70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czyj kryzys?

Drugi Sobór Watykański przyniósł wiele nowych słów na temat powołania świeckich. Z drugiej strony nadal jest ono niejako „pół-powołaniem”, kompromisem między życiem w świecie a podążaniem za Chrystusem. Wewnętrzna akceptacja takiego stawiania sprawy skutkuje postrzeganiem upublicznionych grzechów pasterzy jako kryzysu Kościoła w ogólności.

Kościół jest rzeczywistością na tyle tajemniczą, że zanim powie się cokolwiek o jego kryzysie, trzeba uprzedzić, co przez to rozumiemy. Gdy mówimy o kryzysie instytucji powołanych przez ludzi dla jakichś celów, to chodzi nam o to, że te cele nie są spełniane albo są spełniane źle. Kościół jednak nie jest powołany przez ludzi. Gdy mówimy o kryzysie w zdrowiu ludzkim, mamy w pamięci utracony zarys obrazu zdrowia. Czy mamy jednak wizję „zdrowia” Kościoła? Katechizm Kościoła katolickiego cytuje Klemensa Aleksandryjskiego: ,,Jak wolą Bożą jest czyn, a tym czynem jest >>świat<<, tak Jego intencją jest zbawienie człowieka, i ta intencja nazywa się Kościołem” (KKK 760). Oczywiście, można cytować teksty, które mówią o bardziej namacalnych i mierzalnych zadaniach Kościoła, jednak zasadniczy cel jego istnienia, związany z naszym zbawieniem, nie poddaje się zwykłemu ludzkiemu oglądowi. Gdy więc mówimy o kryzysie, musimy zachować pokorną świadomość, że nie wiemy, jaki wpływ mogą mieć kryzysy dotyczące poszczególnych aspektów istnienia Kościoła (czyli właściwie zjawiska, które my sami nazywamy kryzysami) na jego istnienie zasadnicze, istnienie Boże.

Kryzys Kościoła w Polsce rozumiany jako upadek zaufania do jego pasterzy, związany z ujawnianiem zawartości teczek IPN, mnie osobiście kojarzy się z traktowaniem katolicyzmu bardziej jako wspólnego dobra narodowego niż osobistego wezwania do spotkania z Chrystusem. Analogicznie przeżywamy zaangażowanie w piłkę nożną, w której jesteśmy dobrzy lub źli w zależności od sukcesów narodowej reprezentacji i jakości rozgrywek klubowych. Nie musi się to nijak przekładać na nasze osobiste zamiłowanie do gry w piłkę: możemy być amatorami lub nie grać w ogóle. O polskim katolicyzmie dobrze świadczy wybór polskiego papieża i jego pontyfikat, źle zaś ujawnienie współpracy polskich księży z SB. Dobrze świadczy wzrost powołań kapłańskich i zakonnych, źle – ujawniane złe prowadzenie się księży lub patologie w domach zakonnych. A czy skojarzą nam się z kryzysem Kościoła dramatyczne wydarzenia z udziałem młodzieży z gimnazjów, coraz częściej docierające do nas wieści o pobiciach niemowląt lub rosnąca liczba nieformalnych związków i rozwodów?

Wiele razy zadawałam znajomym katolikom żyjącym w małżeństwie pytanie, czy służba Boża w życiu małżeńskim jest możliwa do zrealizowania. Jest ono przeważnie rozumiane jako pytanie o udział w aktywnościach własnej parafii lub przynależność do jakiejś organizacji kościelnej bądź ruchu. I, w związku z tym, natychmiast pojawia się refleksja, że obowiązki rodzinne czynią to trudnym, o ile nie niemożliwym. Z jednej strony można ten rodzaj odpowiedzi traktować jako podyktowany szczególnym, kontekstowym rozumieniem pojęcia „służby Bożej”, jednak wydaje mi się to znamienne. Istnieje odruch rozumienia „służby Bożej”, chrześcijaństwa, jako czegoś wąsko wyspecjalizowanego, z czym świeccy miewają do czynienia tylko amatorsko, po godzinach, a czym profesjonalnie zajmują się ci, którzy ,,otrzymali powołanie”. Słyszymy, co prawda, o powszechnym powołaniu do świętości, ale też wspomnijmy fragment modlitwy ze znanej piosenki Edyty Geppert: ,,Lecz czemu mnie do raju bram prowadzisz ścieżką taką krętą i czemu mnie doświadczasz tak, jakbyś uczynić chciał świętą?”. Świętość nie jest tutaj dobrą, lecz wyraźnie „złą nowiną”, i tak też bywa widziana w powszechnej świadomości. Czy jednak inne myślenie nie napotyka na pewne przeszkody w samym nauczaniu Kościoła? Choćby nie wprost?

Z jednej strony II Sobór Watykański przyniósł wiele nowych słów na temat powołania osób świeckich. Z drugiej strony nadal jest ono niejako „pół-powołaniem”, kompromisem między życiem w świecie a podążaniem za Chrystusem. Jak pisze Jan Paweł II w adhortacji Vita consecrata, a więc nie kierując się bezpośrednio do osób świeckich:

Na podobieństwo Jezusa, umiłowanego Syna, „którego Ojciec poświęcił i posłał na świat” (J 10, 36), również ci, których Bóg powołuje, aby szli za Nim, zostają poświęceni i posłani na świat, by naśladować Jego przykład i kontynuować Jego misję. Dotyczy to zasadniczo każdego ucznia, jednak w szczególny sposób odnosi się do tych, którzy są powołani, by w konkretnej formie życia konsekrowanego naśladować Chrystusa „bardziej z bliska”, tak aby On był „wszystkim” w ich życiu. W ich wezwaniu jest zatem zawarte zadanie całkowitego poświęcenia się misji Chrystusa; więcej – pod działaniem Ducha Świętego, który jest źródłem każdego powołania i charyzmatu, samo życie konsekrowane staje się misją, tak jak było nią całe życie Jezusa. W tej perspektywie można również dostrzec, jak ważna jest profesja rad ewangelicznych, dzięki niej bowiem osoba staje się całkowicie wolna, aby poświęcić się sprawie Ewangelii (nr 72) [podkreślenia moje].

Ten krótki fragment czytany przez człowieka świeckiego, chyba nie może nie sugerować mu, iż naśladuje on Chrystusa „mniej z bliska”, Chrystus nie jest „wszystkim” w jego życiu, jego poświęcenie nie jest „całkowite”, jego życie nie jest „misją”; zaś posiadanie małżonka i dzieci odbiera mu część wolności dla Ewangelii. Ten sposób patrzenia jest uświęcony Tradycją i chyba też głęboko akceptowany przez nas świeckich.

Pod koniec adhortacji Papież pisze:

Zwracam się do was, chrześcijańskie rodziny. Wy, rodzice, składajcie dzięki Panu, jeśli powołał jedno z waszych dzieci do życia konsekrowanego. Powinno to być – jak zawsze w przeszłości – wielkim zaszczytem dla rodziny, jeśli Bóg zechce na nią spojrzeć i wybierze jednego z jej członków, aby zaprosić go do wejścia na drogę rad ewangelicznych! Rozpalajcie w sobie pragnienie oddania Bogu jednego ze swych dzieci, aby służyło miłości Bożej w świecie. Cóż mogłoby być piękniejszym owocem waszej małżeńskiej miłości? (nr 107) [podkreślenia moje].

Jakże wyraźne jest tu wyniesienie życia konsekrowanego ponad inny sposób życia realizującego inne charyzmaty, związanie z nim największej łaski Bożej, a nawet powątpiewanie, czy małżeństwo może przynieść piękniejsze owoce niż dziecko-ksiądz, zakonnik lub zakonnica. Jesteśmy więc utwierdzani przez Tradycję, że ma swoje uzasadnienie spojrzenie na chrześcijaństwo jako na dobro dotyczące innych – konsekrowanych – w większym i intensywniejszym stopniu niż nas samych.

Pochodną tego odczucia wydaje się w naturalny sposób inne odczucie: skoro jesteśmy w mniejszej bliskości z Chrystusem, to i nasze sumienia, nasz zmysł wiary są „gorszej jakości”. Potrzebujemy prowadzenia, rozstrzygnięć etycznych, rad i decyzji od tych, którzy są „bliżej Boga”. Generalnie to jest prawda – lepszych rad należy się spodziewać od tych, którzy są bliżej Boga, czy jednak rzeczywiście linia podziału może być taka nieskomplikowana? Wewnętrzna akceptacja u świeckich takiego stawiania sprawy logicznie skutkuje postrzeganiem upublicznionych grzechów pasterzy i osób konsekrowanych jako kryzysu Kościoła w ogólności. Rzeczywiście, grzech nigdy nie jest sprawą prywatną i wpływa na cały Kościół, ale dzieje się tak nie tylko, gdy staje się jawny, i nie tylko, gdy dotyczy duchownych i osób zakonnych. Bolesne jest, że ci, którzy wydają się dobrymi rzecznikami świeckich w tej sprawie wśród duchownych, przestają być duchownymi – tu myślę o niedawnym odejściu Tadeusza Bartosia. Co jednak czyni może naszą sytuację trudniejszą psychologicznie, nie utrudnia jej faktycznie. Czasy komputerów i Internetu ułatwiają w ogromnym stopniu wielu z nas dostęp do Pisma Świętego i komentarzy, różnego rodzaju dokumentów Kościoła i pism jego świętych. Umożliwiają niczym nie skrępowaną dyskusję na dowolne tematy związane z wiarą oraz dostęp do osób fizycznie niedostępnych. W dużych miastach mamy dodatkowo dużą wolność wyboru wspólnoty, kościoła, spowiednika, formy modlitwy… To uświadamia, że jeśli przynależność do Kościoła napotyka na trudności, pozostaje w nim jednak duże pole osobistej wolności. W ramach wierności wspólnocie Kościoła. Należy to wykorzystać. Jak zachęcał młodych ludzi Jan Paweł II: ,,Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”. W tym nie przeszkadza żaden kryzys Kościoła.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata