70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sherlock Holmes, czyli pokusa racjonalizmu

Światy wszystkich literackich Holmesów to fantazmaty racjonalizmu, bajkowe neverlandy. Kryminały tylko pozornie przynależą do królestwa literatury realistycznej: prawdziwe na poziomu detalu, opowiadają swoją narrację o metafizycznych mechanizmach napędzających tryby materialnej rzeczywistości.

Jedni mówią, że urodził się w styczniu, inni, że w czerwcu, choć zgadzają się co do tego, że miało to miejsce równo 150 lat temu. Umierał także co najmniej dwa razy – raz w 1891, w spienionych wodach wodospadu, drugi raz już na emeryturze w 1929 r., choć jego najbardziej zagorzali wyznawcy nie dają wiary i tej dacie. Jak na niepoślednie bóstwo popkultury przystało, ma nawet swoje apokryfy, pisane przez ghostwritterów w liczących się europejskich gazetach epoki fin de siècle’u. Jaka jest największa, bo nierozwiązana przez Wielkiego Detektywa, tajemnica popularności Sherlocka Holmesa?

Poszlaka pierwsza

Arthur Conan Doyle, literacki ojciec Sherlocka, napisał łącznie cztery powieści i pięćdziesiąt sześć opowiadań z Holmesem w roli głównej. Nie jest to może mało – ale czy tłumaczy ponadstuletnią karierę tego największego z detektywów, którego sława daleko przebiła inne dokonania jego twórcy? Do dnia dzisiejszego Holmes stał się bohaterem ponad dwustu pięćdziesięciu filmów (ponad 1,5 filmu na rok!; pierwszą trzydziestosekundową etiudę nakręcono już w 1900 r.), kilkuset słuchowisk radiowych i stanowił inspirację dla niezliczonej liczby pisarzy.

W ostatniej dekadzie daje się zresztą zauważyć jeszcze większe zainteresowanie tą postacią. Brytyjczyk Guy Ritchie nakręcił w Hollywood dwa wysokobudżetowe filmy o Holmesie, które zarobiły na świecie łącznie ponad miliard dolarów. Gregory House, opryskliwy lekarz-geniusz i bohater jednego z najpopularniejszych seriali ostatniej dekady, jawnie wzorowany był na postaci detektywa. Brytyjski serial BBC o mało wyszukanym tytule Sherlock, który uwspółcześnił postać do realiów XXI w., czasu Twittera, blogów i wszechobecnej sieci, od 2010 r. dorobił się już trzeciej serii, zaś liczba jego zaprzysięgłych miłośników, roztrząsających na specjalistycznych forach każdy fabularny szczegół, idzie w tysiące. A to tylko szczyt góry lodowej. Nie wydaje się, żeby podobna, niesłabnąca przez wiek popularność mogła być tylko wynikiem umiejętnej gry marketingowej wydawców i producentów. Skąd więc się bierze?

Pierwszy z tekstów Arthura Conan Doyle’a o Wielkim Detektywie – powieść Studium w szkarłacie – ukazał się w 1887 r. Zaskakującą także dla jego twórcy popularność Holmes zyskał jednak dopiero trzy lata później, kiedy trafił na łamy „Strandu”, groszowego magazynu dla londyńskiej klasy robotniczej. Już wkrótce kolejne przygody detektywa rozchodziły się jak parasole w deszczowy londyński wieczór, a ich bohater zaczął żyć własnym życiem. Gdy Doyle w 1893 uśmiercił go, uznając, że prawdziwa literacka wielkość czeka na niego gdzie indziej, tysiące czytelników przywdziało żałobę i zaczęło bojkotować magazyn, narażając go na poważne straty. Sherlock Holmes wydawał się zbyt prawdziwy – prawdziwszy od jego twórcy – by mógł, ot tak, po prostu umrzeć w kolejnym z opowiadań.

Kreacja Doyle’a nie była pierwszym kryminałem w historii literatury – za ojca chrzestnego konwencji uznaje się Edgara Allana Poego i jego Zabójstwo przy Rue Morgue z 1841 r. Nie była też nawet pierwszym kryminałem angielskim; tu palmę pierwszeństwa dzierży Księżycowy kamień Wilkiego Collinsa z 1868 r., wcześniejsza była też Tajemnica Edwina Drooda samego Charlesa Dickensa, autora już wtedy u szczytu popularności, który zmarł, zanim zdążył rozwikłać swoją ostatnią intrygę. Tyle że to nieznaczne przesunięcie w latach wystarczyło, aby teksty Doyle’a padły na podatny grunt. Przygotowany zresztą nie tylko od strony literackiej – schyłek stulecia stanowił apogeum XIX-wiecznej rewolucji naukowej, która utrwaliła pooświeceniową zmianę w myśleniu o człowieku oraz jego miejscu w świecie.

Kiedy Holmes zachwalał empiryzm jako podstawy swojej opartej na poznaniu rozumowym epistemologii, wiedza o otaczającym nas wszechświecie wydawała się kompletna jak nigdy dotąd w dziejach człowieka. W epoce, która zrodziła Holmesa, sformułowano teorię atomową materii, poznano elektromagnetyczną teorię światła, zbudowano zręby nowoczesnej chemii organicznej, dzięki odkryciu antybiotyków krok milowy wykonała medycyna, coraz śmielej poczynała sobie teoria ewolucji, wykorzystywana jako mocny argument przeciwko religijnym wizjom świata, astronomowie dopatrzyli się w Układzie Słonecznym nowych planet, zmieniając pojęcie o kosmicznej skali otaczającej Ziemię pustki, odkryto pierwsze prawa dziedziczności genetycznej, zjawisko promieniotwórczości, skonstruowano prądnicę elektryczną, podmorskim kablem telegraficznym – prawdziwym cudem ówczesnej techniki – połączono Anglię z Ameryką i przesył informacji stał się szybszy niż kiedykolwiek… Na moment przed ogłoszeniem teorii względności i fenomenów fizyki kwantowej, które wstrząsnęły naszym pojmowaniem rzeczywistości i przeobraziły je zupełnie, pozytywistyczna wiara w Rozum i moc stwórczą posługującego się nim człowieka wydawała się niezachwiana.

Dla nowożytnej Europy spór o prymat racjonalizmu rozpalił na nowo Kartezjusz i jego mechanicystyczna idea determinizmu. Odtąd coraz śmielej – w pracach Newtona, La Mettriego czy Vaucansona – spoglądano na człowieka jako na kukłę z mięsa i krwi, napędzaną przez suwerenną duszę utożsamianą z intelektem. Wszechświat – na poziomie ziemskiego mikro i galaktycznego makro – przybrał postać dającej się ogarnąć myślą, doskonale logicznej partii bilarda, w której uderzenie bili A porusza bilę B, następnie C, i tak ad infinitum, tak że znając położenie obiektu W, można z niewzruszoną pewnością wnioskować o ruchach kul H, J bądź M. Jedynym wyzwaniem pozostawało ułożyć podobne przesłanki w wynikający z siebie ciąg przyczynowo-skutkowy.

Holmes, niewzruszony apostoł Obserwacji i Obiektywizmu, nadawał się do tego jak mało kto.

Poszlaka druga

Pozornie superracjonalny, największy z fikcyjnych wyznawców dedukcji i rozumu, w rzeczywistości Holmes ma wszelkie cechy charakteryzujące współczesnego superbohatera. Jego zdolności wnioskowania wywodzą się ze współczesnej metodologii naukowej, ale tylko pozornie przynależą do tego samego porządku; Holmes nie myli się nigdy bądź prawie nigdy, jego interpretacja doskonale pasuje do analizowanego faktu, gdy Sherlock analizuje popiół z cygara czy zwyczaje żywieniowe prowadzące do podejrzanych, nieodmiennie ma rację. Jego dedukcyjne ciągi przywodzą na myśl bezbłędne równania matematyczne, w których nie ma miejsca na przypadek. Oto próbka jednego z nich:

„Bystremu spojrzeniu Sherlocka Holmesa nie uszła uwagi moja obserwacja, a na moje pytające spojrzenie pokręcił tylko głową i się uśmiechnął:

– Nie potrafię wydedukować niczego prócz oczywistych faktów: nasz gość pracował kiedyś fizycznie, zażywa tabaki, jest wolnomularzem, był w Chinach, a ostatnio sporo pisał.

Imć Jabez Wilson zerwał się z krzesła, wciąż przyciskając palec wskazujący do gazety, i wbił wzrok w mego towarzysza.

– Jakim cudem udało się panu tego wszystkiego dowiedzieć, panie Holmes? – spytał. – Skąd pan na przykład wie, że byłem pracownikiem fizycznym? Owszem, to szczera prawda, w młodości byłem cieślą okrętowym.

– Mówią o tym pańskie ręce. Prawa jest znacznie mocniejsza od lewej. Używał jej pan podczas pracy, więc mięśnie są lepiej rozwinięte.

– A tabaka? A wolnomularstwo?

– Łatwo się domyślić, jako że wbrew ścisłym regułom zakonu nosi pan broszę z cyrklem i węgielnicą.

– Oczywiście! Zapomniałem o tym. A pisanie?

– Na cóż innego może wskazywać prawy mankiet, wyświecony na siedem cali, i lewy rękaw, wytarty na łokciu?

– No tak. A Chiny?

– Wizerunek ryby, który widnieje nad prawym nadgarstkiem, mógł zostać wytatuowany jedynie w Chinach. Zajmowałem się kiedyś tatuażami, stworzyłem nawet przyczynek do literatury tego przedmiotu. Tylko w tym kraju rybie łuski barwi się na delikatnie różowy kolor. Gdy dostrzegłem chińską monetę zawieszoną na pańskiej dewizce, przekonałem się ostatecznie, że był pan w tym kraju”.

Fragment w tłumaczeniu Marty Domagalskiej pochodzi z opowiadania Skandal w Bohemii, ale pokrewne mu fajerwerki wyobraźni w tekstach o detektywie spotyka się na każdym kroku. Podobne spekulacje nie mają wiele wspólnego z tzw. prawdziwym życiem – łatwo przekona się o tym każdy, kto spróbuje w ten sposób wydedukować, co w szkole robiło jego dziecko, jakim hobby po pracy zajmuje się kontrolujący go właśnie konduktor, kogo w warzywniaku spotkała rano sąsiadka – ale zachowując pozory racjonalizmu, tym bardziej uwiarygodniają Holmesowe superzdolności.

Zresztą Wielki Detektyw ma i inne cechy nadczłowieka, bezkarnie wykraczającego poza normy mieszczańskiego społeczeństwa. Obok tego, że pomaga w dochodzeniach policji i w ten sposób opowiada się po stronie porządku i prawa, to również rozmiłowany w muzyce dandys niestroniący od kokainy i morfiny, które choć nie były wówczas jeszcze nielegalne, stanowiły temat tabu i w towarzystwie patrzono na nie nieprzychylnie. Pomiędzy akapitami Holmes ujawnia swoją naturę nieliczącego się z otoczeniem socjopaty ze skłonnością do popadania w depresję i używania przemocy, uzależnionego od adrenaliny indywidualisty przejawiającego zachowania autodestrukcyjne. Kiedyś takich ludzi zwano ekscentrykami, dziś powiedzielibyśmy raczej, że to pacjent zdradzający symptomy zaburzeń dwubiegunowych, człowiek z łagodnym zespołem Aspergera, ktoś o osobowości borderline bądź po prostu „nerd” – stereotypowo przedstawiany „zdziecinniały dorosły”, najczęściej programista zafascynowany popkulturą i zanurzony we własnym świecie, emocjonalny nastolatek o umysłowości inżyniera.

Ciekawym dopełnieniem obrazu Sherlocka, niejako jego rewersem, jest biografia jego ziemskiego demiurga. Zwłaszcza że Conan Doyle, który zaczynał tworzyć przygody Wielkiego Detektywa, nie był tym samym człowiekiem, który pisał je także w nowym stuleciu.

Początkowo nic nie wskazywało na rozbieżności między umysłowością Doyle’a i Holmesa. Zaczynając opisywać przygody detektywa, Doyle był już dyplomowanym lekarzem, który kilka lat przepływał na statkach wielorybniczych jako pokładowy medyk. Samą postać Sherlocka wzorował on zresztą bardzo ściśle na swoim akademickim wykładowcy Josephie Bellu, niestrudzonym piewcy racjonalizmu, który wsławił się wśród studentów tym, że analizując ich zachowanie i wygląd na zajęciach, zgadywał szczegóły ich biografii. Nawet kiedy uśmiercał Holmesa, Doyle robił to z rozumowej kalkulacji – uważał, że popularność tych błahych w jego mniemaniu historyjek odciąga go od pisania rzeczy poważniejszych, głównie historycznych, którym zamierzał się poświęcić.

Zmiana następowała niespostrzeżenie, ale objawiła się w nowym stuleciu – zdruzgotany przez śmierć najbliższych, zszokowany krwawym rozmachem Wielkiej Wojny Conan Doyle dał się wtedy poznać jako niestrudzony piewca spirytyzmu, wierzący w duchy pojawiające się za sprawą modnych podówczas seansów, ektoplazmę, kontakt pozazmysłowy, niedający się wytłumaczyć racjonalnie niematerialny obraz świata.

Znana jest sprawa fotografii elfów z Cottingley – słynnego fałszerstwa, do którego doszło w 1918 r. Nastoletnie kuzynki stwierdziły wówczas, że udało im się zrobić zdjęcia latających wokół nich malutkich wróżek, magicznych elfów z dawnych podań. Za prawdziwością bądź fałszywością tych zdjęć opowiedziały się różne znane osobistości. Twórca Sherlocka Holmesa, zanoszący pod strzechy płomień racjonalizmu, opowiedział się wówczas zdecydowanie za autentyzmem fotografii. Skąd się wzięła ta – jakże znamienna – zmiana frontu?

Poszlaka trzecia

Przemianę tę próbuje wyjaśnić Michael Saler w eseju Clap If You Believe in Sherlock Holmes: Mass Culture and the Re-Enchantment of Modernity, w którym przekonująco łączy historyjki o Sherlocku Holmesie z modernistycznymi przemianami, jakie miały miejsce w kulturze europejskiej na przełomie stuleci. Kończyła się wtedy jedna era, a zaczynała druga, uznająca prymat czucia i wiary, a nie szkiełka i oka.

Po tym jak przez kontynent przetoczyła się Wielka Wojna, pierwszy taki konflikt w dziejach cywilizacji, powstałe na gruzach imperiów państwa narodowe zwróciły się w stronę swojej przeszłości, by ufundować na niej przyszłość, na mapie świata pozostało coraz mniej białych plam, a na horyzoncie zamajaczył kryzys gospodarczy, społeczeństwo Europy zwróciło się w stronę irracjonalizmu. Schyłek XIX i pierwsze dekady XX w. to okres rozkwitu towarzystw teozoficznych, odkrywania filozofii Wschodu, spirytystyki (duchy wywoływał nawet Piłsudski). W ujęciu Salera popularność Holmesa i jego nadzwyczajnych zdolności nie wywodziłaby się zatem ze środowisk racjonalistów poszukujących zantropomorfizowanego symbolu dla własnej wizji świata, ale byłaby raczej pochodną stricte religijnej wiary wszystkich tych czytelników, którzy tęskniąc za stabilizacją rozchwianego świata, pokładaliby ją w figurze nadludzkiej, tylko pozornie racjonalnej, i literaturze prezentującej wizję rzeczywistości okiełznanej.

Jeśli pójść tropem Michaiła Bachtina i Mariusza Czubaja, przywołującego rozpoznania tego pierwszego w doskonałej monografii Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne, kryminał bowiem – zwłaszcza w swym klasycznym, kojarzonym z Doyle’em czy Agathą Christie wydaniu – to konwencja zamknięta, w samych swoich założeniach opowiadająca się za ściśle określoną ontologią świata. Klasyczne kryminały – inaczej niż życie? – nie tylko nie znoszą fabularnych niedopowiedzeń, ale też w opozycji do Bachtinowskiej powieści polifonicznej już samą swoją konstrukcją optują za zawężoną do jednego głosu perspektywą, przez którą postrzega się rzeczywistość. Światy wszystkich literackich Holmesów to fantazmaty racjonalizmu, bajkowe neverlandy, w których – jak w Lodzie Jacka Dukaja – za każdym razem gdy kolejny detektyw rozwiązuje tajemnicę następnego zamordowanego nieszczęśnika, ziszcza się Arystotelesowski sen o logice dwuwartościowej porządkującej obraz świata, w którym wnioskowania oparte na prawdziwych przesłankach zawsze są bezbłędne i nigdy nie wiodą do kłamstwa. Kryminały – nawet te nieklasyczne, w których przypadek ogrywa większą rolę, a ich fabuły mają mniej wspólnego z misterną intelektualną układanką – tylko pozornie przynależą do królestwa literatury realistycznej: prawdziwe na poziomu detalu, opowiadają swoją narrację o metafizycznych mechanizmach napędzających tryby materialnego świata.

Cóż to zatem znaczy, że opowieści o Holmesie, jak i w ogóle kryminały, przeżywają ostatnio renesans na tak ogromną skalę?

Wydaje się, że co najmniej ostatnich kilka dekad to okres dominacji racjonalizmu w publicznym dyskursie zsekularyzowanych państw Zachodu. Wiara z kwestii państwowej stała się sprawą prywatną, rozmowa o „wielkich ideach”, porządkujących myślenie ludzkości jeszcze w XIX w. (pisze o tym już Chesterton w Heretykach), stała się rzeczą wstydliwą; czujemy, że zamiast wygłupiać się w towarzystwie rozmową o Bogu, sensie życia, granicach dobra i zła, lepiej porozmawiać o polityce, gospodarce, w ostateczności o kulinariach. Wiarę w Absolut zastąpiła wiara w racjonalizm, pokładanie nadziei w nauce, miłość do dających się logicznie uzasadniać faktów. Zdawać by się mogło, że Rozum w końcu niepodzielnie zatriumfował. Tymczasem, jak pokazują ostatnie badania psychologów, wbrew temu, do czego przekonują zwolennicy darwinizmu społecznego, człowiek jako istota wydaje się coraz mniej zwierzęciem racjonalnym.

Autorzy tacy jak Daniel Kahneman w Pułapkach myślenia czy Dan Ariely w Potędze irracjonalności wskazują, że wiele decyzji, także tych największej wagi albo ekonomicznych, opartych rzekomo na matematycznej spekulacji, podejmujemy intuicyjnie, odruchowo, w oparciu o mętne przesłanki, poza chłodnymi prawidłami logiki. Przeciwnicy walczący fanatycznie z religią i irracjonalizmami wiary sami powtarzają niedające się wytłumaczyć prostym rachunkiem zysków i strat rytuały. Oficjalnie wciąż wierzymy w samolubne geny, ewolucyjnie tłumaczoną hipotezę altruizmu krewniaczego i społeczne korzenie religii, korzystnych jako kolejne przystosowanie do przetrwania w trudnych warunkach pradawnej sawanny – a tymczasem niepostrzeżenie obróciło się koło dziejów, najwidoczniej znów wkroczyliśmy w powtarzającą się cyklicznie Erę Wodnika, czasy emocji i magii.

W interpretacji Slavoja Žižka popkultura to obraz zbiorowej podświadomości cywilizacji; tak najlepiej można śledzić nasze wspólne sny. Śniąc o Holmesie, jak w każdej sennej kompensacji, śnimy zatem obraz rzeczywistości zredukowany do elementów, które dadzą się racjonalnie wytłumaczyć, a tym samym oswoić. Ponieważ pozbawiony starych spoin świat rozpada się i przekształca, w oczekiwaniu na nowe marzymy o Rozumie, który jak każda dobra religia potrafiłby na powrót wytłumaczyć zasady rządzące światem i uporządkować, ujednolicić jego obraz tak, żeby na powrót stał się zrozumiały.

Współczesny afekt do kryminałów byłby w tym ujęciu wyrazem tęsknoty za spójną wizją rzeczywistości. Szukając rozwiązania literackiej zagadki – próbujemy utwierdzić się w przekonaniu, że każda tajemnica ma swoje rozwiązanie, wystarczy tylko odpowiednio się wysilić, żeby je odnaleźć. Nawet jeśli natura świata tak naprawdę jest irracjonalna, a cechą największych Tajemnic jest to – że właśnie nie mogą zostać jednoznacznie rozwiązane.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter