70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Turcja a Państwo Islamskie – niespiskowy punkt widzenia?

Turcja opowiada się konsekwentnie za kompleksowym podejściem, polegającym na zwalczaniu bojowników Państwa Islamskiego w Syrii, ale jednocześnie na odsunięciu od władzy prezydenta Baszara al-Asada. Według władz tureckich samo zwalczenie Państwa Islamskiego nie zmieni bowiem diametralnie sytuacji w państwie syryjskim.

Republika Turcji należy do państw o złożonym sposobie prowadzenia polityki wewnętrznej i zagranicznej. Aby zrozumieć zachodzące w niej procesy i wydarzenia oraz wyjaśnić bieżące działania decydentów politycznych, trzeba wziąć pod uwagę wiele różnych czynników wpływających bezpośrednio lub pośrednio na daną kwestię.

Niestety, takiego podejścia brakuje często przy przedstawianiu wizerunku tego kraju w czasie międzynarodowej debaty publicznej z udziałem dziennikarzy, polityków, a nawet ekspertów. W związku z polityką wewnętrzną i zagraniczną rządu Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkınma Partisi, AKP), konserwatywnego ugrupowania przywiązującego dużą wagę do kwestii religijnych, ugruntowała się opinia, która towarzyszyła tej partii ze zmiennym natężeniem od początku sprawowania samodzielnej władzy (od 2002 r.), iż ma ona „ukrytą agendę”, tzn. że przeprowadza proces islamizacji i dąży do stworzenia państwa wyznaniowego. Takie stwierdzenie zdarza się też wygłaszać tureckiej opozycji, zwłaszcza – Republikańskiej Partii Ludowej (Cumhuriyet Halk Partisi, CHP). Co więcej, media zachodnie wskazują także na prześladowanie chrześcijan w muzułmańskiej Turcji oraz podkreślają, że na porządku dziennym są ataki na księży, nawet ich zabójstwa. Powstaje w ten sposób obraz kraju, który zmierza w kierunku ustanowienia kolejnej republiki islamskiej.

Z twierdzeniem o „subtelnej islamizacji” Turcji można się jednak zgodzić tylko do pewnego stopnia (1). Na pewno przejawia się ona w umacnianiu pierwiastka religijnego w różnych wymiarach sfery publicznej, m.in. poprzez coraz większą obecność symboli religijnych w instytucjach publicznych (głównie muzułmańskiej chusty – dozwolonej obecnie w przypadku studentek na uniwersytetach czy deputowanych w parlamencie), wzrost znaczenia edukacji religijnej (dotyczącej przede wszystkim islamu sunnickiego) oraz szkół średnich typu imam hatip czy też ograniczeń w sprzedaży i konsumpcji alkoholu. AKP może dokonywać zmian prawnych w tych dziedzinach, reagując na wzrost konserwatyzmu i religijności wśród tureckich obywateli (wskazują na to badania prowadzone m.in. przez Hakana Yılmaza na Uniwersytecie Bosforskim w Stambule (2)).

Jednakże nieuzasadnione są przy tym obawy dotyczące stworzenia państwa wyznaniowego opartego na prawie religijnym. AKP jest zbyt pragmatyczna, aby nie brać pod uwagę niskiego poparcia elektoratu dla pomysłów aż tak radykalnych (w 2006 r. było to tylko ok. 10% społeczeństwa (3)). Pamięta też o latach 90. XX w., gdy przez krótki okres władzę sprawowała Partia Dobrobytu, Refah Partisi (do której należał chociażby najważniejszy polityk AKP, obecnie prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan). Polityka jej ówczesnego lidera i, na krótko, szefa rządu Necmettina Erbakana, polegająca na próbach oparcia systemu politycznego i gospodarczego oraz polityki zagranicznej na zasadach religijnych, nie tylko spotkała się z oporem elit kemalistowskich (z wojskiem na czele), ale również wywoływała niezadowolenie zwykłych obywateli, którzy np. gwizdali na Erbakana, kiedy pojawiał się na trybunach stadionu piłkarskiego.

W Turcji zdarzają się ataki na księży katolickich czy nawet ich zabójstwa, jak np. Adrei Santoro w Trabzonie w 2006 r. Nie jest to jednak zjawisko masowe, a napastnikami okazują się czasami tureccy chrześcijanie, zmagający się z problemami ze zdrowiem psychicznym. Choć respektowanie praw mniejszości chrześcijańskich oraz niechrześcijańskich, w tym alewitów mających więcej wspólnego z szyizmem niż sunnizmem (o dyskryminacji wspólnot muzułmańskich rzadziej jest mowa w zachodnich przekazach medialnych), pozostawia nadal wiele do życzenia, to jednak za rządów AKP widać pewną, choć niewystarczającą, poprawę. Niektóre wspólnoty religijne, m.in. Ormiański Kościół Apostolski czy Grecki Kościół Prawosławny, uzyskują np. pozwolenie na przeprowadzanie nabożeństw w dawnych świątyniach czy zaczynają odzyskiwać swoją własność. Wydawane są też pierwsze zgody na budowę nowych kościołów. Można odnieść wrażenie, że to mało, ale w porównaniu z poprzednimi dekadami widoczna jest pewna poprawa.

Kolejna teoria spiskowa

Wizja Turcji jako państwa wyznaniowego, niektóre działania rządu tureckiego na arenie międzynarodowej (zacieśnianie kontaktów z liderem palestyńskiego Hamasu Chaledem Maszalem czy opowiadanie się za Bractwem Muzułmańskim w Egipcie) i brak od początku krytycznej postawy wobec radykalnych islamistów rozszerzających swoje działania w Iraku i Syrii wpłynęły na pojawianie się kolejnej spiskowej teorii, zgodnie z którą rząd turecki miałby wspierać Państwo Islamskie (ISIS). Dochodziłaby do tego rzekoma pomoc w dostarczaniu broni oraz szkolenie i wysyłanie bojowników, którzy mogą swobodnie rozwijać swoją działalność w islamizującej się Turcji (m.in. dzięki, jak się twierdzi, istnieniu obozów szkoleniowych Państwa Islamskiego i punktów werbunku jego bojowników). Ostatnim widocznym przejawem powyższej postawy rządu tureckiego miał być brak odpowiedniej pomocy syryjskim Kurdom walczącym z bojownikami Państwa Islamskiego w mieście Kobane, niedaleko południowej granicy kraju.

Taka opinia (pojawiająca się również w niektórych polskich mediach), do umacniania której przyczyniła się także słaba dyplomacja publiczna Turcji, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Owszem, pretensje do rządu tureckiego o to, że odpowiednie służby i instytucje w niewystarczającym stopniu chronią granicę z Syrią, a przez to nie powstrzymują tranzytu bojowników przez terytorium Turcji i nie zatrzymują dostaw broni (oraz nie powstrzymują prób werbowania bojowników ISIS w obozach dla Syryjczyków), nie są całkiem nieuzasadnione.

Nie można też pomijać faktu, że na terytorium Turcji działają skrajne ugrupowania islamistyczne. Przykładem jest turecki Hizbullah, z którego wyłoniła się kilka lat temu Partia Wolnej Sprawy (Hüda-Par). Ugrupowanie to, złożone głównie z Kurdów, wyraziło poparcie dla Państwa Islamskiego i zaznaczyło swoją aktywność podczas starć z innymi ugrupowaniami kurdyjskimi w momencie pojawienia się problemu w Kobane. Turecki Hizbullah oraz Islamski Front Jeźdźców Wielkiego Wschodu (İslamî Büyük Doğu Akıncıları Cephesi, IBDA-C) były jednak bardziej aktywne w latach 90. IBDA-C stał m. in. za zamachami bombowymi na konsulat i bank brytyjski oraz synagogę w Stambule w 2003 r. W późniejszych latach media tureckie donosiły głównie o aresztowaniach grup powiązanych z Al-Kaidą. Radykałowie i terroryści byli i nadal są marginesem wśród licznych ugrupowań, stowarzyszeń oraz bractw i ruchów religijnych (tzw. tarikat i cemaat), które tworzą w Turcji różnorodną mozaikę, świadcząc o złożoności tureckiego islamu. Zazwyczaj tego typu ugrupowania mają umiarkowany charakter, czego przykładem jest pozostający obecnie w konfrontacji z rządem ruch Fethullaha Gülena. Wpływa na to m.in. proces demokratyzacji, możliwość udziału partii o korzeniach religijnych w życiu politycznym, funkcjonująca, mimo modyfikacji, zasada laicyzmu oraz istotna rola sufizmu w tureckim islamie.

Jeśli chodzi o zamachy bombowe, które od czasu do czasu zdarzają się w Turcji, to trzeba dodać, że ich autorami niekoniecznie są radykalni islamiści. Radykalizm dotyczy też ugrupowań o zupełnie innym profilu politycznym. Do niedawna była to Kurdyjska Partia Robotnicza (Partiya Karkerên Kurdistan, PKK) lub jej odłamy, dokonujące zamachów nie tylko w dużych metropoliach, ale także w kurortach turystycznych. W ostatnich latach głośno jest z kolei o lewicowej nielegalnej organizacji terrorystycznej, tj. Rewolucyjnej Ludowo-Wyzwoleńczej Partii-Froncie (Devrimci Halk Kurtuluş Partisi-Cephesi, DHKP-C).

Jednakże nawet dostrzegając takie kwestie, jak również występowanie w Turcji radykalnych, islamistycznych mediów (m.in. „Yeni Akit”, dziennika wyrażającego poparcie dla Al-Kaidy), nie sposób posądzać rządu o prowadzenie polityki wspierania Państwa Islamskiego. Brak stanowczego potępienia działań radykalnych islamistów i natychmiastowego nazwania bojowników terrorystami nie musiał oznaczać udzielonego im poparcia. Trzeba pamiętać o tym, co podkreślał rząd Turcji: w rękach bojowników Państwa Islamskiego znajdowało się do pewnego momentu kilkadziesiąt osób personelu tureckiego konsulatu w Mosulu. To uniemożliwiało podejmowanie działań, w tym również w warstwie retorycznej, mogących zaszkodzić sytuacji tych zakładników. Po ich uwolnieniu i zmianie bezkrytycznego nastawienia do grup walczących z al-Asadem zachowanie władz tureckich uległo zmianie. Wystarczyło posłuchać słów polityków tureckich czy ambasadora Republiki Turcji w Polsce, aby dostrzec inną postawę wobec radykalnych islamistów z Iraku i Syrii. Zaczęto wypowiadać się krytycznie o barbarzyńskich działaniach ISIS, traktując jego bojowników jak szaleńców, a nie wyznawców islamu.

Pomijając samą warstwę deklaratywną, która często różni się od rzeczywistości politycznej, należy stwierdzić, że popieranie bojowników ISIS byłoby samobójstwem politycznym dla AKP – zarówno z punktu widzenia polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej. Miałoby to opłakane konsekwencje dla relacji z USA i państwami europejskimi, nie mówiąc już o kontaktach z Bliskim Wschodem. Jednakże przede wszystkim byłoby to samobójstwo na arenie wewnętrznej. Badania z września 2014 r., przeprowadzone przez turecki MetroPOLL wskazują, że jedynie 1,3% Turków żywi sympatię do Państwa Islamskiego (91,7% ma negatywny stosunek), a blisko 80% badanych uważa je za organizację terrorystyczną (przeciwnego zdania jest 8,9% społeczeństwa) (4). Jego wspieranie spowodowałoby utratę poparcia społecznego i byłoby natychmiast wykorzystane przez partie opozycyjne.

Przyczyny wstrzemięźliwości wobec walk w Kobane

Brak interwencji militarnej czy nawet wyraźnego wsparcia koalicji dokonującej nalotów na pozycje bojowników Państwa Islamskiego to zatem wynik zupełnie innych czynników (stanowiących często zasadnicze i długotrwałe problemy państwa tureckiego), a nie sprzyjanie zwolennikom odbudowy kalifatu. Na pierwszym miejscu należy wymienić złożoną kwestię kurdyjską. Rząd turecki obawia się wzmocnienia tendencji autonomicznych, a później, być może, niepodległościowych wśród Kurdów syryjskich skupionych na płaszczyźnie politycznej przede wszystkim w Partii Unii Demokratycznej (Partiya Yekîtiya Demokrat, PYD), posiadającej powiązania z PKK. Nie można zapomnieć, że od końca 2012 r. Kurdowie wzmacniali swoją władzę w wielu regionach północnej Syrii. Wyraźne poparcie zbrojnego ramienia PYD (Sił Obrony Ludowej) przez Turcję w walce z Państwem Islamskim mogłoby zatem oznaczać wzmocnienie separatystycznych zamierzeń oraz pozycji Kurdów w regionie. Obawy Ankary zostały ugruntowane w momencie, gdy o referendum niepodległościowym zaczęli wspominać liderzy irackich Kurdów (połowa 2014 r.). Według rządu tureckiego takie działania w krajach sąsiednich mogłyby wpłynąć na postawę najliczniejszej wspólnoty kurdyjskiej, jaka zamieszkuje teren Turcji. W konsekwencji wyraźne wsparcie Kurdów syryjskich mogłoby doprowadzić do sytuacji, która byłaby sprzeczna z interesem narodowym oraz, co istotne, z ciągle żywymi nastrojami nacjonalistycznymi społeczeństwa tureckiego. Ta ostatnia kwestia ma tym większe znaczenie, że Turcję czekają wybory parlamentarne w 2015 r., a ekipie rządzącej zależy oczywiście na utrzymaniu poparcia społecznego.

Warto zaznaczyć, że nawet bez czysto militarnego zaangażowania w walce z Państwem Islamskim Turcja ponosi ogromne koszty związane z konfliktem w Syrii, przede wszystkim finansowe i gospodarcze, przyjmując olbrzymią liczbę uchodźców, zbliżającą się powoli do 2 mln osób. Odwołanie się do siły wojskowej oznaczałoby uwikłanie w skomplikowany konflikt związany ze śmiercią wielu ludzi i dalszymi nakładami finansowymi, których ponoszenie mogłoby pogorszyć nie najlepszą w ostatnim czasie kondycję tureckiej gospodarki. Oprócz tego byłoby to niekorzystne dla bezpieczeństwa Turcji, a jej obywatele mogliby stać się celami ataków organizowanych przez Państwo Islamskie. Ponadto skutkowałoby to kosztami politycznymi. Turcja od dłuższego czasu unika jakiegokolwiek zaangażowania militarnego w konflikty zbrojne w krajach muzułmańskich, chcąc wzmocnić swoją pozycję i polepszyć wizerunek w ich wspólnocie. Jest to zgodne z obecnie przyjętą doktryną polityki zagranicznej. Polityczne koszty wewnętrzne związane byłyby z kolei z możliwością wykorzystania przez opozycję w zbliżającej się kampanii wyborczej nastrojów antymilitarnych obecnych przynajmniej w części społeczeństwa tureckiego (retoryka antywojenna była już zresztą stosowana przez CHP).

W końcu większe zaangażowanie Turcji w Syrii po stronie Kurdów, a przeciwko Państwu Islamskiemu byłoby niekorzystne dla stanowiska rządu tureckiego wobec konfliktu syryjskiego, które pozostaje niezmienne. Turcja opowiada się konsekwentnie za kompleksowym podejściem polegającym na zwalczaniu bojowników Państwa Islamskiego w Syrii, ale jednocześnie na odsunięciu od władzy prezydenta Baszara al-Asada. Według władz tureckich samo zwalczenie Państwa Islamskiego nie zmieni bowiem diametralnie sytuacji w państwie syryjskim. Spora część ekspertów tureckich twierdzi, że chęć zakończenia rządów al-Asada stała się obsesją byłego premiera, a obecnie prezydenta Erdoğana (pozostającego wcześniej w bardzo dobrych stosunkach z al-Asadem). Turcja mogłaby się zaangażować (również militarnie) tylko w realizację takiego kompleksowego planu, który zakładałby stworzenie stref buforowych (nadzorowanych głównie przez siły opozycyjne wobec al-Asada, w tym syryjskich Kurdów zmuszonych do likwidacji swoich stref autonomicznych) oraz ustanowienie zakazu lotów nad Syrią. Takie rozwiązanie byłoby oczywiście korzystne dla Turcji z uwagi na jej bezpieczeństwo i liczbę napływających uchodźców, a także kwestię kurdyjską. Przy czym rząd turecki położył oficjalnie nacisk na ochronę ludności syryjskiej (również przed reżimem al-Asada).

Turcja pozostała jednak z tym pomysłem w osamotnieniu. Jej stanowisko nie było popierane m.in. przez Rosję i Iran. Głównym celem działań koalicji międzynarodowej (USA, Wielka Brytania, Australia, Kanada, Francja, część państw arabskich), dokonującej nalotów w Syrii i Iraku, stali się bojownicy Państwa Islamskiego (oraz Frontu Obrony Ludności Lewantu, czyli ugrupowania, które można nazwać syryjską Al-Kaidą). Niewiele zmieniło bardziej przychylne w ostatnich miesiącach stanowisko USA wobec kompleksowego rozwiązania konfliktu syryjskiego, bo nie wykroczyło ono poza sferę deklaracji.

Bierna Turcja?

To wszystko nie oznacza jednak, że Turcja nie podejmuje jakichkolwiek działań przeciwko Państwu Islamskiemu, wspierając tym samym Kurdów w Syrii. Do pewnej aktywności zmuszają ją ponownie zarówno czynniki wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Działania radykalnych islamistów w Syrii i Iraku, zwłaszcza te niedaleko granicy z Turcją, stanowią zagrożenie dla tureckiego bezpieczeństwa. Wspomniane już badania z września 2014 r. pokazują, że ok. 60% Turków traktuje ISIS jako zagrożenie dla swojego kraju (ponad 29% osób ma przeciwne zdanie). Te same sondaże udowadniają, iż większość społeczeństwa domaga się aktywności tureckiej, choć niekoniecznie w postaci samodzielnej interwencji armii na terytorium Syrii czy Iraku. Ponad 76% osób uważa, iż rząd turecki musi podejmować kroki zapobiegające jakiejkolwiek działalności Państwa Islamskiego na terytorium Turcji (tylko 10% Turków nie podziela tego zdania), a ok. 52% obywateli tureckich twierdzi również, że ich państwo powinno się włączyć w akcje militarne międzynarodowej koalicji (blisko 30% badanych jest temu przeciwnych – wśród nich znajduje się wiele osób sprzeciwiających się jakiejkolwiek interwencji militarnej Turcji poza jej terytorium, zwłaszcza sympatycy organizacji lewicowych) (5).

Równie ważnym czynnikiem zmuszającym Turcję do podejmowania pewnych działań w obliczu wydarzeń takich jak oblężenie Kobane jest, co ciekawe, ponownie kwestia kurdyjska. Brak wyraźnych inicjatyw wspierających Kurdów jest szkodliwy dla turecko-kurdyjskiego „procesu pokojowego”, związanego z rozmowami na temat rozwiązania wielowymiarowego problemu prowadzonego z liderem PKK Abdullahem Öcalanem, odbywającym karę dożywocia w więzieniu na wyspie İmralı. Kontynuowanie tego procesu zwiększałoby szansę na uzyskanie sojusznika w postaci obecnej w parlamencie kurdyjskiej Ludowej Partii Demokratycznej (Halkların Demokratik Partisi, HDP) dla zmian konstytucyjnych, które pozwalałyby na wprowadzenie w Turcji systemu prezydenckiego. Opowiada się za nim przede wszytskim Erdoğan.

Ponadto brak wyraźnego wsparcia dla Kurdów syryjskich nadwątlił wizerunek Turcji na arenie międzynarodowej, wzmacniając mylne interpretacje zachowania rządu tureckiego, np. te dotyczące rzekomego wspierania Państwa Islamskiego czy też wyczekiwania, aż jego bojownicy i syryjscy Kurdowie wykrwawią się w walkach trwających w Kobane i innych jeszcze miejscach. Ta ostatnia kwestia była niekorzystna dla AKP, budującego wizerunek tureckiego ugrupowania, które jako pierwsze rzeczywiście dąży do rozwiązania problemu kurdyjskiego. Stawianie Turcji oraz Partii Sprawiedliwości i Rozwoju w złym świetle, przede wszystkim wobec USA i krajów europejskich, wzmacniane było przez działania Kurdów (z Turcji, Iraku czy Syrii) domagających się pomocy środowiska międzynarodowego. Wreszcie brak wyraźnej aktywności Turcji wpłynąłby negatywnie na bardzo dobre relacje z władzami kurdyjskimi w północnym Iraku (tzw. Regionalny Rząd Kurdystanu to obecnie jeden z nielicznych sąsiadów, z którymi państwo tureckie nie ma zasadniczych sporów).

***

Wypadkowa wszystkich tych elementów spowodowała, że – mimo opóźnienia – rząd turecki zaczął podejmować działania wspierające Kurdów w walce z radykalnymi islamistami. Nie chodziło tu o interwencję militarną armii tureckiej w Syrii – ta byłaby możliwa jedynie w przypadku ataku bojowników Państwa Islamskiego na Turcję, ewentualnie na grobowiec Sulejmana Szacha (który znajduje się już na terytorium syryjskim, ale należy do państwa tureckiego). Oprócz wsparcia humanitarnego i medycznego rząd Ahmeta Davutoğlu zgodził się przede wszystkim na przemarsz przez swoje terytorium peszmergów – kurdyjskich bojowników z północnego Iraku, którzy mieli wesprzeć swoich syryjskich braci w walkach z ISIS. Później rozpoczęły się rozmowy z USA na temat sposobów wsparcia koalicji dokonujących naloty, mimo że Erdoğan uznał tego typu działania za niezbyt efektywne. Chodziło przede wszystkim o wykorzystanie baz tureckich przez samoloty koalicji. Niewątpliwie aktywność turecka pozostanie ograniczona z uwagi na wyżej omówione kwestie, do których dodać można jeszcze skupienie uwagi rządu w Ankarze na zwalczaniu „paralelnych struktur”, czyli członków ruchu Fethullaha Gülena działających w różnych instytucjach państwowych. Do większej aktywności mogłoby skłonić Turków jedynie rozpoczęcie realizacji kompleksowego planu rozwiązania konfliktu w Syrii. Zaistnienie takiej sytuacji jest jednak bardzo mało prawdopodobne.

 


.1 J. Pupcenoks, Democratic Islamization in Pakistan and Turkey: Lessons for the Post-Arab Spring Muslim World, „The Middle East Journal”, 2012, nr 2, s. 273–289.

2 H. Yılmaz, Türkiye’de Muhafazakarlık. Aile, Cinselik, Din, Stambuł 2012, www.aciktoplumvakfi.org.tr/pdf/muhafazakarlik/04.pdf (dostęp: 7 stycznia 2015).

3 B. Toprak, A. Çarkoğlu, Değişen Türkiye’de Din Toplum ve Siyaset, Stambuł 2006, s. 19.

4 Türkiye’nin Nabzı. Eylül 2014. Türkiye’nin IŞİD Algısı: İslam, Şiddet ve Hükümet Politikası, MetroPOLL, Stratejik ve Sosyal Araştırmalar, Ankara 2014, http://www.metropoll.com.tr/upload/content/ files/1772-turkiyenin-nabzi-eylul-2014.pdf (dostęp: 7 stycznia 2015).

5 Tamże.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata