70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Uczta ziemska, uczta niebiańska”

Florencja ma wymiar inicjacji – spotkanie z nią jest lekcją piękna w czystej postaci, oślepiającą równie mocno co ciepłe, rozmyte światło, dające efekt malarskiego sfumato w naturze, odbijające się w Arno.

Z połówką pomarańczy Brunelleschiego, najeżony wieżami Bargello, dzwonnicą Giotta, dostojeństwem gotyckich i renesansowych pałaców, z białą czapką San Miniato al Monte miejski krajobraz zapada głęboko w pamięć, czy patrzy się nań z wysokości Fiesole czy sponad alabastrowych nagrobków cmentarza powyżej San Miniato, czy może ze szczytu kopuły mistrza florenckiego renesansu. Kto doświadczył spotkania z Florencją, ma swoje miejsce tajemne, od którego wszystko się zaczęło. Dla Ewy Bieńkowskiej tym inicjacyjnym zetknięciem była kontemplacja majestatycznego fresku Taddea Gaddiego w klasztorze Santa Croce, zatytułowanego Drzewo życia, wraz z pierwszym florenckim przedstawieniem Ostatniej Wieczerzy, której malarskim realizacjom poświęci autorka drugą z historii florenckich (ja zaś nigdy nie zapomnę pierwszego zachwytu nad ogromnym Ukrzyżowaniem Perugina w kapitularzu byłego klasztoru Santa Maria Maddalena dei Pazzi, poprzedzonego zejściem do piekielnych czeluści podziemnych korytarzy).

Lektura Historii florenckich Ewy Bieńkowskiej skłania do osobistych refleksji i wspomnień, bo niezwykle osobista i równie namiętna co samo miasto jest to książka.

Ci, którzy znają ojczyznę Wawrzyńca Wspaniałego, z zaskoczeniem odkryją miejsca nowe, nieoczywiste na turystycznej mapie florenckich cudów, a także odmienny, świeży punkt widzenia na dzieła sztuki, poddane wnikliwej obserwacji. Dla tych zaś, którzy jeszcze Florencji nie doświadczyli, stanowi znakomite wprowadzenie i przygotowanie do wizyty, zachęcając do równie indywidualnego spotkania ze stolicą Toskanii i z jej wyrafinowanym pięknem. „Zaczarowane słowo »bellezza!« – z wykrzyknikiem, owszem, nadużywanym we Włoszech – bierze się równocześnie z urzeczenia i poczucia zwyczajności. Piękno chodzi po ziemi, istnieje w postaci kobiety, architektury, malowidła; wydaje się, że mieszkańcy rzadziej stosują je do określania natury” – pisze Bieńkowska (s. 13). Dlatego właśnie prowadzi nas ona cierpliwie ulicami miasta, z pietyzmem zwracając uwagę na każdy wart odnotowania szczegół i wtajemniczając w sekrety Ruskina, o jakiej porze światło najpełniej wydobywa piękno z dzieł. To wraz z nią przeglądamy się w twarzach florentczyków dzisiejszych i tych z przeszłości, uwiecznionych na płótnach i plastycznie opisanych słowem, budującym pomost między wrażliwą empatią piszącej a doświadczeniem czytelników. Najpełniej wrażliwość ta objawia się w subtelnym nasyceniu kolorów w kontemplacji Ostatniej Wieczerzy Perugina z Fuligno czy w wyrafinowanej analizie ludzkich postaw i emocji apostołów w obliczu zapowiedzi zdrady w przesyconym aurą nieodwracalnego pęknięcia fresku Andrei del Castagno w refektarzu Sant’Apollonia.

Florencja Bieńkowskiej to głównie ta doby quattro- i cinquecento, bowiem „Florencja, ta, która sprawia nam dzisiaj radość, budowana była głównie między XIV a XVI wiekiem” (s. 51). To Florencja Medyceuszy, zwłaszcza Wawrzyńca Wspaniałego, to miasto platońskiego kręgu filozofów, z Ficinem na czele, to kolebka malarskiego kunsztu z plejadą malarzy, wśród których prym wiodą Giotto, Masaccio, Ghirlandaio, Castagno; to wreszcie teatr politycznych zmagań, ojczyzna Guicciardiniego, Machiavellego i świadek działalności Savonaroli; Florencja badaczy, Burckardta, Berensona, Florencja podróżników, Shelleya, Ruskina, Jamesa, Forstera, na koniec Florencja walczących o jej ocalenie Procacciego i Baldiniego.

Ocalenie – dla Historii florenckich Ewy Bieńkowskiej to słowo klucz, w którego duchu czytamy pozostałe opowieści, książkę otwiera bowiem szkic o tragicznej powodzi, jaka nawiedziła Florencję w nocy z 3 na 4 listopada 1966 r. i przeszła do historii jako prawdziwy koniec świata (finimondo), niosąc śmierć i spustoszenie w dorobku artystycznym miasta. Woda pochłonęła rękopisy florenckiej Biblioteki Narodowej, zbezcześciła słynną Bramę Raju Lorenza Ghibertiego w Baptysterium św. Jana, unosząc na zawsze z nurtem dwie z rzeźbiarskich płyt. Symbolem zniszczenia i relikwią ocalenia zarazem stał się słynny Krucyfiks Cimabuego, o ranach „tak ludzkich, że kobiety płaczą” (s. 31): znaleziony przez zakonników w trakcie powodzi, „tkwił w wodzie i na oczach mnichów odpadały od niego płaty farby. Jeden z braci w rozpaczliwym odruchu zaczął je zbierać do wiadra. Kruszyło się Święte Oblicze, odpadały strzępy Ciała aż do płótna na biodrach, trzy czwarte malowidła przepadało” (s. 19–20). Historia o powodzi jest jednocześnie historią o ocaleniu, o umiłowaniu piękna, o ludzkiej solidarności, o młodych wolontariuszach, zwanych „aniołami od błota”, angeli del fango. Stanowi także zobowiązanie. Dzisiaj, odwiedzając toskańską stolicę, tłumy turystów, pochłonięte szczęśliwą teraźniejszością, rzadko zwracają uwagę na żłobienia w murze, znaczące na ścianach poziom rzeki w trakcie powodzi z 1966 r., częstokroć przewyższający ich głowy. A jednak, jak pisze Ewa Bieńkowska, „Florencja nie jest nam dana przez historię, raz na zawsze. Jesteśmy wezwani do utrzymania jej w istnieniu” (s. 201).

 

Florencja, luty 2016 r.

 _

Ewa Bieńkowska

Historie florenckie

Zeszyty Literackie, Warszawa 2015, s. 200

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter