70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sumienie Tatr

Dziesięć lat temu potężny huragan zdewastował słowackie zbocza Tatr Wysokich. Naruszony ekosystem został zaatakowany przez szkodniki, które rozprzestrzeniły się także na północ od głównej grani. Debaty o odbudowie przyrody i pomysły na zagospodarowanie Tatr świadczą dziś nie tylko o ekologicznej filozofii Słowaków i Polaków, ale i o zmianie kulturowej oraz o relacjach mieszkańców obu stron gór.

Kiedy 19 listopada słowacki prezydent odwiedził polski Jurgów, nawet nie wiedział, że kilka kilometrów dalej wichura zmienia Tatry – Tomasz Dzurila wspomina wieczór sprzed dekady, stojąc za przedwojennym kontuarem w chacie „Murań” w Podspadach.

Podspady to przysiółek w północnym zakątku słowackich gór, u zbiegu dróg z Polski. Te skaliste ziemie przez niemal pół wieku należały do Christiana Hohenlohe. Kiedy niemiecki książę nabył dobra jaworzyńskie, w tym Podspady, północna część posiadłości przylegała do granicy rozdzielającej Węgry i Galicję. U schyłku jego życia o przynależność tych ziem spierały się już Polska i Czechosłowacja. Miejscowi nazywali Hohenlohego „grofem” i w ten sam sposób mówi się o nim do dziś.

„Murań” to dawna karczma „grofa”, a jej dzisiejszy właściciel pełni funkcję kronikarza Tatr Jaworzyńskich i nasłuchuje głosów z obu stron granicy. W ponadstuletniej gospodzie zbierają się przecież ludzie z południa i północy.

*

W czwartek 18 listopada 2004 r. gwałtowne wichury przeszły nad Polską, zabijając siedem osób. Przez cały piątek zimne, ciężkie, wilgotne masy powietrza napływały w Tatry. Zgromadzone na wąskim obszarze północnych dolin, runęły na cieplejsze słowackie zbocza, w porywach osiągając prędkość 230 km/h.

„Ile drzew zwaliła Veľká Kalamita [Wielki Kataklizm]? Szacujemy ponad 2 mln kubików drewna, czyli zapewne 2–3 mln drzew” – mówi Jan Marhefka, odpowiedzialny za opiekę nad lasami w TANAP-ie (Tatranský Národný Park), słowackim odpowiedniku Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Huragan wykarczował pas o szerokości 3 km i długości aż 40 km wokół głównej trasy samochodowej słowackich Tatr, zwanej „Drogą Wolności”. Już po trzech kwadransach wichury z tonących w zieleni miejscowości otworzył się widok na góry oraz na leżącą niżej dolinę Popradu. „Śmiejemy się w domu, że od tego wieczora w Tatrach wreszcie zobaczyliśmy Tatry” – opowiada Dzurila, dolewając do szklanki horec, mocny, gorzki alkohol. „Co gorsza, od 10 lat widzimy ich coraz więcej. Cała droga z południowej na północną stronę gór została ogołocona z lasu i niestety, TANAP na tym nie poprzestanie”.

*

Dawniejszej historii polskich, z rzadka zasiedlonych gór nie sposób porównywać z losami słowackiego Podtatrza. „To była cywilizacyjna przepaść. U nas poza Nowym Targiem mieliśmy już tylko wioseczki, a tam mieszczaństwo w Kieżmarku, Białej Spiskiej czy Popradzie” – wylicza Michał Jagiełło – pisarz, badacz Słowacji i Tatr, były szef TOPR-u, a w latach 1989–1997 wiceminister kultury.

Najwyższe tatrzańskie szczyty leżą nad doliną Popradu kolonizowaną od średniowiecza przez Niemców, i to właśnie oni, wraz z Węgrami, zagospodarowywali w XIX w. dzikie dotąd tereny. Założono uzdrowiskowe miejscowości: Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę, Szczyrbskie Jezioro. Z kolei miasta Martin i Rużomberok, znajdujące się na zachód od Tatr, były ważnymi ośrodkami odrodzenia narodowego Słowaków.

Jagiełło rozkłada na stole szkic artykułu do wydawanego w Zakopanem kwartalnika „Tatry”. Kiedyś, w dwutomowej książce, analizował wnikliwie polskie spojrzenie na sąsiadów z południa, ale wciąż wpadają mu w ręce nieznane dotąd relacje. Jak ta autorstwa Mariana Gawalewicza, publicysty i męża Gabrieli Zapolskiej, który porównywał w 1888 r. obie strony Tatr:

„I tak wielki postęp, że nie trzeba już wozić ze sobą pościeli do Zakopanego i że, od biedy, można wypożyczyć nowy materac na łóżko, jeśli się nie umie zasnąć na twardym”. Tymczasem po słowackiej, czyli wówczas węgierskiej, stronie „znajdzie się za te same, jeśli nie tańsze pieniądze co w Zakopanem, salonik na mieszkanie, wyborną francuską restaurację z kelnerami we frakach i białych krawatach, kąpiele pod prysznicem, halę do picia wód i wszystko, co może uprzyjemnić pobyt Europejczykowi”.

„Tego typu refleksji znamy niewiele, bo przecież polscy propagatorzy gór doceniali na ogół ich surowość. A to dlatego że 11 miesięcy w roku byli mieszczanami i spełniali swe obowiązki cywilizacyjne” – uśmiecha się Jagiełło. Jednak to szukanie górskiej chropowatości miało bez wątpienia pozytywne rezultaty: „Czerpaliśmy z lokalizmu. Choćby w sztuce. Stąd pod Tatrami mamy nie tylko murowane budynki-sześciany, ale i styl zakopiański. Górali włączaliśmy w narodowe imaginarium”.

Według Jagiełły w świadomości Słowaków góry funkcjonowały w większym stopniu jako element konwencji literackiej niż politycznej ideologii: „Oni mieli tatrzańskie apostrofy, za to u nas nawet ochrona przyrody włączona została w kategorię polityczną. Zaczęła się rodzić jako opozycja do Niemców i Żydów – posiadaczy kuźni i hamrów (hut żelaza) w dolinach i na zboczach mitologizowanych, rzekomo prapolskich gór – albo do najeźdźców próbujących zagrabić Morskie Oko”.

Spory o słynny staw, postrzegany już wówczas jako polski klejnot, dobrze obrazują różnice między oboma narodami. Pod koniec XIX w. książę Hohenlohe zamierzał włączyć Morskie Oko do swojego zwierzyńca, zorganizowanego w odgrodzonym obszarze na północy gór. Na terenach wokół Jaworzyny Spiskiej „grof” hodował pod odstrzał wszystkie zagrożone gatunki tatrzańskich zwierząt, ale też inną zwierzynę łowną: bizony, żubry, rozliczne jelenie, z amerykańskim wapiti na czele. „Cokolwiek by o Hohenlohem mówić, to jego zwierzyniec uratował tatrzańską faunę przed ekologiczną klęską” – podkreśla Jagiełło. Do ochrony górskich dóbr książę zatrudniał austriackich jegrów, ale również górali i Niemców z węgierskiego wówczas Spisza. Spór wybuchł, gdy ludzie „grofa” zaczęli grodzić teren po galicyjskiej stronie, próbując przesunąć granicę na środek Morskiego Oka. Zwycięstwo przed państwowym sądem w Grazu w 1902 r. odczytywano w Galicji jako epokowy triumf w walce o polskość. „Po stronie węgierskiej była to sprawa w dużym stopniu prywatna” – konkluduje Jagiełło.

*

W czasie wielkiej wichury ludzie mieli sporo szczęścia – zginął tylko jeden kierowca. „Martwy sezon i wcześniejsze ostrzeżenia przed możliwym huraganem przyczyniły się do ograniczenia strat, ale liczba ofiar i tak zakrawa na cud” – wspomina Pavol Kuna z Górskiego Pogotowia Ratunkowego (Horská Záchranná Služba). Dziesięć lat temu dolatywał pod Tatry helikopterem i przez ponad tydzień dostarczał z wysokości żywność uwięzionym w ostępach mieszkańcom gór.

„Pod powalonym lasem nie znaleźliśmy martwych zwierząt” – mówi Lenka Burdova, redaktor naczelna wydawanego przez TANAP czasopisma „Tatry” (nie mylić z polskim kwartalnikiem o tej samej nazwie). „To instynkt, szósty zmysł zwierząt – tłumaczy dziennikarka. – Tuż przed Kalamitą wszystkie duże ssaki zbiegły na łąki albo wyszły ponad granicę lasu”.

Przedmiotem troski Burdovej są dziś przede wszystkim tatrzańskie drzewa. Sama wichura z 2004 r. dotknęła tylko południowej strony Tatr, ale jej konsekwencje szybko odczuły całe góry. Na próchniejących pniach zaczęły żerować korniki. W ciągu zaledwie kilku lat epidemia zaatakowała drzewa we wszystkich tatrzańskich lasach. „Nasza instytucja nie porozumiała się po huraganie z parkową administracją w sprawie zwózki całego drewna. To również dlatego obszar, jaki uległ zniszczeniu przez plagę kornika, jest już niemal tak wielki jak ten wykarczowany w wyniku huraganu” – wyjaśnia Burdova.

„To całkiem naturalne, że tam gdzie leżą drzewa, pojawiają się szkodniki – twierdzi Pavol Majko, dyrektor administracji TANAP-u. – Rzeczywiście opowiedzieliśmy się za pozostawieniem w terenie części drzewa. Około 600 tys. kubików zostało jako biomasa, naszym zdaniem posłuży wzmocnieniu przebudowywanego lasu”.

*

Po I wojnie światowej Słowacy stali się przedmiotem polityki w stopniu większym niż za czasów węgierskich. Także mieszkańcy południowego Podtatrza coraz mocniej się słowakizowali, choć nadal było tam wielu Niemców. „No i coraz częściej przyjeżdżali Czesi. Nawet polskim rezydentom gór, takim jak Rafał Malczewski, wymykały się w druku »czeskie Tatry«” – zauważa Jagiełło.

Po I wojnie światowej w podtatrzańskich miejscowościach Czechosłowacji utrzymany został luksusowy charakter z czasów węgierskich. Kurorty jeszcze rozbudowano. Jak opowiada Dzurila – który zanim sprowadził się w Tatry, pływał w czechosłowackiej flocie handlowej – w Smokowcu jeszcze w latach 70. pracowało stare pokolenie kelnerów, chętnie wspominających dawne czasy. „W elitarnym Grandzie rano wyprowadzano państwa z wyższych sfer na wycieczkę, później dopomagano w kuchni, wieczorem cicho zanoszono kwiaty do apartamentu i równie cicho zabierano ze stolika kopertę z wypłatą” – wylicza właściciel karczmy. Od pracowników wymagało się kiedyś nieprzeciętnych umiejętności: „Stary kelner o nazwisku Kostka opowiadał mi, jak pełnił przed wojną funkcję »przedtanecznego« – zapraszał do tańca panie z wyższych sfer, żeby rozruszać wieczorną zabawę. W latach 70. wszyscy ci weterani klęli na nową epokę i turystów z NRD”.

Mimo pozytywnych zmian następujących w międzywojniu Słowacy przez cały ten okres nie dołączyli do państwowej elity, a w górskich, słabo zindustrializowanych regionach łatwo było wskazywać winnych – domniemanych lub rzeczywistych – ubóstwa i nierówności. „Czy to tutaj, czy na Rusi Zakarpackiej – wszystkie urzędy obsadzali Czesi” – mówi Dzurila, niemal jednocześnie pokazując zdjęcia polskich tankietek, które wjechały do Podspadów jesienią 1938 r., w czasie tzw. obsadzenia Tatr Jaworzyńskich. Główna słowacka partia – Ludacy księży Hlinki i Tisy – przyjmowała narodową ideologię w wersji niemieckiej. Narastały nastroje antysemickie, a na granicy z Polską odżywał podsycany przez obie strony konflikt o przebieg linii granicznej na Spiszu i Orawie.

Na kolejnej fotografii widać werandę gospody „Murań” w latach 30. Siedzi na niej z rodziną żydowski najemca Rothmans. Słowackie państwo w czasie wojny najpierw zrewanżowało się Polakom za zajęcie Jaworzyny, a potem ochoczo wysyłało do obozów ludność żydowską. „Kilkanaście lat temu jedyny ocalały członek rodziny Rothmansów odwiedził Podspady” – opowiada właściciel karczmy.

*

„Wiem, że są do nas pretensje o pozostawienie zwalonego lasu, ale przyroda sobie poradzi – zapewnia dyrektor Majko. – Gospodarka lasem nie jest prosta, więc proszę nie powtarzać polskich zarzutów”.

Kilka lat temu nasze media podały informację, że TANAP może stracić status parku narodowego w klasyfikacji Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN). Jeden z dyrektorów TPN oraz dziennikarze wypowiadali się ostro na temat polityki przyrodniczej Słowaków. „Bardzo szanuję moich kolegów z Zakopanego, ale cała tamta historia okazała się wymysłem” – zamyka dyskusję Majko i przechodzi do przedstawiania ram prawnych ochrony Tatr. Słowacy operują pięciostopniową skalą określającą obszary przyrodnicze. Najwyższy stopień przypisano rezerwatowi ścisłemu, gdzie ingerencje są w teorii niemożliwe. Po szykowanych zmianach i przejściu na system czterostopniowy w obszarze szczególnej ochrony ma się znaleźć nawet 54% obszaru TANAP, choć problemem może być obecność w Tatrach lasów prywatnych, które trudno kontrolować.

Trwałość systemu ochrony podawana jest jednak w wątpliwość w samym parku narodowym, a konkretniej: w Państwowych Lasach. Lenka Burdova i Jan Marhefka mają o przyrodniczej polityce po Kalamicie inne zdanie niż Majko. „Zdarzyły się tu rzeczy, które w państwie prawa stać się nie powinny. Jest mi bardzo smutno, że pierwotny charakter lasu zmienił się i wciąż zmienia. Ludzie mają obowiązek szanować przyrodę”.

*

II wojna światowa definitywnie zakończyła w Tatrach cywilizację spiskich Niemców i Węgrów. Zostali Słowacy, Czesi, a część poniemieckich osiedli zajęli z czasem Romowie.

Miejscowości po południowej stronie gór zjednoczyły się w 1947 r. na długim na prawie 50 km odcinku w organizm miejski nazwany Wysokie Tatry. Dwa lata później władze państwowe powołały TANAP. „Rozpoczęła się era turystki masowej. Robotnicy na urlopach, domy wczasowe, skierowania do uzdrowisk. Powstały nowe drogi, nowe pensjonaty, nowe trasy. W 1970 r. modernizowano Tatry pod mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. – Burdova porównuje stare i nowe statystyki. – Szczyt ruchu mieliśmy tu w roku 1980, dziś turystów jest nieco mniej”.

Redaktor naczelna słowackich „Tatr” podkreśla, że po obu stronach granicy mocno różnił się model społeczny: „W Czechosłowacji upaństwowiono wszystko, nawet rolnictwo. Może ktoś trzymał jedną jałówkę, ale nigdy więcej. To zabijało naszą inicjatywę i oduczało aktywności. Jeszcze niedawno sklepy zamykano tu wczesnym popołudniem”. Jagiełło zgadza się z tą diagnozą, ale wzywa jednocześnie, by bierności naszych sąsiadów nie mitologizować: „W 1968 r. żyliśmy wydarzeniami Praskiej Wiosny i czuliśmy ze słowackimi kolegami emocjonalną więź. Później nieraz widzieliśmy ich zainteresowanie światem. Kiedy w latach 70. wyjechałem do Bratysławy jako pracownik PIW, w imponującym tempie rozprzedaliśmy tam cały zapas książek z eseistycznej serii Plus Minus Nieskończoność (Biblioteka Myśli Współczesnej). Słowacy zawsze mieli swoje filtry na rzeczywistość mimo wszechobecnych czerwonych gwiazd i propagandowych haseł” – twierdzi Jagiełło.

Niestety, w pewnym momencie za południową granicą zaczęto Polaków traktować z wyższością. „Z otwartymi ramionami witano wschodnich Niemców, a nawet Węgrów, ale na Polaków patrzono trochę inaczej” – mówi Dzurila. Zdaniem Jagiełły negatywne stereotypy rozwijały się pod wpływem komunistycznej propagandy. W latach 80. polską aktywność pokazywano jako rezultat tradycyjnej anarchii, strajki tłumaczono dla odmiany nieróbstwem. Synonimem braku jakości stała się polska czekolada. „Po okresie komunistycznym traktowali nas jak stonkę” – puentuje były dyrektor TOPR.

*

„Decyzję o pozostawieniu na stokach części powalonych w Kalamicie drzew podjęło Ministerstwo Środowiska Naturalnego po konsultacjach z nami oraz z Urzędem Wojewódzkim”. – Majko nie ma zamiaru kłócić się z kolegami z Państwowych Lasów TANAP-u. „Oni mają trochę inną filozofię ochrony, wolą aktywne prace w lesie. Z naszej strony decyzje podejmował mój poprzednik i ja nie mam tu się do czego odnosić” – zastrzega obecny dyrektor.

Marhefka zdecydowanie broni stanowiska Państwowych Lasów. „Dla nas to oczywiste, że drzewa trzeba było z gór ściągnąć. Stanowiły zagrożenie dla ludności, już po pół roku wybuchł na wiatrołomach wielki pożar. Rzeczywiście zarabiamy na sprzedaży drzewa, ale dzięki temu kilometry szlaków i turystyczną infrastrukturę naprawialiśmy dziesięć lat temu z własnych środków”.

Żeby zniwelować skutki wichury, Lasy TANAP-u przygotowały miliony sadzonek. „4,5 tys. hektarów udało się nam już odnowić, stabilizujemy teren, nasadzając sosny, modrzewie, ale też drzewa liściaste, jak jawory i brzozy” – tłumaczy Marhefka. Wśród miłośników gór pokutuje pogląd, że przyczyną Kalamity było nasadzenie w Tatrach na przełomie XIX i XX w. nieznajdujących tu odpowiedniego podłoża świerków z Austrii i Bawarii. „Ale to nie do końca tak. Problemem nie były świerki, tylko sposób ich nasadzenia – stawianie na jeden rodzaj drzew i jeden wzór ukorzenienia” – wyjaśnia Marhefka.

Leśnik z TANAP-u kwestionuje też obiegowe przekonanie o spowodowanym wichurą spadku liczebności tatrzańskich zwierząt. Obecnie żeruje ich więcej niż przed Kalamitą. „Paradoksalnie, ponowne nasadzenie lasu może znów zmniejszyć poczet zwierząt – twierdzi Marchefka. – Wysokie drzewa zabiorą światło mniejszym roślinom, stanowiącym pożywienie dla niektórych gatunków fauny”.

*

W początkach lat 90. Polacy zalali słowackie Tatry. Cisnący się za szczelną do tamtej pory granicę turyści wreszcie mogli lepiej poznać kilka razy większe i bardziej wówczas dzikie góry. Tania korona sprawiała, że masowo jeździli również na zakupy.

Szalejący po polskiej stronie góralski kapitalizm jaskrawo odbijał od spokojnej ustrojowej zmiany w podgórskich uzdrowiskach Słowacji. „Ciekawe, że na czeskim Zaolziu pierwsze prywatne sklepy otworzyli po zmianie systemowej właśnie Polacy. Czesi patrzyli na nich jak na wariatów. – Jagiełło przywołuje wspomnienia z czasów, gdy odpowiadał w Ministerstwie Kultury za transgraniczne inicjatywy. – W Tatrach było podobnie, ale przynajmniej słowaccy górale nie dali zabić w sobie do końca instynktu prywatności. Tu obowiązywała dewiza »moja gazdówka jest moja«”.

Początek lat 90. to oczywiście okres słowackiej prywatyzacji. To wtedy dawną karczmę Hohenlohego zakupił Dzurila. W rejonie Jaworzyny większość domów leżała na ziemi TANAP-u, ale w uzdrowiskach u południowych stoków najemcy powoli przejmowali hotele, sanatoria, infrastrukturę narciarską. Z różnym skutkiem. W ruinę popadł m.in. najstarszy hotel Wysokich Tatr – secesyjna „Łomnica” w miejscowości o tej samej nazwie.

Na południowych zboczach gór było spokojnie i tanio. Tylko miejscowa policja leniwie polowała na samochody z polską „stonką”. Gdy po naszej stronie górale uruchamiali sieć mikrobusów, powodując upadek lokalnych linii PKS, po słowackiej transport publiczny chodził z punktualnością, która pozwalała regulować zegarki. Gdy w początkach XXI w. w Polsce noszono już powszechnie nowoczesne ubrania turystyczne – polary i gore-tex – na Słowacji wciąż królował ortalion. „Ta zmiana była niespodziewana, bo przecież za czasów czechosłowackich to wspinacze i turyści zza południowej granicy sprzętowo stali wyżej od nas” – Jagiełło przypomina sobie wrażenia sprzed dekady.

Słowacy przechodzili transformację z przygodami ufundowanymi przez rządy Vladimira Mečiara. Opóźniło się przystąpienie kraju do NATO, proces akcesji do Unii Europejskiej również nie przebiegał modelowo. Jednak po 2004 r. zmiany przyspieszyły. „Przypłynęły pieniądze, pojawił się towar i podaż nowoczesnych usług turystycznych i narciarskich. – Burdova pokazuje na ekranie komputera zdjęcie zeschniętego lasu: – Szkoda, że niektórzy robią towar również z gór”.

*

W Podspadach na temat leśnej polityki TANAP-u mają swoje zdanie. Za „parkowymi” chodzą różne historie. Jeden miał tartak i doprowadził go do bankructwa, w niejasny sposób bogacąc się samemu. Drugi zatrudnił rodzinę. Trzeci zburzył starą stanicę „grofa”. „Ludzie zawsze gadają, ale coś jest na rzeczy – opowiada Dzurila. – Dolina Białej Wody to ścisły rezerwat, a ja na własne oczy widziałem tam ciągniki i ciężarówki”. Również słabość słowackiego ruchu ekologicznego jest zastanawiająca. „Najbardziej aktywne stowarzyszenie ekologiczne zwane Vlk walczyło, gdy »parkowi« zdecydowali się odstrzelić agresywnego niedźwiedzia, ale zawsze milknie, gdy lobby narciarskie uderza w ziemie parku”.

Zdaniem Dzurili jednym z poważniejszych problemów słowackich Tatr jest J&T. Również w siedzibie lasów TANAP-u sporo się rozmawia o tym przedsiębiorstwie i jego spółce-córce TMR. „Próbowali kupić Wasze koleje na Kasprowym i Gubałówce” – przypomina Marhefka. – U nas pobudowali nowe drogi narciarskie na Łomnicy, na Szczyrbskim Jeziorze, także w Tatrach Zachodnich. Częściowo na obszarze pozostającym w piątym, restrykcyjnie chronionym obszarze przyrody”. Czy przedsiębiorcy wykorzystali Kalamitę do własnego interesu? „W 2006 przebudowaliśmy strategię dla Tatr, zdefiniowaliśmy nowe tereny dla narciarzy, dostosowaliśmy realne warunki ochrony do zniszczonych przez huragan gór – odpowiada Majko i ponownie podkreśla, że tamte decyzje podejmował jego poprzednik. – Rzeczywiście mamy teraz nowe kłopoty”. Retencja na odsłoniętych przez wichurę zboczach bardzo się pogorszyła, a na szerokiej narciarskiej trasie nie pomagają nawet specjalne systemy. „Jest więcej powodzi, to nie ulega wątpliwości” – przyznaje dyrektor.

Już w 2002 r. Ministerstwo Środowiska Naturalnego, próbując pogodzić interesy górskich środowisk, wynegocjowało wyłączenie spod ochrony unijnego programu Natura 2000 dużych obszarów parku. Polacy i inni sąsiedzi z Europy Środkowej nawet nie myśleli o takich działaniach, traktując unijny program ochrony przyrody w poważniejszy sposób.

*

Tuż przed 10. rocznicą kataklizmu na Słowacji odbyły się wybory do samorządów. Czwarty raz z rzędu burmistrzem Wysokich Tatr został Jan Mokoš. „Dziś mamy 4200 obywateli – mówi Ingrid Janigova, dziennikarka wydawanego przez magistrat »Tatrzańskiego Dwutygodnika «. – Miasto próbuje się rozwijać w zrównoważony sposób, ale każda inwestycja musi tu być uzgodniona z nadzorem, mamy szczegółowe plany zagospodarowania, które określają dopuszczalny wpływ budowy na środowisko. Nowe domy muszą się też komponować z zabytkowym charakterem miejscowości”. W Tatrzańskiej Łomnicy i Smokowcu rzeczywiście tylko z rzadka widać nowe hotele i przebudowane pensjonaty. „Młodzi mieszkańcy wręcz narzekają na brak inwestycji, rozrywek, bazy narciarskiej. Uważają, że przyjęte w 2008 r. euro wypłoszyło turystów” – twierdzi właścicielka punktu z książkami i pamiątkami na stacji kolejki elektrycznej łączącej Smokowiec z innymi miejscowościami Podtatrza. Za to w Szczyrbskim Jeziorze przebudowuje się niemal wszystkie budynki. Odkąd dawny hotel Hviezdoslav należy do sieci Kempiński, w górski krajobraz wciskają się grodzone apartamenty. Trudno mieć wątpliwości, że po polskiej stronie planowanie przestrzenne przebiega dużo gorzej, a miasto Wysokie Tatry jest w porównaniu z Zakopanem oazą spokoju. Ale i ono ewoluuje. Najtańsze kwatery zmieniają się w apartamenty. „Znów, jak kiedyś, robi się tu bardziej ekskluzywnie. Trochę tych zmian szkoda” – konstatuje Burdova, która dla Tatr rzuciła 20 lat temu Bratysławę. Filip Zięba jest nadleśniczym w TPN. Jak tłumaczy, poleganie wyłącznie na wypracowanych dawniej procedurach zupełnie nie sprawdza się w zmiennych realiach tatrzańskich. Wiedzę, na której opierają się działania TPN, trzeba stale weryfikować w szerszym gronie ekspertów i za pomocą zdobyczy techniki. Na monitorze Zięby wyświetla się schemat marszruty tatrzańskich niedźwiedzi, którym założono telemetryczne obroże. „O, proszę, ten przeszedł przez Rysy na słowacką stronę. Wie pan, dlaczego krąży wokół tego akurat rejonu Smokowca? Bo jest tam sortownia śmieci”.

Zdaniem Zięby narzędzia, którymi dysponują dziś przyrodnicy, pozwalają na wnikliwą i wieloetapową analizę procesów w ekosystemie Tatr. „Te misie to dowód, że Tatry są jedne i że ze Słowakami powinniśmy mieć te same cele w ramach transgranicznej, systemowej ochrony gór” – mówi nadleśniczy.

Jednak zdaniem Zięby ochrona Tatr wiąże się z szeregiem nie tylko przyrodniczych niuansów. W Polsce problemem jest np. fakt, że park gospodaruje na góralskiej ojcowiźnie. „Jesteśmy ciągle na świeczniku – tłumaczy Zięba. – Na Podhalu zawsze się o naszych decyzjach dyskutuje, bo mamy tu ciągłość kultury, miejsca, ludzi. Górale pamiętają, że byli właścicielami i czerpali z Tatr ekonomicznie i kulturowo. Więź z górami odczuwają również miastowi”.

Według Zięby nieustanne kłótnie i przepychanki – ekologów z fiakrami, parkowców ze wspinaczami, drogowców z góralami z Białego Dunajca, zwolenników i przeciwników zimowych igrzysk olimpijskich – są w gruncie rzeczy zjawiskiem pozytywnym. „To oznacza, że wszystkim zależy. Musimy tylko siadać i rozmawiać” – kwituje nadleśniczy.

Jagiełło próbuje opisać specyfikę postawy naszych sąsiadów: „Pionowa relacja, hierarchiczność to rzeczy, które chyba głębiej siedzą w głowach Słowaków. Nie idzie to jak u nas w liberum veto. Z jednej strony Słowacy mają poczucie odpowiedzialności, z drugiej – przejawiają pewną bierność. Szanują dobro wspólne i nie wyrzucają śmieci w lasach, bo to grzech społeczny, ale z jednak robią wycinki i pozwalają na odstrzał zwierząt”. Proszony o porównanie polskich i słowackich realiów były wiceminister kultury mówi bez wahania: „Wystarczyło kilkanaście lat, by różnica cywilizacyjna zaczęła buzować na naszą korzyść”.

Zięba pozwala sobie tylko na krótki komentarz dotyczący Słowaków: „lobby narciarskie jest tam bardzo silne i było to zaskakujące, gdy w środku Tatr, w rezerwacie biosfery coś zostało wyłączone z Natury 2000. Cieszę się, że mamy w Polsce rozbudowane edukacyjne i ekologiczne mechanizmy oraz odpowiednią Ustawę o ochronie przyrody”. Z kolei dyrektor Majko wypomina Polakom przeludnienie rejonu Kasprowego tuż nad słowackim rezerwatem w Dolinie Cichej czy zatłoczoną drogę do Morskiego Oka. Tu, w ciągu jednego dnia, przebywa często więcej ludzi niż w całych Tatrach słowackich.

Jagiełło nie ma jednak wątpliwości, że Polakom dużo się ostatnio w Tatrach udaje: „W TPN czy Muzeum Tatrzańskim pracują prawdziwi fachowcy. Aktywni i zaangażowani. To coś wspaniałego, najwyższy poziom profesjonalizmu. Rok temu halny wykosił drzewa w Dolinie Kościeliskiej, a tydzień temu w Brzezinach. Ale jak patrzę na sposób, w który konsekwentnie odbudowywano wykarczowaną dolinę Jaworzynki, to jestem o nasze lasy spokojny”.

*

„Kataklizmy w Tatrach to wcale nie nowość, a las się odbuduje, jeśli tylko dostanie taką szansę” – zapewnia Marhefka. Więcej wątpliwości ma Jagiełło: „Schodząc rok temu od szczytu Łomnicy po zniszczonej Kalamitą i rozoranej przez narciarzy trasie, prawie się popłakałem”. Majko zapewnia, że z najwyższych stref ochrony nie zostanie już wyłączony żaden obszar. „A las na pewno odbudujemy” – dodaje.

„Muszę przyznać, że zazdroszczę Polakom organizacji parku narodowego. W ten sposób naprawdę da się pracować”. – Majko mówi o sponsoringu, narzędziach technicznych, prawnych i administracyjnych, o programach edukacyjnych, wreszcie o zainteresowaniu mediów. „My możemy Słowakom zazdrościć przede wszystkim przestrzeni – odpowiada po krótkim namyśle Zięba. – Może ich podejście jest bardziej elastyczne właśnie dlatego, że mają te góry wszędzie?”.

W dawnej karczmie w Podspadach wszystko jak za czasów „grofa”, ale za oknem już po nowemu. Słowacy jeżdżą na zakupy i narty do Polski, kolejni ludzie się bogacą. „Co jest potrzebne naszym Tatrom w dziesięć lat po Kalamicie? – Marhefka drapie się w głowę. – Powiem po słowacku: cit – uczucie. A druga rzecz jest po góralsku: sumienie”.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata