70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jeszcze raz o lustracji

Sprawa arcybiskupa Wielgusa wiele rzeczy „załatwia”. Tworzy nie tylko najważniejszą cezurę współczesnego polskiego Kościoła. Przede wszystkim upada największy mit, iż osoba z najwyższych pięter hierarchii kościelnej jest osobą nieskazitelną, poza jakimkolwiek podejrzeniem, wobec której, nawet w myślach, nie wypada wyartykułować zarzutu nieuczciwości.

Między niedoszłym do skutku ingresem arcybiskupa Stanisława Wielgusa w dniu 7 stycznia 2007 roku, a ujawnieniem 15 lutego w telewizyjnych „Wiadomościach” faktu zarejestrowania przez SB w 1975 roku obecnego przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, ks. arcybiskupa Józefa Michalika jako tajnego współpracownika o pseudonimie „Zefir”, pojawiły się nowe zjawiska, które mogą niefortunnie rzutować na cały proces lustracyjny w Kościele i doprowadzić go do granic absurdu. Z drugiej strony, mogą też zapoczątkować korzystne zmiany, jak na przykład „ostudzenie” pomysłów reformatorów naszego, historycznego warsztatu, do którego z uporem usiłuje się dopisać obcą historii zasadę prawną „domniemania niewinności”, w praktyce oznaczającą zablokowanie badań historycznych w ogóle. O konsekwencjach takiego podejścia pisałem w poprzednim numerze „Znaku”.

Analiza enuncjacji prasowych i przebieg procesów lustracyjnych ostatnich lat pozwalają wyodrębnić – jako tło wspomnianych nowych zjawisk – cztery wyraźne tendencje. Po pierwsze, wszystkie osoby podejrzewane o współpracę z tajnymi służbami Peerelu – z wyjątkiem kilku przypadków, które można dosłownie policzyć na palcach ręki – niezależnie od zawartości własnych teczek konsekwentnie, od samego początku do jakiegoś nieokreślonego końca lub sądowego finału, odrzucały główny zarzut. Posługiwały się na ogół tymi samymi technikami obrony, mówiąc, że przedstawiana dokumentacja jest sfałszowana. Że jeśli nawet dochodziło do spotkań, to nie miały one charakteru konfidencjonalnego, lecz były wymuszone okolicznościami życiowymi, na przykład pełnieniem określonej funkcji, załatwianiem spraw urzędowych, staraniami o paszport itp. Że podczas tych spotkań nigdy nie padały słowa zawarte w okazywanych dokumentach; że są one dziełem wyobraźni esbeka (próbą ukrycia przez tegoż prawdziwego źródła wiedzy operacyjnej) i zmierzającym do skompromitowania „obwinionego” sposobem osaczania go w celu pozyskania do współpracy na poważnie. Że nie miało się świadomości, kim naprawdę jest nasz rozmówca, który notabene nadużył naszej przyjaźni, względnie okazaliśmy się być naiwnymi i „gadatliwymi” ludźmi, sprowokowanymi do szczerej rozmowy (o naszej pracy, kolegach, ich poglądach etc.) w szczególnej sytuacji towarzyskiej bądź zawodowej. Wreszcie – mowa tu zwłaszcza o osobach duchownych i przytaczanych w esbeckich aktach normatywnych – staliśmy się „agentem” bez naszej woli, wiedzy, nie dając jakichkolwiek powodów, aby oni w nas mogli dostrzec potencjalnego konfidenta.

Zwraca też uwagę fakt, iż zawsze gdy werdykt sądu lustracyjnego był po myśli oskarżonego, on sam mówił o zwycięstwie sprawiedliwości, gdy działo się odwrotnie, niezależnie od najbardziej miażdżących dowodów, wyrok odrzucano, wyśmiewając wszystko co dało się wyśmiać.

Drugą tendencją – i zdaję sobie sprawę z kontrowersyjności tego stwierdzenia – jest, niezależna od zmian ustrojowych, lojalność b. funkcjonariuszy SB wobec swoich ofiar. Nie słyszałem o przypadku, by powołani w charakterze świadka obciążali swoich dawnych „agentów”. W najgorszym razie zasłaniają się brakiem pamięci, ale przeważnie składają zeznania na ich korzyść, zachowując się w taki sposób, by wypaść w tej roli przekonująco i współbrzmieć z linią obrony obwinionego.

Trzecia tendencja polega na radykalnej zmianie charakteru IPN, szczególnie widocznej w ostatnich miesiącach, z instytucji wybitnie apolitycznej, pluralistycznej i neutralnej światopoglądowo na zewnątrz, na „zbrojnie ramię” rządzącej partii (zobacz wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w krakowskim oddziale IPN). Wydaje mi się, że IPN zaczyna konsolidować wokół siebie pewną grupkę historyków, piszących i publikujących swe teksty na konkretne zamówienie polityczne w kryptorządowych gazetach lub aktywnie wchodzących w inicjatywy polityczne, które – tak jak sprawa WSI – staną się po kolejnych wyborach, w co głęboko wierzę, przedmiotem śledztw prokuratorskich, zakończonych być może postawieniem zarzutów zdrady stanu.

Wreszcie ostatnią tendencją jest swoistego rodzaju lobbing na rzecz dezawuowania dokumentacji b. UB/SB lub poniechania lustracji, prowadzony przez część dawnej opozycji, względnie młodsze roczniki utożsamiające się jej z etosem, a zgrupowane wokół pewnych mediów oraz generalnie przez środowisko kościelne („nie będziemy padać na kolana przed IPN-owskimi dokumentami”; „świstki papieru” itp.), które w tej sprawie zachowuje zrozumiały dystans, nie pozbawiony jednakże pewnej arogancji.
Oczywiście, to bardzo subiektywna wizja i mogę się w tych ocenach mylić. Przypuszczam, że u podłoża tych lęków leży słuszne przekonanie, iż esbeckie dokumenty, nawet te uważane za prawdziwe i wiernie rekonstruujące przeszłość, odsłaniają na ogół tylko pół prawdy o człowieku, mówiąc o jego ciemnej stronie, która jest integralną częścią każdego z nas, redukując człowieka do przedmiotu obdarzonego najniższymi instynktami. Dodatkowo komplikuje sprawę powszechna już wiedza, że 10-15 procent populacji duchownych wyświęconych przed 1989 r. było esbeckimi agentami, co oznacza, że średnio co ósmy ówczesny ksiądz ma coś do ukrycia. Byłoby jednak bardzo ryzykowne, aby z tych liczb wyprowadzić wniosek, że ludzie w sutannach, bez obciążeń własną rodziną i niezależni od państwowego pracodawcy, okazali aż tyle słabości. Każde środowisko, gdyby było tak intensywnie i agresywnie rozpracowywane przez specjalnie wyodrębnione struktury wykazałoby co najmniej podobny wskaźnik infiltracji, a śmiem twierdzić, że pewnie dużo wyższy.

Trudno też z ochotą akceptować lustrację w sytuacji, gdy zaczyna ona przypominać „rosyjską ruletkę”. Stan zachowania zasobów archiwalnych po b. SB powoduje przecież, iż nieliczni pechowcy wpadną (z podziałem na tych, którzy się z tego skutecznie wybronią przy użyciu procedur prawnych, choćby z pomocą symulacji jak by wyglądał proces przed sądem lustracyjnym przy zachowanych dowodach „winy”). Nieujawniona większość wyjdzie z tego cało.

Jednak sprawa arcybiskupa Wielgusa wiele rzeczy „załatwia”. Tworzy nie tylko najważniejszą cezurę współczesnego polskiego Kościoła. Przede wszystkim upada największy mit, iż osoba z najwyższych pięter hierarchii kościelnej jest osobą nieskazitelną, poza jakimkolwiek podejrzeniem, wobec której, nawet w myślach, nie wypada wyartykułować zarzutu nieuczciwości. Arcybiskup kłamał, okłamał nawet Papieża i w tym momencie nie jest ważne, czy powodowany był strachem przed ujawnieniem swojej przeszłości, czy pokusą osiągnięcia najwyższego urzędu/tytułu kościelnego w Polsce. Złożenie do sądu przez arcybiskupa Wielgusa wniosku o autolustrację, poprzedzone niejasnego pochodzenia informacjami w mediach o rzekomo sfałszowanym jego podpisie w esbeckiej teczce, o niemal wymuszeniu na nim złożenia urzędu mogą okazać się zbawiennym wstrząsem dla zwolenników zasady „domniemania niewinności”. Jeśli bowiem – rozpatrując rzecz teoretycznie – sprawą zająłby się sąd lustracyjny, to arcybiskup Wielgus przecząc wcześniejszym oświadczeniom, przy pomocy paru kruczków prawnych, wspomnianej zasadzie wraz z zasadą tłumaczenia wątpliwości na korzyść oskarżonego zapewne zostanie oczyszczony z zarzutu tajnej i świadomej współpracy z SB. Z drugiej strony dwie niezależnie działające komisje ekspertów w jego sprawie, korzystające z warsztatu historycznego, doszły do tych samych, jednoznacznych wniosków potwierdzających tę współpracę. Czy zatem istnieją dwie prawdy dotyczące przeszłości arcybiskupa Wielgusa, który sam przecież przyznał się do współpracy oraz swoich kłamstw? Otóż nie. Jest tylko jedna prawda. Warto o tym także pamiętać przy innych „cudach” przy wadze Temidy.
Arcybiskup Michalik z lekcji arcybiskupa Wielgusa wyciągnął najbardziej oczywisty, często w mediach powtarzany wniosek. Nie informowanie opinii publicznej o istnieniu dokumentacji obciążającej, nie wyjaśnianie tych zarzutów, gra na zwłokę – to wszystko musiało doprowadzić do katastrofy niedoszłego metropolity warszawskiego, może też zaważyć na losach każdej osoby w jakikolwiek sposób przewijającej się przez esbecką dokumentację. Czy jednak brak raportów lub pokwitowań itp. podpisanych przez arcybiskupa świadczy, że nie współpracował z SB? „W tej sytuacji jakiekolwiek rozważania dotyczące świadomej czy nieświadomej współpracy – uważa kościelna komisja historyczna – bądź jej szkodliwości, są bezprzedmiotowe”. Z taką opinią zgodzi się każdy historyk, tyle że nie każdy Czytelnik rozumie jej sens. Nie dowiadujemy się bowiem, czy TW Zefir to wymysł esbeka, czy linia obrony arcybiskupa, zostawiając sprawę do ewentualnego rozstrzygnięcia wyższym szczeblom Kościoła.

Mamy tu sytuację prawną „słowo przeciwko słowu”, słowo arcybiskupa i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski przeciwko słowu jakiegoś esbeka, czy można mieć jakąkolwiek wątpliwość, które więcej znaczy? Otóż tak. Jako historyk, który przez lata oglądał materiały sowieckich służb bezpieczeństwa, nie jestem w staniu uwierzyć, iż 31 lat temu ktoś sfałszował najważniejszy segment dokumentacji SB (chodzi o wpis do rejestru agentury) tylko po to, by zabłysnąć przed przełożonym; takie kłamstwo miałoby wyjątkowo krótkie nogi i katastrofalne następstwa. Coś musiało być na rzeczy, co z pewnością nie oznacza, że arcybiskup donosił lub coś podpisał, a nawet że miał jakiegoś „haka” w życiorysie, ale arcybiskup, każdy hierarcha Kościoła powszechnego – jak żona Cezara – musi być poza jakimkolwiek podejrzeniem. Lada dzień takich spraw w Kościele będzie zapewne dużo więcej i trzeba sobie odpowiedzieć na najbardziej fundamentalne pytanie: czy ważniejsze jest dobre samopoczucie jednostki, czy dobro polskiego Kościoła? I na czym ono polega?.

Warto też pamiętać, że przy masowej lustracji, a walec się już toczy, wielu duchownych może zostać (niesłusznie) zmiażdżonych przez bardzo złożoną przeszłość i okrutnych współwyznawców, lecz byłoby rzeczą równie straszną – w przypadku teczek hierarchów – by udawać, że nie ma żadnego problemu. Oznaczałoby to, iż lekcja z arcybiskupem Wielgusem poszła już w zapomnienie.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata