70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Miejsce Kapuścińskiego

Tuż przed ogłoszeniem laureata literackiej nagrody Nobla, we wrześniu 2006 roku do redakcji “Znaku” przyszedł e-mail od dziennikarza dużejchilijskiej gazety “El Mercurio”, w którym pisał on: “szukam informacji o Kapuścińskim (…), komentarzy w polskiej prasie i opinii zwykłych ludzi dotyczących możliwego przyznania mu nagrody Nobla”.

Przeczytawszy ten list, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że wszystkie te drukowane dyskusje i komentarze musiałam przeoczyć. Kiedy jednak zaczęłam przeglądać prasę, okazało się, jak niewiele ich było. W każdym razie, ostatnich dniach przed ogłoszeniem werdyktu w najważniejszych gazetach nie znalazłam nic, poza kilkoma doniesieniami z giełdy noblowskiej, gdyż Kapuściński plasował się na trzecim miejscu listy bookmacherów.

Skąd właściwie nasze zastanawiające milczenie? Spróbujmy iść po nitce.

W oczach zawodowców

Książki Kapuścińskiego, począwszy od pierwszej, czyli Buszu po polsku, zdobyły uznanie polskiej krytyki. Były w kraju zawsze bardzo chętnie i wyjątkowo entuzjastycznie recenzowane. Ich pozytywny odbiór przez zawodowych czytelników zwiastował narodziny i wzrost wybitnego talentu. Gwiazda Kapuścińskiego, Apostoł  reportażu, Dlaczego Kapuściński?, Dlaczego świat kocha Cesarza?, Zdumiewająca przygoda literacka, Arcymistrz reportażu literackiego, Filozof, który jest reporterem, Tłumacz człowieka, Mag reportażu – oto kilka tytułów tekstów prasowych z ostatnich czterdziestu lat. Jednak w tych tekstach zaczątki analiz formy i próby opisu środków literackich często mieszają się z powierzchownym zachwytem. Kapuściński od początku magnetyzował recenzentów, lecz o tym, dlaczego tak się działo, dowiedzieliśmy się więcej dopiero po ukazaniu się Cesarza. Ale nawet wtedy cała sprawa z grubsza sprowadzała się do roztaczania aury “głębokiej lektury”, padały (słuszne) terminy, choćby: parabola, alegoria, uniwersalność szczegółu; pojawiały się (celnie wskazane) nazwiska, jak Kafka czy Gombrowicz. Tak naprawdę teren pozostał jednak dziewiczy, sporządzenie stanu badań nie sprawiłoby naukowcom problemu.

Mimo wszystko trzeba przyznać, że Cesarz stanowił istotny punkt w procesie zmiany myślenia o twórczości Kapuscińskiego. Tekst ten zdobył największe uznanie fachowców z dziedziny literaturoznawstwa, a zaraz po nim – Szachinszach. Profesor Michał Głowiński w recenzji zamówionej przez Uniwersytet Śląski z okazji przyznania pisarzowi w 1997 roku doktoratu honoris causa (pierwszego z sześciu, które otrzymał do tej pory), tak pisał (właśnie o Cesarzu i Szachinszachu): “Są to niewątpliwie jego arcydzieła, a zarazem – jedne z najwybitniejszych pozycji nie tylko polskiego reportażu, ale polskiej prozy w ogólności [podkr. moje – KS] w drugiej połowie XX wieku”. Byłaby to prawdziwa nobilitacja, gdyby Profesor nie analizował tej twórczości – z dużą kurtuazją i podziwem (zaczął nawet od zdania: “Ryszard Kapuściński jest wybitnym pisarzem”) – właściwie w ramach słownikowej definicji reportażu literackiego (drugie zdanie brzmiało: “Pisarzem uprawiającym przede wszystkim gatunek zwany reportażem”). Literackiego – znaczy: szlachetniejszego z braci bliźniąt. Tym drugim bliźniakiem jest oczywiście reportaż (a fe!) publicystyczny.

Z kolei najwięcej bodaj kontrowersji wzbudziły Lapidaria (zwłaszcza pierwsze tomy, ukazujące się od lat 90.), które zdumiały “fachowych” odbiorców tej twórczości, część z nich rozczarowały. Po raz pierwszy pojawiły się recenzje krytyczne – Pawła Rodaka, Marka Zaleskiego czy Heleny Zaworskiej. Może dziwne, ale krytyka ze strony krytyki to sprawa bez precedensu w długiej karierze pisarskiej Kapuścińskego. Teksty te zadośćuczyniły też w pewnym sensie żartobliwemu na poły zdziwieniu, jakie wyraził przed laty Wojciech Giełżyński (barwny cytat, chętnie zresztą przytaczany w kontekście opisów niezwykłego przyjęcia tej twórczości przez krytykę):

Wśród recenzji ani jednej krytycznej. Dziwne. Reporter, który nigdy niczym nikogo nie rozeźlił? Klasyk za życia? Chwali go “Trybuna Ludu” i “Filipinka”, chwalą studenci. Ludowcy i katolicy, wolnomyśliciele i białostoczanie, młodzieżowcy i intelektualiści. Nawet Kisch miał niechętnych, szarpano Wańkowicza, a jego wszyscy lubią, psiakrew. Pośród reporterów (…) można rywalizować o miejsca od drugiego do trzydziestego. Co rok są przetasowania, ale “Kapusta” jest zawsze najwyżej, można by nim handlować w Pewexie.

Giełżyński czepia się jednak reportera, a krytykowano eseistę, autora sylw, głos czy czego tam jeszcze, określeń bowiem gatunkowych pojawiło się niemal tyle, ile recenzji. Krytyki Kapuścińskiego-autora reportaży doprawdy trudno się doszukać. W taki też sposób Lapidaraia – odczytywane właściwie czy nie­ – zaczęły grać rolę odgromnika. Nie posunęły jednak sprawy całościowej lektury do przodu.

Tekstem również kłopotliwym dla krytyków, nie tak kłopotliwym jak Lapidaria, ale jednak, okazały się Podróże z Herodotem. Ich publikacji najpierw na łamach “Gazety Wyborczej”, a później w wersji książkowej towarzyszyła fala szeptanych wątpliwości w rodzaju: czy ta książka jest tak dobra jak wcześniejsze? I… szereg pełnych zachwytu recenzji, z reguły (nie zawsze jednak, autorem najciekawszej z tych, które miałam w ręku, jest Piotr Wojciechowski czytający Podróże jako rodzaj zakamuflowanego autoportretu) sprowadzających się do streszczeń, opisu wrażeń i myśli towarzyszących lekturze, szkiców do portretu samego Kapuścińskiego. Forma, jak można się domyślać, często konfundowała recenzentów, dlatego woleli pomijać ją milczeniem. Może pytali sami siebie: po co to przepisywanie Herodota? Dlaczego tak mało przygód? Czemu brak kolejnego opisu wyprawy do Górnego Karabachu? Kolejnej relacji z wojny w Angoli? Kolejnego portretu Hajle Sellasje? Nie wiem, czy na wszystkie wątpliwości dotyczące Podróży da się jednoznacznie odpowiedzieć. Nie ma prozy doskonałej od pierwszego do ostatniego słowa. Ale czy na przykład to, że – prowokacyjnie sięgnę na najwyższą półkę – choćby Mann, czytany dziś, chwilami nuży, ujmuje mu literackiej wartości? Czy to, że teksty Kafki pozostały niedokończone, stanowi istotny zarzut? Sama też mam z pewnymi fragmentami tej książki Kapuścińskiego kłopot, ale mimo tego zostawiam ją na wysokiej półce obok Hebanu, który jak dotąd w moim rankingu nie opuścił pierwszego miejsca.

Poza wszystkim jednak, trochę jest wokół Podróży z Herodotem nieporozumień. Przytoczę przykład. Zdarzyło mi się usłyszeć opinię o rozdziale Pustynia i morze, że nie bardzo wiadomo, po co się w ogóle pojawił. O czym rozdział ten opowiada? O nieudanej wyprawie do Algierii. A dokładniej? O tym, jak wielki reporter Kapuściński, zachęcony przez swego wysoko postawionego znajomego, ambasadora Algierii w Dar es-Salaam, pojechał do kraju, w którym niby dokonał się zamach stanu, ale na ulicach absolutnie nic się nie działo; mało tego, siedział tam jak pierwszy lepszy stażysta i czekał na jakiekolwiek zamieszki. Nie doczekał się. Nie było żadnych przygód. No więc po co ten rozdział? Kiedy go czytam, odnoszę wrażenie, że to jeden z ważniejszych autotematycznych tekstów Kapuścińskiego, w którym stara się on uchwycić moment, gdy reporter (nawet o ambicjach literackich) staje się pisarzem. Przestaje szukać sensacyjnych, dramatycznych wydarzeń po to, by je zrelacjonować, czyli odwzorować (jak czyni malarz dla wprawy studiujący martwą naturę lub akt), a żywą, pulsującą materię świata zaczyna postrzegać jako coś, co należy przeniknąć i zapisać, uporządkować, aby móc pojąć, co się widzi.

Chodziłem załamany i wściekły na Judiego. Dlaczego namawiał mnie do tego wyjazdu? Po co tu przyjechałem? Co stąd napiszę? Jak usprawiedliwię swój przyjazd? Zgnębiony, zobaczyłem raptem na Avenue Mohammed V, że powstaje zbiegowisko. Pognałem tam. Niestety, byli to gapie przyglądający się, jak kłócą się dwaj kierowcy, którzy zderzyli się na skrzyżowaniu. W drugim końcu ulicy zobaczyłem inny tłumek. I tam pobiegłem. Ale to stali ludzie, cierpliwie czekając na otwarcie poczty. Miałem pusty notes, bez żadnego zdarzenia.

Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko przez to, co zechciał nam pokazać w godzinach swoich spazmatycznych konwulsji.

Cézanne postrzegał i malował pejzaż, zawsze czerpiąc z natury, a nigdy realistycznie. I podobnie jak możemy wskazać na konkretny, faktycznie istniejący fragment przyrody, który stanowił inspirację dla Cézanne’a, możemy również mieć pewność, że Kapuściński pisze o wydarzeniach rzeczywistych. A mimo tego – w efekcie otrzymujemy pewną wizję rzeczywistości.

Sytuacja Podróży z Herodotem jest poniekąd symboliczna dla recepcji dotychczasowego dorobku Kapuścińskiego (podkreślę – w Polsce, nie śmiałabym wypowiadać się na temat sytuacji globalnej tej twórczości), w tym mianowicie sensie, że jego istotny, całościowy kształt wciąż pozostaje przesłonięty. Mamy więc lawinę odczytań cząstkowych, wiele z nich bardzo trafnych, wiele uwag przejmujących, lecz pozostawionych bez rozwinięcia, brak natomiast właściwie jakiejkolwiek pogłębionej analizy. Jeśli się nie mylę, Kapuścińskiemu poświęcono do tej pory pięć książek monograficznych*, trzy z nich wyszły spod pióra jednego autora zajmującego się teorią reportażu. Pierwszą przeczytałam, dwie kolejne już tylko przejrzałam, nie pamiętam, by zdarzyło mi się znaleźć gdziekolwiek jakiekolwiek odwołanie do tych tekstów. Autorem czwartej publikacji jest medioznawca, piąta to (w swej części zasadniczej) bardzo cenny przegląd modeli lektury.

Słowem, powszechnemu zachwytowi krytyki tak naprawdę brak mocnych, sprawdzonych fundamentów. Kapuściński ma przed sobą drzwi do literatury polskiej szeroko otwarte (a nawet traktuje się go tak, jakby już od dawna był w środku), ale na skutek działania jakichś magicznych sił, ciągle stoi w progu. Co to za siły?

Spór o fiction

Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka Janet Malcolm pt. Milcząca kobieta. Sylvia Plath i Ted Hughes. Jest to biografia poetki z wizerunkiem jej męża w tle, a także, a może przede wszystkim, rodzaj pamiętnika autorki tekstów non fiction. Malcolm, gdy zasiadała do pisania tej książki, chcąc nie chcąc, musiała mierzyć się ze swymi poprzednikami, bo biografii Plath było już na rynku pięć. Dziennikarka zdawała sobie sprawę, że bierze udział w wyścigu, w którym nie ma żadnej taryfy ulgowej, i dlatego nie mogła napisać po prostu kolejnej historii życia. W dodatku nieustannie balansowała między dwiema wersjami zdarzeń – Sylvii i Teda. W pewnym momencie zanotowała:

W przypadku utworów opartych na faktach niemal nigdy nie możemy być pewni autentyczności opisywanych wydarzeń. Ideałem niezapożyczonej sprawozdawczości jest wyłącznie powieść, w której autor wiernie opisuje to, co sam wymyślił. (…) Prawdy z literatury fikcji są twarde jak kamień (…). Trzeba bezwzględnie wierzyć powieściopisarzom, dramaturgom i poetom, a relacje autorów biografii, autobiografii czy historyków i dziennikarzy zawsze przyjmować z pewną podejrzliwością.

Innymi słowy: fikcja to równoległa rzeczywistość, podczas gdy “prawdziwa” rzeczywistość, kiedy próbujemy ją unieruchomić, nabiera cech fikcji. Czytając wówczas ten tekst Janet Malcolm, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że właśnie owo przekonanie o fikcyjnym charakterze pisania o faktach zaprowadziło Kapuścińskiego do traktowania materiału reporterskiego jak pomysłu na tekst fabularny. Nie chodzi o to, że na sposób literacki opowiada on o tym, co się zdarzyło, ani że dodaje zdarzenia nieprawdziwe czy postaci nieistniejące, ale że z tego, co widzi i słyszy, wykrawa całe kawały literatury. Potrafi usłyszeć i zobaczyć Conradowskie sceny, Kafkowskie opisy czy zdarzenia rodem z magicznego realizmu Marqueza.

I dlatego właśnie mamy kłopot z Kapuścińskim, bo przecież nazywa się go “arcymistrzem reportażu”. A reportaż to – jak podaje zapis kanoniczny ze Słownika terminów literackich –gatunek “dziennikarsko-literacki”, w najlepszym razie (wtedy, gdy łączy “materiał autentyczny z fikcją fabularną, charakterystykami bohaterów i rozwiniętym komentarzem narratora”) znajdujący się “na pograniczu literatury pięknej”. Czyli taka proza-nie-proza, bo proza i publicystyka to jednak, w rozumieniu polskiego literaturoznawstwa, dwie bardzo odległe dziedziny. Co więcej, nie zapominajmy, że daliśmy światu znacznie więcej wybitnych poetów niż prozaików, i dlatego “literatura” na polskim gruncie to jakby bardziej nawet poezja niż proza, a także – poezja to coś szlachetniejszego niż proza. No a już poezji i publicystyki zestawiać razem po prostu nie wypada. Podobnie zaciążyła nad nami wizja romantycznego natchnienia: twórca siada w zamyśleniu i nagle w jego głowie rodzi się dzieło. Taki opis nie pasuje jednak do autora non-fiction, który, jak mawia o sobie Kapuściński, “pisze z jeżdżenia”. Dlatego traktowanie i analizowanie tekstów niefikcyjnych jak “dzieła” literackie wydaje się kłopotliwe i – mniej prestiżowe dla badacza.

Tu rysuje się paradoks, bo reportaż to także “sprawozdanie z wydarzeń, których autor był bezpośrednim świadkiem lub uczestnikiem”. Kapuściński w różnych wywiadach upiera się, że nie zmyśla i że wszystko, co opisuje, jest prawdziwe, a więc sam siebie wpisuje w słownikową formułę reportażu. Tymczasem, nie wiadomo dlaczego, często pytano Kapuścińskiego, czy to lub tamto wydarzyło się naprawdę. (Zawsze odpowiadał: tak). Tego typu pytania prowokował na przykład Sztywny, opublikowany najpierw w “Polityce”, a następnie w tomie Busz po polsku. Dlaczego ten tekst opowiadający o nocnej podróży ze zwłokami górnika wydawał się, by tak rzec, reportersko niewiarygodny? Bo Kapuściński zobaczył i zapisał to zdarzenie w formie parabolicznej, która “świat przedstawiony” w utworze traktuje jako trampolinę do innego, właściwego sensu, a tym samym odrealnia wszystko, co zostało opowiedziane. Ciekawe jest przy okazji tego przykładu także i to, że charakterystyczne wątpliwości czytelników, otwierające nowe możliwości interpretacyjne, zostały instytucjonalnie zanegowane. Otóż, Sztywny stał się przedmiotem sporu między Kapuścińskim a Bohdanem Drozdowskim, autorem dramatu pt. Kondukt (opublikowanego w “Dialogu”, już po ukazaniu się tekstu Kapuścińskiego), którego twórca Buszu po polsku oskarżył o plagiat. Spór ten rozrósł się w dyskusję między reporterami a literatami o miejscu reportażu w literaturze. Warto odnotować, że dziennikarze starali się nazywać utwór “opowiadaniem”, a literaci “reportażem”. W rezultacie tekst pozostał bezpański.

Koniec końców, Zarząd Główny Związku Literatów Polskich wydał wyrok, oddalając zarzut o plagiat, a nawet stwierdzając, że nie jest to także “przeróbka” ani “opracowanie” Sztywnego. W uzasadnieniu prezes Jarosław Iwaszkiewicz napisał między innymi: “Zapożyczenie dotyczyło tylko treści zdarzeń, których przejęcie może tworzyć podnietę twórczą nie szkodzącą cudzym prawom”. Ironia polega na tym, że treść zdarzeń w każdym dobrym utworze literackim stanowi zarazem jego formę. Wyobraźmy sobie, że ktoś zapożycza treść tekstu fikcyjnego, dajmy na to Transatlantyku. Kryminał! A tutaj prezes Iwaszkiewicz postanowił rozgrzeszyć Drozdowskiego, który wypił mleko, zaś Kapuścińskiemu zostawił na pociechę pustą szklankę. Albo, co można też tak odczytać, odmówił autorowi Sztywnego wstępu do literatury.

W tym kontekście zastanawia mnie kazus Sublokatorki Hanny Krall, która to książka nazywana jest powieścią. Gdy zaczęłam ją czytać, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że tak naprawdę mam w ręku fragment beletryzowanej autobiografii, a nie tekst fikcyjny z elementami autobiograficznymi, czego się spodziewałam, mając na uwadze sztywną definicję powieści. Czyli Krall udało się w tym tekście tak zagrać formą i warstwą dokumentalną, że wkroczyła na salony literatury fikcyjnej. Stało się to jednak kosztem “prawdziwości” części przytaczanych faktów, a na takie koszty Kapuściński (oficjalnie) nie chce się zgodzić.

Nie sądzę jednak, by zapewnienia Kapuścińskiego o niefikcyjności należało przyjmować bezkrytycznie. Trudno uwierzyć w to, by rzeczywiście zawsze miał ze sobą Dzieje Herodota i otwierał je dokładnie w takich okolicznościach, jakie opisał w książce. Nigdy się też nie dowiemy, czy poszczególni narratorzy Cesarza byli rzeczywiście tacy, jakimi ich przedstawił pisarz, czy tak się wysławiali, a nawet czy faktycznie wszyscy istnieli. Ale to nie jest istotne. Najistotniejsze, że te teksty pozwalają nam poznać i zrozumieć naturę człowieka i świata, czyli spełniają funkcje stricte literackie.

Niewygodna popularność

Jest jeszcze kwestia vox populi. Wiemy, że książki Kapuścińskiego cieszą się fenomenalną popularnością. W 2006 roku ukazał się nawet zeszyt “Toposu” pod takim właśnie tytułem: Ryszard Kapuściński – fenomen popularności. Wielbiciele, których ma w każdym wieku, stanie cywilnym, wykształconych i uczniów liceum, czytają wszystko, co napisze, z równym entuzjazmem. Przypomina mi się taki obrazek: na ulicy Floriańskiej w Krakowie, w bramie kamienicy młody chłopak sprzedaje kolczyki, być może własnego wyrobu. W głębi na taborecie leży książka. Z zawodowej ciekawości, co też on może czytać, zerkam na okładkę. I co? Oczywiście, Kapuściński – Ten Inny. Czyli nie ekscytujące opisy Afryki, ale wykłady filozoficzne. Leszek Kołakowski we wspomnianym numerze “Toposu” stwierdza: “Jest pisarzem znakomitym i nie czytałem doprawdy ani jednego jego tekstu, który bym uznał za błahy lub banalny, wszystko jest warte czytania, wszystko jest umysłowo pożywne i pouczające”.

Kapuściński sprzedawał się jak świeże bułeczki w czasach recesji, sprzedawał się nawet wtedy, gdy wychodziła nowa pozycja papieża Jana Pawła II i rynek książki żył tym jednym wydarzeniem. Nakłady Kapuścińskiego porównywać można z nakładami bestesllerów literatury popularnej… No właśnie. Wielki Miłosz zostaje w tyle. Ale może tak właśnie powinno być, przecież znamy dobrze ten ciąg skojarzeń: wybitny-trudny-nierozumiany-nie dla mas. A Kapuściński jest czytany (jak na polskie warunki) niemal masowo.

To, co można by odczytywać jako vox Dei, wywołuje zdziwienie, ale także, mam wrażenie, pewną konsternację. No bo jak Kapuścińskiemu udaje się godzić artystyczną qualité z frapowaniem niewyspecjalizowanego czytelnika? Tak, jego teksty mają różne poziomy, wykorzystują różne systemy kodowania, jak często zresztą książki klasy A (na przykład Dostojewski, jak się uważnie przyjrzeć, realizował w swych wybitnych powieściach formę kryminału). W przypadku Kapuścińskiego wyjątkowe jest to, że poziom popularny okazał się aż tak atrakcyjny. Ale skoro nie umniejsza to ich wartości – jeśli polegać na jednomyślnej ocenie recenzentów – trzeba przecież założyć, jakkolwiek brzmi to dziwnie, że faktycznie zdarzył się cud i wszyscy są zadowoleni.

Wszyscy? Nie wiem, czy Kapuściński kiedykolwiek pomyślał o swej popularności jak o kuli u nogi, ale nie można tego wykluczyć. Być może, gdyby był zapoznany, odgrzebano by go i stałby się literaturoznawczym objawieniem. A tak, na razie w ważnym konkursie musi się zadowolić nagrodą publiczności. Oczywiście, jest ona wartością sama w sobie.

Pozostaje pytanie, co będzie z tym Noblem. Najwyraźniej chcielibyśmy nagrody, ale onieśmiela nas myśl, że Kapuściński ją dostanie. Jeśli jednak dostanie, wszyscy odetchną z ulgą. Wreszcie ukażą się kolumny komentarzy w każdej gazecie, tomy interpretacji, będzie co dopisać do list szkolnych lektur absolutnie obowiązkowych. Tego pochopnie się przecież u nas nie robi. Może nawet autor zasłuży sobie na Nike, Nagrodę Literacką Gdynia czy wrocławskiego Angelusa?

A jeśli nie dostanie? Kapuściński kiedyś zażartował sobie gorzko: “Oni czekają aż umrę”. Zważywszy na naszą namiętność do pomników, stwierdzenie to nie wydaje się nieprawdopodobne. Dziś jednak, w przeddzień jego 75. urodzin, życzę Ryszardowi Kapuścińskiemu kolejnych 75 lat bez Nobla, Nike i Angelusa, bez pomników, a z wieloma następnymi książkami. One są jego “monumentum aere perennius”.


* Są to: Z. Bauer, Antymedialny reportaż Ryszarda Kapuścińskiego, Warszawa 2001; B. Nowacka, Magiczne dziennikarstwo. Ryszard Kapuściński w oczach krytyków, Katowice 2004; K. Wolny-Zmorzyński, O twórczości Ryszarda Kapuścińskiego, Rzeszów 1998; tenże, Wobec świata mediów. Ryszarda Kapuścińskiego dylematy dziennikarskie, literackie i polityczno-społeczne, Kraków 2001; tenże, Ryszard Kapuściński w labiryncie współczesności, Kraków 2004.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata