70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bóg niewierzących

Brak wiary w Boga osobowego stanowi, z bardzo nielicznymi wyjątkami, warunek konieczny bycia ateistą. Niekoniecznie pociąga on jednak za sobą brak wiary w nieosobowe formy bóstwa lub też w zjawiska nadprzyrodzone.

Kilka lat temu stanąłem przed kłopotliwym – jak mi się wtedy wydawało – pytaniem: czy jest sens pytać osoby niewierzące o ich wiarę w Boga? Boga różnie zresztą rozumianego – osobowego, nieosobowego. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że ma to sens. Dlatego też takie pytania również znalazły się w projektowanym wtedy przeze mnie badaniu nad niewierzącymi.

Dziś wiem, że istnieją co najmniej dwa powody, dla których warto pytać niewierzących o ich obraz Boga. Powód pierwszy jest taki, że w przeszłości zdecydowana większość z nich w jakiegoś Boga wierzyła. Powód drugi zaś to ten, że część z nich również obecnie w jakiegoś Radosław Tyrała Boga wierzy. Jednak te dwie wizje Boga – ta odrzucona i ta osiągnięta – nijak do siebie nie przystają1.

Bóg odrzucony

Prawie cztery piąte przebadanych za pomocą ankiety respondentów zadeklarowało, że kiedyś wierzyło w Boga. Zaledwie 21,3% stwierdziło, że nigdy nie było osobami wierzącymi. Nic mi nie wiadomo o systematycznych badaniach poświęconych obrazom Boga, jaki osoby niewierzące posiadały na religijnym etapie swoich biografii. Istnieją jednak przesłanki, żeby snuć na ten temat pewne domysły.

Można przypuszczać, że wielu z nich podpisałoby się – z większą lub mniejszą dozą ostrożności – pod obrazem Boga, jaki w swoim Bogu urojonym kreśli Richard Dawkins. Przypomnijmy jego obrazoburczą interpretację:

„Bóg Starego Testamentu to chyba jeden z najmniej sympatycznych bohaterów literackich: zawistny (i dumny z tego), małostkowy i niesprawiedliwy typ, z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofob i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (oraz morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran”2.

Na występowanie takiego właśnie obrazu Boga w umysłach niewierzących wskazywać może chociażby ich uogólniony stosunek do religii. Kojarzy im się ona w sposób jednoznaczny z takimi czynnikami, jak: degradacja człowieczeństwa, przejawy umysłowego infantylizmu, mrok lub zbrodnicza historia różnych Kościołów. Oto kilka wypowiedzi w takim właśnie duchu:

R25 [Rozmówca 25]: „Tak, dla mnie religie, jako ogół, każda wiara w jakiegokolwiek Boga jest dla mnie objawem, może nie tyle infantylności, co niezdolności do samodzielnego myślenia. Tak że żadna inna wiara w Boga nie wchodzi w grę w moim przypadku. Dla mnie religie są największym nośnikiem nietolerancji, agresji, nie prowadzą do niczego dobrego. Bez względu na to, czy jest to religia katolicka, czy jest to religia muzułmańska czy jakakolwiek inna”.

R6: „Tak, po prostu dobrze się czuję i jakoś mi to dobrze robi, jakoś wiara mi się kojarzy z jakimś mrokiem, jakąś ciężkością, no, nie wiem, nie wiem, jak to nazwać…”

Nie dość, że okrutny, to jeszcze Bóg ten jest sprzeczny w sensie logicznym, a przez to nieracjonalny i tym bardziej wymagający zanegowania. Dominującym motywem utraty wiary jest bowiem przekonanie o nieracjonalnym charakterze religii i postulowanych przez nią bytów. To nauka jest w tej perspektywie typem wiedzy dostarczającym wiarygodnej interpretacji rzeczywistości. Wielu niewierzących jest bardzo silnie przekonanych o nieusuwalnym konflikcie między nauką a religią. Widać to w wypowiedziach moich respondentów. Religia – zwłaszcza zaś oglądana z perspektywy nauki bądź też posiadanych na jej temat wyobrażeń – jawi im się jako domena sprzeczności, nielogiczności, niekoherencji i irracjonalności.

R27: „Po trzydziestce to zaczęło się we mnie tak mocno kruszyć. Jeszcze około trzydziestego roku życia, powiedzmy, w coś wierzyłem. No i w pewnym momencie przeszedłem na całkowity agnostycyzm, ponieważ przestało mi to rozumowo pasować. Im więcej człowiek wie, im więcej nauki chwyci, szczególnie nauk ścisłych czy też przyrodniczych, im więcej zaczyna się człowiek wgłębiać w historię Kościoła, jak to się ma do rzeczywistości, te fakty, które są tam niby w Wielkiej Księdze opisane, jakoś to przestaje przystawać do świata, który się zna z innych źródeł. No i to się zaczęło kruszyć, kruszyć, kruszyć, aż w końcu się skruszyło”.

Taki właśnie, z czasem nabywany, negatywny obraz Boga – z jednej strony mrocznego i okrutnego, z drugiej zaś, wewnętrznie sprzecznego – powoduje ostatecznie Jego odrzucenie, a wraz z nim religii.

Nie zawsze odbywa się to bezboleśnie. Warto tu zwrócić uwagę na niezwykle ciekawą relację jednego z moich rozmówców, w której, choć efekty konwersji na niewiarę waloryzuje pozytywnie, to jednak sam jej proces przechodził dość ciężko. Opowiada on o metaforycznie rozumianej „dziurze po Bogu”3, która powstała w jego psychice po tym, jak stał się niewierzący. Dziurze, która zalepiała się stosunkowo długo.

RT [Radosław Tyrała]: „O! to stwierdzenie »dziura po Bogu«”.

R4: „Jest coś takiego”.

RT: „Pisze Pan, że jest coś takiego. Mnie interesuje, czy Pan coś takiego kiedyś odczuwał”.

R4: „Tak. Odczułem coś takiego. Odczułem coś takiego, bo w pewnym momencie nie tylko operuje się poglądami, że się gromadzą poglądy przeciwne, a słabną poglądy za, ale w pewny momencie trzeba podjąć decyzję. Wobec nikogo oczywiście nie trzeba decydować, tylko wobec siebie. Skierować ją do siebie, na to, czym jestem. Jak się powie, że jestem niewierzącym, że Boga nie ma, to pewne pojęcie z tej siatki pojęciowej w głowie zostaje puste. A z nim się wiążą ogromne zasoby emocjonalne. Uwikłania, uwarunkowania czy odniesienia, nie wiem, odniesienia emocjonalne bardzo szerokie i bardzo głębokie. Więc wymazując treść tego pojęcia, w tym znaczeniu, jakie miało, mówiąc »nie ma Boga, jestem niewierzącym «, pozostawia się te odniesienia emocjonalne osamotnione. Dziura po Bogu jest dziurą po pojęciu Boga i po obiekcie odniesienia uczuć religijnych. Jest to zupełnie prawidłowe zjawisko psychiczne, ja to rozumiałem. Potem się zapycha”.

RT: „Czyli to jest taka dziura intelektualna?”

R4: „Nie, to jest dziura intelektualno-emocjonalna. Bo to jest pojęcie bardzo podbudowane emocjonalnie – Bóg. To nie jest pojęcie. Tu się skłaniam do…” [tu R4 niewyraźnie wymawia nazwisko]

RT: „Do kogo?”

R4: „Do Rosenzweiga, do filozofii Rosenzweiga. Bo teraz czytałem Gadacza książkę Filozofia Boga w XX wieku. I nadal ją mam na stole i nad nią pracuję. Muszę wiedzieć, o co chodzi, nie?” [śmiech] RT: „Jasne. Ta dziura – kiedy ją Pan odczuł, w związku z czym się pojawiła, na którym z tych etapów by ją Pan usytuował? Może była nawet więcej niż raz?”

R4: „Nie. To wystąpiło tylko raz. To wystąpiło wtedy, jak się zidentyfikowałem jako ateista. Jak stwierdziłem, jak zbudowała mi się teoria czy hipoteza, jak to jest z tym Bogiem, dlaczego ludzie wierzą w Boga. To oznacza, że nie ma Pana Boga gdzieś tam. I w tym momencie jest dziura. To było w tym momencie, jak sprecyzowałem swoją teorię wiary religijnej. Zadziałała przede wszystkim na mnie, spowodowało ją usunięcie tego. Trwało to jakieś, no może parę miesięcy, ta dziura. A potem się przysypała zapomnieniem, teoriami i tak dalej. Ustąpiła, wyrównała się. Tak jak rana, blizna. No może blizna szybciej. To była głęboka blizna”.

Ta wypowiedź była jednak w swoim dramatyzmie odosobniona. W relacjach moich rozmówców pytanych o ich stan psychiczny po odejściu od religii dominował bowiem inny ton – ulgi, która przyszła wraz z ostatecznym odrzuceniem Boga i religii. Niewiara, do której doszli, jest niemal bez wyjątku pojmowana jako osiągnięcie stanu spokoju, niekiedy po długim czasie szarpania się w jedną i drugą stronę.

R19: „Bardzo znacznie ułatwiła [życie – R.T.]. Poukładała cały mój świat. Wszystko się ukazało w odpowiednim miejscu, w odpowiednich proporcjach. Zracjonalizowała całe moje życie. Nie mam problemóz sumieniem, z grzechem, ze sobą. Same pozytywy dostrzegam. Jakbym pomyślał o tym, ile problemów mają ludzie, którzy żyją w takich matrixach, że na przykład trzeba się spowiadać. Dziwne rzeczy”.

Co ciekawe, wypowiedzi w identycznym tonie pojawiają się również w relacjach amerykańskich niewierzących. Tamtejsi badacze ateizmu, tacy jak Jesse M. Smith4 i Phil Zuckerman5, odnotowali, że najczęściej pojawiającym się w tego typu relacjach określeniem własnego stanu jest „oswobodzenie” (liberation). Religijność traktowana jest przez niereligijnych konwertytów jak rodzaj źle dopasowanej skóry – nawet jeśli (rzadko) może się im wydawać w jakiś sposób atrakcyjna, to po prostu nie pasuje. Raz zrzucona, nie nadaje się ich zdaniem do powtórnego założenia.

„Bóg” osiągnięty

Jak już wspomniałem, warto było pytać niewierzących o ich wiarę w Boga. Warto głównie dlatego że aż 21,3% respondentów zadeklarowało wiarę w nieosobowe formy sił nadnaturalnych, zaś dalszych 13,9% wybrało opcję „trudno powiedzieć”. Co trzeci respondent zatem wierzy albo zakłada możliwość istnienia tego rodzaju bytów. Wywiady okazały się w tym przypadku dość wiernym odzwierciedleniem danych uzyskanych w ankiecie: mniej więcej jedna trzecia respondentów oświadczyła, że bliskie są im wierzenia w – na różne sposoby interpretowane – nieosobowe siły nadnaturalne. Posłuchajmy wypowiedzi samych ateistów:

R12: „Zdarza mi się używać terminu »Bóg«, ale w naturalistycznym tego słowa znaczeniu. Bóg jako niezmienne, zimne, matematyczne reguły, które rządzą światem. Tu będę bliski temu, co mówił Einstein. Sam termin »Bóg« jest pozbawiony sensu, jest wyrażeniem pustym. Można tego terminu używać, również niewierzący, w znaczeniu matematycznej siły, rządzącej światem. Ale nie ma to żadnego związku z Bogiem w rozumieniu religijnym, osobowym, jako superinteligencji celowo działającej”.

R25: „Natomiast nie mogę do końca, mówię tu już o sobie, wykluczyć istnienia, nawet nie wiem, jak to nazwać, nie mówię tu o bóstwie czy o istocie myślącej, która by czymś tam kierowała. Chodzi mi tu bardziej o takie kwestie jak, nawet nie o rzeczy nadprzyrodzone tylko, nie wiem, czy zbiegi okoliczności, czy takie rzeczy. Czasem nawet u mnie pojawiają się wątpliwości, czy coś mi się tam wyśniło i nagle coś takiego miało miejsce, czym jest to spowodowane, czy jest to spowodowane czymś, czego nie potrafię zrozumieć, a to istnieje. Czy może jest to jakiś czynnik zewnętrzny w postaci czegoś innego, czegoś silniejszego, jakiejś innej energii, to tego nie wiem. Natomiast coś na pewno jest takiego. W świecie przyrody wszystko ma swój ładunek energii, jeżeli coś umiera, to ta energia nie wyparowuje, nie ginie gdzieś we wszechświecie, jak to mawiał mój fizyk – w przyrodzie nic nie ginie, tylko zmienia właściciela, także gdzieś to wszystko krąży”.

Sądzę, że wiara w takie nieosobowe formy Boga, również w przypadku ateistów, może być konsekwencją sposobu, w jaki definiują oni ateizm. Niektórzy z nich określają go bowiem jako niewiarę w osobowego Boga, charakterystycznego dla religii teistycznych. To może otwierać drogę do uzgodnienia ateizmu z wiarą w formy nieteistyczne, czyli nieosobowe. Tego typu podejście bardzo dobrze obrazuje poniższa wypowiedź jednego z moich respondentów. Wydaje się ona szczególnie istotna również z tego powodu, że stanowi jedno z możliwych wyjaśnień tego, jak moi respondenci i rozmówcy uzgadniają swoją niewiarę z możliwością istnienia niewytłumaczalnych przez naukę zjawisk o charakterze nadprzyrodzonym, w które – w świetle wyników ankiety – wierzy 26% z nich (zaś dalszych 15,1% wybiera w tym przypadku opcję „trudno powiedzieć”).

RT: „Czy wierzy Pan w jakąkolwiek nieosobową formę bóstwa, transcendencji?”

R24: „Ja ateizm odbieram jako niewiarę w Boga rozumianego jako jedyny, sprawiedliwy Stwórca i jako ten, który pchnął, że tak powiem, iskierkę istnienia. Absolutnie w niego nie wierzę. Ala ja wierzę w istnienie, ogólnie rzecz biorąc, sił nadprzyrodzonych. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest do końca racjonalne, tyle tylko tutaj jest problem. Bo o ile ja jestem w stanie twierdzić, że Bóg jest całkowicie nieracjonalny, o tyle jestem w stanie twierdzić, że siła nadprzyrodzona wcale nieracjonalna być nie musi. Bo to jest chociażby kwestia istnienia energii głupiej. Ja nie mówię, że istnieją duchy, ja nie mówię, że istnieją jakieś anioły, demony, siły dobre czy złe. Tylko chodzi ogólnie o to, że ja jestem przekonany, że coś, gdzieś, jakiegoś istnieje. Ale na pewno nie w formie myślącej. Tyle tylko że jakieś takie… Ogólnie rzecz biorąc, jestem przekonany, że coś oprócz świata materialnego też istnieje. Niekoniecznie to musi się nazywać świat niematerialny. Tylko coś niematerialnego. No chociażby to, że człowiek umiera i ładunek energii się nie kończy. On się nie może skończyć, on musi sobie gdzieś odparowywać. On nie pozostaje w ciele, żeby się rozkładał i potem zasilał Ziemię. Gdzieś sobie odparowuje”.

RT: „Czyli tylko taka bezosobowa energia? Taka fizykalnie rozumiana, czy też widzi Pan tu też jakiś pierwiastek nadprzyrodzony?”

R24: „Powiem szczerze, że na pewno jakiś pierwiastek nadprzyrodzony też. Bo kwestia przebadania tego fizycznie jest w tej chwili całkowicie nieosiągalna. Bo my jesteśmy w stanie rozumowo ogarnąć, że mamy zasadę zachowania energii, jesteśmy w stanie powiedzieć, że ta energia nie znika, tylko ona gdzieś się ulatnia i w dalszym ciągu funkcjonuje. Ale nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic więcej, dopóki nie jest to sektor przebadany w sposób dokładny… Tak samo istnienie jakichś innych istot pozaziemskich czy kwestia telepatii… No jest dowiedzione, że człowiek wykorzystuje do 5% możliwości mózgu. Więc jeżeliby wykorzystywał 20%, to też by mogło zupełnie inaczej wyglądać. Oczywiście nie jestem za jakimiś spiskowymi teoriami dziejów i nie oglądam filmów science fiction, przyjmując je za jakąś prawdę czy teorię naukową. Nie zmienia to faktu, że ja wychodzę z założenia takiego, że nie jest to rzecz poznana, ale jak najbardziej wierzę w istnienie tego, bo właśnie w sposób racjonalny nie da się uzasadnić, co się może dziać. Więc to jest to – kwestia energii. Kwestia telepatii teoretycznie fizycznie też jest możliwa”.

Brak wiary w Boga osobowego stanowi więc, z bardzo nielicznymi wyjątkami, warunek konieczny bycia ateistą. Niekoniecznie pociąga on jednak za sobą brak wiary w nieosobowe formy bóstwa lub też w zjawiska nadprzyrodzone. Wiara w tego rodzaju byty i zjawiska okazuje się – w świetle powyższej wypowiedzi – uzgadnialna nawet ze światopoglądem racjonalistycznym, w myśl zasady, że nie jest racjonalne orzekanie o (nie)istnieniu czegokolwiek przy braku dowodów istnienia tego czegoś. Szczególnie wart podkreślenia jest jednak fakt, że polscy niewierzący w pierwszej kolejności odrzucają to, co jest im kulturowo bliższe. W tym przypadku są to teistyczne formy religii6.

Ich miejsce zastępuje transcendencja pojęta w całkiem inny sposób, którą najlepiej scharakteryzować za pomocą sformułowań, takich jak „matematyczne reguły”, „siła” czy „energia”. Jest to więc „Bóg” znaturalizowany, „Bóg” fizykalny. Równocześnie mamy tu do czynienia ze sprywatyzowanym obrazem Boga. Pozbawiony jest On bowiem antropomorficznego bagażu ludzkich przywar i emocji. Funkcjonuje w świecie i zarazem poza nim, nadając temu światu jakiś porządek, ale i wprowadzając w niego pewną nieoznaczoność. Sam w sobie też jest nieokreślony i abstrakcyjny. Są to – jak widać – wizje pokrewne panteizmowi i panenteizmowi. Mocno odbiegające od wizji Boga charakterystycznych dla wielkich religii monoteistycznych. Zarazem jednak mocno odbiegające od standardowego wyobrażenia na temat obrazu Boga u osób niewierzących.


.1 Odwołuję się tutaj do przeprowadzonego przeze mnie badania Niewierzący w Polsce współczesnej jako mniejszość kulturowa. Interesowała mnie odpowiedź na pytanie, czy w związku ze swoim statusem mniejszościowym polscy niewierzący doświadczają jakichkolwiek form stygmatyzacji, dyskryminacji czy deprywacji. Równie ważne były dla mnie kwestie tożsamości, moralności i światopoglądu niewierzących oraz wyłaniania się ruchu społecznego reprezentującego ich interesy. Badanie miało więc na celu dostarczenie możliwie wszechstronnego portretu socjologicznego tej zbiorowości. Pomóc mi w tym miało użycie różnych metod badawczych. W połowie roku 2008 przeprowadziłem przez Internet zwiad badawczy o charakterze jakościowym (otrzymując tą drogą 100 odpowiedzi), pod koniec 2008 przeprowadziłem ankietę internetową, na którą odpowiedziało mi ponad 7500 osób (!), zaś w drugiej połowie roku 2009 serię 28 wywiadów pogłębionych częściowo ustrukturyzowanych. Wszelkie dane, które podaję w niniejszym tekście, pochodzą właśnie z moich badań.

2 R. Dawkins, Bóg urojony, tłum. P.J. Szwajcer, Warszawa 2007, s. 57.

3 N ie byłem w stanie ustalić, czy jest to pomysł mojego rozmówcy czy też może nawiązanie do analogicznej kategorii występującej w twórczości Jean Paula Sartre’a (zob. M. Neusch, U źródeł współczesnego ateizmu, tłum. A. Turowiczowa, Paryż 1980, s. 161–186).

4 Zob. M.J. Smith, Becoming an Atheist in America: Constructing Identity and Meaning from the Rejection of Theism, „Sociology of Religion” 2011, nr 72(2), s. 215–237.

5 Zob. P. Zuckerman, Faith No More: Why People Reject Religion, Nowy Jork 2012.

6 Niewiara czy ateizm nie musi bowiem oznaczać odrzucenia wszystkich istniejących wariantów religii. W latach 60. XX w. N.J. Demerath III zdefiniował irreligię jako „niewiarę w elementarną doktrynę religijną, z którą jednostka jest związana kulturowo” (tenże, Program i prolegomena socjologii irreligii, w: Wybór tekstów, red. F. Adamski, tłum. B. Leś, Kraków 1984, s. 365). W pierwszym rzędzie oznacza więc ona na ogół negację tej formy religijności (w tym również obrazu Boga), która jest niewierzącemu kulturowo najbliższa. To dlatego ostrze krytyki polskich niewierzących skierowane jest przede wszystkim na katolicyzm. W tym sensie można go rozumieć jako „ateizm katolicki” czy też „ateizm chrześcijański” (M. Onfray, Traktat ateologiczny. Fizyka metafizyki, tłum. M. Kwaterko, Warszawa 2008).

.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter