70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Do końca życia będę reporterem”

Sześć tomów Lapidariów, pisanych przez ponad dwadzieścia ostatnich lat, to bodaj najobszerniejsza i najdłużej powstająca książka Ryszarda Kapuścińskiego.

Wydanie pierwszej części w 1990 roku było dla krytyków zaskoczeniem porównywalnym chyba jedynie z tym towarzyszącym kilka lat wcześniej publikacji tomiku wierszy reportera. Najnowsza książka znów była ostentacyjnie odmienna od tego wszystkiego, co autor napisał dotychczas. Zamiast syntezy proponowała estetykę fragmentu, zamiast wartkiej narracji – komentarz, zamiast poruszających historii – błyskotliwą myśl, trafny cytat i strzępy rozmów. Ryszard Kapuściński oczywiście miał świadomość, że porzucając żywą narrację na rzecz chropowatej sylwy znów, by sparafrazować myśl Krzysztofa Karaska o Notesie: rzucał na szalę swój autorytet i raz jeszcze debiutował.

Reporter niezrażony stosunkowo krytycznym przyjęciem tej serii, pisał swoje Lapidaria przez ponad dwadzieścia lat. Jeśli przyjrzeć się, nawet pobieżnie tylko, owym sześciu tomom, to łatwo daje się zauważyć, że rejestrują one ważne przełomy w życiu zawodowym pisarza. Początek pierwszego tomu to typowy notatnik reporterski. Jest opisem doświadczeń meksykańskich z roku 1972, kiedy reporter przebywał w Ameryce Łacińskiej jako etatowy pracownik PAP. Zapiski, rejestrujące te agencyjne wojaże po Meksyku, są wyraźnym świadectwem, że z formą “lapidarium” Kapuściński próbował już eksperymentować na początku lat siedemdziesiątych. Kto wie? Może ten otwierający pierwsze Lapidarium fragment miał być wcześniej przymiarką do opisania przebogatej, migotliwej natury Ameryki Łacińskiej?

W kolejnych cząstkach tego tomu Kapuściński inaczej korzysta z tej metody – za pomocą krótkich notatek opisuje bieżące wydarzenia i opatruje je odautorską refleksją. Zewnętrznym sygnałem tej “aktualności” jest przyjęte przez niego kryterium selekcji zebranego materiału. Tekst porządkują teraz czasoprzestrzenne dookreślenia (Z Warszawy 1982, Z Nowego Jorku 1983 etc.). Następne części przynoszą jednak wyraźną kompozycyjną odmianę: nie są już zapisem reporterskich spostrzeżeń rozpiętych w czasoprzestrzennej siatce wzajemnych zależności. Już w drugim tomie Lapidarium Kapuściński przyjmuje strategię odmienną od dotychczasowej: porządkując notatki przyjmuje kryterium tematyczne – zamieszcza refleksje dotyczące przyrody, twórczości, sztuki, polityki, etc. Nietrudno zauważyć i inną różnicę – ów drugi tom, wydany w 1995, jest pisany niemal równocześnie z Imperium (1993), kolejne części – towarzyszą Hebanowi i Podróżom z Herodotem. Często stanowią niejako tematyczne zaplecze tych książek i ich – by tak rzec – stylistyczny poligon. Lapidaria składają się z myśli, szkiców i cytatów zapisywanych jakby na marginesie reportaży o Azji i Afryce. Dopiero tam nasycą się barwami, rozbłysną swym wewnętrznym światłem, banalny opis nieba osiągnie wówczas rangę wizji.
Wartość Lapidarium nie wyczerpuje się jednak w funkcji usługowej wobec wielkich, ważnych tekstów jak Imperium czy Heban. Książka ta okazuje się niezbędna w ewolucji twórczej samego Kapuścińskiego. Oto na naszych oczach dokonuje się przemiana samego autora, który w kolejnych tomach serii coraz śmielej zamienia perspektywę świadka bieżących wydarzeń na postawę komentatora, eksperta, filozofa. Można nawet powiedzieć że Imperium, Heban i Podróże z Herodotem pisane są z tak wyraźnym refleksyjnym oddechem, bo poprzedza je praca nad kolejnymi tomami Lapidariów. Ta istotna dystynkcja jest wyraźnie wyczuwalna w rytmie pisarstwa – teksty skłaniają się teraz wyraźnie w stronę eseju, uogólniającej refleksji, ogarniają szeroką panoramę tematyczną.

Dość wcześnie pojawia się w Lapidariach niespełnione marzenie, by opisać cały świat, lub choćby jeden dzień z życia naszej planety. Kapuściński sięga po kolaż – jego opis mappy mundi anektuje różne fragmenty rzeczywistości: zjawiska przyrodnicze, lektury, diagnozy nt. współczesnej kultury, kryzysu filozofii, ewolucji sztuki, reporterskiego rzemiosła, codzienności. Jest to jednak kolaż szczególny – nie stanowi on kolekcji przypadkowych zjawisk, nie próbuje opisać natury świata in extenso. Jest za to opowieścią o osobistym doznawaniu rzeczywistości: przez własne lektury, spotkania, podróże, refleksje. Jest więc relacją z prywatnego obcowania ze światem, badaniem jego natury tak, jak ona się przed nim odsłania, jak on ją postrzega. Dzięki przyjęciu takiej strategii zapiski Kapuścińskiego uzyskują istotny walor: może nie jest nim obiektywizm, ale na pewno – autentyczność.

Ta upodmiotowiona perspektywa dominuje zwłaszcza w bardzo osobistym, ostatnim tomie notatek… Można odnieść wrażenie, że właśnie ta część bardziej niż poprzednie staje się okazją do bliższych spotkań z sobą samym, z własną codziennością. Lapidarium VI to zatem zapis niebanalnego życiorysu – pełnego ciekawych spotkań i niełatwych wyzwań. Książka rejestruje zetknięcia Kapuścińskiego z przedstawicielami światowej elity intelektualnej, zawiera migawki z wydarzeń o wielkiej randze (doktoraty honoris causa, zaproszenia do znakomitych gremiów). Jednak nie jest prostą kolekcją imponujących zdarzeń. Współistnieją one na równych prawach z obrazami zwyczajnej codzienności – jak jazda pociągiem, rozmowa z przygodnie spotkaną kobietą, rejestrowanie głosów docierających z siłowni, notowanie opinii wygłaszanych przez pacjentów sanatorium.

Lapidarium VI jest także zapisem intymnych doznań: bólu, zmęczenia, zniecierpliwienia. Czasem można odnieść wrażenie, że niektóre zapiski powstają na styku poezji. Zresztą ów ostatni tom zapełniają poetyckie frazy, zgrabne metafory, myśli, które rozpisane na wersy mogłyby wejść do któregoś z tomików reportera. Np. fragment: “Czuję oddech ścigającego mnie zwierzęcia. To pędzi czas, rozjuszony drapieżnik. Czuję, jak się zbliża, szykuje do ataku, chce zadać śmiertelny cios.” jest niedalekim echem jednej z ostatnich miniatur poetyckich: “Mój ból / ciągle szykuje na mnie swój nóż / ciągle go ostrzy / gdzie go wbije?/ od razu w serce?” Dykcja funeralna, która wyraźnie dominuje w poezji reportera, wyraźnie przenika zwłaszcza ów szósty tom Lapidariów…

Wiele jest tu obrazów umierania – jest miejsce na bezimienną śmierć saharyjską, mękę władców, którzy skonali pijąc mikstury przedłużające życie. Jest także zaduma nad zgonem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, wspomnienie przypadkowej lektury Fugi śmierci Paula Celana, która nieoczekiwanie zbiegła się z kresem życia Jana Pawła II i chyba najbardziej poruszające, bo osobiście odczuwane – odejście Susan Sontag. W początkowych partiach tomu Kapuściński wspomina jeszcze wizytę w domu wybitnej intelektualistki, a już kilkadziesiąt stron dalej pisze o jej śmierci. Przywołuje z pamięci ich ostatnie spotkanie, przypomina sobie ostatnie spojrzenie i powiedziane z daleka ostatnie “do zobaczenia”. Szósty tom zapisków jest zatem próbą oswajania śmierci, obcowania z nią, może nawet przeczucia własnego odchodzenia? Ale równocześnie jest Lapidarium VI opowieścią o intensywnym doświadczaniu życia. Książka rejestruje wciąż towarzyszące autorowi przejmujące pragnienie: “żeby zdążyć…”; zniecierpliwienie natręctwem tych, którzy zabierają mu spokój; przerażające odkrycie, że świat znów przyspieszył; radość, że oto nadchodzi jesień – błogosławiony czas, kiedy ludziom nie chce się wychodzić z domów, ergo pozwalają pisarzowi spokojnie pracować… Przygotowując ostatni tom swej książki autor pewnie zerkał nad biurko, gdzie powiesił sobie karteczkę z wynotowanym zdaniem z Dziennika Aleksego Suworina: “L.N Tołstoj mówił, że niewiele mu już pozostało z życia, a powiedzieć i zrobić chciałby jeszcze bardzo dużo. Spieszy się i pracuje bez przerwy…” Ten nieustanny pośpiech towarzyszył mu do samego końca – ostatnie datowane notatki kończą się zaledwie dwa miesiące przed śmiercią…

W Lapidarium VI, podobnie jak w poprzednich częściach wiele miejsca poświęca się kryzysom światowym – nieustannemu pośpiechowi, dyktatowi tandety i kiczu, filozofii nadmiaru, nieumiarkowanej konsumpcji, skarlałej duchowości, królowaniu pseudowiedzy i kryzysowi słowa. Kontrapunktem dla tych chorób nękających naszą cywilizację są w Lapidarium VI obrazy przyrody – lichej, nienarzucającej się, wiotkiej: “Pogodnie. Jasne niebo. Już zielono, ale ta zieleń jeszcze nieśmiała, wątła, przezroczysta, na cienkich nóżkach.” Kapuścińskiego nie interesują góry – potężne, władcze, niebotycznie wysokie. Te napawają go lękiem… W świecie przyrody fascynuje go prostota, cisza, lichość, spokój stanowiące jakąś mizerną (ale jednak!) przeciwwagę wobec rozpędzonego świata żyjącego pod dyktando filozofii nadmiaru, siły, zgiełku, pośpiechu.

Inne antidotum na choroby naszej cywilizacji odnajduje Kapuściński w filozofii spotkania, w uporczywych próbach nawiązania dialogu z Innym. Przyjacielska rozmowa jest wszak lepszą alternatywą niż samotna egzystencja w odpersonalizowanej i zobojętniałej rzeczywistości. Ta idealistyczna postawa ma dla Kapuścińskiego bardzo osobisty wymiar. Pisze on: “Potrzebuję obecności drugiego człowieka, bo potrzebuję promieniującej z niego energii, która mnie wzmacnia; bliskość drugiego człowieka czyni mnie silniejszym.” Wagę tego przesłania ugruntowuje również ostatnia myśl zapisana w Lapidarium VI, to swoiste memento skierowane do czytelników: “Uśmiech jest potrzebą życia – człowiek, który się do nas uśmiecha dodaje nam sił i optymizmu, wzmacnia nasze poczucie bezpieczeństwa. Kiedy spotykamy kogoś nieznanego, jesteśmy mu wdzięczni, jeżeli się do nas uśmiechnął. Ileż ta uśmiechnięta twarz daje nam przyjemności i zadowolenia”. Reporter mówił kiedyś, że to właśnie uśmiech często ratował mu życie – zdarzało się, że był jedynym wspólnym kodem, którym mógł porozumiewać się z Innymi. Jako dziennikarz uprawiający reporterkę też posługiwał się tym narzędziem, aby poznać i zrozumieć swoich bohaterów. Filozofia dialogu, którą pewnie zaszczepił się w wielokulturowym Pińsku, towarzyszyła mu przez całe życie i była jego życiem. Dopiero później znalazł dla niej filozoficzną formułę. Co chciał nam powiedzieć zamykając książkę taką puentą? Może pragnął dać nam na koniec – jak powiada Kołakowski – kruchą antycypację znośniejszego życia na naszym statku szaleńców?

Ten ostatni tom, to pospiesznie przygotowywane pożegnanie z czytelnikami nie jest wolne od kompozycyjnych usterek, stylistycznych niezręczności, powtórzeń. Niektóre refleksje pojawiły się i w poprzednich tomach – bardziej dopracowane, wygładzone stylistycznie, pełniejsze. Inne stanowią zaledwie zalążki myśli, hasła wymagające rozwinięcia, np. “idea poznania przez inność”, “…świadom czegoś nieprzeniknionego…” Szósta część Lapidariów jest mniej dopracowana, jakby nieoszlifowana, jeśli ją porównać z poprzednimi. Ma jednak swoją intensywność. Jest wszak żywym i pełnym szczerości autozapisem myśli człowieka tracącego siły. Ta chropowatość, to niedopracowanie pokazują skalę pracy, jaką było dlań pisanie Lapidariów – ile czasu musiało zabierać wygładzanie zapisków, pogłębianie refleksji, wychwytywanie powtórzeń. Dobrze się stało, że redaktorzy tomu nie ingerowali zanadto w wersję przygotowaną ręką autora, że zdecydowali się pozostawić stylistyczne usterki, powtórzenia, nadmierne skróty myślowe, że uszanowali właśnie taką formę pożegnania z czytelnikami. Niedopracowanie jest wszak prawem tekstu ostatniego. Właśnie wtedy jest on nieupozorowany i szczery. Właśnie wtedy wzrusza…

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata