70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kilka uwag o popularyzowaniu nauki

Doznaniem, które zawsze najmocniej stymulowało rozwój nauki i filozofii, jest potrzeba zrozumienia natury rzeczy. Chociaż linia demarkacyjna pomiędzy nauką i filozofią z wielu powodów nie była i nadal nie jest wyraźna, to jednak ogólnie można stwierdzić, że w przypadku nauki „rzeczą” domagającą się zrozumienia jest fizyczny Wszechświat, który poddaje się badaniu szeroko pojmowaną metodą empiryczną; w przypadku filozofii zaś – to wszystko, co takiej metodzie się nie poddaje. Z oczywistych powodów uprawianie zarówno nauki, jak i filozofii wymaga odpowiednich kompetencji, które w obydwu przypadkach mają zupełnie odmienny charakter: znaczny stopień zaawansowania nauk ścisłych sprawia, że naukowe podejście do wielu zagadnień domaga się dogłębnej znajomości danej dziedziny, podczas gdy „filozofowanie” wydaje się nie wymagać specjalnego przygotowania.

To właśnie z tego powodu tylko nieliczni potrafią kompetentnie wyjaśnić oddziaływania pomiędzy kwarkami w jądrze atomowym, natomiast prawie każdy czuje się kompetentny, gdy chodzi o odpowiedź na pytanie o sens życia. Jak wiadomo, istnieje wiele tradycyjnie filozoficznych pytań, na które z powodzeniem udzielają odpowiedzi – lub przynajmniej taką odpowiedź sugerują – nauki ścisłe. Są to np. pytania o naturę czasu, przestrzeni, przyczynowości, determinizmu itd. Stosunkowo łatwo można jednak sformułować mądrze brzmiące pytania, na które nie sposób znaleźć łatwej odpowiedzi ani na terenie filozofii, ani nauk empirycznych. Takim pytaniem jest np. pytanie o „sens Wszechświata”. Jaki jest sens Wszechświata? Konia z rzędem temu, kto potrafi udzielić jasnej i zarazem nietrywialnej odpowiedzi na tego typu pytanie. Oczywiście, pojęcie sensu nie należy do słownika fizyki czy kosmologii, dlatego nauki empiryczne z całą pewnością nie wystarczą do wyjaśnienia pojęcia tak niejasnego i wieloznacznego jak „sens Wszechświata”. Ponieważ jednak ludzi nauki postrzega się dzisiaj jako „specjalistów od Wszechświata”, dlatego pod ich adresem kierowane są coraz częściej pytania nie tylko o techniczne szczegóły mechanizmu świata, ale właśnie o „sens” tego wszystkiego, co istnieje.

Krakowskie wydawnictwo WAM opublikowało niedawno kilka książek w serii zatytułowanej „Nauka i Wiara”. Jak można przeczytać na okładce, jest to seria poświęcona „dziejom nauki i roli Kościoła w jej rozwoju”. Ponieważ interesuje mnie tak pierwsze, jak i drugie, dlatego sięgnąłem po wydaną w tej serii książkę Roberta Clarke’a pt. Nowe tajemnice Wszechświata. Ambitne zadanie, jakie stawia sobie autor książki, polega na przekonaniu czytelnika, że Wszechświat jest pełen nierozwiązanych zagadek i „tajemnic” (które nie bez powodu znalazły się w tytule książki), a nauki ścisłe, takie jak fizyka, kosmologia, chemia, genetyka itp., pomimo znacznego zaawansowania, generują tak wiele nowych pytań i nierozwiązanych problemów, że postęp, jaki dokonuje się w nauce, właściwie nie ma żadnego większego znaczenia. Nauka bowiem nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie, które nurtuje większość zwykłych śmiertelników (czyli nie-naukowców), to znaczy na pytanie o „sens Wszechświata”.

Zakres poruszanych przez autora zagadnień jest bardzo szeroki, ale w całej książce można wyróżnić dwie części: pierwsza z nich dotyczy przyrody nieożywionej (fizyka kwantowa, teoria chaosu, ewolucja Wszechświata), druga – przyrody ożywionej (ewolucja życia i inteligencji). Żeby przekonać czytelnika do swojej tezy, autor stosuje osobliwą metodę: przywołuje każdą z wymienionych dyscyplin naukowych i wskazuje na problemy, których te dyscypliny obecnie nie potrafią rozwiązać. W każdym rozdziale jak refren powracają w związku z tym słowa: „nie wiemy tego i wiedzieć nie będziemy”, „na zawsze pozostanie to tajemnicą” itp. Nagromadzone pytania, na które „nie znamy odpowiedzi”, sprawiają wrażenie, że podstawą charakterystyką nauki jest przede wszystkim to, co pozostaje poza jej możliwościami. Zdaniem autora sami naukowcy również nie są bez winy, ponieważ proponowany przez nich opis fizycznej rzeczywistości staje się „na tyle skomplikowany, że wręcz graniczy z bełkotem” (s. 137). Potrafią oni jedynie całe dnie spędzać w laboratoriach i publikować wyniki swoich badań, tymczasem „nie posuwa nas to prawie wcale do przodu w zrozumieniu wielkich tajemnic Wszechświata, o których zresztą w żadnym z takich komunikatów nie ma najmniejszej nawet wzmianki” (s. 12). Czarę goryczy przelewa jednak nie co innego, ale właśnie „sens Wszechświata”, którego naukowcy nie potrafią odkryć (a powinni, bo przecież badają Wszechświat!). W ostatnim rozdziale, zatytułowanym wymownie Kto wyjaśni nam świat?, autor zamieszcza dramatyczny apel o nową, „prawdziwą filozofię przyrody”, która będzie w stanie „dać jasne wyjaśnienie tego, czym jest świat, życie i człowiek [oraz] wskazać, jaki mają one sens (s. 136)”.

Pozostawiając na boku metodologiczne pomieszanie nauki i filozofii, do jakiego doprowadziło Roberta Clarke’a poszukiwanie „sensu Wszechświata”, warto zatrzymać się nad jakością przeprowadzanych przez niego analiz. W zasadzie każdy autor książki popularnonaukowej ma prawo do tego, żeby przy okazji prezentowania odkryć naukowych wyrażać swoją tęsknotę za odnalezieniem we współczesnej nauce „sensu Wszechświata” (niezależnie od tego, co tego typu pojęcie miałoby oznaczać). Jednakże naruszenie odpowiednich proporcji pomiędzy obiektywną oceną faktycznego stanu zaawansowania w naukach ścisłych oraz subiektywnym przekonaniem o tym, do czego nauka „powinna” prowadzić, skutkuje tym, że nauka jako taka zostaje przedstawiona w krzywym zwierciadle. Niestety, tego typu „metoda” publikowania tekstów popularnonaukowych bardzo często połączona jest bądź z niefrasobliwością autora, który prezentuje wyniki nauk ścisłych w sposób luźny i „poetycki”, bądź też z brakiem odpowiednich kompetencji; tak czy inaczej prowadzi to do licznych błędów i nieścisłości, które od razu rzucają cień podejrzenia na formułowane przez autora wnioski.

Książka Clarke’a również nie jest wolna od takich błędów. W trakcie lektury dowiadujemy się na przykład, że „formułowane przez nas prawa [przyrody] (…) pozostają teoriami i hipotezami, które w bardzo łatwy sposób można w każdej chwili podważyć” (s. 10), a najlepszym na to dowodem jest fakt, iż teorii względności Einsteina „przeczą osiągnięcia fizyki kwantowej” (s. 10). Jesteśmy informowani, że węgiel powstał „w wyniku zdumiewających zbiegów okoliczności na początku istnienia Wszechświata” (s. 31); że we Wszechświecie przestrzeń „była od początku nieskończona” (s. 39); że w pierwszych sekundach po Wielkim Wybuchu „materia były bardzo ściśle związana z antymaterią” (s. 51), a czynnikiem wprowadzającym ład i porządek w złożoność Wszechświata było „działanie wielkich liczb” (s. 53). Wspominając o czterech podstawowych oddziaływaniach w przyrodzie, autor stwierdza, że „ich natura jest dla nas całkowicie tajemnicza” (s. 56), a pisząc o cząstkach elementarnych, sugeruje, iż „fizycy nie mają pojęcia, z jakiego powodu te cząsteczki istnieją, dlaczego są tak liczne, z jakiej przyczyny posiadają cechy, jakie im przypisujemy, ani dlaczego wchodzą we wzajemne interakcje i to z siłami, jakie obserwujemy” (s. 62). Zasada antropiczna, zdaniem autora, prowadzi do wniosku, że „życie powinno mieć nieśmiertelny charakter” (s. 67). W rozdziale poświęconym czasowi dowiadujemy się, że „wewnątrz czarnych dziur (…) czas nie istnieje” (s. 71); że u wszystkich zwierząt i roślin istnieją „systemy, których zadaniem jest odliczanie upływającego czasu” (s. 71); u organizmów zwierzęcych systemy te są umieszczone albo „w mózgach”, albo „za kolanem” (sic!, s. 72). Bardzo pouczające jest uzasadnienie jakie autor przytacza, by wykazać, że nie jest słuszna talmudyczna koncepcja, zgodnie z którą dzieło stworzenia zostało poprzedzone dwudziestoma sześcioma próbami, które się nie powiodły: „astronomowie wątpią w taką hipotezę, jakoby świat nie był wynikiem pierwszej próby, nie mogą bowiem nigdzie znaleźć odpadów z poprzednich usiłowań” (s. 54).

Przytaczanie kolejnych błędów i nieścisłości mija się z celem, chociaż książka (zwłaszcza pierwsza jej część) aż się od nich roi; również polemika z przytoczonymi sformułowaniami nie wydaje się sensowna. Co zaś się tyczy „tajemniczych własności” Wszechświata i osobliwie życia, o którym autor pisze w drugiej części książki, to warto zauważyć, że znaczna ich część straciłaby swoją tajemniczość, gdyby życie zostało zdefiniowane i rozpatrywane w kategoriach holistycznych. Podobnie ewolucja życia i całego Wszechświata stałaby się mniej tajemnicza, gdyby została umieszczona w kontekście samoorganizacji układów nieliniowych w stanach dalekich od równowagi. Nieliniowość i holizm nie pojawiają się jednak w Nowych tajemnicach Wszechświata. Pojawiają się za to na wielu miejscach niejasne i wieloznaczne stwierdzenia, które być może oddają intuicje autora, ale które z całą pewnością nie oddają faktycznego stanu badań w naukach ścisłych. Co np. oznacza zdanie: „istnieje w tym przypadku bez wątpienia pewna harmonia, pewien ukryty ład, którego głęboka natura całkowicie się nam wymyka, lecz które są całkowicie rzeczywiste” (s. 58); lub podobne stwierdzenie, że „radioaktywne jądro posiada swoją rzeczywistość” (s. 42)? Jeśli ludziom nauki zarzuca się bełkot w wyjaśnianiu struktury fizycznego świata, to należy najpierw zadbać o swój własny język i o to, by nie używać terminów niejednoznacznych (co oznacza „rzeczywiste”?) oraz by terminy filozoficzne („rzeczywistość”) nie pojawiały się w zdaniach zaczerpniętych z żargonu fizyków. Być może jest to problem odpowiedniego przekładu tekstu, ale nie tłumaczy to w niczym błędów, na które czytelnik napotyka podczas lektury.

Nie jest żadną tajemnicą, że na rynku księgarskim pojawia się wiele przeciętnych książek popularnonaukowych. Z całą pewnością nie warto nad każdą z nich rozdzierać szat i dopatrywać się uchybień w ich detalach. Może raczej należałoby się cieszyć, że w ogóle w taki czy inny sposób popularyzuje się nauki ścisłe szerszemu gronu czytelników? Jeśli warto czasami upomnieć się o lepszą jakość tego typu książek, to na pewno wtedy gdy wydawane są w serii „Wiara i Nauka”. Mniejsza z tym, że zagadnienie wiary nie pojawia się prawie wcale na kartach książki Clarke’a (jeśli nie liczyć kilku wzmianek o hipotezie Boga w wyjaśnianiu powstania Wszechświata czy ewolucji życia). Szkoda, że nauka przedstawiona jest w tego typu książce w sposób, delikatnie mówiąc, niefachowy i mało obiektywny. Jeśli opinia ludzi poszukujących dialogu pomiędzy nauką i wiarą będzie kształtowana przez publikacje takie jak omawiana książka, to relacjom pomiędzy tymi dziedzinami nie należy wróżyć świetlanej przyszłości. Zamiast rzeczywistych płaszczyzn porozumienia nauki i wiary oraz faktycznych problemów, które poszukującego człowieka otwierać będą na Tajemnicę domagającą się wyjścia poza strukturę fizycznego Wszechświata, czytelnikom takich książek pozostanie jedynie mgliste przeświadczenie o tym, że współczesna nauka nie potrafi ukazać człowiekowi rzeczy najważniejszej, to znaczy „sensu Wszechświata”. I pozostanie jeszcze jedna rzecz: bardzo ładna okładka książki, na której widnieje kunsztownie wykonany fotomontaż radioteleskopu na tle nocnego nieba z księżycem w pełni. Ładna okładka to jednak za mało, by zaspokoić ciekawość czytelnika, zainteresowanego wzajemnymi relacjami nauki i wiary.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata