70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Co mnie uwiera

Nie twierdzę, że chrześcijanie muszą być antysemitami, choć są Żydzi, którzy tak sądzą. Braterstwo Żydów i chrześcijan jest możliwe. Uważam jednak, że za żydowską nieufnością wobec chrześcijaństwa stoją głębokie racje.

Pisać o antysemityzmie w polskim Kościele? Pierwsza reakcja: nie, nie jest to temat dla mnie. Czuję opór, bo pisałbym z zewnątrz. Bardzo nie lubię pouczania przez osoby spoza Kościoła w stylu „ja wam powiem, na czym polega prawdziwy katolicyzm”. Taka postawa wydaje mi się żenująca. Niech negatywnie piszą katolicy, którzy swój Kościół znają od środka. Po chwili przychodzi jednak myśl inna. Może powiem coś, co dla katolików nie jest oczywiste? A przy tym zachowam życzliwość i powstrzymam się od pustego pouczania?

Doświadczenia historyczne sprawiły, że w Polsce spotyka się podejście, które antysemityzm rozumie jako zabijanie Żydów. Wtedy można z czystym sumieniem utrzymywać, że nic takiego nie ma u nas miejsca. Tym sposobem myślenia kierował się zapewne kard. Józef Glemp, kiedy podczas ceremonii otwarcia Kongresu Teologów Polskich w 1989 r. mówił: „Prawda jest taka, że u nas w Polsce (…) nie ma antysemityzmu. Naprawdę nie ma”. Brak wyczucia innych wymiarów i sposobów ekspresji postaw antyżydowskich można wręcz uznać za specyficzną formę antysemityzmu.

Innym przekonaniem, którego konsekwencje są dla wielu katolików trudne do uchwycenia, a oczywiste dla wszystkich mniejszości religijnych, jest utożsamianie Polaka z katolikiem. Wspominając o tym, nie próbuję podważać roli, jaką w polskiej tradycji odgrywał katolicyzm. Jednak usuwanie poza nawias niekatolików, nawet jeśli bez złej woli i nieświadomie, jest formą dyskryminacji.

Wiara w mord rytualny

Żydzi bywają przewrażliwieni i nieraz w zachowaniu polskich katolików zbyt pochopnie dopatrują się antyżydowskich nastawień. Niemniej jednak stereotypowe wyobrażenie Żyda jako tego, który ma pieniądze i władzę, zwodzi i mąci, wciąż jest wyraźnie obecne w życiu społecznym. Nie chcę się szerzej rozpisywać na temat tej złowrogiej figury, która dla wielu ludzi – również związanych z Kościołem, np. tym jego skrzydłem, które dysponuje własną, promowaną w wielu kościołach rozgłośnią radiową – stanowi centralny punkt obrazu świata. Nie tylko dlatego że o tym lepiej opowiedzieć mogą katolicy; również dlatego że tej formy antysemityzmu nie postrzegam ani jako specyficznie polskiej, ani jako specyficznie katolickiej. Aby się o tym przekonać, wystarczy sobie uświadomić, że jeden z ministrów (zapewne prawosławny) w obecnym rządzie greckim twierdzi, że kryzys gospodarczy w jego kraju wynika z faktu, iż to Żydzi nie płacą podatków. Różne warianty takich przekonań nie są poglądami; to raczej ekspresja pewnej, opartej na uprzedzeniach wizji świata.

Specyficznie polskim przykładem antyjudaizmu jest natomiast sprawa obrazu w sandomierskiej katedrze. Spór toczył się latami, a teraz ma być zakończony, choć gdy sytuacji przyjrzeć się bliżej, nie jest to wcale takie pewne. Obraz przedstawia Żydów mordujących chrześcijańskie dziecko, aby uzyskać krew do celów rytualnych. Dzieło Karola de Prevot pochodzi z XVIII w. i jest jednym z elementów wystroju kościoła, obrazującego różne okropności, które spotykały sandomierskich katolików. Dlatego wiele osób w odpowiedzi na argument, że obraz nadaje się tylko do muzeum, odpowiadało, iż stanowi fragment większej całości i nie należy go usuwać. Jednak nie ma wątpliwości, że jest to obraz fałszywy i oszczerczy. Pokazuje rzekomą męczeńską śmierć niewinnych dzieci, podczas gdy jedynymi faktycznymi i niewinnymi ofiarami byli Żydzi, których stracono na przełomie wieku XVI i XVII w wyniku dwu procesów o mord rytualny. Chociaż potrzeba sprostowania fałszywej i oszczerczej wymowy obrazu wydaje się niewątpliwa, przez całe lata nie udawało się umieścić tabliczki z wyjaśnieniem. A przecież wielokrotnie zabiegała o to Polska Rada Chrześcijan i Żydów oraz wiele różnych osób, w tym katoliccy biskupi. Przez osiem lat obraz był zasłonięty, rzekomo w celu renowacji; dopiero w zeszłym roku umieszczono napis, który głosi m.in., że „Żydzi nie mogli dokonywać i nie dokonywali mordów rytualnych. Z powodu podobnych oskarżeń byli często prześladowani i mordowani, jak to wydarzyło się również w Sandomierzu. Począwszy od XIII wieku, papieże zabraniali rozpowszechniania tego rodzaju fałszywych zarzutów Odkui bronili Żydów przed nimi”. Przedtem dobra wola kolejnych hierarchów kierujących lokalnym kościołem najwyraźniej przegrywała z miejscowymi układami, które chroniły obowiązujący status quo. W moim przekonaniu ostatecznym źródłem sprzeciwu było po prostu to, że gospodarze kościoła i tamtejsi notable wierzyli w żydowski mord rytualny. Co więcej, zapewne nadal weń wierzą. Znajoma opowiadała mi, że jedna z przewodniczek pojawienie się nowej tabliczki skwitowała słowami: „To Żydzi kazali ją umieścić”.

Chrześcijańskie uprzedzenia

Postawy takie jak opisana powyżej nie ulegają łatwo przemianom, nawet jeśli zwrot inicjują najwyższe kościelne autorytety. Ich źródłem nie są bowiem fakty, ale głęboko zakorzenione uprzedzenia. Czy owe uprzedzenia są jakoś powiązane z chrześcijaństwem? Otóż uważam, że tak. Powodem jest, najprościej mówiąc, widzenie w Żydach tak fundamentalnych przeciwników Jezusa, że w prostej linii prowadzi to do utożsamienia Żyda ze złem, a ostatecznie z diabłem. Nie chcę przez to powiedzieć, że chrześcijaństwo jest w nieunikniony sposób połączone z widzeniem w Żydach uosobienia mocy piekielnych, staram się jedynie wskazać, że obecność negatywnych skojarzeń nie jest powiązana z religią chrześcijańską przypadkowo. Nie powstały one wyłącznie pod wpływem czynników społecznych, takich jak rywalizacja ekonomiczna, czy historycznych – przez długi czas Żydzi byli w Europie jedyną poważną mniejszością religijną, a miało to miejsce w okresie, gdy religia była jedną z głównych składowych wpływających na kształt cywilizacji. Wrogi stosunek do Żydów nie wynika z ogólnej niechęci wobec mniejszości. Przyczyną jest nieuniknione skądinąd napięcie między chrześcijaństwem a tradycją żydowską.

Chciałbym, aby nie dopatrywać się w tej tezie więcej, niż zostało powiedziane. Nie twierdzę, że chrześcijanie muszą być antysemitami, choć są Żydzi, którzy tak sądzą. Uważają oni, że antysemityzm jest jednym z filarów Europy, a właściwie – filarów chrześcijańskiej Europy. Myślę, że to stwierdzenie ma charakter zbyt radykalny i jednostronny. Braterstwo Żydów i chrześcijan jest możliwe. Chrześcijanie mogą być postrzegani jako przyjaciele i sojusznicy. Najlepiej świadczy o tym żydowska deklaracja Dabru Emet z 2001 r. Uważam jednak, że za żydowską nieufnością wobec chrześcijaństwa stoją głębokie racje. Chrześcijanie, patrząc na Żydów z perspektywy swojej religii, bardzo łatwo wchodzą w sferę oczekiwań, a brak spełnienia tych oczekiwań traktują jako zachowanie błędne, niedojrzałe, zaślepione, a nawet wrogie wobec samego chrześcijaństwa. Podstawowe oczekiwanie związane jest oczywiście z uznaniem Jezusa za postać centralną dla wiary. A na ten krok, uznanie nadnaturalnego statusu osoby Jezusa, nie decydują się nawet Żydzi bardzo przychylni chrześcijaństwu. Jeśliby bowiem to uczynili, staliby się w zasadzie chrześcijanami. Tak się dzieje w wypadku tzw. Żydów mesjańskich. Ponieważ są oni chrześcijanami, prawie wszyscy inni Żydzi uznają ich za ludzi, którzy wyszli poza ramy definiujące tradycję judaizmu. W judaizmie nie ma potrzeby odnoszenia się do Jezusa, budowania swojej religijności w nawiązaniu do Niego – czy to w sposób pozytywny, czy negatywny. Owszem, w tradycji judaizmu odnajdujemy wątki antychrześcijańskie i prześmiewcze opisy Jezusa, ale w żaden sposób nie są one konstytutywne dla samorozumienia judaizmu. Ta względna nieistotność Jezusa jest faktem nawet dla tych Żydów, którzy doceniają rolę chrześcijaństwa w historii świata i uznają pozytywną rolę Kościoła. Rozumiem, że z perspektywy chrześcijańskiej ta „zatwardziałość” może być denerwująca. Może nawet musi być denerwująca. Niektórych teologów katolickich, również polskich, uważających się za znawców judaizmu to zdenerwowanie prowadzi wręcz do wniosku, że judaizm to przede wszystkim odrzucenie Jezusa. To bzdura! W tezie tej jest tyle samo prawdy, co w stwierdzeniu, że chrześcijaństwo to przede wszystkim odrzucenie Mahometa.

Nadzieja nawrócenia, jaką nieraz żywią chrześcijanie, przez zachowujących związek z własną tradycją Żydów odbierana jest jako zagrożenie. Wiem, że rezygnacja z misyjnej roli chrześcijaństwa jest bardzo trudna. Ale przecież nie jest niemożliwa. Zaangażowani w dialog katolicy gotowi są uznać misję nawracania za zbędną. I nie chodzi tu o ludzi niepewnych swojej wiary, przekonanych o tym, że „każdy niech wierzy w to, w co wierzyć chce”. Z perspektywy teologicznej zasadnicze – a nie tylko czasowe, wynikające z sytuacji historycznej – porzucenie pragnienia nawracania Żydów może wynikać z dwojakiego rodzaju racji. Pierwszą jest rezygnacja z misyjności w ogóle. Wydaje się to trudne do pogodzenia z podstawowymi założeniami chrześcijaństwa, niekiedy jednak się zdarza. O takim rozwiązaniu wspominał np. pod koniec życia ks. Stanisław Musiał. Drugą racją prowadzącą do rezygnacji z podejmowania misji wobec Żydów jest uznanie, że to właśnie Żydzi nie są właściwym celem misjonarzy. Takie podejście bywa określane mianem teologii dwóch dróg zbawienia: Żydzi mają swoją drogę, a chrześcijanie swoją. Pierwszą rozbudowaną próbę ujęcia tej idei podjął przed niemal 100 laty Franz Rosenzweig. Według niego najwyższa religijna prawda biblijna musi się wyrażać na dwa sposoby: poprzez zgodne z tradycją życie Żydów oraz poprzez chrześcijańskie misje wobec pogan.

Kogo zmienia dialog?

Trudno mi powiedzieć, jak rozpowszechnione są w Polsce powyższe przeformułowania tradycyjnej teologii. Na pewno są prawie nieobecne jako element oficjalnego przekazu teologicznego. Zarazem jednak widzę, że znajdują odzwierciedlenie w myśleniu różnych osób, również takich, które funkcjonują w samym sercu polskiego Kościoła. Jedną z konsekwencji odrzucenia tradycyjnej teologii jest rezygnacja z teologii zastępstwa, czyli określania Kościoła jako Nowego Izraela w tym znaczeniu, że jako nowy zastąpił stary, przez co rola Izraela dobiegła końca.

O tym, jak trudne jest odejście od dawnego sposobu myślenia, świadczy historia polskiego tłumaczenia fragmentu wielkopiątkowej modlitwy „za Żydów”. Przez stulecia była w nim mowa o „wiarołomnych Żydach”. W roku 1960 sformułowanie zostało nieco osłabione, ale nadal pojawiało się tam odniesienie do „ludu zaślepionego”, przebywającego w „ciemnościach”. Taki język uznawany był przez katolików za właściwy. W wersji przejściowej z 1965 r. nie ma mowy o zaślepieniu, choć wciąż jest obecna modlitwa o to, by Żydzi uznali Jezusa, „Odkuipiciela wszystkich ludzi”. Następnie pojawia się stwierdzenie mówiące o tym, że Żydzi to populus acquisitionis antiquae, co od 1979 r. na język polski tłumaczone było jako „lud, który niegdyś był narodem wybranym”. Kwestia kościelnych formuł liturgicznych nie powinna być moją sprawą. Wspominam o niej nie po to, by zabierać temat teologom katolickim, ale by podzielić się moimi doświadczeniami. Znani i wpływowi polscy duchowni przez lata bezskutecznie zabiegali o skorygowanie niewłaściwego tłumaczenia. Kilka lat temu zapytałem o to ówczesnego prymasa abp. Henryka Muszyńskiego. Zapewnił mnie, że sprawa jest na dobrej drodze, ale na pytanie, dlaczego trwa to aż tak długo, rozłożył bezradnie ręce. To zaskakujące i zastanawiające, że nawet prymas nie mógł przemóc inercji oficjalnych agend Kościoła. Tłumaczenie zostało skorygowane zgodnie z łacińskim oryginałem (lud czy naród „pierwszego wybrania” lub „lud wcześniej nabyty”) dopiero w 2009 r. Dla mnie oznacza to, że wiara w adekwatność starego tłumaczenia, a zatem w teologię zastępstwa, miała się dobrze wśród decydentów w polskim Kościele. I – można przypuszczać – ma się nadal. Według mnie jest to argument za głębokim zakorzenieniem postawy antyżydowskiej w mentalności polskich katolików.

Ewolucja kościelnych postaw wobec Żydów, którą obserwuję od dziesięcioleci, napawa mnie ostrożnym, ale jednak optymizmem. Obchodzenie Dnia Judaizmu to fakt godny wielkiego uznania, choć wiem, że moi katoliccy przyjaciele narzekają nieraz na fasadowość tych uroczystości. Tegoroczny apel oficjalnego Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem, wzywający do pamiętania o „przestrzeni żydowskiej w Polsce” i o „śladach polsko- -żydowskiej przeszłości”, jest wzruszający. Obawy budzi natomiast kierunek ewolucji zachowań w Europie i na świecie. Liberalne porządki są kontestowane przez ludzi o postawach antyliberalnych, często konserwatywnie religijnych. Wzmacniają się postawy zamknięte, niechętne wobec obcych, pełne złości i frustracji reakcje wywoływane poprzez szybkie przemiany cywilizacyjne. Ofensywa radykalnego, agresywnego islamu rodzi zrozumiały przestrach, a to rzutuje na nasz stosunek do religii jako takiej. Jest to podejście krótkowzroczne, często powiązane ze swoistym „fundamentalizmem antyreligijnym”, który stanowi odpowiedź na coraz powszechniejszy fundamentalizm religijny. Również judaizm nie jest wolny od tego typu postaw. W Izraelu można usłyszeć głosy, które co do charakteru nie różnią się od wypowiedzi fundamentalistycznych ugrupowań muzułmańskich. Na szczęście religijni szowiniści nie mają tam mocy wykonawczych. Renesans fundamentalizmu nie ominie również Polski. Trudno dziś przewidzieć, jakie przybierze formy. Obawiam się, że odwoła się do wciąż żywych i dobrze znanych stereotypów, utożsamiających Żydów ze złem. Napawająca optymizmem ewolucja stosunku katolików do Żydów i judaizmu może przez to ulec zahamowaniu. I to niepokoi mnie szczególnie.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter