70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Co to jest miłość?

Miłości nie można się wyuczyć, ale jeśli już dostępuje się łaski miłości, to trzeba nad nią nieustannie pracować, otaczać troską. Przede wszystkim – pielęgnować.

Agnieszka Pietruszka: Panie Profesorze, czym dla Pana jest miłość?

Stanisław Balbus: Wszystkim. Dla mnie jest wszystkim. Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Bez niej wszystko, czym się zajmuję, co mam jeszcze do zrobienia, co mogę jeszcze ofiarować innym, czyli wszystko, co trzyma mnie przy życiu, byłoby jakieś niepełne, jednowymiarowe, oderwane od całości, wymuszone. No, jednym słowem, byłoby nie w pełni moje.

 

Zawsze Pan tak uważał?

Zdziwi się Pani zapewne, ale właściwie dopiero od progu starości. Kiedyś wydawało mi się, że miłość, erotyczna miłość, jest przywilejem młodości; a potem można już tylko pielęgnować piękne wspomnienia po niej, choćby i ciągle we dwoje. Często chyba się tak uważa. Takie też mniemanie podtrzymuje w ludziach od wieków literatura. Można sobie wyobrazić Tristana i Izoldę na starość? Nie bardzo, prawda?

 

Dlaczego miłość zwykle kojarzy się z młodością?

Pewnie dlatego że, zwłaszcza w młodości, zbyt często i zbyt łatwo utożsamiamy miłość z zakochaniem, a więc szczytowym natężeniem emocji, ekstazą miłosną, namiętnością, oczarowaniem. Lecz taki stan emocjonalnego napięcia nie może trwać wiecznie. Dlatego drugą twarzą, czy kolejnym etapem, namiętnej miłości tak często bywa cierpienie. Nie teoretyzuję. Mówię o własnych doświadczeniach z czasu młodości. Skądinąd dotąd dla mnie pięknych, chociaż wtedy bolesnych, a teraz już zatartych. Tego, że miłość jest wszystkim, że jest kwintesencją naszego bycia w świecie, przeważnie „na bieżąco” się nie dostrzega. Nie ma kiedy. Gdy człowiek jest zakochany, wówczas takie „wszystko”, czyli cała reszta świata, wydaje mu się nieważne. Zakochani najchętniej odgradzają się od świata, uważają się za samowystarczalnych. Świadczy o tym przecież i język wyznań miłosnych: „Świata za tobą nie widzę”, „Świat się dla nas nie liczy”, „Oddałbym cały świat za jeden twój pocałunek” itd. Z drugiej strony – dla kogoś, kto w ogóle nikogo nie kocha (przypadek rzadki, ale się zdarza), lub kochał i przestał kochać, miłość wydaje się tylko jakimś nadzwyczajnym, a często i uciążliwym, zbyt kosztownym, zbyt wiele wymagającym dodatkiem do normalnego życia. Z perspektywy moich siedemdziesięciu paru lat, na podstawie obserwacji bliźnich i osobistych przeżyć – wiem teraz na pewno, że miłość nie zna wieku i że w „chłodnej starości” może być równie gorąca, intensywna i ważna.

Moja ostatnia miłość była i jest najważniejsza. Najważniejsza ze wszystkich miłości poprzednich i najważniejsza ze wszystkiego, cokolwiek mnie w długim moim życiu spotkało.

Wydobywa i skupia w swym wieczornym świetle sens ze wszystkiego, co robiłem i co zrobiłem, kim się stawałem, kim jestem. Nieważne, czy moje życie potrwa jeszcze parę lat czy tylko parę miesięcy. Mówię o mojej miłości do Zosi – Zofii Iwańskiej, primo voto Nowak – Zosi, która zdarzyła się w moim życiu jakiś czas temu i pozostaje trwale w samym jego środku. Jest moim życiem. Ogarnia teraz jego całość. Decyduje o hierarchii ważności życiowych spraw, problemów, zdarzeń, osób, miejsc, chwil… Przenika i wypełnia cały mój świat, w najmniejszym stopniu go nie przysłaniając, nie odsuwając na plan drugi. Przeciwnie – rozświetla go i dopełnia. Ożywia.

 

Jak wyglądał moment, kiedy postanowiliście być razem?

Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ale było to jednak olśnienie. Jakbym nagle zobaczył Zosię po raz pierwszy. Mój związek z nią zaczął się, gdy oboje nieledwie dobiegaliśmy sześćdziesiątki, znaliśmy się od wielu lat. Zosia była wdową po wybitnym pisarzu Tadeuszu Nowaku. Było mi tego roku bardzo źle. Wszystko się jakoś porozjeżdżało, i w prywatnym życiu, i trochę nawet w zawodowym. Zrobiło się nijak. Bez sensu. Pusto. I pewnej takiej pustej bezsennej nocy – nagła myśl: „Jest przecież niemal na wyciągnięcie ręki ktoś świetlisty, niezawodny – Zosia!”.

Zadzwoniłem zupełnie odruchowo, bez zastanowienia (było już po północy). To jakiś cud, że ją w ogóle zastałem (były wakacje). Mówię bez żadnych wstępów: „Zosiu, czy mógłbym przyjechać do ciebie?”. Żadnych jej pytań. Tylko to jedno: „A kiedy chciałbyś przyjechać? No to przyjedź tak szybko, jak możesz”. Przyjechałem do Warszawy następnego dnia. I odtąd już byliśmy razem.

Zapamiętałem to na zawsze: wczesny wieczór. Siedziałem tu, gdzie teraz Pani; Zosia naprzeciwko, tu, gdzie teraz ja. Znakomita, jak zwykle u niej, kolacja. Jakieś czerwone wino. Dużo papierosów. Zawsze oboje dużo paliliśmy. Długa serdeczna rozmowa, ale o czym – tego nie pamiętam zupełnie. Jakoś tak bez żadnych wstępów powiedziałem: „Wiesz co, Zosieńko? Ja już stąd nigdzie nie chciałbym jechać, nigdzie wracać, chciałbym tu już zostać, być z tobą. Zawsze”. Długo milczała, patrząc na mnie. Miała takie promienne oczy, koloru ciemnego bursztynu. Duże, piękne, wyraziste. Nic nie powiedziała, tylko wstała, powoli przeszła dookoła stołu. Stanęła za mną i się przytuliła. Wiedziałem… tak jak byśmy byli po ślubie, wiedziałem, że to już na zawsze.

Nie mogłem przewidzieć, że na tak krótko. Że ona tak cicho, bez żadnych dramatów, po prostu ode mnie odejdzie. Teraz wydaje mi się, że to nasze szczęśliwe dziesięciolecie było jak jedna jesień. Jedna pora roku. Ciągle jest tak, jakby odeszła wczoraj, ale jednak, po dwóch latach, potrafię już z tym żyć. Prawie normalnie. Zosia nauczyła mnie tego. Kiedyś siedzę sobie przy niej na Powązkach i mówię: „Kochana, tutaj, przy tobie, czuję się najlepiej, tu jest mój dom i nie chcę już donikąd wracać”. W duchu, rzecz jasna, tak mówię. A może i na głos? Często nieświadomie mówię do niej na głos. Ale jej odpowiedź usłyszałem na pewno w duchu, zwidów jeszcze nie mam: „Nie wygłupiaj się, Staszeńku. Musisz żyć normalnie, bo jak nie będziesz żył normalnie, to gdzie ja będę na tym świecie mieszkała?”. Potem napisałem taki wiersz, zainspirowany dawnym wierszem Różewicza, że jestem „domkiem dla umarłej”. I Zosia mieszka we mnie. Dlatego napisałem książkę Zosia, aby ten „domek” z jego mieszkanką pokazać innym. Żeby mieszkała wśród innych ludzi, nie tylko we mnie.

 

Czy miłości trzeba się uczyć, czy jest dana?

W moim głębokim teraz przekonaniu miłość jest darem. Jest łaską. Tak jak wiara czy talent artystyczny. Nie można „przez rozum” uwierzyć w Boga ani zostać poetą. Choć można nauczyć się porządnie katechizmu i opanować sztukę składania wierszy. Ale z drugiej strony przychodzi mi tutaj na myśl ewangeliczna przypowieść o zakopanych talentach. Miłości nie można się wyuczyć, ale jeśli już dostępuje się łaski miłości, to trzeba nad nią nieustannie pracować, otaczać troską. Przede wszystkim – pielęgnować. Jednakże pielęgnować otrzymany dar to także przecież: poznawać go, by umieć się z nim obchodzić. Czyli wychodzi na to, że jednak można się uczyć. Nie tyle uczyć się kochać (bo to przecież kwestia nie intelektu, lecz uczuć, intuicji, olśnienia), ile uczyć się – codziennie, bez przerwy, w każdej chwili – uczyć się drugiego człowieka, którego się pokochało. A poprzez niego uczyć się i siebie samego. Podtrzymywać, pielęgnować i stale na nowo rozniecać to światło miłości.

Prawdziwa miłość to miłość do jednej jedynej osoby. Ale widzianej wraz z jej światem. Przecież każdy z nas ma swój własny, prywatny, niepowtarzalny świat – wspomnień, sympatii, przeżyć. W miłości takie dwa różne światy winny się połączyć, stworzyć jeden wspólny. Tak jednak, żeby się wzajemnie nie poranić, nie zniwelować swych „ja”, nie zniszczyć, nie zubożyć, ale wzbogacić. Jeśli więc miłość jest niezasłużonym darem, to w relacjach między dwojgiem jest też wzajemnym obdarowywaniem.

Obdarowywać, nie odbierać, brać, ale nie wydzierać; dawać, ale nie tak, by dar miłości był dla drugiego ciężarem… Bardzo trudno się tego nauczyć. Nie tego, co kochanemu człowiekowi sprawia radość, bo to przeważnie przychodzi jakoś samo przez się, może nawet w ogóle tego nie trzeba się uczyć. Najtrudniej nauczyć się tego, czym można człowieka zranić, tego, co może nas nawzajem oddalić, poróżnić, podzielić, podgryźć miłość.

 

Jak można się tego nauczyć?

Nie wiem. Trzeba po prostu być uważnym. Szanować inność, samoistność partnerki czy partnera. Im bardziej ktoś kochany jest „nasz”, tym bardziej musimy dbać o jego odrębność, niepowtarzalność, suwerenność, samoistność. Czyli właśnie uczyć się go. Być uważnym w miłości to darzyć nieograniczoną czułością wszystkie przejawy jego świata, pokochać wszystko, co on czy ona kocha niezależnie od nas. I myślę sobie teraz, że to po prostu ta czułość dla osobności drugiego „ja” buduje dla dwóch odrębnych istot jeden wspólny świat. Jedną miłość. I wtedy takie dwie odrębne istoty, dwie „monady”, mówią sobie, że są razem.

 

Co jest największym zagrożeniem dla miłości?

Cokolwiek. Właśnie cokolwiek. A przeważnie zaczyna się od zupełnie nieznacznych przypadków, błahostek, układających się niepostrzeżenie w długotrwałą serię.

Jak już byłem jakiś czas z Zosią, zauważyłem pewną prawidłowość. Zaczęły się zdarzać między nami drobne, nieistotne (i też same przez się niegroźne) sprzeczki. O to, że o czymś zapomniałem, że położyłem coś nie tam, gdzie trzeba; o to, że ona zaprosiła gości, gdy ja zaplanowałem sobie akurat jakąś pracę albo chciałem we dwójkę z nią obejrzeć film. No takie tam głupstwa. Ale takie głupstwo – niezgaszone od razu jakimś czułym gestem, jakimś objawem wyrozumiałości – rośnie i rośnie. Aż już nie jest głupstwem.

 

Co pozwalało przetrwać trudne sytuacje?

Myślę, że miłość jako „bycie razem” polega na wyzbywaniu się głupiego egoizmu. Nie, nie na zatraceniu się w kochanej osobie i wyzbyciu się samego siebie. Mówię o głupim egoizmie. Gdyż mądry, rozważny egoizm polega na budowaniu i podtrzymywaniu swego „ja”. W miłości zaś są przecież zawsze dwa równoprawne „ja”; owszem, zespolone ze sobą, ale jednak dwa, odmienne. I troską trzeba otaczać obydwa. Głupi egoizm natomiast niszczy lub przynajmniej lekceważy drugie „ja”. A jeśli je lekceważy, to osoba nawet namiętnie kochana przestaje być naprawdę kochaną. Staje się podporządkowanym dodatkiem.

Jeśli natomiast odwrotnie: człowiek cały roztapia się w osobie kochanej i zatraca swoje „ja”, swoją indywidualność, naraża się na lekceważenie z jej strony i to też niszczy miłość: nie można kochać kogoś, kto przy nas jakoś zanika, staje się nijaki, nieciekawy.

 

Czy takie przekonania powstały dopiero w Pana ostatniej miłości?

Przeżyłem w życiu kilka miłości. I przeżyłem je głęboko. Myślę teraz, że wszystkie one były dla mnie ważne; każda mi coś ważnego przyniosła i czegoś nauczyła. Lecz ta ostatnia była najważniejsza. Kiedy postanowiliśmy z Zosią być razem, to oczywiście wiedziałem o miłości – i o życiu – nieporównanie więcej niż wtedy, kiedy zakochałem się po raz pierwszy jako szesnastolatek. Dużo więcej niż w swojej całkiem już „dorosłej” miłości, która zaowocowała kilkunastoletnim małżeństwem. Jednakże w pustce po odejściu Zosi teraz jasno widać, że ciągle jeszcze wiedziałem za mało; i tak dotkliwie czuję teraz, że nie kochałem jej tak, jak powinienem, jak mógłbym ją kochać. Albo nie umiałem jej tego w pełni okazać.

 

Dlaczego ta ostatnia miłość była największa i najważniejsza?

Przede wszystkim dlatego że to była Zosia. Właśnie ona, nikt inny. Ponadto dlatego że chyba mniej popełniłem błędów niż w poprzednich moich miłościach. Może na starość zmądrzałem?

 

Jakie to były błędy?

Mówiłem tu już o wielu, jakie się zazwyczaj popełnia, więc i jakie ja popełniałem. Myślę, że największy, najbardziej katastrofalny to utożsamianie miłości z przywłaszczeniem sobie drugiej, czyli tej „kochanej”, osoby. To, że się przestaje kochać inność, odrębność naszego partnera (partnerki) i zaczyna go (ją) do siebie upodabniać, budować jakiś drugi wariant własnego „ja”. Projektować na kochaną osobę swoje potrzeby i preferencje. Proszę zwrócić uwagę, jak sam język nas tutaj demaskuje, choćbyśmy nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. „Ona mi się oddała”, „on należy do mnie”, „jestem na zawsze twój” itp. Twój, mój – tak jak sweter, książka, kot, samochód… Dzierżawcze i przynależnościowe formy gramatyczne zajmują centralne miejsce w języku wyznań miłosnych.

Zapomina się, że w miłości – tzn. we wspólnocie miłosnej – rządzi z jednej strony prawo inności i wzajemnej suwerenności, z drugiej, prawo jedności i zespolenia. Utrzymywanie równowagi między tymi wewnętrznymi siłami związku miłosnego jest w normalnym codziennym życiu szalenie trudne.

I tego przede wszystkim należy się w miłości cierpliwie uczyć. Ja właśnie tego wszystkiego przy Zosi – a nawet wprost od niej – się nauczyłem. Dane nam było wspólne kilkanaście lat (choć tak naprawdę tylko dziesięć) i dla mnie to najpiękniejsze lata w całym moim życiu. Wcale jednak nie znaczy, że były całkiem sielankowe. Obiektywnie patrząc, byliśmy kompletnie inni i bodaj niedobrani. Ona – bardzo praktyczna życiowo, niezmiernie towarzyska, otwarta, bezpośrednia. Wobec bliskich nadopiekuńcza (Tadeusz został kaleką u progu ich małżeństwa) i przez to dość apodyktyczna. Ja – uniwersytecki uczony i trochę literat. Lubiłem towarzystwo, ale jeszcze bardziej lubiłem pogrążać się w samotnej pracy. Miewałem „humory”, często melancholiczne. Bywałem zamknięty. I miałem przy tym rozbuchane poczucie niezależności (już prawie dwadzieścia lat byłem po rozwodzie, więc faktycznie w życiu prywatnym niezależny od nikogo). Stosunkowo mało interesowały mnie codzienne problemy innych ludzi. Byle mieć święty spokój. Zosia – przeciwnie. Moja „profesorska uniwersyteckość” czasami ją peszyła, choć częściej jej imponowała, ale tak czy inaczej, sama niechcący budowała z niej barierę między nami. Mówiła np.: „W takim uczonym towarzystwie się obracasz, sami profesorowie, a ja przy was taka głupia”. Była zaś – przeciwnie – głęboko mądra, głęboko skromna i cudownie zwyczajna. Wewnętrznie bardzo delikatna i prostolinijna, potrafiła być twarda i uparta. Nie miała wyższego wykształcenia, jedynie nieukończoną medycynę, ale była bardzo oczytana i doskonale zorientowana w zakresie literatury, malarstwa, teatru, muzyki. Mimo dużej wspólnoty więcej nas mogło dzielić, niż łączyć, chociaż od samego początku długiej znajomości – wręcz przyjaźni – bardzo się lubiliśmy.

Mieszkaliśmy wtedy już jakiś czas razem, kiedy ze zdumieniem odkryłem, że oboje cudownie się uzupełniamy. Potem tego rodzaju olśnienia pojawiały się niemal codziennie. Aż nadeszło największe z nich, że jest tak, jakbyśmy przez całe dziesięcioletnie Zosi wdowieństwo zupełnie nieświadomie siebie szukali i nic o tym nie wiedząc, byli od dawna sobie przeznaczeni. I już bardzo szybko narodziło się w nas obojgu przekonanie, że jesteśmy razem, bo po prostu… nieodwołalnie musiało tak być.

Zaistniała między nami jakaś niewidzialna nić łączności. Nie wiem, kiedy ją zauważyłem, bo to przyszło zupełnie niezauważalnie i stało się tak oczywiste jak powietrze: człowiek nie wie przecież, że ono jest, dopóki go nie zabraknie. Nie potrzebowaliśmy wielu słów, żeby się rozumieć, w bardzo różnych sprawach, czasem w ogóle nie trzeba było żadnych słów. Jakbyśmy chwilami mieszkali nawzajem wewnątrz siebie. Ale bywało też odwrotnie. Mówiliśmy i mówiliśmy, wyjaśniali coś sobie, przekonywali się, głównie zresztą to ja mówiłem… i nic nam z takiego mówienia nie wychodziło, a wtedy i milczenie zaczynało dzielić. Bolało. Zwłaszcza Zosię. Często jednak, bardzo często łączyło. Promienny wzrok Zosi, jej dotyk… Tak trudno to teraz powiedzieć, przekazać.

 

Dostosowywanie się do siebie to także koszty wzajemnych kompromisów, o których Pan wspominał.

Dzisiaj widzę, że przede wszystkim ponosiła je Zosia. Ale robiła to jakoś tak, że tego niemal nie zauważałem. Czasem nawet wydawało mi się, że to ja płacę zbyt wysoką cenę, tzn., że z wielu rzeczy dla niej rezygnuję. A wcale tak nie było. Nawet tę „niedogodność”, że zamieszkałem z nią w Warszawie, a pracowałem nadal na Uniwersytecie Jagiellońskim i musiałem przemieszczać się co miesiąc między Warszawą a Krakowem, wiernie ze mną dzieliła. Po prostu podróżowała ze mną co miesiąc samochodem do Krakowa (lubiła prowadzić i prowadziła doskonale, ja ni w ząb). Nie potrafię nawet powiedzieć, jak wiele inwencji i pracy włożyła w urządzenie mojego nowego, służbowego krakowskiego mieszkania, nie mówiąc już o normalnym prowadzeniu naszych dwóch domów. Nie tylko się na to nigdy nie uskarżała, lecz zawsze objawiała szczery, radosny entuzjazm.

Tak, dziś to dla mnie takie jasne. To ona dla mnie rezygnowała z mnóstwa swych przyzwyczajeń, nawyków, a nawet potrzeb. Na przykład podróże zagraniczne. Uwielbiała je i tak z Tadeuszem, jak i potem sama podróżowała wiele. W życiu ze mną one się urwały (miałem i mam tu jakąś fobię). Nie poskarżyła się nigdy. Często planowała ze mną jakieś wspólne podróże, np. do Grecji, na Węgry, na Ukrainę, skąd wywodziła się jej rodzina, a choć z tego nic w praktyce nie wychodziło, potrafiła się cieszyć już samym takim planowaniem.

Co jeszcze sobie teraz uświadamiam? To, że nawet nasza codzienność była przez Zosię od razu – najzupełniej naturalnie i bez jakichkolwiek manifestacji – ustawiona pod moim kątem. Budziliśmy się razem, jedliśmy razem śniadanie, rozmawialiśmy przy kawie, a potem Zosia zajmowała się domem. Ja szedłem (w Krakowie) do pracy albo (w Warszawie) do biblioteki, najczęściej odosobniałem się w swoim pokoju (Zosia uporczywie nazywała go „pracownią”), szperałem w księgach i notatkach, w Internecie, pisałem. Moja praca, naukowa i dydaktyczna, dla Zosi to była naprawdę święta rzecz i to bez najmniejszego z mojej strony nacisku. Przeciwnie – wydawało mi się nieraz, że dla niej ważniejsza niż dla mnie. Chociaż oczywiście nie wchodziła w jej meritum. Po prostu wierzyła, że jest ważna i że ja to robię dobrze. A przecież bywała ona, ta moja praca, dla niej w jakiś sposób… wroga. Nie mogła pojąć nie jej treści i celu, ale sposobu, w jaki pracuję. Tadeusz, z którym spędziła ćwierć wieku, był poetą i powieściopisarzem. Jak dojrzał w nim pomysł, to siadał i po prostu pisał. A miał taką naturę, że niemal w każdej chwili potrafił pracę przerwać i intensywnie uczestniczyć w życiu domowym, przyjmować z Zosią gości, gotować (bardzo to lubił). W moim przypadku pisanie wymagało przedtem długotrwałych badań, ogromnej liczby lektur, wielu dni i tygodni przemyśleń, prób i projektów. A gdy intensywnie pracowałem (wszystko jedno – pisząc już czy jeszcze wcale nie pisząc), pozostawałem kompletnie odizolowany od reszty świata, nie mam za grosz podzielności uwagi. Przestawałem mieć pojęcie, co się w domu dzieje, czy Zosia jest obecna, czy dawno gdzieś wyszła, nie słyszałem, co do mnie mówi, nie reagowałem na „obiad na stole”, potakiwałem, nie wiedząc, czemu potakuję. Ile czułości trzeba było, aby to przetrzymać!

I muszę powiedzieć szczerze: jeśli bywało to zarzewiem konfliktów, to zazwyczaj z mojej „inicjatywy”. Bo z czasem na jej uwagi w rodzaju: „Jesteś, a jakby cię nie było”, „Już trzeci raz grzeję obiad”, „Gdyby nie telefon, to w ogóle nie kontaktowałabym się ze światem” – zaczynałem reagować agresją. I pretensjami – że nie rozumie natury mojej pracy. Zdumiewające, Pani Agnieszko, jak mądry człowiek potrafi być doszczętnie głupi i ślepy…

Przy pewnej naszej sprzeczce, która zaczęła się rozkręcać, zaostrzać i rosnąć jak na drożdżach, zdałem sobie w jakimś nagłym przebłysku przytomności sprawę, że Zosia naprawdę jest przeze mnie głęboko poraniona. Do dziś pamiętam, jak mocno poczułem wtedy, że błąd, przeoczenie, skrzywienie obrazu naszego wspólnego świata tkwi we mnie. I że to ja muszę coś z tym zrobić.

 

Znalazł Pan wyjście?

Jakoś znalazłem. Ale nie sam. Bez udziału Zosi, bez jej wielkiej mądrości i bezgranicznej miłości bym sobie nie poradził. Jednak sam doszedłem do wniosku, że na starość trzeba mi się uczyć. Wytrwale i od podstaw. Że nie wystarczy podziwiać Zosi. Trzeba się jej nauczyć. I siebie samego od nowa się przy niej nauczyć. Zacząłem uważnie słuchać, co Zosia do mnie mówi, nie wtedy kiedy mnie to akurat odpowiada, ale wtedy kiedy ona czuje potrzebę bycia słuchaną. Co jeszcze? Zacząłem dość systematycznie uczyć się od niej gotowania; przedtem bladego pojęcia o nim nie miałem, a ona była w tym mistrzynią. I już sama moja inicjatywa wprawiła ją w olśnienie. Skądinąd zresztą – z uroczą kobiecą niekonsekwencją – raz po raz mnie z kuchni wyrzucała. Ale była taka szczęśliwa, jakbym Bóg wie co jej podarował, gdy zrobiłem zupę pomidorową albo upiekłem kurczaka. Aż mnie samemu to moje gotowanie zaczęło sprawiać żywą radość… Potem okazało się bardzo potrzebne – gdy Zosia zaczęła chorować.

Widzi Pani, Pani Agnieszko, ja po śmierci Zosi nadal się jej uczę, o wiele więcej niż wtedy, gdy żyła. I siebie samego nadal się od niej uczę… Już dwa lata mijają. Tyle setek dni, tysięcy godzin. A ona mi się nie zaciera. Przeciwnie – widzę ją coraz wyraźniej, głębiej. Często boleśniej. A zawsze pięknie. Coraz piękniej.

 

Czego nauczyła Pana Zosia?

Zosia, jak wspomniałem, nie miała uniwersyteckiego wykształcenia, ale bardzo dużo czytała. Miała więc także niezłą wiedzę z mojej dziedziny. Jestem literaturoznawcą. A ona literaturę znała i kochała. Nie lubiła moich teoretycznych dywagacji i dygresyjnych narracji. W romantyzmie był taki gatunek literacki: poemat dygresyjny. Kiedyś Zosia słucha jednej z moich opowieści o jakimś wydarzeniu, długo i cierpliwie, ale straciwszy z oczu temat, przerywa mi delikatnie i mówi: „Wiesz co, Staszeczku? Jakie to szczęście, że najważniejsze poematy dygresyjne napisał już Słowacki, bo gdybyś ty coś takiego zaczął pisać, to nikt nie byłby w stanie tego przeczytać!”. Takie jej poczucie humoru, gdzie w drobnej złośliwości zawsze kryła się czułość, doskonale uprzedzało konflikty. Zamiast się niecierpliwić, zażartowała, trafiając przy tym w sedno. Zdyscyplinowała mnie.

Zosia nauczyła mnie wielu rzeczy. Na przykład cierpliwości. Ludzie często mnie drażnili: głupotą, prostactwem, poglądami, które uważałem za kretyńskie… Zbyt często bywałem niecierpliwy i czasami weredyczny, raniąc innych jakąś tam moją „nagą prawdą”, czasami znów bywałem nieprzystępny, zamknięty w sobie, nieprzejednany, rozdrażniony. Jednym słowem – okropność! We wspólnym życiu z Zosią wszystkie te moje niesympatyczne cechy zaczęły z wolna łagodnieć, zanikać. I to trwa nadal, po jej odejściu nawet się nasila.

Myślę, że najcenniejszym darem w tym dwuletnim obcowaniu z Zosią nieobecną jest pogoda ducha, której przedtem mi brakowało.

Tak, w mojej żałobie po niej czuję się człowiekiem pogodnym. Zdarza się, że moi przyjaciele, i ci, którzy Zosię znali, i ci, którzy osobiście się z nią nie zetknęli – mówią nieraz: „Od czasów Zosi Staszek stał się kimś innym”.

Przez te kilkanaście lat wiele przejąłem od Zosi, nawet o tym nie wiedząc. Ona jakoś nieuchwytnie promieniowała miłością. To się musiało udzielać. Teraz dopiero potrafię to dostrzec. Przechwytywałem podświadomie jej – wybaczy Pani, że to tak technicznie nazwę – energię erotyczną, energię czułości, która jakoś się we mnie przetwarzała, a Zosia z kolei umiała rozpoznawać ją we mnie i czerpać dla siebie, gdy ja nawet nie wiedziałem, że coś takiego w sobie mam i że jej to okazuję. Bardzo mi trudno to wyrazić w słowach; w odniesieniu do miłości są takie ułomne, bezradne…

Kiedy rozmawiam z kimś o Zosi, to czuję jakby uśmiech. Nie widzę go oczywiście u siebie. Ale czuję gdzieś w środku uśmiechającą się Zosię. Lubię o niej rozmawiać. Jestem wtedy z nią tak blisko. A ona jest przy mnie i zarazem wśród ludzi, z którymi rozmawiam, tak jak teraz jest między Panią a mną. Ona bardzo lubiła być wśród ludzi. I umiała być dla ludzi. Pomagać. Słuchać cierpliwie, z mądrym i ciepłym uśmiechem. Była wytrwała i uparta. Jeśli postanowiła mnie nie opuszczać, to nie opuści…

 

Jak Pan to odczuwa – czy Zosia odeszła?

Odeszła, ale dla mnie nie umarła. Ciągle jest ze mną. Stale z nią rozmawiam. Przypominam sobie różne sytuacje, które nam się zdarzyły, tak jakby one nadal trwały i mógłbym je zmienić, inaczej pokierować. Gdy nieporozumienia się zaostrzały, wykonać prosty gest, przytulić ją, powiedzieć czułe słowo, dowcip jakiś, rozładować. Takie to proste było, mówię sobie, takie proste, a podziało się tak niepotrzebnie, tak głupio. I nie do odwrócenia już, nigdy…

Tak, Pani Agnieszko, człowiek widzi drugiego człowieka w pełni dopiero, kiedy go straci. Stale się to na świecie powtarza, jakby nikt tej prostej prawdy nie mógł się nauczyć. Po śmierci ukochanej osoby może aż do naszej śmierci trwać w nas jego żywy obraz. Możemy go w sobie hołubić i kochać, kochać coraz więcej. Ale jak się zrobiło głupstwo, jak się ukochaną zmarłą kiedyś skrzywdziło, to się tego już w sobie nie naprawi, nigdy. Ta nieodkupiona wina trwa chyba na zawsze… Tego się przedtem nie wie.

Nie wie się też jednak, że w śmierci najdroższej osoby kryje się pewna pociecha (nie mam w tej chwili na myśli pociechy życia pozagrobowego, to zupełnie inna sprawa), pociecha dla nas, po tej stronie; światło – za życia ukochanego człowieka właściwie dla nas nieosiągalne. Chodzi mi o to, że śmierć, i tylko ona, zamknąwszy ostatecznie jego życie, stawia je przed nami, przed oczyma naszej pamięci, już w pełni, w całości. Oświetla je i scala. Straciwszy Zosię na zawsze, odzyskuję ją – wewnątrz siebie – całą; do ostatniego szczegółu, jak na filmie. Każdy szczegół, każdy kadr mogę w dowolnej chwili zatrzymać, każdy rys jej twarzy, minę, gest każdy obejrzeć z bliska, wielokrotnie, dowolnie długo, umieścić w pełnej już całości jej – i mojego z nią – życia, przeniknąć; wychwycić swoje błędy i przeoczenia, zrozumieć na nowo. Tak, po jej odejściu wiele nauczyłem się o własnej śmierci. Wiem, jak na nią czekać, bez lęku, jak myśleć o niej… Teraz dopiero nauczyłem się – a może tylko naprawdę zacząłem się uczyć – czym jest śmierć.

 

Czym?

Hm… Nauczyłem się też tego, że nie ma na to ścisłych, gotowych słów. To kwestia najgłębszego, osobistego przeżycia śmierci, czyjejś śmierci, śmierci kogoś najbliższego, tak głęboko, jakby to była śmierć własna. Teraz mam już za sobą i wiem na pewno, że nic gorszego mnie już nie spotka. Gorsze mogłoby być tylko powtórne przeżycie śmierci Zosi. Tego bym już drugi raz nie potrafił. Ale własna śmierć? To przecież jest tak oczywiste jak własne narodziny – nasze i równocześnie nie nasze: dane nam niezależnie od nas. Powinno się ją przyjąć po prostu – tak jak przyjmuje się dane sobie życie. Śmierć Zosi to teraz dla mnie takie ostateczne odejście, które wprawdzie zostawia po sobie bezbrzeżną pustkę, ale także bezgraniczną miłość, a ona ciągle we mnie rośnie… aż staje się niemal pewnym przeczuciem światła.

 

Chciałam Panu i Zosi podziękować za ten wywiad. Mam nadzieję, że ktoś, kto będzie czytał tę rozmowę, znajdzie coś, czego szuka.

 

Stanisław Balbus – prof., teoretyk literatury, badacz języka artystycznego, krytyk literacki, emerytowany profesor Wydziału Polonistyki UJ; autor ok. 300 publikacji, laureat m.in. Medalu KEN, Złotego Krzyża Zasługi, Nagrody Literackiej im. Kazimierza Wyki.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter