70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Paco Romero/E+/Getty

Czy rośliny powinny mieć prawa?

Rośliny nie istnieją wyłącznie jako pożywienie zwierząt i ludzi; wręcz przeciwnie, wspaniale się rozwijały na długo przed tym, kiedy na scenie ewolucji pojawiliśmy się my. Oto i fundamentalny argument za rozważeniem możliwości nadania roślinom praw.

Powszechna deklaracja praw człowieka została przyjęta przez zgromadzenie Ogólne ONZ ponad 64 lata temu, 10 grudnia 1948 r. Opracowano ją jako bezpośrednią odpowiedź na okrucieństwa II wojny światowej, które rozwiały złudzenia, w najbardziej drastyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić, co do tego, jak kruche i bezbronne wobec krzywdy są istoty ludzkie. Kodyfikacja praw człowieka w przepisach międzynarodowych miała na celu zapewnienie ochrony prawnej, która skompensowałaby słabości nieodłączne kondycji ludzkiej. Istotnie, im bardziej dana osoba jest podatna na krzywdę, tym bardziej jej prawa powinny być chronione, dlatego, dokładnie 11 lat po głosowaniu z 1948 r., ONZ przyjęło rezolucję nr 1386 – Deklarację Praw Dziecka.

W odpowiedzi na inną, dłużej trwającą wojnę, prowadzoną tym razem przeciw środowisku, nadszedł czas, aby raz jeszcze poruszyć kwestię praw. Czy ludzie to jedyne żywe istoty godne ich posiadania? A co ze zwierzętami? Albo roślinami. Czy też bakteriami, jak szybko oskarżycielsko zauważą krytycy lubujący się w argumentach z równi pochyłej.

Racje za przyznaniem roślinom praw są, paradoksalnie, zarówno proste, jak i skomplikowane. Nie ma wątpliwości, że rośliny to jedne z najbardziej narażonych na krzywdę istot żyjących na naszej planecie: nawet według dość ostrożnych szacunków na każde pięć gatunków roślin przypada jeden znajdujący się obecnie na krawędzi wymarcia.

Biorąc pod uwagę tę katastrofalną w skali światowej sytuację, ochrona ich praw mogłaby posłużyć jako użyteczny mechanizm prawny sprzyjający spowolnieniu procesu utraty różnorodności biologicznej oraz przeciwdziałaniu niszczeniu flory, fundamentu każdego środowiska naturalnego.

Dla większości ludzi sama idea praw roślin brzmi jednak dziwacznie. W wielu zakątkach świata nauki, w takim samym stopniu jak poza murami akademickiej wieży z kości słoniowej, w powszechnym rozumieniu rośliny nie są niczym więcej niż zielonymi maszynami do fotosyntezy – to te quasi-rzeczy biernie osadzone w miejscach, w których rosną. Znajdujemy się za barykadą głęboko zakorzenionych uprzedzeń, uniemożliwiającą nam zaktualizowanie naszego wyobrażenia o roślinach, które byłoby oparte na ich zaskakujących i niedawno odkrytych cechach behawioralnych, zdolnościach adaptacyjnych, plastyczności rozwojowej itd. Głęboki opór psychologiczny podpowiada nam, abyśmy odrzucili piętrzące się dowody naukowe, kwestionujące utarte schematy pojęciowe, w które do tej pory wpisywano rośliny, na rzecz bezwładności przyzwyczajenia i wygody „zdrowego rozsądku”. Potoczne ramy myślenia o roślinach gwarantują zarówno kategoryczne odrzucenie propozycji przyznania im praw, jak i utrwalenie niemożliwego do utrzymania status quo, który pozostawia najbardziej bezbronne stworzenia narażone na praktycznie nieograniczoną przemoc.

Mimo że przez setki milionów lat rośliny wykształciły w toku ewolucji bardzo złożone mechanizmy obronne, które pozwalają im np. odstraszać roślinożerne owady poprzez syntetyzowanie specyficznych substancji chemicznych w reakcji na atak, są bezsilne w obliczu agresji ludzkiej. (Zdarzenie, film M. Nighta Shyamalana z 2008 r., przedstawia czarny scenariusz, w którym drzewa zdołały wyprodukować rozprzestrzeniające się drogą powietrzną toksyny sprawiające, że ci, którzy je wdychali, popełniali samobójstwo. Nie różniąc się zbytnio od naturalnych środków przeciw owadom faktycznie syntetyzowanych przez rośliny, toksyny te stanowiły nowo zdobytą przez drzewa moc odpłacenia ludziom za napaść – moc stania się bronią biochemiczną). Przyznanie praw również florze mogłoby, w planie minimum, ograniczyć nasz negatywny wpływ na życie roślin. Jednakże czysto instrumentalne argumentowanie na rzecz praw roślin jest dalece niewystarczające; oprócz ochrony terenów leśnych i polnych kwiatów jako ograniczonych bezcennych zasobów, a ponadto coraz częściej jako rzadkości, konieczne jest ponowne przemyślenie statusu roślin nie tylko jako przedmiotów podlegających ochronie, lecz także jako podmiotów zasługujących na szacunek.

***

Niewypowiedzianym fundamentem prawno-filozoficznego pojęcia prawa jest podmiotowość – sprawstwo czy też zdolność do aktywnego kształtowania świata – tych, którzy korzystają z gwarantowanej przez nie ochrony. Słynna XX-wieczna teoretyczka polityczna Hannah Arendt zachęca nas, abyśmy uważnie przyjrzeli się temu, co nazywa „prawem do posiadania praw”, jako warunkowi wstępnemu szczegółowego opracowania praw człowieka. Dla Arendt owo podstawowe metaprawo wiąże się z obywatelstwem lub przynależnością do wspólnoty politycznej, odmawianymi bezpaństwowcom. Na jeszcze głębszym poziomie prawo do posiadania praw postuluje wszakże jasny punkt odniesienia, który nadaje znaczenie późniejszym dyskusjom na ten temat. Wymaga ono, aby posiadacze praw byli obywatelami, a zatem ludzkimi podmiotami.

Zaletą Arendtowskiego opracowania tej kwestii jest oddzielenie pojęcia praw od korespondującej z nim idei obowiązków. Nowo narodzonemu niemowlęciu od razu przyznaje się zarówno prawa człowieka, jak i te przysługujące dzieciom, i nikt nie oczekuje, że odpłaci się ono za ten przywilej w czasie, kiedy nieświadomie z niego korzysta. Można by argumentować, że termin rozrachunku ulega jedynie odroczeniu do czasu osiągnięcia przez dziecko pełnoletności, kiedy, jako osoba dorosła, którą potencjalnie się stanie, będzie ono mogło zarówno wziąć na siebie obowiązki, jak i uznawać prawa innych ludzi. Mając to w pamięci, dodajmy, że niekwestionowany fundament praw podstawowych jest ważniejszy niż logika wymieniania ich za obowiązki, teraźniejsze czy przyszłe. Prawo do posiadania praw zyskuje się z racji istnienia, a nie zachowywania się, w dany sposób. Innymi słowy, jest ono ontologiczne, a nie pragmatyczne.

Nie będę w tym miejscu referował historii kampanii, godnej pochwały i wciąż trwającej, prowadzonej przez obrońców praw zwierząt, której celem jest zapewnienie uznania tych niebędących ludźmi istot żywych za podmioty prawne. Warto jedynie podkreślić, iż stawką w tej walce jest wynegocjowanie innego, bardziej inkluzywnego punktu odniesienia dla prawa do posiadania praw, mianowicie zdolności odczuwania zmysłowego oraz zdolności odczuwania bólu. Prawa zwierząt nie implikują oczywiście żadnych odpowiadających im obowiązków: uznając prawo wilka górskiego do życia, nie wymagam tym samym, żeby wilk zachowywał się odpowiedzialnie i liczył się z potrzebami jeleni czy też nawet ludzi, napotkanych na swojej drodze. Nie jest również tak, że przyznając zwierzętom prawa, uczłowieczam je – łatwiej to osiągnąć, kiedy ma się do czynienia z domowym sznaucerem niż z dziko żyjącym wilkiem.

Zamiast tego uznaję unikalność ich podmiotowości, która w porównaniu z ludzką nie jest „słabsza” ani „niewystarczająco rozwinięta” tylko dlatego, że zwierzęta raczej nie snują abstrakcyjnych rozważań. Właściwie, to jeśli – poważnie traktując spostrzeżenia niektórych filozofów immanencji życia, jak Baruch Spinoza czy Friedrich Nietzsche – postulujemy nieprzerwane kontinuum obejmujące zdolność odczuwania zmysłowego i emocje z jednej strony oraz procesy poznawcze z drugiej, to prawa zwierząt wymagają nie tyle radykalnych zmian w filozoficznym przydzielaniu praw, ile jego stosunkowo drobnej korekty. Gdy stawiam pytanie:

„Czy rośliny powinny mieć prawa?”, moim celem jest pokazanie, że aby udzielić na nie odpowiedzi twierdzącej, konieczne okazuje się odpowiednie nastawienie, analogiczne do tego, które przyniosło ideę praw zwierząt.

Teraz, kiedy botanicy, biolodzy komórki i ekolodzy roślin przedstawiają odkrycia naukowe na temat złożoności zachowania się roślin, nadszedł czas, aby renegocjować podstawę praw raz jeszcze. Anthony Trewavas z Instytutu Biologii Komórkowej i Molekularnej Uniwersytetu Edynburskiego stwierdził w pionierskim artykule traktującym o inteligencji roślin, co następuje: „Skoro istnieje ok. 15 czynników środowiskowych o różnych zakresach aktywności i wpływających na to, jak wzajemnie na siebie oddziałują, to liczba kombinacji możliwych środowisk, w których każda jednostka może się znaleźć i na które musi reagować, jest ogromna”.

Wyraźnie widać, że rośliny nie rosną bez planu; przeciwnie, wykazują ogromną plastyczność rozwojową, co przemawia za włączeniem ich do kategorii podmiotowości. Oddziałują na środowisko, w którym rosną, poprzez kontrolę mikrobowej fauny korzeni i przywoływanie za pomocą przenoszonych drogą powietrzną sygnałów biochemicznych drapieżników polujących na zagrażające im owady roślinożerne, albo regulują objętość systemu korzeniowego w reakcji na identyfikację swoich sąsiadów, rozpoznanych jako krewni lub nie. Rośliny oszacowują, jaka trasa prowadząca do nierównomiernie rozmieszczonych zasobów podziemnych będzie optymalna, i wypuszczają jej śladem korzenie; umieszczają potomstwo wegetatywne lub ramety w miejscach najbardziej korzystnych dla ich wzrostu i rozwoju; i wyczuwają różnicę między mechaniczną szkodą wyrządzoną ich liściom a atakiem roślinożercy, przekazując tę informację nieuszkodzonym częściom tej samej rośliny. Dzielą się wiadomościami o niesprzyjających warunkach, takich jak susza, co komunikują za pomocą sygnałów biochemicznych wysyłanych przez korzenie, a także inicjują złożoną, morfologiczną i fizjologiczną, reakcję na te warunki, w której udział bierze mniej więcej 40 genów. Mocne, konkretne pojęcie praw roślin będzie możliwe do wypracowania tylko, jeśli oprze ono prawo do posiadania praw, w jego najnowszej wersji, na podstawie unikalności roślinnej podmiotowości.

***

Podczas gdy na zachodzie naukowe i filozoficzne debaty dotyczące statusu roślin dopiero się rozpoczynają, religie Wschodu przodują w ochronie życia roślin od tysiącleci. W kilku nurtach hinduizmu idea ahimsy (niestosowania przemocy) dotyczy wszystkich istot żywych, zarówno zwierząt, jak i roślin. Dżinizm, w swojej ascetycznej formie, zakazuje spożywania warzyw korzeniowych, ponieważ jego wyznawcy wierzą, że w korzeniach znajdują się dusze roślin. Co ciekawe, „hipoteza korzenia-mózgu” została zaproponowana również przez Charlesa Darwina i jego syna Francisa, a ostatnio reaktywowana przez botaników. Darwin, w typowym dla siebie wizjonerskim trybie, postulował, że wrażliwe na bodźce zakończenia korzeni, wchodzące w skład tzw. wierzchołka korzenia, pełnią funkcję organów podobnych do mózgu, umożliwiających roślinie odnajdywanie właściwej drogi w podziemnym labiryncie środków odżywczych, kamieni, korzeni innych roślin itd. Jak dżiniści postrzegał on zatem rośliny jako odwrócone zwierzęta, z „ustami” i „mózgami” osadzonymi w ziemi, a „częściami płciowymi”, czy też kwiatami, prezentowanymi w powietrzu. Ciągłość życia zwierzęcego i roślinnego staje się w tym nieco uproszczonym i łatwym do skarykaturyzowania opisie oczywista. Korzeniowe mózgi roślin są, podobnie jak mózgi zwierząt, centrami kontroli i komunikacji, które pozwalają roślinom być świadomymi, na ich własny sposób, swojego środowiska. W tym miejscu współczesna nauka, międzykulturowe wierzenia religijne oraz etyka życia roślin mogą się spotkać.

Kształtujące się na Zachodzie dyskursy dotyczące praw roślin stwarzają unikalną okazję do podejmowania rozważań i inicjatyw politycznych, wznoszących się ponad odmienne konteksty kulturowe oraz przeciwnych bezpodstawnej przemocy wobec roślin. W ostatniej instancji mogą się one powołać na podstawy podmiotowości roślin, które są analogiczne do religijnego wyobrażenia o korzeniach-duszach.

***

Raport szwajcarskiej Federalnej Komisji Etycznej ds. Biotechnologii innej niż Ludzka z 2008 r. The Dignity of Living Beings with Regard to Plants. Moral Consideration of Plants for Their Own Sake („Godność istot żywych w odniesieniu do roślin. Przemyślenia moralne na temat roślin z uwagi na nie same”) był kluczowym etapem w formułowaniu praw roślin. W raporcie tym, którego problematykę ujęto w ramy etyczne, zabrakło nawiązania do praw roślin, chociaż utorował on drogę do politycznego rozpatrzenia kwestii ich „godności”. Rzecz jasna, szwajcarska komisja nie obradowała również na temat prawa do posiadania praw ani na temat struktur leżących u podstaw podmiotowości, które zakłada się w szczegółowych omówieniach roślinnego życia. Mimo to raport „Godność istot żywych w odniesieniu do roślin” to niezaprzeczalnie kamień milowy, choćby dlatego że podjął tę debatę na poziomie komisji federalnej w jednym z krajów Europy.

Wśród postanowień członków komisji było jednogłośne zalecenie, by uznawać za moralnie niedopuszczalne wyrządzanie roślinom lekkomyślnej krzywdy; decyzja, podjęta głosami większości, w której wymagano przedstawienia moralnego uzasadnienia, ilekroć rośliny podlegają całkowitej instrumentalizacji; oraz decyzja, znów podjęta głosami większości oraz z powodów moralnych, wyłączająca rośliny z kategorii wyłącznej własności. Inaczej mówiąc, raport odradzał traktowanie roślin jak rzeczy i przygotował grunt pod nadanie im statusu podmiotów moralnych z prawem do posiadania praw.

Jakie są zatem w gruncie rzeczy powody przemawiające za przyznaniem roślinom praw? W klasycznym ujęciu filozoficznym moglibyśmy powiedzieć, że jako podmioty z dość elastycznym programem wzrostu i rozwoju (co więcej, programem bardziej elastycznym niż u ludzi i zwierząt) posiadają one wewnętrzną wartość, dążą do własnego dobra, a tym samym zasługują na szacunek.

Rośliny nie istnieją wyłącznie jako pożywienie zwierząt i ludzi; wręcz przeciwnie, wspaniale się rozwijały na długo przed tym, kiedy na scenie ewolucji pojawiliśmy się my.

Oto i fundamentalny argument za rozważeniem możliwości nadania im praw.

Bardziej pragmatyczne uzasadnienie wiąże się z potrzebą chronienia niektórych z najbardziej narażonych na krzywdę istot żyjących na naszej planecie. Sukces ewolucyjny roślin oraz ich wytrwałość mogą zostać zrównoważone przez człowieka niszczeniem flory w skali niespotykanej u żadnego innego gatunku. Dyskurs dotyczący praw byłby wówczas jednym z wielu narzędzi prawnych mających służyć do tego, by ograniczyć ogromny wpływ, jaki wywieramy na populacje roślin i zwierząt na całym świecie.

Sformułowanie ewentualnej Uniwersalnej deklaracji praw roślin będzie wymagało wiele interdyscyplinarnej pracy z udziałem m.in.: biologów roślin, filozofów, bioetyków i teoretyków prawa. Wszystko, co mogę zrobić tutaj, to zwrócić uwagę na zasady, które powinny stanowić podstawę tych dyskusji.

Prawo do rozwoju byłoby stosownym wyrazem szacunku wobec potencjału roślin do wzrostu i reprodukcji. Ujmując rzecz konkretnie, pociągałoby to za sobą zakaz manipulacji genetycznych, których rezultatem są wysterylizowane nasiona, co odbiera roślinom ich potencjał i szkodzi rolnikom zmuszonym odkupywać nasiona od międzynarodowych korporacji w każdym okresie wegetacyjnym. Prawo do wolności od bezmyślnie wyrządzanej krzywdy i całkowitej instrumentalizacji potwierdziłoby wewnętrzną wartość roślin, a w konsekwencji narzuciło ograniczenia na wykorzystywanie ich w celach zewnętrznych. Oznaczałoby to np. nakładanie surowych restrykcji na prace przy wycince drzew i uczynienie bezmyślnego niszczenia roślinności naruszeniem praw roślin. Te dwie zasady przedstawiłyby aspekty pozytywnej i negatywnej wolności w odniesieniu do życia roślinnego.

Nazbyt powszechne przykłady łamania praw człowieka na całym świecie nie powinny służyć jako argument przeciw rozszerzeniu zakresu praw także na inne istoty żyjące niż ludzie. To tragiczne, że każdego dnia mnóstwo ludzi cierpi z powodu tortur, niewolnictwa lub bezpodstawnych aresztowań, ale ani to cierpienie, ani próby jego złagodzenia nie uzasadniają bezmyślnie brutalnego traktowania innych rodzajów życia. Martin Luther King, w liście z więzienia w Birmingham, napisał te słynne słowa: „Niesprawiedliwość gdziekolwiek jest zagrożeniem dla sprawiedliwości wszędzie”. Wprost czy nie, maksymalistyczny sens zasady doktora Kinga przenika każdą walkę o prawa, w tym tę prowadzoną w imieniu roślin.

_

Tłumaczył Krzysztof Kornas

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata