70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To nie jest kontynent dla chadeków?

Partie chadeckie, nawet jeśli wygrywają dziś wybory i formują koalicje, borykają się z kłopotami w definiowaniu własnej tożsamości. Ale wybierając odważnie, chrześcijańska demokracja ma wciąż szansę kształtować współczesną Europę.

Bez chrześcijańskiej demokracji za sterami powojennych rządów Francji, Niemiec czy Włoch nie byłoby zjednoczonej Europy. Gdyby nie chadeccy mężowie stanu, tacy jak Alcide De Gasperi, Robert Schuman czy Konrad Adenauer, na kontynencie podnoszącym się mozolnie z wojennego gruzowiska być może zbudowano by zupełnie inny ład polityczny, nieoparty na zapisanych w traktatach rzymskich zasadach „harmonijnego rozwoju działalności gospodarczej, stałego i zrównoważonego wzrostu, zwiększonej stabilności, przyspieszonego podwyższania poziomu życia oraz ściślejszych związków między Państwami Członkowskimi

Nawet jeśli zjednoczona Europa, która powstała na skutek ich wysiłków, była ostatecznie tworem na miarę ograniczonych powojennych możliwości, to wizja zaproponowana przez liderów chrześcijańskiej demokracji, w której celem jest nie tylko coraz swobodniejsza współpraca gospodarcza, ale i podnoszenie poziomu życia obywateli, pozostaje również dziś ideałem wszystkich sił proeuropejskich.

To chadecy wyznaczyli horyzont marzeń o Europie, w której naczelną zasadą byłaby wierność wspólnym wartościom, a nie interes narodowy czy klasowy.

W budowanej na cmentarzysku pozostawionym po konfrontacji dwóch totalitaryzmów Europie nie istniała inna siła polityczna, która mogłaby odegrać tę rolę. Komunistów łatwo było oskarżyć o sprzyjanie interesom Związku Radzieckiego – i często, jak w przypadku Francuskiej Partii Komunistycznej, były to oskarżenia niebezpodstawne. Nacjonaliści postrzegani byli jako spadkobiercy nazizmu, również niebezpodstawnie, o czym przekonuje przypadek Wolnościowej Partii Austrii, dziś koalicjanta w rządzie chadeckich ludowców. Została ona w końcu założona w 1955 r. na bazie Związku Niezależnych, uformowanego przez pozbawionych po wojnie prawa wyborczego nazistów. Chadecja wydawała się więc jedyną siłą polityczną, którą zarówno od komunizmu, jak i nacjonalizmu dzielił wystarczający dystans ideologiczny, by mogła wytyczyć kierunek dla powojennej Europy.

Demokratyczną legitymizację chadecji ugruntowywały dodatkowo biografie jej liderów, więzionych przez autorytarne i totalitarne reżimy. De Gasperi został aresztowany w 1927 r. i skazany na cztery lata więzienia. Wypuszczono go po półtora roku, schorowanego, na skutek interwencji Watykanu, gdzie przyszły premier Włoch przepracował jako bibliotekarz następnych 14 lat, aż do upadku Mussoliniego. Rząd Vichy umieścił Schumana w areszcie domowym, z którego ten zdołał zbiec razem z rodziną i przyłączyć się do ruchu oporu. Adenauer w okresie III Rzeszy regularnie się ukrywał, po nieudanym zamachu na Hitlera trafił jako jeden z wrogów politycznych do obozu koncentracyjnego w Kolonii, a następnie był więziony przez Gestapo.

Poza kartą oporu, nawet jeśli tylko biernego, jak w przypadku Adenauera, liderzy powojennej europejskiej chadecji mieli za sobą jeszcze inne ważne doświadczenie. Wielu z nich wywodziło się z terytoriów pogranicznych, wyszarpywanych sobie przez państwa narodowe i traktowanych jako casus belli lub ziemie politycznie niepewne, które trzeba utrzymać siłą i propagandą. De Gasperi pochodził z Górnej Adygi (Tyrolu Południowego), regionu przyznanego Włochom po I wojnie światowej, przymusowo italianizowanego w czasach Mussoliniego i do dziś uznawanego przez część skrajnej prawicy austriackiej za land, który trzeba przywrócić macierzy. Rodzina Schumana wywodziła się z Lotaryngii, włączonej do Niemiec po wygranej wojnie w 1871 r. i przywróconej Francji po I wojnie światowej. De Gasperi i Schuman odebrali wykształcenie w stolicach imperialnych rywali swoich krajów: pierwszy w Wiedniu, drugi w Berlinie. Doświadczenie pogranicza, zmieszanej tożsamości, rywalizacji i współistnienia języków i kultur z pewnością wywarło na nich piętno i miało wpływ na ich wizje zjednoczonej Europy.

Niechętni demokraci

W kryzysie odpowiadająca czasom powojennym pozycja ideowa (uwiarygodniona dodatkowo przez biografie liderów) sprawiła, że chadecja stała się w Europie siłą budującą zręby demokratycznego państwa prawa. Był to zwrot dość paradoksalny, zważywszy na fakt, że u swoich początków formacja ta zachowywała wobec demokracji postawę raczej sceptyczną, uznając ją w najlepszym razie za zło konieczne. Jan-Werner Müller, znawca tradycji chadeckiej, pisze: „(…) pod koniec wieku XIX i na początku XX Watykan dostrzegł korzyści, jakie niósł udział w demokratycznej grze i wspieranie partii służących interesom Kościoła. Początkowo partie chadeckie robiły to w złej wierze – działały jako grupy interesów w ramach systemu, którego legitymizację Kościół odrzucał. Określając się mianem »demokratycznych«, nie tyle sygnalizowały swoją akceptację dla demokracji przedstawicielskiej, ile ich celem była raczej praca ze zwykłymi ludźmi. Po dziś dzień tę postawę sygnalizują słowa »ludowy« i »lud« w nazwach wielu partii chrześcijańsko-demokratycznych”. Z czasem jednak „zła wiara” zamieniła się w wiarę autentyczną, chadecja zaakceptowała demokrację, a z jej nastawienia na pracę u podstaw, wśród „zwykłych ludzi”, pozostał postulat oparcia demokratycznych państw na fundamencie moralności chrześcijańskiej. Chadecja zmieniła się, tak jak zmienił się sam Kościół. Hierarchię i niepodważalny autorytet zastąpiły personalizm i wspieranie aspiracji jednostek zakorzenionych w społecznościach poprzez wiarę.

Dlaczego zatem, mimo wyjątkowo sprzyjającego pejzażu politycznego, który wywindował ją na główną siłę zjednoczonej Europy, oraz gruntownej pracy ideowej, jaką wykonała sama nad sobą, by zaakceptować demokratyczne normy, chadecja jest dzisiaj w głębokim kryzysie? Gdziekolwiek by  spojrzeć, partie chadeckie, nawet jeżeli wygrywają wybory i formują koalicje z mniejszymi (Austria) lub większymi (Niemcy) trudnościami, borykają się z kłopotami w definiowaniu własnej tożsamości i obronie swojej pozycji politycznej. Austriacka Partia Ludowa musiała poddać się całkowitemu liftingowi i postawić na czele arcypopularnego Sebastiana Kurza, który wsławił się przede wszystkim zamknięciem tzw. szlaku bałkańskiego dla uchodźców, aby zatrzymać spadek popularności i wygrać wybory. Niemieccy chadecy pod przywództwem Angeli Merkel w wyborach jesienią 2017 r. zanotowali dotkliwe straty i przez pół roku nie mogli utworzyć rządu koalicyjnego.

Cytowany wyżej artykuł Jana-Wernera Müllera, opublikowany w „Foreign Affairs” w czerwcu 2014 r., nosił tytuł The End of Christian Democracy (Koniec chrześcijańskiej demokracji). Autor wyliczał w nim procesy, które doprowadziły do tego stanu rzeczy. Po pierwsze, wskazywał na sekularyzację. Warto rozwinąć nieco tezę autora i dodać, że nie chodzi wyłącznie o sekularyzację rozumianą jako odchodzenie od wiary i Kościoła, ale również o prywatyzację religii, postępujące traktowanie jej jako sprawy osobistej, która nie powinna być podstawą wyborów politycznych.

Można powiedzieć, że sekularyzacja nie oznacza jedynie rozdziału państwa od Kościoła w sferze publicznej, ale również w sumieniach wyborców. Wobec tych tożsamościowych przemian chadecja traci sporą część swoich wyborców, nawet jeśli nie odchodzą oni od wiary.

Drugim osłabiającym ją czynnikiem jest wzrost popularności nacjonalizmu, szczególnie w jego wydaniu populistycznym. Jak stwierdza Müller, chrześcijańska demokracja w Europie Wschodniej była zawsze bardziej skłonna sięgać po hasła nacjonalistyczne, uważając je za sposób odzyskiwania i odbudowywania tożsamości zniszczonej przez lata komunistycznej dominacji. Zachodnioeuropejscy chadecy mieli za sobą inne doświadczenia – dla nich nacjonalizm był przede wszystkim ideologią podkopującą władzę Kościoła poprzez zerwanie z uniwersalizmem i postawienie tożsamości narodowej ponad wiarą. Dziś jednak nawet zachodnioeuropejska chrześcijańska demokracja zdaje się mieć coraz większy problem z nacjonalizmem, nie potrafi mu się efektywnie przeciwstawić i zaczyna tracić pozycję na rzecz partii populistycznych, odwołujących się do wizji ludu jako jednorodnej wspólnoty narodowej.

U swojego zarania chadecja miała dawać skuteczny odpór nie tylko nacjonalizmowi, ale również socjalizmowi. Pracując z ludem i chcąc go przekonać do swoich haseł, musiała zaproponować wiarygodny program socjalny. Chadecka wizja państwa opiekuńczego, opartego na konserwatywnym modelu rodziny z zarabiającym ojcem, którego zdolność utrzymywania żony i dzieci zabezpieczały instytucje socjalne, miała być również po wojnie narzędziem minimalizowania wpływów lewicy, przede wszystkim komunistycznej. Chrześcijańska demokracja zdaniem Müllera porzuciła jednak ostatecznie te pozycje, kiedy Jean-Claude Juncker i Angela Merkel opowiedzieli się w czasie kryzysu ekonomicznego za polityką zaciskania pasa.

Do tego możemy również dodać przemiany modelu rodziny, które sprawiły, że chadecka wizja państwa opiekuńczego zaczęła się dezaktualizować. Zamiast konserwatywnego wzorca powiązania świadczeń i zabezpieczeń socjalnych z pracą głównego, na ogół męskiego, żywiciela coraz więcej współczesnych rodzin w Europie Zachodniej odnajduje się raczej w modelu z obojgiem pracujących rodziców. Dla wielu rodzin już nie zasiłki ani różnego rodzaju dopłaty, ale raczej dobra infrastruktura opiekuńcza okazywała się atrakcyjnym systemem wsparcia, pozwalającym na lepsze pogodzenie życia rodzinnego i zawodowego.

Uogólniając, można powiedzieć, że ze względu na swoją szczególną pozycję, która umożliwiła jej położenie podwalin pod jednoczącą się Europę, chadecja stała się jednocześnie pierwszą ofiarą kryzysów trapiących wspólnotę europejską w jej dzisiejszym kształcie. Najpierw kryzys ekonomiczny poddał ostatecznej próbie chadecki model społeczny, a nieposiadający wiarygodnej alternatywy chadecy postanowili ów model porzucić, zamiast próbować przemyśleć go na nowo. Tym samym zakwestionowali jedną z fundamentalnych zasad, do których zapisania w traktatach rzymskich sami doprowadzili – zasadę „podwyższania poziomu życia”. Potem kryzys związany z napływem dużej liczby uchodźców sprawił, że część chadeków, która nie potrafiła lub nie chciała zaakceptować „polityki otwartych drzwi” Angeli Merkel, zaczęła licytować się z nacjonalistami na hasła ksenofobiczne, inni zaś skupili się na szukaniu sposobu zamknięcia drzwi, by nie musieć uczestniczyć w tej licytacji.

Żadna z tych strategii nie pozwoliła jednak chrześcijańskiej demokracji odzyskać dawnej dominującej pozycji. Chcąc się po prostu dostosować do przemian w Europie, zamiast zaproponować jej nową wizję, zgodną z jej zasadniczymi wartościami, takimi jak personalizm w życiu społeczno-gospodarczym i antynacjonalizm w rywalizacji politycznej, chadecja desperacko broni swoich przyczółków, ale nie jest w stanie nadać samej sobie i swoim wyborcom nowego kierunku. W ten sposób może jedynie próbować przetrwać, ale nie zatrzyma własnego uwiądu.

Czy europejska chrześcijańska demokracja ma jednak jeszcze jakąś alternatywę? Czy nie jest za późno na jakikolwiek „plan B”, a chadecję czeka tylko mniej lub bardziej powolny upadek pod ciężarem własnej indolencji lub wręcz hipokryzji? Jest już tutaj dobitny precedens – potężna niegdyś włoska chadecja rozpadła się po serii skandali korucyjnych w latach 90., a do dziś jej lewe i prawe skrzydła egzystują w ramach większych ugrupowań lub jako marginalne formacje, które o odzyskaniu władzy mogą jedynie pomarzyć.

Mimo to sądzę, że nie wszystko jest jeszcze dla chrześcijańskich demokratów stracone. Nie jest tak, że ich moment historyczny bezpowrotnie przeminął i muszą pogodzić się z nieuchronną utratą znaczenia. Owszem, okoliczności są niesprzyjające, ale być albo nie być chrześcijańskiej demokracji nadal zależy nie od czynników zewnętrznych, ale od jej własnych wyborów i decyzji. Wybierając odważnie, chrześcijańska demokracja ma wciąż  szanse kształtować współczesną Europę. Kunktatorskie rozstrzygnięcia skażą ją na coraz większą marginalizację.

Wybór 1: Angela Merkel i małżeństwa dla par jednopłciowych

Dobrą ilustracją tego, czym mogłaby być dziś chrześcijańska demokracja, gdyby zdobyła się na odwagę, jest głosowanie nad prawem do małżeństw dla par jednopłciowych w Bundestagu. Frakcja CDU/CSU próbowała nie dopuścić do głosowania, ostatecznie odbyło się ono jednak na ostatnim posiedzeniu parlamentu minionej kadencji w czerwcu 2017 r. Padły 393 głosy za i 226 przeciw, małżeństwa dla par jednopłciowych zostały w Niemczech zalegalizowane. Z punktu widzenia przyszłości chrześcijańskiej demokracji istotne jest jednak, w jaki sposób przebiegła debata oraz jak głosowała i uzasadniała swoje decyzje kanclerz Merkel, bodaj najważniejsza postać współczesnej europejskiej chadecji.

Po pierwsze, zniosła ona dyscyplinę partyjną, uznając, że w tej kwestii rozstrzygać powinno indywidualne sumienie deputowanych. Po drugie, sama głosowała przeciwko nowej ustawie. Po trzecie wreszcie, o głosowaniu powiedziała jedynie, że przyniesie odrobinę pokoju i jedności. „Wprowadzać coś, ale tego nie chcieć, być jednocześnie przeciwko czemuś i za czymś – ten instrument władzy Merkel opanowała do perfekcji”, pisał komentator „Die Zeit” na poły ironicznie, na poły z uznaniem.

Wydaje się, że cała europejska chadecja jest dziś trochę jak Angela Merkel i próbuje rządzić przede wszystkim za pomocą tego właśnie instrumentu. Jego używanie wymaga jednak politycznej wprawy, jaką mało który polityk poza Merkel posiada, a i ona nie może go stosować przy każdej trudniejszej decyzji. To prawda, że pozwalając ostatecznie na głosowanie – i to bez dyscypliny partyjnej – kanclerz sprawiła, że przed wyborami parlamentarnymi pojawiła się jedna sporna kwestia mniej, ale sposób, w jaki się z nią uporano, był czysto defensywny.

Jedyny poseł chadecji, który zarazem głosował za prawem i zdecydował się zabrać głos w debacie parlamentarnej, Jan-Marco Luczak, powiedział: „absurdem byłoby bronić małżeństwa, zabraniając ludziom się pobierać. Jestem za małżeństwami dla wszystkich nie pomimo tego, że jestem chrześcijańskim demokratą, ale właśnie z tego powodu”. Stanowisko Luczaka nie było zapewne odosobnione, ponieważ 75 posłów i posłanek chadeków głosowało za nowym prawem. Tylko on jednak zdobył się na to, aby bronić go publicznie, a jego argumentacja domaga się poważnego namysłu przez chrześcijańską demokrację, dotyka bowiem kwestii fundamentalnej – jak bronić wartości chrześcijańskich w zmieniających się społeczeństwach, które stają się coraz bardziej liberalne i zsekularyzowane (jak wspomniałem wyżej, nie tylko w sensie porzucania religii, ale jej prywatyzacji). Czy powinno się robić to, trwając przy oficjalnym, obowiązującym stanowisku Kościoła w każdej kwestii, czy też zdobyć się tutaj na większą śmiałość i stworzyć własną propozycję? Małżeństwo jest ostatecznie instytucją konserwatywną w tym sensie, że stanowi formę przeciwstawienia się indywidualizmowi i płynności relacji międzyludzkich. Dobrze zresztą wyczuwa to część lewicy, która, jak amerykańska filozofka Wendy Brown, argumentuje, że prawdziwie postępowe siły nie powinny walczyć o małżeństwo dla wszystkich, ale o społeczne uznanie dla bardzo różnych typów relacji.

Nowoczesna chadecja powinna zatem porzucić wierność oficjalnemu stanowisku Kościoła w kwestiach, które umożliwiają zbudowanie poparcia dla tradycyjnych instytucji i wartości wśród nowych wyborców o stylach życia nieprzystających do przestarzałej wizji konserwatyzmu.

Daje to szansę na wyjście z pozycji defensywnej i w sprawach takich jak małżeństwa dla par jednopłciowych nie oznacza zerwania z ideowymi fundamentami chrześcijańskiej demokracji (personalizm i szacunek dla każdego człowieka, wsparcie dla rodziny), ale raczej ich uaktualnienie i rozwinięcie. Podobnie jak zaakceptowała w pewnym momencie demokrację, chadecja jest w stanie zaakceptować równość także w sferze obyczajowej.

Wybór 2: Sebastian Kurz i flirt ze skrajną prawicą

O ile Angela Merkel w sprawie uchodźców była o wiele bardziej zdecydowana niż w przypadku małżeństw dla par jednopłciowych, o tyle dla chrześcijańskich demokratów z Austriackiej Partii Ludowej kryzys ten stanowił poważne wyzwanie. Z jednej strony byli podzieleni w kwestii uchodźców socjaldemokraci, z ówczesnym kanclerzem Wernerem Faymannem, który opowiadał się raczej za różnymi formami ograniczenia napływu zdesperowanych przybyszów, oraz burmistrzem Wiednia Michaelem Häuplem, który tuż przed wyborami sondażowymi stwierdził, że socjaldemokraci muszą być wierni swoim zasadom i przyjąć potrzebujących. Z drugiej – na kryzysie zyskiwała ksenofobiczna prawicowa Austriacka Partia Wolności, której przywódca Heinz-Christian Strache deklarował zrozumienie dla brutalnych metod stosowanych przez rząd Viktora Orbána i podsycał lęk przed uchodźcami przy każdej okazji. Role wydawały się podzielone, dla chadeków nie bardzo było w tym sporze miejsce i ryzykowali postępującą marginalizację.

Uratował ich Sebastian Kurz, młody minister spraw zagranicznych w koalicyjnym rządzie socjaldemokratów z chadekami. Stał się on zdecydowanym orędownikiem zamknięcia tzw. szlaku bałkańskiego, którym uchodźcy dostawali się do Austrii. Kurz jednym tchem mówił o konieczności zatrzymania napływu przybyszów tą drogą, a jednocześnie podkreślał, jak istotna jest walka z przemytnikami ludzi na Morzu Śródziemnym. Kiedy szlak został zamknięty, liczba uchodźców faktycznie bardzo znacząco zmalała, nawet jeśli odbyło się to kosztem przeludnienia i kryzysu humanitarnego w obozach przejściowych w Belgradzie i innych miejscach na Bałkanach. Kurz mógł więc chodzić w glorii polityka, który zaproponował realną, humanitarną alternatywę dla polityki „otwartych drzwi” Angeli Merkel.

Jego popularność wzrosła, co w połączeniu z ogromną wprawą w rozgrywkach wewnątrzpartyjnych i narastającymi problemami w koalicji pozwoliło mu na objęcie przywództwa wśród austriackich chadeków. Notowania partii natychmiast poszły w górę. Centroprawicowi komentatorzy i wyborcy wreszcie nie stali przed dylematem, czy porzucić chadeków na rzecz otwarcie ksenofobicznej Partii Wolności. Kurz poszedł za ciosem i postanowił sięgnąć głębiej na prawo, zlecając i nagłaśniając studium o przedszkolach prowadzonych przez muzułmańskie organizacje kulturalne i religijne, według którego w wielu spośród tych dotowanych przez państwo placówek w ogóle nie uczono dzieci języka niemieckiego i kompletnie nie dbano o integrację. Wkrótce okazało się, że studium jest wątpliwe naukowo, a ministerialni urzędnicy dostali pisemne polecenie zaprezentowania wyników w taki sposób, by podkreślić negatywne aspekty. Mimo wszystko jednak niektórzy entuzjaści Kurza uważali, że ten marsz na prawo i flirtowanie z retoryką nacjonalistyczną i ksenofobiczną są uzasadnione, odbierają bowiem głosy prawdziwej skrajnej prawicy.

Ta kalkulacja okazała się jednak całkowicie chybiona. Przeprowadzone w październiku 2017 r. wybory Partia Ludowa pod przywództwem Kurza wprawdzie wygrała, ale Partia Wolności uzyskała wynik o 6% lepszy niż w poprzednim głosowaniu. Co więcej, na podstawie badań o przepływie elektoratów między partiami wiemy, że głosy, które straciła na rzecz Partii Ludowej, odrobiła z nawiązką, przyciągając wyborców od socjaldemokratów, ale też przekonując do siebie część dawnych zwolenników chadecji. W efekcie z 26% głosów wobec 31,5% zwycięskich chadeków miała bardzo mocną pozycję do rozmów koalicyjnych i uzyskała szereg istotnych ministerstw: obrony, spraw wewnętrznych i zagranicznych. W kierowanych przez polityków Partii Wolności resortach pojawili się przedstawiciele faszyzujących korporacji akademickich, a Kurz zamiast osłabiać skrajną prawicę, został zmuszony do legitymizowania jej poczynań w imię utrzymania koalicji.

O ile więc w przypadku głosowania nad prawem do małżeństw dla par jednopłciowych kanclerz Merkel zdecydowała się „być za, a nawet przeciw”, o tyle kanclerz Kurz, flirtując z nacjonalizmem i formując rząd ze skrajną prawicą, po prostu zdradził jeden z najważniejszych ideowych filarów chrześcijańskiej demokracji, czyli antynacjonalizm. Ten wybór może mieć o wiele poważniejsze konsekwencje. Kunktatorstwo czy zachowawczość mogą kosztować chrześcijańską demokrację utratę znaczenia, a w dłużej perspektywie doprowadzić do jej zniknięcia. Lecz całkowicie zdradzając swoje ideowe korzenie, chadecja ryzykuje coś o wiele groźniejszego – to, że w jej miejsce pojawią się demony, które już raz prawie zniszczyły Europę.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter