70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chwasty v. szklane domy

W mediach uwagę przykuwają fantastyczne wizje miast przyszłości. Nasza cywilizacja została zbudowana na marzeniu o niemożliwym, choć na co dzień życie w mieście sprowadza się do mozolnego pokonywania barier architektonicznych i nieustannych potyczek z przyrodą.

Agnieszka Rasmus-Zgorzelska: Dobrze się Wam mieszka w wielkim mieście, ale czy nie przeszkadza Wam brak zieleni? Wiele osób wyprowadza się na przedmieścia w poszukiwaniu prawdziwej, dzikiej przyrody i świeżego powietrza. Nie tylko w Warszawie, w której mieszkamy; to chyba powszechne polskie marzenie.

Natalia Paszkowska: Ostatnio zrobiłam zdjęcie Portu Praskiego z mostu Świętokrzyskiego. Widać, że w wodzie brodzi czapla. Nasze miasto jest nietypowe. Przez zaniedbania, które w tym kontekście możemy nazwać potencjałem, ma niesamowitą dziką zieleń. Nie musimy stąd wyjeżdżać, żeby się kompletnie oderwać od cywilizacji.

A.R.-Z.: Ale warszawiacy, tak jak mieszkańcy innych miast, narzekają.

Aleksandra Wasilkowska: Tu jest bardzo dużo zieleni, ale nieurządzonej. Gdy projektuje się na nowo przestrzeń publiczną, to zazwyczaj bez zieleni. Może stąd to paradoksalne poczucie niedosytu.

A.R.-Z.: Marek Budzyński, architekt, twórca m.in. Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie z ogrodem na dachu, w jednym z wywiadów zauważył, że „ciągle oddziałują na nas silne instynkty walki z przyrodą”. I rzeczywiście, chcemy wycinać drzewa z poboczy, bo zagrażają kierowcom, walczymy z pnączami obrastającymi budynki, kosimy trawniki, niszcząc pożytek dla pszczół, zamieniamy dające schronienie wróblom żywopłoty na niepożyteczne tuje. Czy nauczymy się doceniać w mieście przyrodę już istniejącą?

N.P.: Myślimy o przyrodzie w kontekście naszych aspiracji, ale jesteśmy też świadkami zmiany, np. urządzona niedawno ścieżka spacerowa po praskiej stronie Wisły wygrała wiele plebiscytów na najlepszy projekt, największą zmianę w Warszawie. Stosunek publicznych pieniędzy włożonych w to przedsięwzięcie jest w historii Warszawy ewenementem. To krok w przyszłość.

A.W.: Nie chodzi, oczywiście, o wartościowanie ani o to, czy lepsza jest dzika zieleń czy urządzona; krajobrazowy park angielski czy geometryczny francuski.

N.P.: Pamiętajmy, że obydwa są zaprojektowane.

A.W.: Tak, dzikość trzeba umieć zaprojektować. Myślę, że w mieście jest i miejsce na parki, królewskie i reprezentacyjne rabaty. Choć osobiście najbardziej lubię chwasty.

A.R.-Z.: Dlaczego?

A.W.: Najładniejsza jest dzika marchew. Pięknie kwitnie, rośnie przy każdym polskim rowie, tak jak łopian. Dziki czarny bez już trudno nazwać chwastem, ale też rozsiewa się w wielu nieprzewidzianych miejscach. Pięknie pachnie, a jego baldachimowe kwiaty są zdrowe i pyszne. Znacie historię tataraku? Przywędrował do Polski z Tatarami, którzy w bukłakach na wodę mieli właśnie korzenie tataraku. Jest jak imbir, bardzo zdrowy, antyseptyczny. Trzeba się nauczyć korzystać z tej dzikości.

A.R.-Z.: Czy w takim razie metodą na urządzanie zieleni w mieście, która będzie postrzegana jako wartościowa, powinno być stosowanie gatunków rodzimych albo wręcz dzikich, nawet chwastów? Jak miałaby wyglądać przyroda w mieście przyszłości?

A.W.: Hodowałam przez dwa lata pokrzywy w witrynie mojej pracowni. I dostałam pismo ze wspólnoty, że mieszkańcy się skarżą i że muszę je usunąć.

N.P.: Chwasty to Inny…

A.W.: Obcy i zły, którego trzeba wyplenić. Odzwierciedla nasz odwieczny lęk przed utratą kontroli. Poza tym liczy się wizerunek, a nie wygoda, stąd te wybetonowane place – wyglądają porządniej i są tańsze w utrzymaniu.

N.P.: Nie mamy tradycji dbania o zieleń, a także świadomości, że miasto musi przeznaczyć porządny budżet na jej utrzymanie.

A.W.: Ciekawe, że np. na Mazurach, tam gdzie turystyka jeszcze się nie rozwinęła, są piękne, zadbane ogródki. A tam gdzie pojawiają się jakieś pieniądze, wycina się od razu stare drzewa, a elewację pokrywa się sidingiem. Wierzę, że to przejściowe i wynika z kilku lat dzikiego kapitalizmu, kiedy nie wiedzieliśmy, w którym kierunku pójść z nowo zarobionymi pieniędzmi.

N.P.: Jest jeszcze jeden potencjalny trop na przyszłość. Ziemowit Szczerek, który jest anty-Filipem Springerem, afirmuje polskie środowisko zbudowane i niezbudowane. Kocha je. Amerykanie ze swojej brzydoty zrobili kulturową wartość. W Polsce musimy pogodzić się z tym, że rzędy tuj są charakterystyczne i nasze.

A.W.: Mam nadzieję, że wkrótce nie wyrwiemy wszystkich tuj, bo one są świadectwem jakiejś epoki, jakiegoś przejścia! Tak samo szybko zmienia się wszystko w architekturze. 20 lat temu w plebiscycie „Gazety Wyborczej” ulubieńcem mieszkańców Warszawy został hotel Sobieski, kolorowy, postmodernistyczny gmach. Kilkanaście lat później w tym samym plebiscycie zajął pierwsze miejsce jako najbardziej znienawidzony budynek. Plaża nad Wisłą 10 lat temu była pusta, a teraz jest uwielbiana.

A.R.-Z.: Jednym słowem, dzika albo udająca dziką roślinność może jeszcze przekonać do siebie?

N.P.: To wydarzy się szybko. Miasto zaczyna w nieprzewidywalny sposób wpuszczać dziką przyrodę. Pod naszą pracownię na Pradze podchodzi czasem lis.

A.R.-Z.: Wisła jest coraz czystsza.

A.W.: Oczywiście, ja piję wodę z kranu. Są też gatunki zwierząt, które przystosowują się do życia w warunkach miejskich. W Warszawie pojawiły się nawet mewy. Mam wrażenie, że jestem nad morzem. A one po prostu żerują na śmieciowiskach.

A.R.-Z.: Wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Przyroda się nie pogarsza, ponieważ o nią dbamy oraz dlatego że sama się przystosowuje. W poważnych mediach coraz częściej pojawiają się wizje miejskiego rolnictwa. Nie chodzi mi o uprawianie marchewki na balkonie, co jest bardzo miłą i pożyteczną modą, ale do tego nie trzeba wielkich rozwiązań technicznych. Myślę o propozycjach pionowych farm – upraw ulokowanych na poszczególnych piętrach wieżowców, o tych wszystkich fantastycznych obiektach architektonicznych z krzewami pomidorów i ziemniaków.

A.W.: Tego nie wymyślili architekci, tylko naukowcy. Zaczęło się od pomysłu uprawy hudroponicznych warzyw. Rosną bez gleby zawieszone w specjalnej konstrukcji, czerpią wodę i wszystkie minerały liśćmi (a nie korzeniami) z rozpylanej odżywczej mgły. Na przykład sałata nie rozwija korzeni, inwestuje w liście, więc jest to uprawa bardziej efektywna. Ponadto korzenie nie zasysają toksyn z ziemi. Nie trzeba też stosować nawozu sztucznego. Nie ma metali ciężkich. Uprawa hydroponiczna jest droższa niż tradycyjna, ale powstaje czysta roślina, liście są większe. Para nie idzie w gwizdek, czyli w korzenie. Niewiele osób o tym wie, ale naukowcy z Polskiej Akademii Nauk dostali wiele nagród za wyhodowanie sałaty z genem łososia, która produkuje szczepionkę mającą zastosowanie w zapaleniach wątroby typu B. Powstaje teraz dużo roślin, które po wszczepieniu jakiegoś genu stają się lekarstwem.

A.R.-Z.: Do tego nie potrzebujemy ani wsi, ani pola, ani ziemi.

A.W.: Natomiast jeśli chodzi o udział architektów w tych wizjach – czasami rysują coś, w czym forma przerasta treść. Sama treść jest bardzo w porządku: trzeba myśleć o nowym typie rolnictwa, bez pestycydów, takiego, gdzie redukuje się chemię.

A.R.-Z.: Miasto się do tego nadaje.

A.W.: W Azji wiele osób hoduje zwierzęta nawet w mieszkaniach. Klatki na kury wstawia się do wnętrza albo na balkon.

A.R.-Z.: Na to na pewno nie namówimy mieszkańców Europy, ale na uprawę warzyw na dachach budynków już może tak.

A.W.: Tylko że na dachu są opady z kwaśnych deszczy. Ale wszystkich pomysłów nie można przecież wrzucać do jednego worka. Uważam, że wizje są potrzebne, bez nich siedzielibyśmy nadal w jaskiniach. Tylko czasami są one wynaturzone, jak u Le Corbusiera. Szaleństwo też jest czasem potrzebne, tylko trzeba umieć spojrzeć na nie krytycznie.

N.P.: Należy się najpierw otworzyć na ten temat. Jestem absolutną technokratką i wierzę, że nauka prowadzi nas ku świetlanej przyszłości, ale mam wrażenie, że nawet małe działania, w skali balkonów i ogródków, pokazują, jak to wszystko funkcjonuje, czym jest przyroda, ile wymaga pracy i jaką daje satysfakcję.

A.W.: A także uczy szacunku i pokory. Ja mam, niestety, na parapecie tylko rosiczki. Rekiny wśród roślin. Byłam ostatnio w Atenach. Każdy centymetr licznych bloków z lat 60. jest zastawiony doniczkami z roślinami. W wyniku kryzysu wiele pustostanów porosło chwastami. Wygląda to niesamowicie – naprzeciwko parlamentu, na ważnym placu miejskim, balkony i okna jednego z większych banków, który został zamknięty, wypełniły się chwastami wysokości człowieka. Kryzys porósł miasto.

N.P.: Rośliny użyteczne, a nie tylko dekoracyjne. Takie, które mają m.in. wpływ na klimat w mieście albo są jadalne, to kierunek przyszłości.

A.R.-Z.: Co jeszcze mogłoby nam w mieście polepszyć jakość życia? Widzę przepaść między naszą rzeczywistością a wizjami miast przyszłości, o których się czyta: inteligentnych, ze zdalnie sterowanymi samochodami, z obiektami komunikującymi się przez Internet… Nie widzę scenariuszy tego, co będzie pomiędzy, zanim dojdziemy do bardzo wyidealizowanego obrazu.

N.P.: Wierzę, że najpierw w mieście mogą się pojawić wyspy, które tak wyglądają. Miasto nie jest homogenicznym organizmem, po którym chodzą tylko lisy i czaple. Ale możliwe są enklawy takiego życia, np. w każdej dzielnicy. W Warszawie, w jej układzie liniowym, po obu stronach rzeki jest przestrzeń przyrody podarowana mieszkańcom – skarpa po lewej, dziki brzeg po prawej.

A.R.-Z.: Niestety, budowane właśnie na lewym brzegu bulwary są mało zielone.

A.W.: Ta zieleń jest nie zawsze dobrze widziana przez służby miejskie, bo beton wystarczy od czasu do czasu zamieść, umyć, i tyle. To argument, który się pojawia przy ocenianiu projektów architektonicznych. Utrzymanie zieleni kosztuje. W Warszawie kilka miesięcy temu rozstrzygnięto konkurs na miejskiego pełnomocnika do spraw zieleni. W ratuszu zapowiedzieli, że będą prowadzić konsultacje z mieszkańcami przy każdym nowym projekcie i renowacji istniejących założeń. Mam nadzieję, że będzie miała miejsce renaturalizacja przestrzeni publicznych. Że trochę odkopiemy, odbetonujemy to miasto.

N.P.: I że nastąpi „reogrodyzacja ogrodów”. Nie możemy robić kroku w tył wobec wielkiego osiągnięcia modernizmu, czyli likwidacji ogrodzeń wokół parków publicznych.

A.W.: Dobrze by było, projektując architekturę, myśleć o wróblach, nietoperzach, jerzykach, drobnych ptakach, które znikają z miast. Zagrażają im sroki. Prof. Maciej Luniak zajmuje się awifauną, czyli ptakami, ale także nietoperzami, bardzo potrzebnymi w mieście, bo zjadają komary. Wydał on podręcznik projektowania architektury sprzyjającej awifaunie. Okazuje się, że każdy gatunek ptaka wymaga odpowiedniej szerokości szczeliny w elewacji, w której może się zagnieździć.

A.R.-Z.: Architektura przyszłości dla naszego dobra powinna więc uwzględniać miejsca lęgowe dla ptaków, zamiast coraz bardziej pokrywać się szkłem i betonem.

A.W.: Poza tym ptaki zabijają się o gładkie elewacje ze szkła. Myślę, że w architekturze ważna jest wiedza o innych jeszcze niż człowiek istotach żywych, o ich potrzebach. Słynna awantura o wybieg dla psów na Polu Mokotowskim pokazuje, że trzeba myśleć o tym przy projektowaniu miasta. Mówi się o kynoterrorze, o psach chodzących bez kagańca, ale przecież psy nie mają gdzie chodzić w mieście. Musi być w nim przestrzeń dla gatunków innych niż ludzkie. Na wystawie Documenta w Kassel widziałam przepiękny plac zabaw dla psów, gdzie każda zabawka była rzeźbą. Psy szalały. Zwierzęta się przecież bawią! Podobno mają nawet w mózgu ośrodek odpowiedzialny za przeżycia mistyczne. Naprawdę nie doceniamy naszych mniejszych braci, powinniśmy o nich bardziej dbać. Wszystkie panie na emeryturze z mojej okolicy mają pieski, a nie mają gdzie z nimi bezpiecznie wyjść. Niezwykle istotne są także pszczoły. Tymczasem gdy postawiono w centrum Warszawy ul, wybuchła wielka awantura.

A.R.-Z.: Zdaje się, że w miastach obowiązuje zakaz hodowania zwierząt gospodarskich, a do takich zalicza się pszczoły. Należałoby pewnie zmienić definicję pszczoły.

N.P.: Choć trzeba uważać z ulami na dachach, pewien pszczelarz powiedział mi, że dla pszczół wzlecenie z pyłkiem powyżej któregoś piętra to jak dla nas wniesienie wózka z dzieckiem wysoko po schodach.

A.R.-Z.: W mieście przyszłości nie może zabraknąć drzew. Protestujemy, gdy włodarze wycinają miejskie drzewa. O usunięcie sporej części z nich chodziło w awanturze o wybieg dla psów na Polu Mokotowskim.

A.W.: Nie znam tej historii dokładnie, ale wiem, że pewne drzewa trzeba czasem wyciąć. Tak jak nie wszystkie kamienice należy burzyć, ale niektóre tak. Są gatunki, np. „zemsta Stalina”, czyli topola. Sadzono je po wojnie, a to gatunek, który żyje 20 lat, a potem jakakolwiek wichura może nam zwalić je na głowę.

N.P.: A przecież topole zmieniają proporcje wysokościowej architektury.

A.W.: Trzeba się jednak pogodzić z tym, że muszą być wymieniane. Uważajmy na greenwashing, czyli pseudoekologię. Nie doprowadźmy do tego, że wszyscy będą wstawiać ule w niewłaściwych miejscach albo urządzać pionowe ogrody, które są drogie i pożerają więcej wody, niż to warte. Podobnie budownictwo pasywne. Czy wiatraki – nie wszędzie mają sens. Nie kierujmy się modą. Radykalizm w każdej dziedzinie jest niepożądany, zieloni „khmerzy” są równie szkodliwi co skrajni betonowi architekci.

A.R.-Z.: Rozmawiałyśmy o powtórnej naturalizacji miasta. A co sądzicie o jego reindustrializacji? Przemysł w mieście – dymiące kominy, hałdy, hałaśliwe fabryki?

N.P.: Chyba nie istnieje dobrze prosperujące duże miasto na świecie, które działa i żyje bez przemysłu. Jak dotąd kapitał kulturowy czy turystyczny wciąż nie wystarcza. Najlepiej teraz funkcjonują chińskie miasta, które mają przemysł w swoich granicach.

A.W.: A Europa pozbywa się przemysłu i za chwilę będzie skansenem.

A.R.-Z.: Czy w pożądanej dla miasta przyszłości reindustrializacji chodziłoby np. o oddolne wytwarzanie przedmiotów na drukarkach 3D?

A.W.: Najwięcej produkuje się w ten sposób gadżetów do iPhone’ów. Drukowanie domowe ma jakąś przyszłość, ale nie do końca w nią wierzę. Na razie zrobiony chałupniczo dom na drukarce będzie o wiele droższy niż ten stworzony pracą rąk. Bardzo często w swojej praktyce muszę wykonać jakiś obiekt i sprawdzam, ile by to kosztowało w technice CNC (computerized numerical control – obróbka sterowana komputerem). Zawsze jest kilkakrotnie drożej niż u zaprzyjaźnionego rzemieślnika.

A.R.-Z.: Czy w mieście zatem przetrwają, czy też powrócą do niego rzemieślnicy – jeśli zadba się o to, żeby mieli pracę – czy raczej wielkie fabryki?

A.W.: Są technologie, które sprawiają, że przemysł nie będzie uciążliwy i przestanie mieć zły wpływ na środowisko. Na przykład spalarnie śmieci. W każdej dzielnicy, na każdym osiedlu powinny stać sortownie śmieci. Zamiast w wielkiej spalarni, która przeraża okolicznych mieszkańców i paraliżuje ich życie, śmieci powinno się wstępnie sortować na wczesnym etapie, w małej skali. A spalarnie? W Holandii jest kilka pięknych architektonicznie obiektów, w których cały proces został pod ziemią, na zewnątrz nie wydostaje się ani jeden dymek.

N.P.: A przy okazji produkuje się energię.

A.W.: W kilku krajach, np. na Tajwanie, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, wprowadzono pomysł odzyskiwania ciepła z krematoriów. To jest piękne przekroczenie tabu. Dzięki zmarłym przodkom mamy ogrzane mieszkanie.

N.P.: Przyjemność życia w wielkim mieście podnosi fakt, że produkcja jest lokalna. Że nie trzeba jeździć po całym mieście, żeby coś załatwić. Od pół roku praktykuję mieszkanie i pracę w niewielkiej odległości. Dzięki temu odzyskuję dwie godziny dziennie, które traciłam na dojazdy. Praca, dom, szkoła – trójkąt, który objeżdżam w 20 minut. Jak w średniowiecznym mieście.

A.W.: Nauczyłam się tego w Paryżu – zmieniasz pracę, to się przeprowadzasz. Większość ludzi wynajmuje mieszkania. U nas to trudne, bo dotąd wszyscy dążyli do posiadania mieszkania, a najlepiej domu. Moja mama wybudowała wielki dom pod Warszawą i nikt nie chce w nim mieszkać. Nie zastanawiała się nad tym, chciała dobrze. Po prostu taka była atmosfera.

N.P.: To też była reakcja na przeszłość. Teraz nie każdy ma ten przywilej, że mieszka blisko pracy, ale jeśli miasto będzie starannie pozszywane z różnych przenikających się funkcji, to więcej osób będzie mogło wygodnie żyć.

A.R.-Z.: Modernistyczne planowanie miast zakładało monofunkcyjne strefy. Życie zweryfikowało ten pomysł – przemieszczanie się mas ludzi między sypialniami a strefami przemysłowymi czy biurowymi okazało się zmorą współczesnych miast. Jak wyjść z pułapki monofunkcyjności? Dlaczego wciąż się tak myśli? W Katowicach powstała strefa kultury, ze wspaniałymi budynkami Muzeum Śląskiego czy siedzibą NOSPR. Ale to jest elegancka enklawa, odcięta od miasta szerokimi jezdniami. Gdyby te obiekty rozsiać po mieście, wpłynęłyby na poprawę jakości swojego najbliższego otoczenia i przyciągnęły może nową publiczność; wpisałyby się naturalnie w miasto.

A.W.: To decyzje polityczne, na które architekci rzadko mają bezpośredni wpływ. W konkursach architektonicznych działka jest określona z góry. Wpływ mogą mieć urbaniści. A architekci, promując w mediach inny rodzaj myślenia o mieście. Mam wrażenie, że to się zaczyna dziać, weźmy choćby program Lokalnych Centrów, który rozwijamy w Oddziale Warszawskim Stowarzyszenia Architektów Polskich. W trakcie warsztatów analizujemy istniejące centra – wielofunkcyjne miejsca, które budują lokalną wspólnotę – i wskazuje punkty, w których występuje potrzeba ich utworzenia.

N.P.: Decyzja, żeby Muzeum Sztuki Nowoczesnej umieścić na trudnym terenie przy Pałacu Kultury w Warszawie, zawsze wydawała mi się kontrowersyjna. A gdyby je umieścić na Pradze albo na którymś z osiedli Bródna? Wprowadziłoby nową funkcję do miejskiej sypialni.

A.W.: W latach 70. zaczęto decentralizować niektóre zachodnie miasta. W Tensta, na jednym z przedmieść Sztokholmu przypominającym warszawskie Bródno czy Ursynów, decyzją polityczną umieszczono ważną państwową galerię sztuki Tensta Konsthall, którą prowadzi Maria Lind, jedna z kilku najbardziej wpływowych kuratorek na świecie. Budynek wygląda trochę jak bardziej okazały osiedlowy dom kultury, ale kuratorka ściąga najbardziej znanych artystów z całego świata, a jednocześnie angażuje lokalnych mieszkańców w funkcjonowanie tego miejsca. W okienku recepcji pracuje migrantka, która mieszka na drugim piętrze w bloku obok. Niektórzy powiedzą, że to gentryfikacja. Że w takie miejsca sprowadzą się hipsterzy, ludzie bogaci, i dla lokalnych, biedniejszych mieszkańców już nie będzie miejsca.

A.R.-Z.: Zamiast lokalnych tanich sklepów i zakładów usługowych powstaną modne kawiarnie i butiki…

A.W.: Ale chodzi o to, żeby mieszać. Czasem gentryfikacja ma swoje plusy. Ludzie działają na zasadzie upodabniania się do sąsiada. Jeśli gromadzimy mieszkania komunalne na jednej ulicy, wszyscy będą żyć według jednego schematu. Gdy obok są ludzie przedsiębiorczy, gdy widać, że za rogiem dzieje się coś interesującego, może powstanie hostel, w którym będą mogli pracować bezrobotni, i wszyscy na tym skorzystają. Proces mieszania różnych grup społecznych trzeba jednak umieć wyreżyserować.

N.P.: Jesteśmy jako pracownia zaangażowani w rewitalizację warszawskiej Soho Factory, ciągle jestem więc męczona o gentryfikację. To jest straszak, który się pojawia od 10 lat. Byłoby dobrze, gdyby ta gentryfikacja może się w końcu wydarzyła, bo mówi się o niej, ale ona nie dociera do nas. Widzę jednak, jak to miejsce animuje lokalny biznes i skłania ludzi do działania. Myślę, że to jest sposób na zmianę.

A.W.: Może chodzi o to, żeby te procesy nazywać nie gentryfikacją, tylko decentralizacją. To musi być świadome polityczne działanie. Nie twierdzę, że kultura wszystkich zbawi, jeśli nie ma się co jeść i gdzie spać, ale emancypuje przedsiębiorczość, rozszerza horyzonty. Jak zobaczysz niesamowitą rzeźbę na swoim osiedlu, to nie będziesz miał z tego od razu pracy, ale być może da ci jakiś nowy punkt odniesienia, murek, pod którym spotkasz się z ziomkiem, planując otwarcie wspólnego biznesu. Hasło dla miasta przyszłości to dla mnie strategia hybrydy, łączenia funkcji, łączenia różnych grup społecznych, współistnienia zwierząt z ludźmi, łączenia wsi z miastem. Niech powstanie muzeum, które ma wewnątrz bazar albo w którym pracują kowale. Bo obawiam się, że z produkcją to nie będziemy w czołówce świata.

N.P.: Myślę, że będziemy tam z CD-projektem i Wiedźminem.

A.W.: Ale to nie dotyczy wszystkich ludzi. W przemysł kreatywny tak bardzo nie wierzę. Nie wierzę Richardowi Floridzie i jego teorii klasy kreatywnej, która ma podźwignąć współczesne miasta.

N.P.: Ale jednak takie firmy na koniec mają większy potencjał niż, powiedzmy, przemysł zbrojeniowy rozwijany na siłę w małym kraju. Jest pomysł, żeby w Warszawie zrobić wielki fun park Wiedźmina, miasto powinno wykorzystać fakt, że to ogromny, przynoszący zyski przemysł. Gdyby proponować tego typu firmom np. przejmowanie starych budynków, miałyby fizyczny, dobry wpływ na architekturę miasta, a miasto skorzystałoby na tym finansowo.

A.W.: Rolą polityków jest także zobowiązywanie wielkich korporacji, żeby zostawiały pieniądze w miejscu, w którym mają swoje siedziby. Przyciągnięcie inwestora to nie wszystko. Korporacje trzeba zachęcać do odprowadzania podatków i społecznej odpowiedzialności. Pytanie, jak można przyciągnąć inwestorów i zachęcić ich do przekazywania tego globalnego kapitału społeczności lokalnej.

A.R.-Z.: Biznes nie będzie się przecież poświęcał. Nie będzie chciał naprawiać miasta i realizować pomysłów, które padają przy tym stoliku, jeśli nie okażą się one finansowo korzystne.

N.P.: Ale biznes ostatecznie musi się wykazać jakąś odpowiedzialnością wobec środowiska, wobec społeczeństwa. Ma to zapisane w swojej misji.

A.W.: Jeśli się go do tego trochę zmusi.

A.R.-Z.: Skoro biznesowi nie całkiem się opłaca, jakie powinny być narzędzia edukacji lub presji, aby miasto, czyli jego mieszkańcy, na tym coś zyskali? Czy aktywiści, oddolna presja będą w mieście przyszłości odgrywać coraz większą rolę?

A.W.: Presja aktywistów, którą obserwujemy teraz, działa.

N.P.: Oczywiście pod jej wpływem zmieniają myślenie urzędnicy, politycy. W Warszawie to widać.

A.W.: Pomoc może być modna. To cyniczne, ale niewielu jest dziś prawdziwych filantropów.

A.R.-Z.: Dlaczego gdy mówi się o mieście przyszłości, to architekci w mediach, na rozmaitych konferencjach i spotkaniach przedstawiają nierealistyczne wizje? W połowie ubiegłego wieku architektura przyszłości oznaczała kapsuły i kosmiczny design, a potem zaawansowane rozwiązania techniczne. Dlaczego tak mało mówi się o realistycznych, zrozumiałych i niewykluczających rozwiązaniach?

A.W.: Technobarok?

A.R.-Z.: Tak, miasta pod wodą, miasta na sztucznych wyspach, rozmawiające i inwigilujące użytkowników budynki. Czy dla Was jako architektek te pomysły nie są po prostu naiwne?

N.P.: Dla architektów to margines, jak domki na drzewach przy zwykłych domach.

A.R.-Z.: Ale gdy w prasie mówi się o miastach przyszłości, to takie rzeczy się pojawiają.

N.P.: To jest seksowne i się dobrze sprzedaje.

A.R.-Z.: Czy to może stanowić odpowiedź?

A.W.: Przecież „seksowność” jest też potrzebna. Jeśli całe społeczeństwo ma się składać na budowę miasta pod wodą, tylko dlatego że to jest wizja jednego architekta, to jest głupie. Ale sama figura miasta pod wodą jest interesująca, bo pobudza naszą wyobraźnię. Werner Herzog postanowił zbudować specjalny balon, by wraz z naukowcami filmować i badać czubki drzew w lesie. Bo ktoś postawił tezę, że to najmniej zbadane terytorium na świecie, mniej niż dna oceanów. Cała cywilizacja została zbudowana na marzeniu o niemożliwym. Oczywiście pojawia się pytanie o koszty i kto za to płaci. Nie chcę stawiać na utopie poza kategoriami etycznymi. Lubię figurę backward warrior, jeźdźca pędzącego na koniu, ale siedzącego tyłem. Myślmy o utopiach, krytycznie spoglądając na historię. Nie możemy ograniczyć się do pielenia chwastów i nie patrzeć w przyszłość, bo będzie ona zawłaszczona przez wojsko, przez tych, którzy chcą iść do przodu, bo mają w tym interes. Kolonizujmy przyszłość, twórzmy utopie – ale rzeczywiście ważne, żeby mądre wizje były seksowne, bo będą w stanie pociągnąć tłumy. Jeśli nie zawłaszczysz emocji odbiorcy, to zawłaszczy je nie wiadomo kto – straszakiem albo wizją wojny. Mówienie o tym, co się wydarzy w przyszłości, jest pewnego rodzaju intelektualnym obowiązkiem każdego człowieka.

N.P.: Mam uczucie życia w utopii zrealizowanej. Mogę ubierać się jak chcę, a nie w krynolinę, nie muszę się niczym przejmować, w każdej sekundzie mogę mieć każdą informację, kontakt z kimkolwiek. To niewiarygodne, jaka jest nasza przewidywana długość życia, szansa, że urodzone przeze mnie dziecko przeżyje…

A.W.: Że jako kobiety możemy być architektkami…

N.P.: … z jakimi chorobami sobie radzimy, nawet o tym nie myśląc. Nie przejmujemy się, że za chwilę spadnie deszcz. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jesteśmy w uprzywilejowanej grupie, ale pewne zmiany cywilizacyjne dotyczą nie tylko jej. Myśląc o tym, jak nieprawdopodobna jest jakość naszego życia, mam poczucie, że doszliśmy do niesamowitego momentu, i aż strach zastanawiać się, co jest dalej. Samo utrzymanie tego stanu dla naszych dzieci i ich dzieci, żeby miały przynajmniej taki komfort życia jak my, jest już celem samym w sobie. Żeby nie zepsuć tego, co osiągnęliśmy. Może to jest najinteligentniejszym sposobem myślenia o przyszłości.


NATALIA PASZKOWSKA – architektka. W pracowni projektowej WWA Architekci współpracuje z Wojciechem Kakowskim i Marcinem Mostafą, z którymi współtworzyła Pawilon Polski na EXPO 2010 w Szanghaju (2007) i Służewski Dom Kultury w Warszawie (2008)

AGNIESZKA RASMUS-ZGORZELSKA – dziennikarka, redaktorka, kuratorka, współzałożycielka Centrum Architektury

ALEKSANDRA WASILKOWSKA – architektka

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter