70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świadek człowieczeństwa. Wspomnienie o profesorze Wojciechu Chudym (1974–2007)

W ostatnim okresie niecałego roku KUL-owskie środowisko filozoficzne straciło trzech wybitnych filozofów.

W czerwcu zeszłego roku zmarł profesor Leon Koj, w styczniu tego roku – profesor Jan Czerkawski, a w marcu dotknęła nas śmierć profesora Wojciecha Chudego. Pierwszy był przede wszystkim wybitnym logikiem i filozofem języka, drugi – historykiem filozofii nowożytnej, trzeci – filozofem człowieka i etykiem. Choć dzieliły Ich uprawiane dyscypliny i poglądy, łączyło Ich wiele. Byli znakomitymi dydaktykami – pełnymi pomysłów, pasji, charyzmy. Wnosili do KUL-owskiej filozofii ożywczy ferment, przypominając, że myśl chrześcijańska nie kończy się na św. Tomaszu z Akwinu. Sprawy wiary i jej relacji do rozumu, leżały im głęboko na sercu. A świadczyli o niej nie tylko intelektem, lecz także postawą: byli niezłomnymi i wspaniałymi ludźmi, którzy potrafili dostrzec w drugim człowieka.

Ponieważ najdłużej i najbliżej znałem Profesora Wojciecha Chudego – Jemu poświęcę niniejsze wspomnienie.

***

Pamiętam Go już od pierwszego roku moich studiów, które rozpocząłem w 1986 roku. W czwartki między zajęciami, w wąskim korytarzu „zaułka filozoficznego” nie sposób było nie dostrzec niedużej postaci na wózku inwalidzkim. Z nieodłącznymi atrybutami: czarną peleryną i książką na pulpicie. Często otoczony gronem podnieconych dyskutantów, którzy trwali w półprzysiadzie, by dobrze dosłyszeć jego słowa.

Krążyły o Nim legendy. Mówiono: „idealista” (to w studencie pierwszego roku ówczesnej KUL-owskiej filozofii musiało wzbudzać dreszcz), „heglista” (dreszcz jeszcze większy!). Ale były też opinie bardziej praktyczne: „piła – ciężko zdać lektury”, „trzymaj z nim – może załatwić stypendium w RFN”… Miał swoich entuzjastów, którzy chodzili na jego prywatne seminaria i pomagali Mu poruszać się po nieprzystosowanym dla niepełnosprawnych budynku uczelni. Byli jednak i tacy, co świadomie omijali Go z daleka, rzucając złośliwe aluzje na temat jego filozofii. Już choćby ten fakt utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z Kimś wyjątkowym i zagadkowym. Ciekawość rosła.

***

Na drugim roku trafiłem do Niego na ćwiczenia z etyki szczegółowej. Wtedy ciekawość została nasycona, choć nie powiem, bym kiedykolwiek rozszyfrował jego tajemnicę. Poznałem Go wówczas jako wielkiego humanistę i prawdziwego człowieka.

Najpierw humanista. Nie miałem nigdy bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, który tyle przeczytał. Cała filozofia, może z wyjątkiem specjalistycznych prac nurtu pozytywizującego i logicyzującego. Chyba także cała literatura piękna: na „zajęciach Chudego” pełno było cytatów z Dostojewskiego, Manna, Prousta, ale także z pisarzy współczesnych, z którymi dzięki Niemu się zetknąłem. Nawet dowód ontologiczny potrafił zobrazować opowiadaniem Borgesa. Do tego dochodziła ogromna wiedza historyczna, psychologiczna, socjologiczna, pedagogiczna, politologiczna. I wrażliwość – na teatr (co zaowocowało książką o teatrze L. Mądzika), a także na muzykę. Nie tylko klasyczną, którą lubił słuchać w lubelskiej kaplicy zamkowej. Kiedyś gdy odwiedziłem Go, zaskoczył mnie, proponując mi do słuchania Milesa Davisa. Właśnie czytał jego biografię. „Panie Jacku – powiedział – świetna muzyka, ale straszny człowiek…”

Powiedział tak, gdyż bycie człowiekiem traktował na serio. W filozofii wyznawał personalizm – pogląd przypisujący wyjątkową pozycję osobie ludzkiej. Napisałem „wyznawał”, gdyż nie ograniczało się to do głoszenia pewnych tez, lecz przede wszystkim polegało na pewnym sposobie życia – życia otwartego na drugich. W pamięci utkwiły mi dwa przejawy owej otwartości.

Po pierwsze, dowartościowanie słabszych. Na wspomnianych ćwiczeniach tzw. gorsi studenci okazywali się inteligentnymi i ciekawymi ludźmi. Być może „przebudziła” ich wreszcie nieabstrakcyjna tematyka – zagadnienie kłamstwa. Być może zafascynowała ich osobowość Mistrza. Sądzę jednak, że najważniejszą sprawą był „przekaz”, jaki „Pan Doktor” (jak wówczas się do Niego zwracaliśmy) zdawał się do każdego wysyłać: „Jestem surowy, ale nie jesteś u mnie przegrany. Ty także masz coś ważnego do powiedzenia”. W ten sposób rodziły się nowe talenty. Nie wszystkim zresztą dane było zrealizować się na filozofii. Jeden z moich kolegów musiał z niej odejść, gdyż nie zdał wyznaczonych egzaminów. Chudy bardzo to przeżył. Mówił: „niezmiernie mi przykro, że odchodzą ci wrażliwi, ci, którzy autentycznie pytają, szukają.” Słowa te zbudowały „outsidera”, który dzięki nim mógł pewniej poczuć się na swej drodze.

Po drugie, osobiste rozmowy. Wojciech Chudy potrafił rozmawiać. Ze wszystkimi i o wszystkim. Na uczelni i w domu. Przez jego dom przewinęło się mnóstwo ludzi – od fachowców, ludzi życiowo ustabilizowanych, po ludzi poszukujących, niepewnych swego losu. Pamiętam moje z Nim rozmowy. Ten dreszcz emocji, gdy się wchodziło do mieszkania Pana Wojciecha i jego Wspaniałej Małżonki – Pani Mirosławy. Już w drzwiach rozpoczynała się dyskusja. Na początek o filozoficznych personaliach, potem było o filozofii sensu stricto, wreszcie trochę o polityce – tutaj Profesor miał poglądy (co dopiero dziś umiem docenić) bardzo jednoznaczne: prawda, nawet gdy boli. Ale najważniejsze rozmowy dotykały spraw osobistych. Pytał o najbliższych – o ich życie i śmierć. Mówił też o sobie, ale bez jakiegokolwiek użalania się nad swoim losem. Wychodziłem z tych rozmów „oczyszczony”. Miałem tylko wyrzuty sumienia, że ich czas wydłużał się poza „normę” wyznaczoną przez stan zdrowia, obowiązki i pracowitość Rozmówcy.

Dodam, że tym rozmowom w dużej mierze zawdzięczam wybór mej drogi życiowej – jako filozofa. Zresztą pierwszą moją publikację wprost zawdzięczam Profesorowi. Na wspomnianych ćwiczeniach napisałem (i poprawiłem) pod jego kierunkiem esej pt. „Struktura fenomenu kłamstwa”, który wygrał w Lublinie konkurs Polskiego Towarzystwa Filozoficznego na pracę studencką. Dzięki temu jako student mogłem zadebiutować w „Ruchu Filozoficznym”. Gdyby nie zachęta i pomoc „Doktora Chudego”, nigdy by do tego nie doszło. I być może nigdy nie zostałbym filozofem.

***

Twórczość Wojciecha Chudego jest ogromna. Bibliografia, którą dysponuję, kończy się na roku 1995 i obejmuje blisko… 500 pozycji (przypuszczam, że pełna bibliografia może liczyć dwa razy tyle). Podzielić je można na specjalistyczne rozprawy z zakresu filozofii teoretycznej (głównie epistemologia i metafizyka), bliższe życiu artykuły z filozofii praktycznej (głównie etyka, filozofia człowieka, wychowania i społeczeństwa) oraz przystępne dla szerszego grona czytelników teksty publicystyczne i popularyzacyjne. Te ostatnie rozciągają się między biegunem problematyki religijno-moralnej a biegunem problematyki społeczno-politycznej. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Chudy regularnie uprawiał rzadki gatunek, jakim jest felieton filozoficzny. Część z jego felietonów i esejów zebrano w kilku tomach, z których pierwszy nosi tytuł W łupinie orzecha, czyli filozofia bez przesady (1992), a ostatni Drugie śniadanie u Sokratesa (2004). Temperament i „kościec” polityczny Autora najlepiej oddaje zbiór Skosem w prawo. Między polityką a metafizyką (1999).

Z bogatej tematyki poruszanej przez Chudego ograniczę się do czterech wątków: dwóch przedmiotowych (świadomość, kłamstwo) i dwóch osobowych (Hegel, Wojtyła).

Chudy był znawcą i sympatykiem filozofii podmiotu (świadomości), którą nazywał filozofią refleksji. Umieszczał ją jednak w szerszej perspektywie tomistycznej filozofii bytu, która stanowiła punkt wyjścia jego filozoficznego światopoglądu. W swej rozprawie doktorskiej (wydanej w 1984 r. pt. Refleksja „in actu exercito” i jej funkcja w poznaniu metafizykalnym) wykazał, że problematyka refleksji była obecna już w filozofii Tomasza z Akwinu; Tomasz rozumiał ją jednak przede wszystkim jako refleksję towarzyszącą przedmiotowo nastawionym aktom podmiotu. W nowożytności nastąpiło odejście od tego paradygmatu na rzecz tezy o prymacie aktowej refleksji od-podmiotowej. W rozprawie habilitacyjnej (Rozwój filozofowania a „pułapka refleksji”. Filozofia refleksji i próby jej przezwyciężenia, 1993) Chudy prześledził rozwój paradygmatu podmiotowego w filozofii: od Kartezjusza do Derridy. W konkluzji stwierdził, że paradygmat ten sam siebie sfalsyfikował, wykazując własną nieefektywność. Z drugiej jednak strony dzięki niemu można dowartościować w tradycyjnej metafizyce osoby nieredukowalny aspekt podmiotowości i duchowości (wnętrza), których ostoją jest właśnie ludzka zdolność do refleksji.
Kluczowym (jeśli nie finalnym) etapem rozwoju paradygmatu refleksyjnego była, według Chudego, filozofia Hegla, którą określał jako „system zontologizowanej refleksji” i „zamknięcie nurtu filozofii refleksji”. Nic więc dziwnego, że Chudy – jeden z rzadkich w Polsce znawców pism Hegla – poświęcił mu swoje wieloletnie prywatne seminarium oraz cykl wykładów na UMCS. Uważał, że znajomość tej filozofii pozwala na nowo przemyśleć pewne wątki metafizyki tomistycznej (zwł. transcendentale prawdy) oraz lepiej zrozumieć stan współczesnej humanistyki i życia społecznego. Niestety, ten aspekt badań Chudego (nad czym bardzo bolał) nie zawsze był należycie doceniany w jego macierzystym środowisku. Co gorsza, śmierć przyszła wtedy, gdy jego wykład z Hegla został wreszcie umieszczony w oficjalnym programie studiów , a Autor zabierał się za książkową finalizację swych prac nad Heglem.

Oczywiście, całkiem inaczej przyjmowano Chudego fascynację myślą K. Wojtyły i Jana Pawła II. Chudy był nie tylko wybitnym znawcą tej myśli , ale także współorganizatorem i wieloletnim zastępca dyrektora Instytutu Jana Pawła II KUL oraz zastępcą redaktora naczelnego kwartalnika „Ethos”. Chudy traktował myśl Wojtyły przede wszystkim jako swoistą syntezę (tomistycznej) filozofii bytu oraz (fenomenologicznej) filozofii podmiotu. Synteza ta, którą kontynuował, zaowocowała KUL-owską wersją personalizmu. Jej specyfikę stanowiła – dobitnie wyrażona i broniona przez ks. Stycznia oraz jego uczniów, a zwłaszcza przez Chudego – teza o aksjologicznym wymiarze prawdy: odkrycie prawdy tak mocno wiąże człowieka od wewnątrz, że rodzi świadomość ludzkiej godności i przynależnych do niej powinności.

Prawdopodobnie przekonanie o aksjologicznym wymiarze prawdy oraz polityczne realia, w jakich przyszło Mu żyć i walczyć, sprawiły, że Chudy zainteresował się sposobami jej naruszania, czyli szeroko rozumianą problematyką kłamstwa. Problematyką tą zajmował się przez cały czas swej pracy akademickiej, co zaowocowało unikalną w świecie monografią pt. Filozofia kłamstwa. Kłamstwo jako fenomen zła w świecie osób i społeczeństw (2003). Praca ta, dzieło życia Autora, stanowi wielką, interdyscyplinarną syntezę wiedzy o kłamstwie: od fenomenologii (ejdetyki) kłamstwa, poprzez historię badań nad nim, do szczegółowych analiz antropologiczno-etycznych. Znamienne, że wspomniana książka nie jest ostatnim słowem Autora na ten temat. Pośmiertnie ukazał się już pierwszy tom (Społeczeństwo zakłamane) bardziej socjologicznej pracy Esej o społeczeństwie i kłamstwie. Drugi tom (Kłamstwo jako metoda), poświęcony technikom manipulacji, znajduje się w druku.

Warto podkreślić, że tematykę kłamstwa Chudy umieszczał w szerokim kontekście zagadnień społecznych. (Zresztą wprost przyznaje, że przywołany wyżej Esej „jest jednak moim rozliczeniem się z okresem komunizmu” [s. 18]). Znamiennym przykładem jest tu jego (publicystycznie zaangażowana) książka Kłamcy profesjonalni? Praca dyplomaty i szpiega w ujęciu etyki (2004). Czyta się ją jak kryminał albo jak preludium do aktualnych dyskusji na temat służb specjalnych. Jednak jej naczelna wartość nie polega na zestawieniu różnych „zakulisowych” działań z najnowszej historii Polski i świata oraz na demaskacji rozmaitych technik zbiorowego oszustwa lub opisie fenomenu zdrady. Najważniejsze jest postawione tam pytanie: czy można usprawiedliwić kłamstwo? Autor ma świadomość, że każdy rodzaj kłamstwa jest z natury zły i demoralizujący, ostatecznie przekreślając tożsamość osoby. Jest jednak realistą: „skrytość i niejawność w takich dziedzinach jak dyplomacja, militaria czy wywiad to chleb powszedni” (s. 127). Dlatego próbuje ustalić coś w na kształt kodeksu etycznego pracowników tych profesji. Jego podstawowa reguła brzmi: wolno skłamać właściwie tylko i wyłącznie dla ocalenia (lub zapobieżenia zagładzie) życia ludzkiego. Reguła ta nakłada na ludzi „skazanych na kłamstwo” obowiązek stałej kontroli sumienia.

***

Zainteresowania społeczne Wojciecha Chudego nie ograniczały się do teorii. Choć poruszanie się i każdy wyjazd z domu stanowił dla Niego fizyczne wyzwanie, w sprawach społecznych zrobił więcej niż nie jeden człowiek, który miał do tego pełne predyspozycje.

Już w latach siedemdziesiątych zaangażował się w działalność lubelskiej opozycji demokratycznej. Nie godząc się na odgórne kłamstwo, współredagował drugoobiegowe pismo „Spotkania”, gdzie publikował pod pseudonimem „Tadeusz Dąbrowa”. W czasie pierwszej „Solidarności” angażował się w prace wszechnicy związkowej (m.in. redagując przy Zarządzie Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność” elitarne pismo „Miesiące”). Zaowocowało to w 1981 r. wykładami dla działaczy „Solidarności” w Gdańsku (wydanymi później na powielaczu w „Bibliotece Spotkań” pt. Filozofia wieczysta w czas przełomu. Gdańskie wykłady z filozofii klasycznej z roku 1981, 1986), do których niepowtarzalnej atmosfery nieraz powracał w prywatnych rozmowach. Zapomina się dziś, że „Solidarność” miała swych trzech wielkich myślicieli, którzy „na żywo” opisali jej fenomen w kategoriach filozoficznych: nie tylko ks. J. Tischnera (z pozycji filozofii dialogu), nie tylko L. Nowaka (z pozycji neomarksizmu), lecz także właśnie W. Chudego – z pozycji personalistycznego neotomizmu. Dobrze więc, że jego działalność opozycyjną docenił pośmiertnie Prezydent RP Lech Kaczyński, przyznając Mu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Warto wspomnieć, że W. Chudy zrobił także wiele na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Spotkanie na początku lat osiemdziesiątych z, zafascynowanym Polską, niemieckim studentem (a dziś dyplomatą) Georgiem Zieglerem zaowocowały założeniem (w czasach PRL!) społecznej niemieckiej fundacji GFPS – Stowarzyszenia na Rzecz Popierania Pobytu Polskich Studentów w RFN. Chudy przez wiele lat kierował tzw. Komisją Lubelską GFPS , selekcjonującą (na zasadzie konkursu) kandydatów na wyjazd na stypendia do Niemiec. Później powstały „bratnie” organizacje w Polsce i w Czechach, promujące wzajemną wymianę studentów. Zasługą GFPS było nie tylko zorganizowanie tej wymiany w czasie, gdy w naszym kraju nie istniał żaden system stypendialny. GFPS, o co szczególnie zabiegał Chudy, był (zwł. w pierwszym okresie swego istnienia) autentyczną wspólnotą młodych Polaków i Niemców. Niektórzy z nich, należąc do elit opiniotwórczych, „lobbują” dziś na rzecz polsko-niemieckiego zbliżenia.

***

Podczas Liturgii pogrzebowej Wojciecha Chudego zabrzmiały słowa św. Pawła: „[…] chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. […] To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie” (Kor 4, 16.18).
Słowa te trafnie oddają prawdę o Zmarłym. Jego choroba sprawiła, że – jak mało kto – przez całe życie miał świadomość procesu umierania swego ciała. Choroba ta jednak niejako „sprawiła” także, że – jak mało kto – miał świadomość mocy swego ducha. Nieprzypadkowo uprawiał filozofię niepełnosprawności, ale także filozofię refleksji jako filozofię ducha–osoby. Swoją bogatą twórczością i niezłomną postawą życiową świadczył, że duch ludzki dosięga wartości absolutnych i wiecznych. A przez to może spodziewać się nieśmiertelności jako daru Boga.

Dodajmy, że świadectwo Pana Wojciecha, tak rzadkie w kontekście współczesnej dominacji naturalizmu, było świadectwem radosnym. Głoszonym z poczuciem humoru. Obrazuje je dosadnie relacja z pewnego wydarzenia, którą słyszałem od Niego bezpośrednio i która została przeobrażona w jeden z jego felietonów.

Otóż, jak opowiadał, przed świętami Bożego Narodzenia zepsuł się w jego domu kran. Przyszedł hydraulik i dokonał naprawy. Wdzięczny Pan Wojciech, chciał chwilę porozmawiać z „gościem”, choć nie spodziewał się po nim szczególnej subtelności. Wyciągnął swą częściowo sparaliżowaną rękę, mówiąc: „Chudy jestem”. „Nie ma sprawy – usłyszał w odpowiedzi – mnie to nie przeszkadza” i poczuł silną dłoń hydraulika, który zrozumiał personalizm bez filozoficznych studiów. Chudy-felietonista skomentował ten fakt jednym zdaniem: są takie sytuacje, gdy w człowieku rodzi się dusza.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata