70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Archiwomania

Żyjemy w czasach archiwistycznej gorączki. Zmagamy się z naszymi medialnymi bogami i boginiami. To jesteśmy my, każdy z nas ze swoim memory stick na szyi, każdy ze swoją stroną w Internecie, każdy ze swoim wirtualnym archiwum.

Przyznaję od razu: nigdy nie zagłębiłam się w zasoby prawdziwego archiwum, w ogóle nie znam procedury pracy w archiwach. Jestem archiwistą amatorem, literatką. Moje prywatne archiwum spowija mgła. To przestrzeń podświadomości. Są w nim dziesiątki twarzy, które kamera mojego oka uwieczniła bez szczególnego powodu, dziesiątki czyichś gestów, dźwięków, zdań, a potem jakiś dom, który już nie istnieje, ale śni mi się regularnie. Dom rozpruty schodami, galeryjkami, skrytymi pomieszczeniami, sieciami pająka, z dziurami w ścianach, przez które wdziera się silny wiatr. W tym archiwum pochowane zostały fragmenty rozmów prowadzonych na jawie, ale i we śnie, przedmioty i wspomnienie przedmiotów, książki, których zawartość przypomina mi właśnie dom z mojego namolnego snu, obrazy, zapachy, okruchy z podróży. I proszę, to nie ja jestem tą, która przechadza się po archiwistycznej przestrzeni i wybiera fiszki, to elektroniczne fiszki wybierają mnie. Wyskakują z archiwów niczym sprężyna i zajmują moją uwagę, wpychają się, pędzą, i wszystkie, najwyraźniej, stały się obiektami niewygodnego pomieszania: jedne łączą się z innymi, bez jasnego dla mnie powodu. Niedawno byłam na Bali. Ciemność zapada tam wcześnie, a słońce wschodzi późno. W nocnej ciszy słuchałam, jak opadają duże liście z drzew. Zawsze jeden liść za drugim, nigdy dwa jednocześnie. Wielkie mrówki, które spadały skądś na ekran komputera, książki – stojące na półce dostępnej dla wszystkich, poszarzałe od wilgoci, którą turyści zostawili już za sobą – były (albo nie były?) tą iskrą, która uruchomiła „fajlpad”. Pilni pracownicy hotelu spacerowali dookoła z miotłami i workami na śmieci, całymi dniami zamiatali każdy opadły liść, robili to, nawet kiedy wiał wiatr. Inni zmieniali pościel każdego dnia i ręczniki kilka razy dziennie. Budziłam się w nocy, siadałam na wiklinowym bujanym fotelu i wpatrywałam się w gorący, wilgotny tropikalny mrok. Niewidoczne „fajle” z mojego archiwum opadały na mnie niczym liście i chwilami miałam wrażenie, że się poddam, stracę kontrolę i na zawsze utonę w niewidocznej, bujnej stercie.

Na Bali była ze mną niedawno zmarła mama i mój dawno zmarły ojciec, znalazło się też miejsce dla miasteczka Bol, gdzie mama i ja ostatni raz spędziłyśmy wakacje. Byli też rozmaici ludzie, z „konspiry”, a w ogóle nie powinni tam być, gdyż ostatni raz widziałam ich ponad 30 i więcej lat temu, i od dawna nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Myślałam: co oni tu ze mną robią na Bali? A gdyby tak personel hotelowy odkrył, ile osób niezameldowanych mieszka w moim pokoju, ile by to kosztowało?

Balijczycy wynoszący każdego ranka przed dom miniaturowe tacki z liścia palmowego z darami (kwiatek, trochę ryżu i kadzidełka), żeby nakarmić dobre i złe duchy – tym codziennym religijnym gestem pacyfikują Archiwum, w którym przebywają i żywe, i martwe, widzialne i niewidzialne światy. „Trzeba je karmić, kiedy są głodne, potrafią się naprzykrzać”, potwierdził miejscowy taksówkarz.

Encyklopedia umarłych

Danila Kiša do napisania opowiadania Encyklopedia umarłych zainspirowała podobno notatka prasowa mówiąca o tajnym archiwum mormonów, Granite Mountain Records Vault w Utah. Dzisiaj dzięki Internetowi fotografie archiwum, jego imponująca lokalizacja i ekscytujące informacje o nim są ogólnie dostępne. Przed 30 laty, kiedy opowiadanie zostało napisane, krótka notatka prasowa o mormońskich biografiach, które przechowuje się na mikrofilmach w ukrytych pieczarach w Utah, rozpaliła wrażliwą na historię wyobraźnię Kiša. Bohaterka Encyklopedii umarłych, teatrolożka z zawodu, opowiada swoją historię nieznajomemu słuchaczowi. Tajemne archiwum znajduje się w Sztokholmie i umieszczono w nim biografie ludzi, ale tylko tych, których nazwiska „nie figurują w żadnej innej encyklopedii”1. Bohaterkę wpuszcza do archiwum portier trzymający „duże metalowe kółko z kluczami”. Ów cerber zamyka za nią drzwi i zostawia ją samą w bibliotece niczym w kazamatach. Wejście do biblioteki to wejście do Hadesu, do świata umarłych. „Skądś dochodził przeciąg, kołysał płachtami pajęczyny, która niby brudna, wystrzępiona gaza zwisała na półkach z książkami, jak w piwnicy na butelkach starego, wybornego wina. Wszystkie pomieszczenia były takie same, połączone wąskim przejściem, i wszędzie docierał ów przeciąg, którego źródła nie mogłam ustalić”. „Zaczęłam przebiegać oczami akapity, obracając otwartą księgę, na ile pozwalał łańcuch, do skąpego światła. Gruby kurz na brzegach kartek i płachty rozkołysanej ciemnej pajęczyny wyraźnie świadczyły, że nikt tych tomów nie rusza. Księgi były zakute w kajdany, jak niewolnicy na galerach, a na łańcuchach nie było kłódek”. Narratorka odkrywa, że trafiła do pomieszczenia Encyklopedii umarłych („Nagle oświeciło mnie, że jest to słynna Encyklopedia umarłych”), ale to, co czyni tę „encyklopedię wyjątkową – nie tylko dlatego, że jest unikalna – to sposób, w jaki opisano w niej stosunki między ludźmi, spotkania, krajobrazy, tę obfitość szczegółów, z których składa się życie ludzkie”. Tajemni założyciele Encyklopedii umarłych „wierzą bowiem w cud biblijnego zmartwychwstania i tę olbrzymią kartotekę przygotowują na ów moment. Każdy będzie mógł w niej odnaleźć nie tylko swoich bliskich, lecz przede wszystkim własną zapomnianą przeszłość. Rejestr ten będzie wtedy wielką skarbnicą pamięci i jedynym w swoim rodzaju dowodem zmartwychwstania”.

Opowiadanie Danila Kiša opublikowano w 1983 r., długo przed tym zanim Internet stał się powszechnie dostępny. Sposób, w jaki narratorka, przeglądając encyklopedię, odnajduje i czyta biografię swojego niedawno zmarłego ojca, jest niemal doskonałą literacką antycypacją obecnej nawigacji internetowej. Narratorka nie tyle je czyta, ile raczej, przekładając kartki, patrzy („Potem, jakby wszystko to odwijało się na moich oczach…”) i odkrywa, że każdy szczegół z biografii ojca powiązany jest ściśle z innymi wydarzeniami. „Historia jest dla redaktorów Księgi umarłych sumą ludzkich losów, całokształtem ulotnych zdarzeń. Dlatego odnotowują każdą czynność, każdą myśl, każde dobroczynne tchnienie, każdą cyferkę na mapie wpisują do rejestru, każdą łopatę odrzucającą błoto, każdy ruch, który spowodował podniesienie cegły z ruin”.

Z opowiadania Kiša nie dowiadujemy się niczego o encyklopedystach, o archiwiście, o systematyzorach ludzkich losów. Pozostają ukryci. Istnieje tylko Księga umarłych (albo Encyklopedia umarłych, albo tylko Księga), jak wszystkowiedzący, wszystkowidzący, a więc boski mechanizm pamięci, zacierający hierarchie z ludzkiego świata i ustanawiający wyższą sprawiedliwość. Ten nadrzędny mechanizm pamięci, który przed ponad 30 laty wykluł się z humanistyczno-utopijnej wyobraźni i autentycznie bolesnej świadomości, że większość ludzkich żywotów kończy w prochu, dzisiaj dzięki technologii wymknął się ze swoich etycznych, estetycznych, moralnych i metafizycznych koordynatów i stał się dominującą kulturową obsesją naszych czasów. Z wierzchu ta obsesja wygląda jak masowa orgia autoreprezentacji. Pod spodem przerażony dysze strach – strach przed śmiercią.

Archiwum jest realne, życie – wirtualne

Archiwum, czy też archiwista (grany przez Pete’a Postlethwaite’a), jest bohaterem filmu Wiek głupoty (2009). Najpierw przed naszymi oczami przesuwają się zdewastowane symbole współczesnego świata (Londyn pod wodą, Tadź Mahal w ruinach, Las Vegas zasypane piaskiem, budynek opery w Sydney w płomieniach), a potem kamera prowadzi nas gdzieś przez morze do gigantycznej platformy w kształcie kwiatu, a może zakotwiczonej w powietrzu nad morzem Arki Noego. „Welcome to Global Archive!”– wita nas głos archiwisty. Jest rok 2055, tymczasem archiwista dzięki super- touchscreenowi cofa nas do naszych czasów, do roku 2008. Film mówi o globalnym zatopieniu, o tym, że ludzkość, zamiast się ratować, wybrała samobójstwo. Archiwum, które znajduje się na morskim pustkowiu, pozostawiono dla jakichś przyszłych inteligentnych bytów jako świadectwo naszego istnienia. Archiwum – wywołujące w zwykłym śmiertelniku najpierw skojarzenie z tajnymi archiwami policyjnymi czy państwowymi albo z jakimś obskurnym, zakurzonym miejscem, do którego zaglądają tylko ekscentrycy – utrwala się w powszechnej wyobraźni jako wirtualna Arka Noego, pozbawiona osobników ludzkich, posłana dokądś i do kogoś jak list w butelce. Widzowie filmu, jak sądzę, nie zauważyli zachwiania relacji między wirtualnym a realnym światem, co autorom poruszającego ekologicznego manifestu filmowego po prostu wymknęło się spod kontroli. Ta relacja jest przeciwna do oczekiwanej: archiwum to realne miejsce, gdzie umieszczono realne, namacalne eksponaty, o które troszczy się realny archiwista. Ludzkość i jej historia są wirtualne, ożywają tylko dzięki woli archiwisty i kontaktowi jego palca z klawiszami touchscreena.

Jak to się stało?

Archiwum dla zwykłych śmiertelników jest synonimem tego, co oryginalne i autentyczne. Kto ma w swojej władzy archiwum, posiada ogromną moc manipulacji. Dlatego cena archiwaliów na rynku naszych wartości rośnie – czy chodzi o pantofelki, które nosiła Judy Garland w filmie Czarnoksiężnik z krainy Oz, czy o archiwa pisarzy. Pisarze, którym jeszcze za życia zaproponowano odkupienie archiwaliów, zapewniają sobie nieśmiertelność. Ten związek między archiwum i nieśmiertelnością dostrzegł pewien chorwacki poeta, który przede wszystkim postarał się przeżyć swoich współczesnych. I udało mu się – zmarł w wieku 101 lat. Przez całe życie starannie kompletował swoje archiwum, zbierał wszystko, podobno nawet bilety tramwajowe. Tylko tragicznie pomylił konteksty. Wylądował ze swoim archiwum nie w tym stuleciu, nie w tym kraju, nie w tych okolicznościach.

Biedni ludzie nie zostawiali po sobie świadectw swojego istnienia. Ale potem pojawiło się zbawienne odkrycie – fotografia. Trzeba było sporo czasu, żeby przed aparatem fotograficznym miejsce uprzywilejowanych zajęli ci mniej uprzywilejowani, których na fotografię było stać tylko raz w życiu. W rosyjskich wiejskich izbach było miejsce nazywane pięknym kątkiem (krassnyj ugolok). To miejsce przeznaczone dla ikony i świeczki, która paliła się ku sławie Boga i patrona rodziny. Dużo czasu minęło, żeby w pięknym kątku pojawiły się fotografie gospodarza i członków rodziny, by miniaturowa świątynia domowa stała się miniaturowym archiwum domowym, a potem jeszcze trochę, by rodzinne fotografie zostały przeniesione do pudełka (zwykle pudełka po butach), i jeszcze trochę, by fotografie członków rodziny trafiły do albumu rodzinnego, czyli – innymi słowy – by wymknęły się ze związku z Bogiem i świętymi.

Jak doszło do przeniesienia władzy z archiwum na archiwistę, z instytucji na profesję i, idźmy dalej, z profesji archiwisty na archiwistę amatora?

Proces zaczął się, jak przypuszczam, w momencie zadomowienia się pierwszej rodzinnej fotografii w domowej świątyni, w momencie naruszenia ustalonego porządku i hierarchii, w momencie dekonstrukcji instytucji, historii jako wiedzy, państwowych i religijnych systemów, wraz z pojawieniem się psychoanalizy, wielkich przeobrażeń w sposobie myślenia, wraz ze sztuką, z rewolucją październikową i ruchami awangardowymi z początku XX w., wraz z dadaizmem, futuryzmem, z ówczesną ogólną poetyką podważania kanonicznych wartości estetycznych i wszelkich innych.

Archiwomania w kulturze rosyjskiej pojawiła się wraz z rosyjskim realizmem (z typowymi postaciami skąpców, postaciami, których nazwisko, dajmy na to: Koroboczka, od razu sugeruje ukryte miejsce, gdzie skrywa się tajemnice i drogocenne przedmioty, czyli archiwum). Potem temat wypłynął w powieściach Konstantina Waginowa, rosyjskiego pisarza z lat 30. minionego wieku. Waginow pokazuje świat obsesyjnych, oszalałych kolekcjonerów i archiwistów, którzy w czasach rewolucyjnego chaosu zajmują się zbieraniem codziennych błahostek. Swistonow kolekcjonuje książki, wycinki prasowe, ale też żywe postaci do powieści, którą pisze; bohaterowie Bamboczady zakładają Stowarzyszenie Zbieraczy Błahostek, a bohater Harpagoniady Żulonbin staje się kolekcjonerem wszelakich śmieci: pogryzionych ołówków, niedopałków i paznokci. Karnawałowi straceńcy, ludzie starych czasów są przeciwwagą dla rewolucyjnych czasów, które nadchodzą.

Temat archiwomanii pojawił się znowu w latach 70. ubiegłego wieku jako program rosyjskich socrealistów. Socrealiści, przeczuwając, że epoka sowiecka dobiega końca, zajmowali się wyobcowaniem swojej codzienności. Odwołujący się do tradycji rosyjskiej awangardy i popartu Ilja Kabakow obsesyjnie kolekcjonował przedmioty będące elementem tej sowieckiej rzeczywistości. W instalacjach Kabakowa ożyło socrealistyczne malarstwo, biurokratyczne formularze, ostrzeżenia, plakaty, sowieckie elementarze, język sowieckich ideologicznych kliszy, sowieckie produkty itp. Prace Kabakowa to tragiczne archiwum „śmieci”, które czasy sowieckie pozostawiły za sobą.

Po symbolicznym dadaistycznym geście Duchampa – słynnej Fontannie – i epoce awangardy temat archiwomanii podejmie popart wraz z ikonograficzną postacią Andy’ego Warhola na czele. Współczesna sztuka w dużej mierze wywodzi się z idei i praktyki archiwów; co więcej, archiwizacja samego procesu pracy najczęściej także staje się dziełem sztuki.

Jeden z kluczowych artystów we współczesnej sztuce, Christian Boltanski, trafił na czołówki gazet pod koniec zeszłego roku wskutek niekonwencjonalnego gestu artystycznego. Właśnie skończył 65 lat i sprzedał swoje życie australijskiemu milionerowi i kolekcjonerowi Davidowi Walshowi. Przez osiem lat, począwszy od 1 stycznia 2010 r., cztery kamery na okrągło, dzień i noc, będą nagrywać, a więc archiwizować, artystę w jego atelier i projektować ów niezwykły reality show w jakiejś pieczarze w Tasmanii. Jeśli Boltanski przeżyje następnych osiem lat, dostanie pełne honorarium za sprzedanie swojego życia. Jeśli w tym czasie umrze, nie dostanie nic.

Christian Boltanski tym samym konsekwentnie wprowadza w swoje życie artystyczne doświadczenie związane z archiwizacją, która od niedawna uwzględnia także kolekcjonowanie odgłosów bicia serca anonimo- Archiwomania Dubravka Ugrešić wych osób. Artysta stoi na końcu szeregu i swoją głowę kładzie na pniu archiwizacji, symbolicznie cofając cały ten artystyczny trud na początek, do jaskini (czyż rysunki na ścianach jaskini nie są pierwszym zarchiwizowanym dokumentem?). Boltanski, będąc wieloletnim archiwistą anonimowych losów ludzkich, sytuuje siebie w pozycji archiwizowanego obiektu, co bardzo pasuje do naszych czasów, w których wszyscy – jakbyśmy podpisali pakt z diabłem – jesteśmy jednocześnie i archiwizowanymi, i archiwistami.

Archiwistyczna gorączka

Pierwsze objawy archiwistycznej gorączki pojawiły się u mnie w 1989 r., i nie wiedziałam, że to w ogóle są jakieś objawy. Nagle mocno poczułam, że mojemu środowisku grozi potworne tsunami amnezyjne. Projekt ratowania – dla przyszłego Leksykonu jugosłowiańskiej mitologii – symboli codzienności i kultury popularnej został uwieczniony na dwóch, może trzech kartkach i trwał krótko tylko dzięki entuzjazmowi trójki ludzi. Zaledwie dwa lata później jugosłowiański wspólny dom się zawalił. Kiedy wali się dom, normalni ludzie próbują ratować głowę i nie myślą nawet o zdejmowaniu z półek swoich ulubionych książek. Tak przynajmniej powinno być. A jednak podczas wojennych alarmów ludzie, choć ostrzegani, że mają zabrać ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, potrafią wybrać te najprzedziwniejsze. Jedna starsza pani wyznała mi, że podczas pierwszego alarmu w Zagrzebiu, w czasie II wojny światowej, ocknęła się w schronie, trzymając budzik. Kobieta nie potrafiła mi wytłumaczyć, dlaczego właśnie budzik wybrała jako najważniejszą rzecz.

Za granicą poczułam się jak w schronie podczas wojny – zabrałam ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Najbardziej brakowało mi książek z mojej zagrzebskiej biblioteki. Tymczasem nowe książki przyklejały się do mnie niczym magnesy, jakby chciały wynagrodzić mi stratę. Niewykluczone, że zadomowiłam się w Amsterdamie tylko po to, by zadomowić swoje książki, które czekały przy czajone w kartonach w piwnicy przyjaciół w Zagrzebiu. Potrzebowałam kilku lat, żeby zdobyć się na konfrontację z pudłami. I wtedy, podczas jednego z pobytów w Zagrzebiu, przez kilka dni rozpakowywałam pudła, odkładając książki, które pewnego dnia „zabiorę” ze sobą do Amsterdamu. Minął jeszcze rok, może dwa, i wtedy moi zagrzebscy przyjaciele zaproponowali, że samochodem kombi przywiozą mi pudła z wybranymi książkami. Przygotowałam się na powitanie, sprzątnęłam swoją amsterdamską piwnicę i postawiłam w niej nowe półki. Wszystkie pudła najpierw zostawię w piwnicy, pomyślałam, a potem jedno po drugim będę przenosić do mieszkania. Rozpakowawszy kilka kartonów, zrezygnowałam. Książki nie były już dla mnie takie ważne, jak myślałam, że będą, gdy znów trafią w moje ręce. Ich dawny porządek został na zawsze stracony, ich miejsca w mojej zagrzebskiej domowej bibliotece nie dało się już odtworzyć, ich znaczenie się ulotniło, kody pamięci też, jakby zostały zapisane w jakimś martwym, niezrozumiałym języku. Dziesiątki nieodkurzonych pudeł wciąż czekają w mojej amsterdamskiej piwnicy.

Leksykon jugosłowiańskiej mitologii ukazał się tymczasem jako książka; co więcej, doczekał się trzech wydań, a przy okazji wizyty w Serbii chorwackiego premiera Ivy Josipovicia został wręczony jako oficjalny (!) dar.

Dzisiaj leksykonem zajmują się przedsiębiorczy ludzie. Odpryski wspomnień dotyczących byłej jugosłowiańskiej codzienności, które odnotowują anonimowi młodzi ludzie, nie wywołują we mnie palpitacji serca. Autentyczność odruchu się wyczerpała. Bo rzeczy, o których myślałam, że przepadną na zawsze (wtedy Internet nie był jeszcze przedmiotem masowego użytku), dzisiaj – 20 lat później – wyskakują nagle jak królik z kapelusza. Wszystko, czego serce jugonostalgika zapragnie, można znaleźć na YouTube. Na niektórych stronach wciąż pojawiają się stare jugosłowiańskie filmy i seriale telewizyjne, na innych – etniczne dowcipy z czasów jugosłowiańskich, a na jeszcze innych – kolekcje przedmiotów z jugo-codzienności, plakaty, ambalaże pierwszych jugosłowiańskich produktów, przykłady socjalistycznego designu. Można też znaleźć nowe jugosłowiańsko- -nostalgiczne pamiątki: męskie skarpety z podobizną Tity, butelki wina z jego autografem, książkę kucharską z jego przepisami. Pamiętanie o jugosłowiańskiej codzienności, co jeszcze przed 15 laty było politycznym i kulturalnie subwersywnym aktem, dzisiaj jest zabawą; to, co wydawało się ważnym reliktem, dzisiaj jest tanią pamiątką. Autentyczna nostalgia za zaginionym środowiskiem i potrzeba ustanowienia kulturowej kontynuacji zamieniała się w emocjonalny kicz albo też w program kulturalny dobrze dotowanych organizacji pozarządowych.

Poważnych, istotnych analiz historycznych jugosłowiańskiego systemu na razie nie ma, a przynajmniej nikt o nich nie mówi. Tak samo brak godnych zaufania analiz rozpadu Jugosławii. Pracowici historycy wciąż milczą. Pomniki Tity zburzono, ale książka kucharska z jego najbardziej ulubionymi daniami sprzedaje się świetnie, tak mówią. Wirtualny i rzeczywisty przemysł produkujący pamiątki wysyła fałszywe sygnały, ustanawia fałszywą kontynuację, podsuwając symboliczne zasypywanie głębokich przepaści między epokami i szybkie przyswajanie nieprzyswojonej historii.

Należę do pokolenia urodzonego po II wojnie światowej. Doświadczenie wojny przyswajałam sobie z drugiej ręki, za pośrednictwem rodziców i jugosłowiańskiej powojennej kultury, która wbrew proklamowanemu nastawieniu na przyszłość była głęboko zanurzona w wojennej przeszłości. Jestem świadkiem niedawnego „jugosłowiańskiego” rozpadu i wojny, zmiany ideologicznych i politycznych systemów, a także zapaści systemu kulturowego. Jestem świadkiem rozlicznych strategii wymazywania przeszłości, palenia książek, usuwania biografii, wymiany podręczników szkolnych i oficjalnych prawd, zmian języka, sztandarów, ideologicznych opcji, odkopywania i zakopywania kości, fabrykowania historii, zmieniania i nazywania inaczej całego środowiska, w którym żyłam, i zniknięcia wielkiej liczby ludzi z dnia na dzień. Do swojego życiowego doświadczenia dodaję też szybkie przemiany w technologii (a najwyraźniej technologia dużo bardziej niż ideologia kształtuje naszą świadomość). Z zadziwiającą łatwością zastąpiłam kałamarz i pióro maszyną do pisania, a maszynę do pisania – komputerem. Mam też międzyplanetarne doświadczenie, z galaktyki Gutenberga przeniesiona zostałam, chcąc nie chcąc, do tej digitalnej. Odkąd wszedł do masowego użytku (a stało się to zaledwie przed 15 laty!) Internet, wszystko, co do tej pory znaliśmy, wywrócił do góry nogami. I w tym momencie należy zadać ważne pytanie, na które, jak przypuszczam, nie ma łatwej odpowiedzi. Czy Marcel Proust napisałby W poszukiwaniu straconego czasu, gdyby na ekranie komputera miał przed sobą ciasteczko, magdalenkę?

Memory stick

I oto jesteśmy w czasach współczesnych, w których nawet emeryt na Kamczatce, rozwiązując krzyżówkę, może w Internecie sprawdzić, jak nazywało się ciasteczko, z powodu którego jakiś Francuz stał się sławny. Oto jesteśmy w czasach, w których dziwacznych kolekcjonerów z powieści Waginowa, założycieli Stowarzyszenia Zbieraczy Błahostek, widzimy jako wizjonerów. Wystarczy w Internecie wyszukać niezwykłe muzea i od razu pojawia się robiąca wrażenie lista: Muzeum Tostowych Portretów Sławnych Ludzi, Światowe Muzeum Marchewki, Wirtualne Muzeum Przekrętów i Oszustw, Muzeum Dziwnych Skarpetek, Galeria Rzeczy Obskurnych, Muzeum Historii Funeralnej, Muzeum Śmieci, Wirtualne Muzeum Zdobionych Cygarnic, Muzeum Rupieci, Muzeum Banana, Muzeum Precla, Muzeum Toalet, Muzeum Nowoczesnego Szaleństwa…

Teoretycy kultury masowej powiedzą, przypuszczam, że wirtualne muzea są ironiczną subwersją kulturowych kanonów, a sama instytucja muzeum, jak wiadomo, jest surowym strażnikiem uporządkowanego kanonu. To niedokładnie tak, bo żyjemy w czasach, kiedy architektura muzealna stawia na głowie tradycyjny model muzeum, w którym to modelu sama architektura muzeum zwykle była ważniejsza od jego zawartości. Muzea rzadko buduje się dzisiaj, by dać schronienie sztuce, one są sztuką samą w sobie. Hipotetyczna koncepcja: „Kto ma sztukę, powinien też mieć muzeum”, zmieniła się dzisiaj w hipotezę: „Kto ma muzeum, będzie miał sztukę”.

Żyjemy w czasach archiwistycznej gorączki. Zmagamy się z naszymi medialnymi bogami i boginiami. To jesteśmy my, każdy z nas ze swoim memory stick na szyi, każdy ze swoją stroną w Internecie, każdy ze swoim wirtualnym archiwum. Są też tacy, co noszą archiwum na własnej skórze – tatuaż. To my z odciskami palców, które zostawiliśmy zeskanowane, przekraczając granice, na oddziałach szpitalnych i w medycznych fajlach, to my z mnóstwem legitymacji, które potwierdzają nasze członkostwo w rozlicznych organizacjach – od klubów fitness do zakładów pogrzebowych. Przemieszczamy się, ciągnąc za sobą niewidoczny papierowy tren z rachunków za prąd, za wodę i za telefon, kart bankowych, wizytówek, notatników. Przemieszczamy się dobrze zakotwiczeni w sieci, powiązani kontaktami, które nawiązaliśmy na Myspace i Facebooku, z numerami telefonów zapisanymi w komórkach, z rodzinnymi albumami wrzuconymi na stronę internetową, z fotografiami naszych dzieci wystawionymi w oknach naszych mieszkań (co jest specyfiką Holendrów). To wszystko nasze archiwa. Tak zapewniamy sobie wieczność. I ruszamy do boju z nową energią: wideokamery, digitalne kamery, nagrywanie głosu, nagrywanie myśli, nagrywanie codzienności z najdrobniejszymi szczegółami, prywatny Big Brother show, publiczny Big Brother show. Uwieczniamy wszystko: hipotetyczny moment poczęcia, embriony, dzieci w brzuchu, dzieci, które się rodzą, pierwszy krok, pierwsze wypowiedziane słowo, pierwsze urodziny. I w miarę jak nasze archiwum jest bogatsze, nas samych jakby zostawało mniej. Nie komunikujemy się ze sobą, nikt z nas nie ma cierpliwości dla cudzych fotoalbumów, cudzych slajdów z podróży i nagrań wideo; dawno cisnęliśmy je do śmieci i staliśmy się nowocześniejsi, teraz wszystko wrzucamy na YouTube i niech ogląda sobie, kto chce. Na początku wysyłaliśmy słabe sygnały, że istniejemy, a teraz ze swojego istnienia robimy fajerwerki. Bawimy się, rozkoszujemy, kupujemy nowe zabawki, Twittery, iPhone’y, iPode’y, a nasz głód rośnie. Na szyi nosimy memory stick, zadbaliśmy też o kopie. Memory stick to nasz fałszywy sarkofag, dusza, kapsuła, dusza w kapsule. Pewnego dnia zostaniemy katapultowani do Wielkiego Archiwum, a tam ktoś nas pewnie znajdzie i otworzy jak czarną skrzynkę.

A tymczasem może stać się tak, że z powodu wykonywanej pracy znajdziemy się w jakimś miejscu, w jakimś tanim pokoju hotelowym, mając zupełnie bezzasadne poczucie kontroli nad własnym życiem. Z przykrością odkrywamy, że tani pokój nie ma ani podłączenia do Internetu, ani telewizora. Próbujemy zasnąć, czytając książkę, ale to nam się nie udaje… „Nie możecie zasnąć, bo leżycie skuleni, starając się uniknąć kontaktu z powierzchniami, na których nie ma prześcieradeł i poduszek. Kiedy mamy do czynienia z przesadnym skupieniem na kwestii łóżka, pojawia się pierwszy znak, niewygoda nie do opanowania z powodu setek tych, co spali tu przed wami, zostawili kurz i pył w tkaninie prześcieradła, zatłuścili powierzchnię topornego i śliskiego podgłówka. Pył, który zostaje po innych ludziach i innych czasach, wypełnia pokój, unosi się w powietrzu, zostawia lepkie ślady od łóżka do łazienki”2.

I przy bladym porannym świetle bezradnie patrzymy przez okno, jak ten pył pokrywa nas niczym śnieg..

lipiec 2010

Tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić

 .

1 Wszystkie cytaty z opowiadania D. Kiš, Encyklopedia umarłych, tłum. D. Cirlić-Straszyńska, Warszawa 1991.

2 C.K. Steedman, Dust: The Archive and Cultural History, Manchester 2001, s. 17.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata