70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bill O'Leary/The Washington Post/Getty

O emigracji filozofii kontynentalnej ze Starego Kontynentu

Widmo krąży po niemieckich seminariach filozoficznych: widmo wszechświatowego zwycięstwa filozofii analitycznej i masowego exodusu pobitej tzw. filozofii kontynentalnej ze Starego Kontynentu.

Wywędruje poza jego granice – taką się wyraża obawę. Dokąd? W przeważającej mierze do innych części świata: do Azji Wschodniej, do Australii, do Brazylii albo – właśnie – do Stanów Zjednoczonych, skąd wyprowadzono decydujące uderzenie przeciwko kontynentalnej, europejskiej tradycji filozoficznej.

Kto dziś np. pragnie studiować sztandarową filozofię niemieckojęzyczną, niemiecki idealizm (nawiązującą bezpośrednio do Kanta filozofię spekulatywną), nie znajdzie ku temu zachęty w ofercie dydaktycznej żadnego niemieckiego uniwersytetu, nie mówiąc już o jego planach nauczania. Student będzie się poważnie zastanawiał, czy swojej ciekawości nie zdoła zaspokoić raczej w Sydney, Notre Dame, Georgetown czy Chicago. Zwłaszcza uniwersytety w USA mają długą tradycję w przyjmowaniu filozofów niemieckich, którzy nie czuli się dobrze w duchowo-politycznym klimacie ojczyzny albo wręcz byli w niej prześladowani.

Co prawda, model emigranta, powiedzmy: personel emigracyjny, uległ tymczasem godnym uwagi przemianom. Kiedyś, w coraz bardziej posępnych czasach III Rzeszy, tymi, którzy uchodzili z niemieckiego obszaru językowego, byli przedstawiciele filozofii „racjonalnej”, zorientowanej na analizę języka i logikę, często socjalistycznej – filozofię tę, przez pamięć o jej ojcach założycielach, Fregem, Russellu, Carnapie i Wittgensteinie, nazywa się „filozofią analityczną”. Bez wkładu niemieckiego dzisiejsza filozofia analityczna nie stałaby się tym, czym jest. Przypomniał o tym jakiś czas temu jeden z jej głównych reprezentantów Michael Dummett. Wliczając bez namysłu ten niemiecko-austriacki eksport do obszaru filozofii anglosaskiej, wysyła się filozofów, którzy kiedyś opuścili rodzinne kraje, i ich następców po raz drugi na emigrację.

Owocna wymiana

Pytanie alarmistów brzmi jednak inaczej: czy emigruje także „irracjonalna” reszta, pogardzana jako producentka „nonsensów”, niemiecka filozofia „klasyczna”? Byłoby to osobliwym odwróceniem pierwotnych relacji! Przez exodus analizy językowej filozofia niemiecka skurczyła się w latach 30. gwałtownie do swej „kontynentalnej” resztki. W kraju pozostała usłużna wobec narodowego socjalizmu, a w każdym razie niesprzeciwiająca mu się (głośno) filozofia światopoglądowa (Heidegger jest jej najbardziej jaskrawym przykładem) i ta filozofia uniwersytecka formowała w dalszym ciągu krajobraz po tzw. godzinie zero.

Pomijając kilku repatriowanych emigrantów (jak najwybitniejsze postacie szkoły frankfurckiej, skupione wokół Horkheimera i Adorna), przez dwa dziesięciolecia brakowało nauczycieli filozofii, którzy nie byliby uczniami filozofów nazistowskich (albo którzy, jak obdarzony twardym charakterem Karl Jaspers, dopiero teraz udawali się naprawdę na emigrację). Dopiero pod koniec lat 60., w następstwie rewolty studenckiej, która gruntownie rozprawiła się z tradycją, filozofia analityczna powróciła do Niemiec. Było to przede wszystkim dokonaniem Paula Lorenzena (szefa szkoły z Erlangen), Ernsta Tugendhata i Karla-Ottona Apla – nie wolno ponadto nie doceniać wpływu młodej lingwistyki. Ale także największy znawca idealizmu niemieckiego, Dieter Henrich, szukał dialogu z filozofią anglosaską i dialog taki nawiązywał, tak że ruiny niemieckiego idealizmu emanowały niezwykłą jasnością.

Owocem tej kooperacji są znaczące konkluzje filozofii umysłu, którą w Stanach nazywa się Philosophy of Mind. Rozpoczęła się pewnego rodzaju wymiana. I wciąż jeszcze dzisiaj wymiany takiej się poszukuje, czego dowodzą wielkiej wagi badania. Jednak ustępują one coraz bardziej przewadze swoistej neoscholastyki, która nie pragnie dialogu z tradycją, lecz jej wykorzenienia.

Nowa scholastyka

Tak, w ostatnim czasie powstała na niemieckich seminariach filozoficznych nowa scholastyka, a raczej: nowy wolffianizm.

(Określano tym mianem filozofię, która w XVIII w., podążając tropem Christiana Wollfa, próbowała zbudować z genialnych koncepcji Leibniza spójną, systematyczną „filozofię szkolną” – czyli właśnie scholastykę – i opanowała wszystkie uniwersytety niemieckie). Już wówczas istniała powszechnie uznana terminologia, spierano się o najdrobniejsze szczegóły definicji, dzielono na czworo najcieńsze włoski pojęć, ale nawet w tych sporach zachowywano zasadniczą zgodność poglądów, ponieważ stosowano te same procedury i grosso modo posługiwano się tymi samymi pojęciami.

Z wielu miejsc dochodzi narzekanie, że i dziś podobnie mają się rzeczy na wielu niemieckich seminariach filozoficznych. Ten scholastyczny trend staje się przez uniformizację i uszkolnienie kursów akademickich po Bolonii prawie bezalternatywny.  Miejsce wielkich tematów, prowadzonych z rozmachem badań zajęła w debatach filozoficznych mikrologia analiz argumentacji, uprawiana dla niej samej, która lekkomyślnie zraża właśnie zainteresowanych nią i uważanych za potencjalnie zdolnych do nawiązania z nią kontaktu reprezentantów nauk przyrodniczych, izoluje filozofię i odstrasza większość studentów albo wypędza ich za granicę. Często neurobiolodzy są spragnieni interdyscyplinarnej wymiany z filozofami, ale filozofia, która zarzuciła swą specyficzność, uchyla się od takiego dialogu albo przekształca ją w spekulatywny monolog neurobiologa z samym sobą. „Neurofilozofia” była kiedyś drwiącym określeniem nauki uprawianej przez gabinetowych filozofów, pozujących na naukowców laboratoryjnych, teraz pojawia się jako przynęta w ogłoszeniach konkursowych.

Na dodatek godna pożałowania jest specyficznie niemiecka zaściankowość: w obszarze anglojęzycznym, gdzie filozofia analityczna znalazła dla siebie miejsce i zyskała pozycję dominującą, zachowała ona swą wagę i znaczenie. Jej niemiecka odnoga – po upuście krwi, jaki dokonał się w III Rzeszy – żywi się okruchami spadającymi ze stołu bogatego sąsiada. Z wdzięcznością odnotowuje pochwały wielkich, ale – pomijając znaczące wyjątki – jako samodzielna frakcja jest w Wielkiej Brytanii, Australii czy Stanach ignorowana albo co najwyżej protekcjonalnie wzmiankowana w przypisach.

I słusznie. Alternatywy, wielkiej klasycznej tradycji niemieckiej (i europejskiej) już się właściwie nie uprawia czy raczej: nie rozwija przez aktualizujące ją dociekania. W konsekwencji wśród niemieckich studentów i doktorantów coraz mniej Anglosasów, albowiem tego, czego mogą się nauczyć w Niemczech, nauczą się lepiej w domu. Jeszcze w latach 90. ich liczba oraz liczba innych zainteresowanych tradycją niemiecką była znacząca, a seminaria filozoficzne mogły się chwalić tym zainteresowaniem – także przed swoimi administracjami finansowymi, skąpiącymi im środków. Nic w tym więc dziwnego, że właśnie niemiecki idealizm i poważnie uprawiana fenomenologia znalazły sobie nowe siedziby w (zwłaszcza) anglojęzycznych ośrodkach za granicą.

Potencjał obronny Arystotelesa

Można by jednak zapytać: czemu mają służyć ten płacz i zgrzytanie zębów? Czy nie powinniśmy się cieszyć, że „nonsens” wreszcie (w przeważającej mierze) z Niemiec wygnano? Zwłaszcza że nie wolno nam ukrywać, iż główną winę za przejęcie władzy przez analityczny specjalizm ponosiła niekompetencja zawodowych rzeczników filozofii klasycznej (niemieckiej). I czy zwrot ku temu małodusznemu specjalizmowi nie jest ceną, którą gotowi jesteśmy z radością za to zapłacić?

Opowiedziałbym się za tym z entuzjazmem, gdyby korzyść polegająca na oświeceniu studenckich głów była tak oczywista, jak tego chce propaganda. I cóż to za osobliwy przesąd, że tradycja i postęp wzajemnie się wykluczają. Kursy wielu instytutów filozoficznych rozróżniają „filozofię systematyczną” i „historię filozofii”. Pierwsza oznacza właściwie filozofię publikowaną ostatnio, ale co zostało opublikowane, należy już do historii i staje się podatne na ataki tak samo jak to, co dawne.

Niekiedy potencjał obronny starego Arystotelesa pozostaje wciąż większy niż potencjał obronny muszek jednodniówek, zdolnych sprostać jedynie postulatowi nowości.

A jest właśnie tak: z nowego opracowania dawnych źródeł również wynika postęp w rozumieniu rzeczy – nawet jeśli wypadnie przyznać, że dzieje się tak raczej w filozofii niż w fizyce, ale stwierdzenie to zachowuje ważność także w odniesieniu do psychologii i psychiatrii. W klastrach doskonałości obie czerpią dziś nauki ze źródeł romantycznych czy fenomenologicznych. A bogaty semantyczny potencjał tych klasyków gwarantuje, że wciąż daje się w nich odkrywać nowe. I to nowe, które może sobie rościć pretensje do prawdziwości, nie zaś takie, które z powodu jego „głębi” jako składnik tradycji filozoficznej przypisuje się w Stanach bez namysłu z pogardą poezji i omawia na kierunkach literaturoznawczych albo zajmujących się critical theory. Nowe, które ma w sobie siłę wprowadzania innowacji do koncertu analiz najbardziej aktualnych.

Przeciw aktualizmowi

Któż żywi poważne przekonanie, że Platona należy oddać na przemiał albo ograniczyć jego lekturę do fragmentów cytowanych w nowszych peer-reviewed journals obserwancji analitycznej? Także idealizm niemiecki, a zwłaszcza tradycja fenomenologiczna nie były ani świadectwem niedorozwoju, ani zakochania w mgławicowości, ani wrogości wobec postępu. Wielkie osiągnięcia prozy naukowej oraz wyostrzenie niemczyzny, umożliwiające wyrażanie najsubtelniejszych niuansów pojęciowych, zawdzięczamy tym dwóm ruchom. Proza naukowa późnego XIX i wczesnego XX w. byłaby bez nich nie do pomyślenia. Cantor i Frege, świetlane tego przykłady, opublikowali kilka swoich pionierskich tekstów w „Philosophie und philosophische Kritik”, periodyku późnego idealizmu, założonym i przez długi czas wydawanym przez syna Fichtego, Immanuela Hermanna.

O „pierwotnym rozumieniu”, pojęciu sformułowanym przez jego ojca, Johanna Gottlieba, Henrich wyraził w 1966 r. pogląd, że filozofia zapomniała o nim, „a nawet więcej: nigdy nie przyjęła go do wiadomości”. To samo da się powiedzieć również o hermeneutycznym, fundamentalnym rozumieniu Schleiermachera. Jedno i drugie miało w sobie moc rozpraszania niczym dymu całych mód teoretycznych, mających za sobą jedynie argument aktualności.

Wielu analityków wierzy jednak mocno, że wszystkie dawne błędy tradycji filozoficznej zostały skorygowane przez nową, notabene: analityczną, wiedzę szkolną. A postępy w rozumieniu milcząco uwzględnione. To pewna forma heglizmu, który każdą trwałą myśl znosił i zabierał ze sobą jako kamień milowy na drodze ku „wiedzy absolutnej”.

Czy ma to być dla nas wzorcem? Czy filozofia analityczna nie uczyni słusznie, jeśli w większym stopniu spożytkuje dorobek historii filozofii? Nie z aroganckiej przemądrzałości, jak ją nazywał Adorno, która zamiast sprawdzać prawdziwość myśli, szuka jej protoplastów. Lecz po to, by uniknąć ponownego wynajdywania koła albo przykręcania nam takiego, które toczy się znacznie gorzej niż stare. W końcu historia nie zawsze wyświadcza nam tę przysługę, by biec w kierunku „postępu”. Ważne przełomy myślowe są wypierane przez fałszywe mniemania albo mody teoretyczne. Apokaliptycznemu aktualizmowi tych, którzy jakiś tekst uważają za podejrzany już dlatego, że liczy sobie więcej niż pięć lat, można przeciwstawić powiedzenie Schopenhauera: „Nowe jest rzadko tym, co dobre, ponieważ to, co dobre, nie pozostaje długo nowe”.

 

Tłumaczył Tadeusz Zatorski

Powyższy tekst Manfreda Franka – nieco skrócony i pod tytułem Hegel wohnt hier nicht mehr – został opublikowany we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (24 września 2015 r.).


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter