ceniąc zawsze wysoko Henriettę” (543). Otrzymujemy zatem aż nadmiar dowodów od pisarza, który, poświęcając tyle słów drobnym tarapatom życia towarzyskiego, nie zawsze skłonny jest aż tak bezpośrednio wyrażać tarapaty poważniejsze. Mamy też dostatek niebezpośrednich, wtrąconych uwag, w których sądy Isabel o innych, często niezauważalnie, stanowią zwierciadło dla jej własnej natury (na przykład kiedy używa słowa „ograniczony”, mówiąc o lordzie Warburtonie, owym wykształconym, zachwycającym i odrobinkę, w jakiś niezdefiniowany sposób, nudnawym pośle liberalnym, którego propozycję małżeństwa odrzuca).

U Isabel skupienie na własnym charakterze nie jest wadą w wielkim stylu. Jest to wada tak codzienna, tak zwyczajna wśród ludzi o najmniejszej choćby skłonności do refleksji, a często też tak niewinna, że niewielu z nas nie poruszy i w pewnym sensie nie otrzeźwi lektura przedstawiająca ją i pokazująca, jakie szkody może przynieść.

To jest poniekąd jej moralne nieszczęście, że oto ona, Isabel, kobieta inteligentna i wrażliwa, mając czas i zachętę do podróżowania po Europie, a także niezależność, którą zawdzięcza sporemu dochodowi, posiadająca także wdzięk i elegancję, co powinno pozwolić jej bez żadnego wysiłku zdobywać przyjaciół i wielbicieli, że mając to wszystko, musi w tak wielkim stopniu pozostawać na własnej łasce.

Jak to się dzieje? Pierwsza próba odpowiedzi wymaga rozróżnienia dwóch głównych aspektów skupienia na własnym charakterze, które może być dla niego niszczące. Pierwszy jest potoczny: skupienie takie może z powodów psychologicznych utrudnić poczynienie kolejnych kroków, jakich wymaga osiągnięcie upragnionego celu. Samoświadoma koncentracja może zniweczyć pożądane działania, na przykład zapadanie w sen u cierpiących na bezsenność czy ruch u pareczników. Drugi aspekt jest logiczny: bardzo wiele koncepcji oceny etycznej żeruje na sądach dotyczących motywacji. Można powiedzieć, że jednostka posiada jakieś cechy moralne, ponieważ kierują nią pewne pobudki powiązane ze sobą w odpowiedni sposób, a zatem gdyby jej motywacja była inna, to mogłaby nie posiadać takich cech, szczególnie jeśliby owa motywacja nie kierowała się ku posiadaniu cechy moralnej, o której mowa. Być motywowanym do altruizmu nie znaczy to samo, co być altruistą. Być pokornym to nie to samo, co mieć motywację do tego, by być osobą pokorną. Być spontanicznym to nie to samo, co próbować być osobą spontaniczną. Ta obserwacja sprawdza się także w odniesieniu do nikczemnych osób i nikczemnych motywów. Zabić kogoś z zemsty to jednak nie całkiem to samo, co zabić po to, by uchodzić za osobę zdolną do zemsty (nic dziwnego, że Hamlet czuł się zagubiony).

W pierwszej chwili wygląda więc na to, że zniweczenie charakteru w myśl drugiego z powyższych aspektów zjawiska jest całkiem różne od przypadku aspektu pierwszego. Zwyczajne zniweczenie zwykle wymaga samoświadomości; John Elster opisał pewne niebezpośrednie strategie auto-manipulacji stosowane przez jednostki, które pragną osiągnąć jakiś cel, ukrywając przez samymi sobą żywą świadomość tego pragnienia . Niweczenie logiczne jest jednak całkowicie niezależne od tego, czy proces ów jest świadomy czy nie. Już sama pobudka, by posiadać pewien określony rodzaj charakteru, może całkowicie uniemożliwić osiągnięcie tego celu. Część problemu Isabel Archer polega na tym, że – jak będę usiłował wykazać – charakter, jaki pragnie ona posiadać, należy właśnie do tego rodzaju.

Dalsza refleksja wykazuje jednak, że wspomniana dychotomia jest zbyt jednoznaczna i że zniweczenie może następować w bardzo wielu różnych aspektach. Zacząć należy od tego, że patrząc realnie, o bardzo niewielu działaniach powiedzieć możemy, iż wynikają wyłącznie z jednej pobudki. Można by uznać to za całkowicie osłabiające wartość tezy logicznej. Dlaczego ktoś nie miałby działać z pobudek altruistycznych, a zarazem z chęci bycia osobą altruistyczną? Pierwsza pobudka być może nie jest tożsama z drugą, ale dlaczego miałaby ją wykluczać? Jednakże nie zawsze w grę wchodzą wyłącznie pobudki. Spontaniczność na przykład, jest raczej cechą pobudki niż pobudką: oznacza to, że działanie spontaniczne jest zupełnie nieporównywalne z działaniem wynikającym z premedytacji, by być osobą spontaniczną. Można pomyśleć o takich zniekształconych przypadkach, kiedy kogoś ogarnia spontaniczne pragnienie bycia spontanicznym, takie przypadki jednak w oczywisty sposób nie mogą wchodzić w proces kształtowania charakteru. Kiedy więc dokonujemy porównania między pewną pobudką a pragnieniem posiadania charakteru, który kierowałby się taką pobudką, to prawdą jest, że chociaż jedna pobudka nie może zawierać drugiej, to nie oznacza to koniecznie, że wyklucza jej istnienie. W praktyce jednak nierzadko ją wyklucza i są ku temu dwa rodzaje powodów. Pierwszy wiąże się z ograniczoną pojemnością świadomości: po prostu bardzo trudno jest altruistycznym rozmyślaniom osiągnąć ważne miejsce w naszej świadomości, jeśli jej przestrzeń wypełnia już skupienie na tym, by być osoba altruistyczną. Chociaż pobudki nieświadome także mogą być moralnie istotne, to jednak fakt, że pewne przemyślenia są świadome, nadaje im w moralnej ocenie miejsce szczególne.

Po drugie – i ważniejsze – działania podejmowane są w konkretnych sytuacjach, podobnie jak ocena moralna. Relewantne sytuacje często zawierają dokonywane implicite porównania z działaniami, które nie zostają podjęte: dlaczego Isabel wychodzi za Gilberta Osmonda, zamiast wyjść za Caspara Goodwooda albo pozostać w stanie wolnym i kontynuować podróże? Pomimo że jej działanie jako całość może wynikać z licznych pobudek, tylko jedna czy dwie z nich stanowią o różnicy między małżeństwem z Osmondem a małżeństwem z Goodwoodem. Każdy z tych mężczyzn jest pod pewnymi względami atrakcyjny, ale James zasiewa w nas podejrzenie, że oto znacząca różnica polega na tym, iż Osmond jest biedny, a chciałby być bogaty, tymczasem Goodwood jest bogaty i nie dba o to. Isabel bardzo „chce być bezinteresowna”, więc to, że, wedle opinii pani Touchett, związek z Osmondem „wyglądałby ze strony Isabel na chorobliwy niemal wyskok przekory” (305), budzi w niej pokusę zapewnienia sobie poprzez tę decyzję cechy bezinteresowności, a więc jednego z rysów swojego charakteru. Ralph, który, jak to się często zdarza, w tym momencie pojmuje co nieco z jej położenia, nie doceniając jednak jego głębi, powiada do lorda Warburtona, że największa nadzieja, by Isabel odmówiła Osmondowi, w tym, że „nikt z nas nie będzie próbował jej powstrzymać” (330), lecz z własnej rady sam nie jest w stanie skorzystać. Kiedy próbuje ją odwieść od decyzji, odczuwa zażenowanie, ponieważ ona go nie rozumie: „Czy ubolewasz nad tym, że pan Osmond nie jest bogaty? Ja właśnie dlatego go lubię” (389), oświadcza Isabel z rozbrajającą prostodusznością. I zabiera się do tworzenia misternego obrazu Osmonda jako osoby „obojętnej” na własne ubóstwo, a zarazem o wzniosłej duszy, którą wszakże poprzez małżeństwo można jeszcze uwznioślić. Później pociesza się myślą, że opór nie tylko Ralpha, ale i całej jej rodziny i przyjaciół wynika z tego, że „szczęście ma swoją tragiczną stronę: korzystając z własnych praw, zawsze kogoś innego krzywdzi” (392). Znamy Isabel już wystarczająco dobrze, by mieć świadomość, że w tym momencie dokonuje się przekształcenie pewnego istotnego przemyślenia etycznego w taki sposób, by odegrało ono dość niestosowną rolę w jej deliberacjach, stąd to, co powinno być co najwyżej pocieszeniem, zostaje zaprzęgnięte do roli pobudki. Oczywiste jest, że nie znajduje się ona w błahym położeniu. Jest w nim głębia właśnie dlatego, że zawsze tak trudno jest oddzielić bezinteresowność od chęci bycia bezinteresownym, szczególnie w sytuacjach, kiedy oba te stany są do pewnego stopnia wyczuwalne. Jeszcze trudniej dokonać tego od wewnątrz, z perspektywy Isabel, która pragnie uważać się za „osobę wartościową”. To ujmujące pragnienie, jako że wynika nie z arogancji, tylko z nadziei. Powodem, dla którego pragnienie bycia bezinteresowną niweczy jej bezinteresowność, jest ich podobieństwo – można je więc pomylić (oba te stany dotyczą właściwego sposobu reakcji na ubóstwo Osmonda i w odpowiednio przekonujących, odmiennych okolicznościach oba mogłyby prowadzić do podobnych decyzji); są one jednak odmienne w kontekście przewidywanych reakcji na to ubóstwo. Różnica ta jest znacząca, ponieważ wpływa na wybór dokonany przez Isabel, a obie przesłanki nie mogą być równocześnie decydujące. Przy podejmowaniu tej decyzji zadziałać mogła albo bezinteresowność, albo chęć bycia bezinteresowną, niemniej faktycznie zadziałała tyko jedna z nich.

Sugeruję zatem, że możliwość zniweczenia charakteru zajmuje przestrzeń szarej strefy pomiędzy zniweczeniem logicznym a zniweczeniem potocznym. W tym momencie nie mamy do czynienia z rozbieżnością między dwiema różnymi pobudkami, ale raczej pomiędzy ich wagą czy siłą decyzyjną. Do jakiego stopnia jednak zjawiska te są istotne? Ile spośród naszych pojęć oceny moralnej rzeczywiście posiada tę samoniweczącą własność i w jakim stopniu są one ważne dla naszego życia moralnego? To jest zasadniczy punkt, w którym, jak można się spodziewać, różnić się będą koncepcje etyki i osobowości. Niektóre cnoty i niektóre wady nie podlegają tego rodzaju samoniweczeniu. Można z pełną determinacją pragnąć być człowiekiem w pełni zdeterminowanym. Dalej, działanie motywowane honorem i działanie motywowane chęcią bycia człowiekiem honoru nie tylko nie są sprzeczne, ale w niektórych koncepcjach honoru ta druga przesłanka może być istotną składową pierwszej. Kant uważał, że pragnienie przestrzegania prawa moralnego jest jedyną moralną przesłanką, otwierając w ten sposób przestrzeń dla Heglowskiego zarzutu bezmyślności. Niemniej jednak, liczne wartości moralne, z których wiele zostało już wymienionych, są w istocie samoiweczące. Mowa o tych wartościach, które na różne sposoby wymagają pewnego samozapomnienia czy też znalezienia zewnętrznej ogniskowej dla osobowości. Istotnym przykładem jest tu Nietzscheańskie poparcie dla takiego stylu charakteru, który przełamuje zwyczajne zahamowania i ograniczenia po prostu po to, aby być sobą. Pojęcie to zostało w sposób instruktywny przedstawione przez Alexandra Nehamasa . Nehamas skupia się na trudnościach związanych z przedstawieniem sobie, cóż takiego znaczy „stać się tym, czym się jest” oraz na trudnościach z ustaleniem, co tworzy styl. Oddzielnym problemem, którym Nehamas nie zajmuje się w stopniu dostatecznym, jest pytanie o pewną inherentnie związaną ze stylem niefrasobliwość, niezbieżną z uznaniem stylu za cel moralny, ku któremu się żarliwie zmierza. Taka możliwość właśnie rozbawiła H.L. Menckena, kiedy pisał o współczesnych amerykańskich zajęczosercych niby-nietzscheanistach, którym brakuje charakteru, aby konsekwentnie stosować immoralizm, bo hamują ich resztki sumienia –
zakumulowany osad zajęczych serc odziedziczony po niezliczonych pokoleniach przodków – jak to określał Mencken – w połączeniu z niejasnym strachem religijnym i przesądami, które go ożywiają i łagodzą… [Taki człowiek] z nosem w pismach Nietzschego (…) zachwyca się myślą, że oto jest immoralistą, że w duszy aż mu kipi od grzechu, że odciął się całkowicie od Bożego objawienia (…). Ale w chwili, kiedy pojawi się przed nim prawdziwa Kusicielka o białym nosie, purpurowych wargach, opuszczonych prowokująco rzęsach (…), wtedy brak funduszy zawiązuje spisek z brakiem odwagi, by dokonać zamachu i zachwiać nim, [i] dokładnie w tym momencie gwałtownie włącza się sumienie, które kończy całą sprawę (…). Ów tajemny skandal chrześcijaństwa – konkluduje Mencken – przynajmniej na obszarach protestanckich polega na tym, że większość mężczyzn jest wiernych swoim żonom. Długo trzeba by szukać, żeby znaleźć żonatego mężczyznę, który by wyznał, że jest wierny, ale fakty są faktami, a ja z pewnością nie będę ich lekceważył.

To właśnie żarliwy zachwyt Nietzschem dodaje temu portretowi śmiertelnego rysu śmieszności. Nawet bez owego żałosnego kontrastu między intencją a działaniem, wysiłek, by posiadać styl, nie zbliża się do stylu nawet na tyle, na ile zbliża się doń dokonywanie czegoś innego, ale w dobrym stylu. Kiedy Zaratustra nalega: „Idźcie własnemi drogi! I niechaj naród i narody swojemi idą”, od razu widzimy, jak trudne byłoby przyjęcie tej maksymy za swoją przez wszystkich ludzi i wszystkie narody jednocześnie. Kiedy Ralph w pewnym momencie mówi do Isabel, że powinna sama osądzać „wszystkich i wszystko”, ona skarży się mu: „Staram się (…), ale uchodzi to za zarozumialstwo” (278) – co jest uwagą w sposób charakterystyczny pokazującą, jak trudno jej zaakceptować, co naprawę oznacza samodzielnie osądzać.
Nieprzypadkowo przykłady z Kanta i Nietzschego zostały tu przywołane jako ilustracje przeciwstawnych ekstremów. Można śmiało powiedzieć, że te koncepcje etyki, które kładą nacisk na wagę charakteru, mają również skłonność do podziwu dla cnót najbardziej podatnych na samoniweczenie w sensie, w jakim omówiłem to zjawisko . Przewrotne może się wydawać łączenie podziwu dla charakteru z podziwem dla cnót, dzięki którym najtrudniej charakter osiągnąć, ale połączenie to nie jest przypadkowe. Gdyby istniały reguły osiągania charakteru, reguły, którymi mógłby się kierować ktokolwiek, kto postawi sobie taki cel, to treść etyki opartej na charakterze wyrażałaby się po prostu w postaci tych reguł, a ich etyczna wartość nie zależałaby w żadnym stopniu od dążącej ku swemu celowi jednostki – wobec tego przestałaby to być etyka oparta na charakterze. Samoniwecząca natura charakteru, jakkolwiek zdawałaby się czasami irytująca, likwiduje tu niebezpieczeństwo sprzeczności.

Podkreśla ona również kolejną istotną kwestię, którą nazwać by można naturalną prywatnością oceny charakteru. Ma ona dwa różne, ale łączące się z sobą aspekty, z których pierwszy to nierozerwalna zależność oceny od perspektywy. Isabel Archer nie jest jedyną osobą, którą obchodzi jej własny charakter. Także Ralph jest nim zafascynowany, i to do tego stopnia, że sam przekonuje swojego umierającego ojca, by zapisał Isabel znaczną sumę pieniędzy, ponieważ: „Z pewnością zasługuje na to, by dać jej największe szanse”, a pieniądze umożliwią jej spełnienie „wymagania mojej [tj. Ralpha] wyobraźni” (209). Pobudki Ralpha są złożone, zawierają bowiem między innymi zastępcze spełnienie zahamowanej namiętności (Ralph jest gruźlikiem i umiera przed zakończeniem powieści). Dla nas ważny jest fakt, że i on ma plany co do charakteru Isabel. I jego plany także tragicznie legną w gruzach – skoro to właśnie ów spadek stanie się niebezpośrednią przyczyną małżeństwa Isabel z Osmondem. Ale mimo że Ralph zawinił niewłaściwym osądem sytuacji, nie mamy poczucia, żeby jego motywacja była podejrzana. Zainteresowanie Ralpha charakterem kuzynki nigdy nie przekracza granicy tego, co dopuszcza czy nawet czego wymaga przyjaźń. To, że jest jej charakterem przejęty i że go docenia, przyjmujemy jako postawę podziwu godną, tym bardziej że jest człowiekiem chorym, mającym wszelkie powody do egotyzmu i rozczulenia nad sobą. Jego zainteresowanie w żadnej mierze nie stanowi czynnika niweczącego jej charakter, jak to ma miejsce w przypadku jej własnego na nim skupienia. Ta sama motywacja skierowana na ten sam obiekt w przypadku dwu różnych osób przyjmuje inną postać . I nie jest to bynajmniej cecha szczególna tego związku, ale zjawisko stanowiące powszechny rys naszych ocen moralnych. Bez niego trudno byłoby na przykład zrozumieć, dlaczego z odprawianiem nabożeństw żałobnych i wywieszaniem klepsydr należy zaczekać do chwili śmierci osób, których dotyczą; podczas gdy w istocie nasze poczucie, że człowiek nie powinien mieć prawa zajmować się zawartością własnego nekrologu jest tak silne, że „London Times” musiał oprzeć się pokusie komputeryzacji działu klepsydr na wypadek, gdyby, na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych, konieczne okazało się ujawnianie ich treści osobom, których dotyczą.

James często posługuje się symetrią między postaciami, więc poza tą, która łączy Isabel i Ralpha, mamy też niesamowitą symetrię między Isabel a jej mężem Gilbertem Osmondem. Osmond jest estetą, „wcielonym znawstwem”, jak powiada Ralph (387). Dowiadujemy się, że był wcześniej żonaty z kobietą, która zmarła niebawem po ślubie, pozostawiając go z córką, Pansy. Isabel na początku mówi o nim tak: „znosi ubóstwo z taką godnością, tak obojętnie” (389). Osmond jest również człowiekiem w sposób najbardziej wyrafinowany i przerażający konwencjonalnym. Kiedy oświadcza się Isabel po raz pierwszy, mówi: „Kiedyś odkryje pani, jak szanuję dobre obyczaje”. „Czyżby pan uznawał konwenanse?”, pyta Isabel. „Jak pani wspaniale wymawia to słowo”, odpowiada Osmond. „Nie, nie uznaje konwenansów, sam jestem ich żywym wcieleniem” (351). Nazywając Osmonda uczciwym, Isabel jest precyzyjniejsza, niż sama przypuszcza, a szczerość, którą mylnie bierze tu za skromność, okazuje się prorocza. Ralph uświadamia sobie, że Osmond „pod pozorami umiłowania jedynie wartości duchowych żyje wyłącznie dla zewnętrznego świata. Udaje, że jest panem tego świata, gdy w rzeczywistości służy mu uniżenie, a swoje sukcesy mierzy stopniem uwagi, jaką zdoła na siebie ściągnąć. Od rana do nocy nie spuszcza ani na chwilę oczu z tego celu, ale głupi świat nie podejrzewa nawet, jaką grę prowadzi ten kuglarz. Wszystko, co robi, jest pozą tak subtelnie obmyśloną, że tylko najczulszy obserwator może ją odróżnić od szczerego impulsu” (441) . Nawet jego okrucieństwo odwołuje się do konwencji – na przykład w sytuacji, kiedy zabrania Isabel wyjechać z Włoch do Anglii, by zobaczyć się z umierającym Ralphem. „Stworzyłem sobie pewien ideał żony, wiem, jak powinna zachowywać się, a czego jej nie wolno. Nie powinna sama podróżować na drugi koniec Europy wbrew mojemu zasadniczemu sprzeciwowi i czuwać przy łóżku innego mężczyzny” (596). Osmond powiada do niej ze złością, że „tego wymaga honor, który cenię ponad wszystko w świecie”. Nigdy nie podnosi głosu, nigdy nie straszy, aż w pewnym momencie Izabel uświadamia sobie, że najbardziej wyrafinowane okrucieństwo polega na tym, iż „nawet wobec Pansy nie da nigdy pretekstu do zarzucenia mu najmniejszej winy” (535). Jedyna obrona, jaka jej pozostaje, to wypełnianie jego nakazów „ściśle i dosłownie”, ze skrupulatnością, dzięki której może „sprowadzić je do absurdu” (492).

W tej charakterystyce najbardziej niepokoi fakt, że chociaż Isabel jest osobą ciepłą i świetlistą, podczas gdy Osmond to najzimniejszy spośród arktycznych duchów, jednak jego upór, by czynić to, co właściwe, stanowi straszniejszą wersję jej własnej słabości. Isabel decyduje w końcu, że musi odwiedzić Ralpha bez względu na to, czy Osmond sobie tego życzy czy nie, i ten akt nieposłuszeństwa w oczywisty sposób stwarza szanse na zerwanie związku. Przemyśliwując nad tym, czy rozstać się z mężem, Isabel jedzie odwiedzić Pansy w szkole klasztornej i obiecuje jej wrócić. Obietnica ta sprawia wrażenie dziwnie nieuzasadnionej, bowiem Pansy jest słabym, bezbarwnym dzieckiem, i cieszy ją wprawdzie towarzystwo Isabel, ale na pewno go nie docenia, a do rozmyślań pochłaniających Isabel obietnica ta dodaje tylko kolejną komplikację. Z początku zadziwiał mnie ten epizod: uważałem, że zakłóca niezwykle silne napięcie między tym, co bohaterka powinna uczynić, a tym, do czego się skłania, a zatem osłabia punkt kulminacyjny powieści – do tego właśnie odnosiłem się wyżej. Później jednak uderzyło mnie, że jeśli bieg wydarzeń jest już dla Isabel wyznaczony i jej powrót do męża nieunikniony, to właśnie powinna złożyć takie przyrzeczenie, które będzie gwarancją, iż w ramach z góry ustalonego postępowania, zachowa się właściwie. Nieunikniony powrót jest konsekwencją niemożności stawienia czoła czynowi, który w sposób tak oczywisty, tak potworny, dałby pretekst „do zarzucenia jej winy”, nawet jeżeli czyn jej byłby usprawiedliwiony czy pożądany. To absolutnie w stylu Isabel: złożyć przyrzeczenie, którego celem jest zapewnienie, że będzie postępowała najwłaściwiej, jak się da. Oto próba dostosowania wzoru właściwego postępowania do z góry wyznaczonego działania, a nie działania do wzoru. Mamy tu analogię z paradoksem Newcomba: ulegamy pokusie, by postępować tak, żeby stać się tym typem osoby podejmującej decyzję, której demon Newcombe’a pozostawi wielką nagrodę w matowej szkatułce . Isabel ulega podobnej pokusie: działać tak, by stać się osobą, która wypełniając pewien zaplanowany dla niej bieg wydarzeń, postępuje właściwie. Nawet kiedy ponosi klęskę, cechy, które przyczyniły się do jej upadku, przylegają do niej, będąc znakiem, że przynajmniej jej charakter, jakkolwiek byłby naznaczony skazą, ma w sobie solidność i wytrzymałość, dzięki którym słusznie się ją podziwia.

Podobieństwo między Isabel a Osmondem jest szalenie niepokojące właśnie dlatego, że ona budzi tak wielki podziw. Jej skupienie na własnym charakterze ani nie jest hipokryzją, ani rezygnacją z innych zainteresowań i chociaż służy częściowo przedstawieniu obaw samego Jamesa wobec popędu seksualnego, Isabel jest osobą pełną uczuć, życzliwości, silnych wewnętrznych pobudek. Ralph powiada, że jest w niej „gra sił prawdziwie namiętnych” (73). Odrzucając oświadczyny lorda Warburtona, nie stara się wmawiać samej sobie, że czyni to z przekonania, iż tak będzie dla niej lepiej. Instynktownie cała nastawiona jest na odmowę – i przecież właśnie dlatego nas pociąga – a strach, że postępując tak okazuje się „zimną, oschłą pedantką”, wywołuje w niej gwałtowną potrzebę moralnej autoanalizy. Myśl, że „za bardzo go lubi, żeby za niego wyjść za mąż”(127), to absurdalny powód odmowy, ale wyraża też wzruszająco jej zmieszanie, że oto musi odmówić i odgrodzić się od osoby, ku której żywi ciepłe uczucia. A nawet kiedy Isabel zajmuje się sobą samą, to zajęcie to bardzo rzadko jest zwyczajną kalkulacją, często natomiast wywołane zostaje przez mieszaninę niepokoju i podniecenia, reakcję młodziutkiej osoby na mimowolny dreszcz, jaki budzą delikatne powiewy docierające ze świata dorosłych. W pewnym momencie James zauważa, że głos Isabel miał w sobie chłód, który „nie wypływał ze świadomego dążenia do określonych efektów” (93). Isabel miewa momenty ujmującego samozapomnienia. A kiedy rozmyśla nad tym, jak przyjaźń z Ralphem subtelnie ujawnia, kim jest w istocie jej mąż, uświadamia sobie, że „po prostu Ralph był wielkoduszny, czego nie mogła powiedzieć o swoim mężu” (484). Równie wyrazisty jest kontrast między nią a Osmondem.

Fakt, że postaci o pozornie podobnych cechach wywierają na nas tak bardzo różne wrażenie, nierozerwalnie wiąże się z tym, że są to postaci właśnie, i ujawnia bliski związek zalet z odpowiadającymi im wadami, co stanowi wszak kanwę tragedii. To jest ów drugi aspekt prywatności reakcji etycznych, o którym wspominałem wyżej. Może to w nas zrodzić podejrzenie, że nasze reakcje na postaci bywają ulotne i subtelne, często nieświadome, łatwo podległe zmianom ze względu na drobne nawet różnice okoliczności czy nawet perspektywy, analogicznie do tego (choć to nie wyjaśnienie), jak dramatycznie może się zmieniać w czasie, a nawet ze względu na zmiany oświetlenia, wpływ, jaki wywiera na nas malarstwo. Reakcje na postaci stanowią holistyczne reakcje na całe kompleksy cech i nie można ich analizować bez odwołania się do reakcji na owe cechy brane indywidualnie. Trzeba się także spodziewać, że dokonywane przez różne osoby oceny moralne będą wzajemnie niezgodne, czego nie należy bynajmniej postrzegać jako ubolewania godnej fragmentacji społeczności etycznej. Niezgodność ta jest nieunikniona tak długo, jak długo będziemy cenić charaktery, bo przecież zawsze znajdą się ludzie, którzy pragną nadać sobie charakter poprzez przybieranie jego form zewnętrznych. Nie oznacza to, że ocena jest koniecznie prywatna w jakimś kartezjańskim sensie – znaczy to niemniej, iż intersubiektywne porozumienie nie posłuży nam jako proste czy istotne kryterium właściwego zachowania tak, jak to się dzieje w przypadku innych praktyk językowych.

Ulotność naszych ocen może równie dobrze polegać na tym, że zaczynamy reagować ciepło w sytuacjach, w jakich przedtem reagowaliśmy chłodno, albo że uświadamiamy sobie, iż jawne cnoty to w istocie jedynie ich zewnętrzne pozory. Postać madame Merle, przyjaciółki i (jak się okazuje) także niegdysiejszej kochanki Osmonda, pokazuje oba te zjawiska. Poznajemy ją w scenie, z której „niezwykłej chemii” James był bardzo słusznie zadowolony, kiedy pisał wstęp do nowojorskiego wydania powieści. W scenie tej
Isabel, wszedłszy do salonu w Gardencourt, po powrocie z deszczowego spaceru czy skądkolwiek indziej w to mokre popołudnie, dostrzega, że miejsce znajduje się pod władzą Madame Merle, Madame Merle siedzącej – w skupieniu, ale i spokoju – przy fortepianie, i w nagłym błysku tej godziny, w tej obecności, pośród gromadzących się cieni doznaje dojmującego uczucia, że ta oto osoba, o której jeszcze chwilę temu nawet nie słyszała, że ta osoba będzie punktem zwrotnym jej życia. (…) W kwestii przedstawienia artystycznego [kontynuuje James] rzeczą okropną jest przesada, stawianie kropki nad i czy podkreślanie swoich zamiarów; nie jestem bynajmniej skłonny czynić tego teraz, szło mi jednak tutaj o stworzenie maksimum intensywności przy minimum wysiłku (54 w wyd. angielskim).

Madame Merle jest uosobieniem czaru, w głębokim sensie tego słowa, a jedyne zastrzeżenie Isabel budzi w pierwszej chwili fakt, że madame Merle jest „zanadto doskonałym zwierzęciem towarzyskim (…), wyzbyła się doszczętnie śladów tej pierwotnej, ożywczej dzikości. (…) Isabel nie mogła jej sobie wyobrazić samotnej i oderwanej od tła: madame Merle istniała jedynie w bezpośrednich lub pośrednich powiązaniach z innymi osobami” (215). Te zastrzeżenia moglibyśmy wziąć za przejaw niegodziwości, gdybyśmy nie rozpoznawali w nich odzwierciedlenia prawdziwego niebezpieczeństwa. W trakcie powieści madame Merle z wolna otaczać zaczyna jakaś złowieszcza atmosfera, począwszy od autorskiej podpowiedzi w scenie rozmowy z Osmondem, prowadzonej „szczególnym tonem, głosem nieco przyciszonym i opanowanym, ale jak gdyby raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby” (261), porzez cały proces doprowadzania do małżeństwa Isabel, aż do chwili, kiedy okazuje się, że to ona jest matką Pansy, do której zrzekła się całkowicie praw, aby oszczędzić Osmondowi skandalu. Aura ta budowana jest w książce w taki sposób – szczególnie poprzez liczne echa przekonań Markizy de Merteuil popierającej seksualne podboje swojego kochanka w Niebezpiecznych związkach Laclosa – że wewnętrznie ambiwalentne odkrycie, ujawniające lojalność i poświęcenie madame Merle, jak również jej słabość i wynikającą z niej obłudę, tylko wzmaga poczucie niesmaku. A jednak, kiedy następuje jej spotkanie z Isabel, madame Merle, która zdecydowała, że jedynym sposobem na uratowanie sytuacji jest wyjazd do Ameryki i usunięcie się z życia państwa Osmondów, zachowuje się godnie. Nie oferując Isabel przeprosin, na które ta wyraźnie czeka, ukazuje się nam nagle jako osoba podatna na zranienie, ofiara Osmonda w tym samym stopniu, w jakim stała się nią Isabel, tak że pryska aura nikczemności, jakby pękł jakiś czar. Nie oczekuję (a jeśli moja teza o prywatności jest prawdziwa, to wręcz nie powinienem oczekiwać), że wszyscy czytelnicy podzielą w tym punkcie mój odbiór tej postaci. Dla mnie jednak jest to dobry przykład zjawiska, które nazwać by można kruchością zła.

Dowodziłem, że pragnienie posiadania pewnego charakteru może niweczyć samo siebie, może ono jednak także wpłynąć przyczynowo na inne komponenty osobowości. Oto ogólne twierdzenia na temat charakteru, ale konkretne sposoby wywierania wpływu będą tak liczne, jak liczne są osobowości, ku którym się ów wpływ kieruje. Chciałbym przyjrzeć się dokładniej procesowi niweczenia charakteru w przypadku Isabel, a szczególnie sposobowi, w jaki James tak czytelnie chce nam przekazać z gruntu paradoksalną motywację każącą bohaterce z determinacją dążyć do nieszczęścia. Jedną z głównych obaw Isabel jest strach przed ograniczeniem. Mówiliśmy już o jej obawie, „że mogłaby zrobić na kimś wrażenie osoby o ciasnych horyzontach”, oraz o opinii, że Warburton jest „ograniczony”. A chociaż nie ma takiego poczucia w stosunku do Caspara Goodwooda, to jako powód odrzucenia jego oświadczyn podaje strach przed ograniczeniem siebie samej. „Jeśli na czymś w życiu naprawdę mi zależy, (…) to właśnie na mojej osobistej niezależności (…). Nie chcę być tylko jedną z wielu owiec z stadzie. Chcę sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej niż to, co inni uznają za stosowne mi wyjawić” (181-182). Swojej ciotce powiada, że chce „wiedzieć, co jest przyjęte, a co nie uchodzi”. „Żeby świadomie łamać zakazy?” – pyta ciotka. „Żeby świadomie wybierać” – odpowiada Isabel (79). Jest to postawa częściowo godna podziwu, ale czai się za nią strach. Madame Merle, która, podobnie jak Osmond, jest na swój temat bardziej szczera niżby Isabel była skłonna sądzić , mówi do niej w pewnym momencie:
Nikt z nas, mężczyzna czy kobieta, nie istnieje w oderwaniu od otaczającej go rzeczywistości. Każdy tkwi w jakiejś własnej oprawie. Co nazwać osobowością? Gdzie ona się zaczyna? Gdzie kończy? Obejmuje wszystko, co do nas należy, i na odwrót, te zewnętrzne rzeczy w nią przenikają. Wiem, że znaczna część mojej osobowości jest w sukniach, które sobie wybieram. Z dużym szacunkiem odnoszę się do tak zwanych rzeczy” (225).

Isabel reaguje na to z konsternacją:
Nie wiem, czy potrafię wyrazić swoją osobowość, ale wiem, że nic innego nie może starć się jej wyrazem: rzeczy, które do mnie należą, nie są miarą mojej osobowości, przeciwnie, są dla niej ograniczeniem, narzuconą arbitralnie barierą. Suknie, chociaż, jak powiadasz, wybieram je, doprawdy nie wyrażają mojej osobowości, i niech Bóg broni, żeby tak było! (225-226)

Oto jeden z najstarszych błędów rozumowania w moralności – strach, że dokonując jasnego, być może nawet arbitralnego wyboru człowiek niepotrzebnie ogranicza się do wybranej możliwości i na zawsze odcina od dróg, którymi nie poszedł – tak jakby całkowite zawieszenie decyzji mogło prowadzić do wielostronnego spełnienia, a nie do kompletnego paraliżu. U Goethego jest to błąd naiwnego artysty, który zapomina, że styl wymaga uwewnętrznienia arbitralnych zasad, albowiem nie można przekraczać tych prawideł, których się wpierw nie opanowało. Henry’ego Jamesa bardzo interesowała ta kwestia, nie tylko jako temat, ale także jako problem z zakresu doskonalenia własnego stylu. Sam James, przejęty ideą tworzenia „maksimum intensywności przy minimum wysiłku”, był par excellence mistrzem, który ujawnia się poprzez ograniczenie. Tragedia Isabel nie wynika z tego, że z początku nie rozumie ona potrzeby osiągnięcia mistrzostwa w tym, co konkretne i w tym, co arbitralne, ale raczej z tego, że kiedy już pobiera tę lekcję, czyni to tak niedoskonale; w istocie gorzej, niżby gdyby nigdy jej nie pobrała. W początkowej części powieści rozstaje się z Casparem Goodwoodem, wygłaszając wzniosłe oświadczenie, że „jeśli dojdą do pana pogłoski o takich moich zamiarach [tj. o zamiarach zamążpójścia], niech pan przypomni sobie, co dzisiaj powiedziałam o moim przywiązaniu do niezależności i nich pan ma odwagę nie dowierzać plotkom”(182). Nie jest dla nas zaskoczeniem, że niebawem zdaje sobie sprawę z głupoty takiej wizji wolności, ale nie możemy pozbyć się podejrzenia, że jej małżeństwo z Osmondem jest też częściowo zapłatą za to, że kiedykolwiek takiej wizji hołdowała. Ktoś, kto w pełni pojmuje wolność, zdaje sobie sprawę, że pewne wybory, których dokonuje, muszą zawierać element arbitralności i w ten sposób odzwierciedlać granice jego potencjału. Dla zawodowego doradcy jest to oczywistość. Isabel jednak nie może się zadowolić wyłącznie odebraniem lekcji; musi jeszcze sobie udowodnić, że się tej lekcji nauczyła. A czy jest lepszy sposób, by to udowodnić, by ustalić ponad wszelką wątpliwość, że przygotowała się do podejmowania arbitralnych wyborów, niż dokonać wyboru, który ma w sobie pewną dozę perwersyjności? Ralph zauważa później zmianę, jaka nastąpiła w całym jej charakterze: będąca wcześniej osobą pałającą „żądzą wszechstronnego rozwoju” Isabel jawi mu się jako istota kochająca namiętnie ruch, wesołość, zabawy do późnej nocy, dalekie przejażdżki, wysiłek fizyczny; łaknęła rozrywek, interesujących wrażeń, nawet nudy, nowych znajomości; była ciekawa sławnych ludzi, pragnęła zwiedzić okolice Rzymu, nawiązać stosunki z najbardziej zmurszałymi zabytkami dawnej rzymskiej elity. (…) Zaskakiwała go w kuzynce gwałtowność niektórych porywów, jakaś odrobina brutalności w eksperymentowaniu; miał wrażenie, ze Isabel teraz mówi, rusza się, nawet oddycha szybciej, niż przed zamążpójściem (440).

Isabel rzeczywiście posiada charakter, ale musi się upewnić, że tak jest naprawdę. Podobnie jak w rozwoju wiedzy dążenie do pewności może niweczyć dążenie do prawdy, tak w moralności poszukiwanie upewnienia może niweczyć osobowość moralną. Wiedza Isabel o tym, że pobudki mają znaczenie w wyborze działań prowadzi ją do wybierania pobudek, a nie działań, a to ma katastrofalne skutki. W żadnym punkcie jej potrzeba upewnienia się nie działa równie podstępnie, jak w podejściu do nieszczęścia. We wczesnej rozmowie z Ralphem Isabel powiada: „Nie widzę koniecznej potrzeby cierpienia, nie do tego zostaliśmy stworzeni”, ale dodaje: „tych, którzy nie umieją z byle powodu cierpieć, nazywa się ludźmi twardymi” (58-59). Ralph, który jako człowiek chory może coś o tym wiedzieć, odpowiada rozsądnie: „Nie dbaj o to, jak cię ludzie określą. Jeśli będziesz cierpiała, nazwą cię idiotką. Trzeba być w miarę możności jak najszczęśliwszy człowiekiem!”. Później, odrzucając oświadczyny lorda Warburtona, Isabel oświadcza dramatycznie: „Nie mogę uniknąć swojego losu” – i wyjaśnia: „nie mogę uniknąć nieszczęścia (…), a wychodząc za pana, próbowałabym od tego uciec” (148-149). Być może ma tu na myśli tylko tyle, że nie może mieć wpływu na nieszczęście i szczęście – ale obawia się chyba, iż powiedziała zbyt wiele, więc mówi jeszcze „Nieszczęście mnie też nie pociąga”. Podobna niepewność ogarnia ją, kiedy później wyjaśnia swoją decyzję Ralphowi, a ten mówi szyderczo: „Chcesz poznać życie. (…) Wychylić do dna puchar, wszystkiego doświadczyć” (169). Isabel odpowiada mu: „Nie, tego pucharu nie tknę nawet, to trucizna. Chcę tylko zobaczyć wszystko własnymi oczyma”. „Zobaczyć, ale nie przeżyć sercem” – zauważa Ralph. „Dla kogoś, kto ma wrażliwe serce, nie istnieje takie rozróżnienie”, powiada na to Isabel (169-170). Trudno nie zauważyć, że Isabel zbyt wiele protestuje. Postfreudyści w oczywisty sposób potraktowaliby zaprzeczenie pobudce w kategoriach represji, ale jest i prostszy sposób zrozumienia, dlaczego jej zapewnienia, że cierpienie jej nie pociąga, są tak podejrzane. Aby w sposób uzasadniony zaprzeczać istnieniu jakiejś pobudki, trzeba posiadać jej pojęcie. Człowiek musi rozumieć, co by oznaczało, gdyby sam kierował się taką pobudką, a nie tylko, co to oznacza, że inni się nią kierują. Dalej: jak można rozpoznać pobudkę od wewnątrz, jeśli się jej przez jakiś czas i do pewnego stopnia nie ulegało? Nie dotyczy to oczywiście wszystkich pobudek, bo są takie pobudki, które mogę zrozumieć, nie doświadczając ich, przez analogię z innymi, których doświadczam: mogę zatem nie przepadać za brandy, ale wiedzieć, jakby to było, gdybym ją lubił, ponieważ lubię whisky, a whisky i brandy są na tyle podobne, że można jedną zamienić na drugą. Jednak w przypadku pewnej fascynacji nieszczęściem, nie mamy oczywistej analogii. Gdyby Isabel rzeczywiście nie przejawiała żadnego zainteresowania cierpieniem, to właściwą reakcją na przypisanie jej takiej pobudki byłoby zdumienie czy rozbawienie, ale nie żarliwe protesty.

To samo działa i na ogólniejszym poziomie. Skoro wiemy, że ludzie troszczą się o swój charakter, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego ich wypowiedzi skłaniają nas do przypisywania im pobudek całkiem odwrotnych od tych, które głoszą zgodnie z „zasadą nieżyczliwości” . W dalszej części powieści konkurent do ręki Pansy, Edward Rosier, błaga Isabel, by ta użyła swoich wpływów w jego sprawie, jako że Osmond jest mu przeciwny. Rosier nieopatrznie wykazał wrogość wobec Osmonda w dyskusji z Isabel, wobec tego teraz tonem winowajcy dodaje, że „Gdyby pani mogła mimo wszystko pomóc chociaż troszkę. Przyrzekam, że będę zawsze mówił o pani mężu jak o aniele” (422). „Przynęta bardzo zachęcająca!” – odpowiada Isabel ponuro – i natychmiast orientujemy się, że zdradziła więcej, niż chciała. Kobieta, która kocha swojego męża, nie chce słyszeć o nim złych opinii, ale nie dbałaby wiele o zdanie takiego porywczego młodzieńca jak Rosier. Jeżeli ta „przynęta”, jak określa to Isabel, rzeczywiście jest tak wielka, to dostajemy sygnał, że jej pobudką w tym momencie nie jest chęć słyszenia dobrych opinii o Osmondzie, ale pragnienie, by mieć pragnienie słyszenia o nim dobrych rzeczy, ponieważ posiadanie takiego pragnienia świadczyłoby o tym, że go kocha. Pomimo wszystko Isabel wciąż chce być kochającą żoną i dręczy ją poczucie winy, że nie daje sobie rady. Zdajemy sobie sprawę, iż motywuje ją pragnienie bycia osobą pewnego rodzaju, i właśnie dlatego interpretujemy jej uwagę dokładnie przeciwnie do jej pozornego i zamierzonego sensu.

Cóż bowiem innego poza chęcią bycia osobą pewnego rodzaju mogłoby nadać cierpieniu takich pozorów magnetyzmu, jakie ma ono dla Isabel Archer – i jakie, w chwilach, kiedy tracimy kontrolę, miewa również dla wielu z nas? Posiadanie pewnych godnych podziwu cech charakteru, kiedy się cierpi, może wszak okazać się piękniejsze niż posiadanie tych samych cech bez cierpienia, skoro cierpienie, jak wiadomo, utrudnia utrzymanie nienaruszonej i zdrowej osobowości. Wniosek, że rozsądna domieszka cierpienia poprawia charakter, jest oczywistym błędem , błędem bardziej jednak pociągającym dla tak niezmiernie przyzwoitych i podziwu godnych postaci, jak Isabel Archer, niż dla ludzi mniejszego wymiaru. Pokusa ta jest dodatkowo wzmocniona przez powszechnie używane metafory, która cierpienie, podobnie jak szaleństwo, przedstawia jako podróż w nieznane rejony umysłu. Isabel, rzecz jasna, nigdy nie nazywa tego na swój użytek w tak jednoznaczny sposób. A jednak, jak widzieliśmy, naraża swoje szczęście na poważne ryzyko, goniąc za chimerą upewniania się co do szlachetności własnego charakteru i sądząc, że blisko jej do szlachetności, nawet jeśli wszystko zakończy się we łzach. W istocie, jak sama odkrywa, łzy wyobcowują i banalizują. Im szczelniej jednak ją spowijają, tym mniej zdolna jest do wyzwolenia się z pobudek, które ją do nich wiodą. Wynika to częściowo z faktu, że im bardziej zbliża się do cierpienia, tym bardziej zajmuje ono jej myśli – a wszyscy wszak znamy stan paraliżu, jaki wywołuje spodziewana bliskość czegoś koszmarnego . Dzieje się tak również dlatego, że Isabel uparcie trwa przy swoich pobudkach. Mówi ona do siebie, posługując się znaną nam już retoryką, że „kobieta, która popełniła taki błąd, może go naprawić, tylko akceptując sytuację bez zastrzeżeń (z najwznioślejszą wspaniałomyślnością)” (453). Bez względu na to, jakie powody przemawiałyby za akceptacją jej sytuacji, wspaniałomyślność na pewno do nich nie należy. Kiedy Isabel na powrót znika w Rzymie, by powrócić do męża, wciąż obdarzamy ją współczuciem, ale nie chcemy już podążać za nią, nawet gdyby konwencja powieści pozwalała nam śledzić losy bohaterki także poza ostatnią stroną książki.

Być może ironia jest tu jeszcze większa. Henry James nie byłby pisarzem swojej klasy, gdyby pozwolił nam na poczucie bezpieczeństwa w rozumieniu takiej postaci jak Isabel Archer. Być może jest tak, że fundamentem omówionej przeze mnie paradoksalnej motywacji, jest nie tyle strach przed byciem postacią nie mającą zrozumienia dla cierpienia, co strach przed byciem postacią, której pisarz taki jak Henry James nie uznałby za wystarczająco interesującą, bu osnuć wokół niej powieść. Uznanie czyjegoś charakteru pociesza nas nieco wobec strachu, że jesteśmy całkowicie nieważni w świecie pozbawionym znaczeń, tymczasem rytuały towarzyszące śmierci człowieka zwykle polegają na wychwalaniu jego charakteru, ponieważ podejrzewamy, że charakter może okazać się jedyną wartością, którą uda się uratować z przestarzałego pojęcia duszy. Isabel Archer niepokoi się, czy historia jej życia nie okaże się banalna. W okresie zalotów Osmond mówi do niej: „Pamięta pani, kiedyś powiedziałem, że człowiek powinien ze swojego życia zrobić dzieło sztuki. Panią to w pierwszej chwili zgorszyło, ale potem przekonałem panią, że pani przecież właśnie to próbuje osiągnąć we własnym życiu” (346). Osmonda pojęcie o sztuce w zastosowaniu do życia to obraz zakurzonego i marnie oświetlonego muzeum, nie mogłoby więc bardziej różnić się od pojęcia, które posiada Isabel; ma on jednak całkowitą rację, że pewien ogólny cel jest im wspólny. Dwie rzeczy są szczególnie smutne w przypadku Isabel. Po pierwsze niemożność zgody na to, że życie mogłoby być równie satysfakcjonujące, w aspekcie ludzkim lub artystycznym, bez takiego wysiłku i samoświadomości w kształtowaniu charakteru. Dobrym przykładem życia, które takie właśnie się okazuje, są losy bohaterki powieści Alberto Moravii Rzymianka; brak jej przywilejów wykształcenia i pozycji społecznej, jakimi cieszy się Isabel, ma jednak równie wiele co ona życia i ciepła. Bohaterkę Moravii widzimy na końcu powieści jako kobietę spełnioną, przeciwnie niż Isabel, ma też bardziej uwiarygodnioną zdolność samozapominania i więcej moralnego wdzięku niż Isabel kiedykolwiek miała. Nietrudno dostrzec, że jako człowiek odniosła większy sukces niż Isabel. Dzieje się to w dodatku bez umniejszenia jej jako kreacji artystycznej.

Poza tym wszystkim, w postaci Isabel Archer jest jeszcze drugi smutny rys: pomimo że podejmuje nieudaną próbę ukształtowania samej siebie w postać najpełniej odpowiadającą jej pojęciu życia spełnionego i istotnego oraz niepotrzebnie ogranicza się przez własne obawy i niezrozumienie tego, co to znaczy ograniczać się przez dokonywane wybory, to jednak niewątpliwie pozostaje jedną z największych kreacji literackich. Kiedy spotykamy ją po raz pierwszy, pociąga nas nie mniej, niż kiedy powieść się kończy. Kierująca nią obawa, że jej życie może okazać się banalne, nie mogła znaleźć wymowniejszego zaprzeczenia. Daremność zbyt intensywnych jej prób uczynienia z życia dzieła sztuki Henry James zamienia w wielkie dzieło sztuki.

Tłumaczenie Magda Heydel


© Prawa autorskie: Chicago University Press. Wydawnictwo nie ponosi odpowiedzialności za trafność polskiego przekładu. Artykuł ukazał się w piśmie „Ethics”, vol. 98, No 2. (styczeń 1988), s. 313-331.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata