70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pakistańska moda z przesłaniem

Patrząc na przestarzałe krosna tkackie, czuję się trochę jak w skansenie, z tym że tutaj pomieszczenia wypełnia dźwięk pracujących urządzeń, śmiechy dziewczyn, które mogą poczuć się swobodniej niż w domu, i szum wiatraków sufitowych. Temperatury dochodzą do 40 stopni, jest duszno i wilgotno. W ciągu dnia prąd jest wyłączany kilkukrotnie, ale niczemu to nie przeszkadza – kobiety pracują po ciemku.

W przerwie na lunch Super Market robi się tłoczny. Lekko znudzeni kelnerzy i sprzedawcy od rana czekali na klientów. Z luksusowych aut wysiadają bizneswoman z kubkiem kawy w ręce. Nikt nie siedzi przy stolikach ustawionych na zewnątrz, bo temperatura sięga 33 stopni Celsjusza. Za to wieczorem plac tętni życiem.

Islamabad to młode miasto, budowane od podstaw w latach 60. XX w. Grecki architekt i urbanista Konstantinos Doxiades stworzył miejsce składające się z sektorów porozdzielanych szerokimi ulicami, z których każdy ma swoje sklepy, parki i zabudowę mieszkalną. W centrum każdego sektora znajduje się wielofunkcyjny plac z obiektami handlowymi, restauracjami, modnymi kawiarniami, parkingami, placem zabaw dla dzieci i innymi obiektami użyteczności publicznej. Super Market jest najpopularniejszy. A znajdujący się tam Khaadi to najmodniejszy sklep w mieście. Są tu ubrania od najlepszych pakistańskich projektantów, ale znaleźć można też coś w przystępnej cenie dla eleganckich kobiet i mężczyzn zamieszkujących sektor F6, ekskluzywną dzielnicę stolicy.

W tym samym budynku co modowa mekka stołecznej elity na pierwszym piętrze można znaleźć modę z przesłaniem. Przy wejściu duży napis „Hawwa Women Crafts Cooperative”. To siedziba kobiecej organizacji pozarządowej, która umożliwia kobietom z najbiedniejszych regionów Pakistanu handel rękodziełem. Hawwa w urdu, urzędowym języku Pakistanu, znaczy Ewa. Organizację założyła w latach 80. najsłynniejsza pakistańska feministka Kiśwar Nahid, która z biura w Islamabadzie kieruje przedsięwzięciem. W Lahor, odległym od stolicy o około 300 km, działa centrum szkoleniowe, w którym kobiety ze slumsów znajdują bogatą ofertę darmowych kursów szycia, tkactwa, sitodruku czy haftowania. Po ich ukończeniu są w stanie we własnych domach wykonywać prace rękodzielnicze i zasilać domowe budżety. To wzmacnia ich pozycję w rodzinie, a tym samym w całym społeczeństwie. Siedziba organizacji przenosi się co 2 lub 3 lata, tak by dotrzeć do wszystkich najbiedniejszych dzielnic 10-milionowego Lahor. Biuro w Islamabadzie to nie tylko centrum logistyczne, ale także salon wystawowy, w którym prezentowane są wyroby kobiet. Wszystko wykonane jest ręcznie z naturalnych surowców, dlatego ceny nie są najniższe.

Kiśwar Nahid korzysta ze swojego statusu szanowanej osoby publicznej, by zachęcić przedstawicieli biznesu, mediów czy dyplomatów do zakupu tych produktów. Jest nie tylko znakomitą i nagradzaną poetką, ale także tłumaczką i eseistką. Urodziła się w 1940 r. na terenach dzisiejszego stanu Uttar Pradeś na północy Indii. Niespełna 7 lat później przeżyła dramat podziału Indii Brytyjskich na dwa niepodległe państwa, Indie i Pakistan. Od XIX w. na subkontynencie indyjskim były aktywne ruchy niepodległościowe, które sprzeciwiając się prawom dyskryminującym lokalnych mieszkańców, opowiadały się przeciwko władzy brytyjskiej. Ruch został zdominowany przez Indyjski Kongres Narodowy założony w 1885 r. oraz Ligę Muzułmańską powołaną do życia w 1906 r. dla zabezpieczenia interesów muzułmanów wobec hinduistycznej większości. Ich działalność doprowadziła do powstania w 1947 r. dwóch niepodległych państw bazujących na kryteriach religijnych. Pakistan miał być krajem dla muzułmanów, a w Indiach większość mieli stanowić wyznawcy hinduizmu. Miliony ludzi zostało wysiedlonych. Utraciwszy swój majątek w dotychczasowej ojczyźnie, musieli od zera budować swoje życie w nowym miejscu. Przemoc, morderstwa, gwałty, podpalenia całych wiosek czy pociągów z przesiedleńcami stały się czarną codziennością tego okresu. Szacuje się, że życie straciło wtedy niemalże milion osób.

Poetka w działaniu

Wspomnienia Kiśwar Nahid sprzed 1947 r. pełne są pozytywnych obrazów, wspólnych zabaw z dziećmi wszystkich wyznań, obchodzenia świąt zarówno muzułmańskich, jak i hinduistycznych. Jednak ta dziecięca idylla skończyła się w momencie zatrzymania jej ojca za niedozwoloną działalność. Wraz z nim aresztowano wielu dorosłych mężczyzn. Muzułmanów. Kobiety, mimo iż przestrzegały w owym czasie tradycji pardy, czyli zasady odseparowania jednej płci od drugiej, wyszły na ulice, by protestować. Kiedy ojciec poetki został zwolniony, jej rodzice podjęli decyzję o wyjeździe w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca do życia. Wyprzedali majątek, by móc opłacić podróż dla całej rodziny do pakistańskiego już Lahor. Długo nie mogli poczuć się dobrze w obcym mieście. Brak domu na pewno w tym nie pomagał.

Chociaż jej matka nigdy nie chodziła do szkoły, a ojciec nie miał wyższego wykształcenia, rodzice zadbali, by ich dzieci miały szansę na edukację. Kiśwar Nahid lubiła czytać, a ponieważ bardzo długo Koran był jedyną książką dostępną w domu, w wieku 7 lat znała go na pamięć. Później potajemnie zaczytywała się w światowych klasykach, których książki wypożyczała ze szkolnej biblioteki. W wyższych klasach bardzo dobrze radziła sobie w szkole. Zachęcona przez jednego z nauczycieli, napisała wiersz na szkolny konkurs. Wygrała go. Potem powstało wiele kolejnych. Kiedy zaczęło zapraszać ją na muszajry – tradycyjne spotkania poetyckie, ojciec zabronił jej pisać. Gdy odnajdywał jej trofea literackie skrzętnie poukrywane po całym domu, oskarżał ją o przynoszenie wstydu rodzinie. Nahid może pisała mniej, ale wcale mniej nie tworzyła. Zapamiętywała swoje wersy, by przy najbliższej okazji spisać je na kartce papieru i doskonalić. Zaczęła pojawiać się w radiu, pisać artykuły do prasy, dostawała listy od wielbicieli jej poezji. Jednym z nich był Jusuf Kamran, również poeta, z którym pewnego dnia poszła na kawę, by podyskutować o poezji. Kiedy o spotkaniu dowiedziała się jej rodzina, Kiśwar i Jusuf w pół godziny musieli zdecydować, czy wezmą ślub i ocalą honor swoich rodzin. Pobrali się. Małżeństwo okazało się burzliwe. Ani mąż, ani jego rodzina, u której mieszkali razem ze swoimi dwoma synami, nie popierali poetyckiej działalności Kiśwar Nahid. Przez nią często bywała na spotkaniach z innymi poetami albo dziennikarzami. Bliscy mieli jej za złe, że pomimo małżeństwa nie ograniczyła swoich kontaktów z mężczyznami, choć te były wyłącznie zawodowe.

Uczestnicząc w przestrzeni publicznej na równych prawach z mężczyznami, swoim zachowaniem Nahid łamała wiele społecznych tabu. Doświadczała na co dzień dyskryminacji w każdej dziedzinie życia i widziała jeszcze gorszą sytuację tysięcy kobiet w Pakistanie. Nie mogła pozostać bezczynna. Własne doświadczenia i wiedza o tym, jak wygląda codzienna rzeczywistość innych kobiet, pchnęły ją do założenia jednej z pierwszych kobiecych organizacji pozarządowych w Pakistanie.

Według raportu Amnesty International najpoważniejszym naruszeniem praw człowieka na terenie Pakistanu jest przemoc ze względu na płeć: od handlu żywym towarem, przez małżeństwa dzieci, po zabójstwa honorowe, okaleczenia czy podpalanie żon. Powszechne w całej Azji Południowej uprzywilejowanie męskich potomków prowadzi do zjawiska aborcji selekcyjnych – przerwania ciąży, jeśli mające się urodzić dziecko to dziewczynka. Często w biedniejszych domach najpierw karmi się chłopców, dziewczynki dostają mniej pożywienia. Pakistan znajduje się obok Indii i Chin w czołówce krajów o wysoko zachwianej proporcji płci. Liczba mężczyzn znacząco przewyższa liczbę kobiet.

Kiedy przyszłam do biura Hawwa Women Crafts Cooperative w Islamabadzie pierwszy raz, nie zastałam Kiśwar Nahid. Była na gościnnym wyjeździe w Indiach. Po powrocie spędza w Islamabadzie tylko dwa dni, bo później wybiera się w podróż do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka jeden z jej synów z rodziną. Nie mamy więc czasu na długą rozmowę, ale umawiamy się na spotkanie po jej powrocie. Teraz wyjaśnia tylko: – Założyłam Hawwę, bo nie zgadzam się na dyskryminację kobiet. Chciałam im stworzyć bezpieczne miejsce, w którym będą mogły wykorzystywać swój potencjał. Zwiększając dochód rodziny, staną się pewniejsze siebie i będą miały odwagę na sprzeciw. Musisz jechać do Lahor. Zobaczyć, co robimy, i porozmawiać z tymi kobietami – mówi mi, prawie nakazując, poetka. Zatem jadę.

Podróż do Lahor Mimo wielu przebytych samodzielnie wypraw po Indiach czy Nepalu trochę się obawiałam tego wyjazdu. Samotnie podróżująca kobieta w Pakistanie to raczej rzadkość. O tym, że w autobusach często wybuchają bomby, starałam się nie myśleć.

Jadę na dworzec autobusowy do Rawalpindi, zwanego bliźniaczym miastem stolicy. Gdy sektor po sektorze budowano Islamabad, to Rawalpindi było tymczasową stolicą kraju, przeniesioną z tłocznego Karaczi. Pani w kasie na dworcu pyta mnie o imię. Katarzyna jest trochę za trudne. Na bilecie imiennym zapisuje Miss Katrina. Jak Katrina Kaif, uwielbiana w całym regionie aktorka kina indyjskiego. Mówi mi, żebym przyszła co najmniej pół godziny przed planowanym odjazdem autobusu, co czynię następnego dnia. Ubrana w fioletowo- zielony szalwar kamiz, najpopularniejszy strój kobiet w regionie, czyli szerokie spodnie, luźną tunikę do kolan i chustę zakrywającą głowę i klatkę piersiową, nie wyróżniam się z tłumu podróżnych. Zdradza mnie tylko duży plecak, podczas gdy większość kobiet albo nosi torby podróżne, albo powierza bagaże mężczyźnie: ojcu, bratu lub mężowi.

„Podróżni udający się do Lahor proszeni są o przygotowanie się. Autobus zaraz zatrzyma się na stanowisku czwartym” – słychać z głośników. Komunikat pada raz. Wszystkie rzeczy oddawane do bagażnika muszą być oznaczone nazwiskiem podróżnego i sprawdzone detektorem metalu. Następnie przy wchodzeniu do autobusu muszę odhaczyć się na liście podróżnych, którą trzyma młody mężczyzna. Siadam zgodnie z numerem na bilecie. Obok mnie siada starsza pani, która zaraz po odjeździe zasypia. Odjeżdżamy punktualnie. Ale zanim opuścimy dworzec, jeden z pracowników bierze kamerę i nagrywa twarze wszystkich pasażerów. Nagrywa też twarz kierowcy, pilotki i tablicę rejestracyjną autobusu. Teraz możemy jechać. Z całych sił próbuję nie myśleć, że to miałoby pomóc w identyfikacji zwłok, gdyby w autobusie znalazł się zamachowiec- -samobójca. Z tego niemyślenia wyrywa mnie pilotka witająca na pokładzie autobusu. Zaraz rozda gazety oraz poczęstunek. Chyba nie zauważyła, że nie jestem stąd, bo dostaję dzisiejsze wydanie gazety w urdu. Czytam artykuł o niedawnych burzach nad miastem, ale pismo arabskie rozjeżdża mi się przed oczami i zasypiam, gdy autobus sunie po wspaniałej, szerokiej autostradzie. Budzę się przed pierwszym postojem, gdy rozdawany jest poczęstunek – ciastko, chipsy i butelka wody.

Kiedy dojeżdżam taksówką pod siedzibę Hawwa Women Crafts Cooperative, przed bramą czeka już na mnie pan Navid, dyrektor centrum szkoleniowego. Pan Navid to wysoki, postawny mężczyzna. Ma około 40 lat. Prowadzi mnie do swojego biura, gdzie długo rozmawiamy, popijając ćaj. Pokazuje mi ostatnie raporty z działalności organizacji i produkty wykonane przez jego podopieczne, kolorowe materiały, torebki, gotowe ubrania i wymyślnie haftowane stroje. Opowiada o swojej rodzinie, pyta, jak mi się podoba w jego kraju. W końcu oprowadza mnie po całym budynku, gdzie przedstawiam się kursantkom.

Budynek dwupiętrowy, z piwnicą i tarasem na dachu niczym nie wyróżnia się od pozostałych w okolicy. Niby odmalowany, ale wszystkie ściany są mocno zawilgocone, brudne, farba się łuszczy. Typowy widok w tej części świata. Patrząc na przestarzałe krosna tkackie, czuję się trochę jak w skansenie, z tym że tutaj pomieszczenia wypełnia dźwięk pracujących urządzeń, śmiechy dziewczyn, które mogą tu poczuć się swobodniej niż w domu, i szum wiatraków sufitowych, nieodłączny element wyposażenia w tej części świata. Jest czerwiec, temperatury dochodzą do 40 stopni, do tego jest duszno i wilgotno. Choć w ciągu dnia prąd jest wyłączany kilkukrotnie, niczemu to nie przeszkadza, kobiety pracują po ciemku. Po ich twarzach, dłoniach i pewnie całych ciałach spływają stróżki potu. Lekki powiew wiatru marzy się każdemu.

Do centrum szkoleniowego w jednej z najbiedniejszych dzielnic Lahor kobiety przychodzą na kilka godzin dziennie. Mogą tu być tylko pod warunkiem, że nie będą zaniedbywać swoich domowych obowiązków. Większość jest bardzo młoda, mają od kilkunastu do dwudziestu kilku lat. Czasem są z nimi ich matki, które też uczą się szyć, tkać i farbować materiały. Sabra Dawud, jedna z instruktorek, ma 26 lat. Uwielbia tu pracować. Jest trochę zatroskana, bo niedługo będzie musiała wziąć ślub i nie wie, czy mąż pozwoli jej na pracę poza domem. – Nie umiem pisać ani czytać. Nie skarżę się na swoje życie, ale chcę, żeby moje córki miały lepsze. Żeby umiały coś więcej niż tylko praca w domostwie – mówi matka szkolących się tu dwóch sióstr. Gdy pytam, co robiły, zanim zaczęły tu przychodzić, odpowiadają, że jak większość ich koleżanek chodziły do szkoły.

W tym roku planowane jest przeniesienie centrum warsztatowego do następnej dzielnicy. W poprzedniej okolicy na obrzeżach Lahor przez 2,5 roku przeszkolono ponad 500 młodych kobiet. Podstawowy kurs trwa 3 miesiące. Jeśli kobieta wykazuje szczególne zdolności i chęci, może przedłużyć szkolenie do 6 miesięcy. Wtedy ma szanse zająć się rękodziełem bardziej profesjonalnie. Oczywiście, jeśli rodzina wyrazi zgodę.

Kursantki po kilku godzinach muszą iść do domu przygotować posiłek. Zanim wyjdą, powiedzą mi, że dziś spełniło się ich marzenie, bo spotkały białą kobietę. Wcześniej widziały je tylko w telewizji. Nigdy nie opuszczają swojej dzielnicy, nie ma w niej nic szczególnego i zagraniczni goście się tu nie zapuszczają. Chcą wiedzieć, czy w Polsce wszyscy mówią w urdu.

Po kilku dniach wracam do Islamabadu. Spotykam się jeszcze raz z Kiśwar Nahid, matką całego przedsięwzięcia, która uporczywie namawia mnie, żebym kupiła jak najwięcej materiałów i ubrań szytych przez podopieczne jej organizacji. – Nie wysyłam już towaru za granicę. Tyle razy zostałam oszukana. Wysyłałam towar, a pieniądze nigdy nie dochodziły – mówi mi. – Kup coś dla siebie, na prezenty dla rodziny. Nie martw się, dobrze wykorzystam te pieniądze – dodaje.

Co mam zrobić? Kupuję.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter