70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jest prawo

Od pierwszego dnia, gdy prowadzimy naszą bazę danych, widzimy, że spośród 100 skarg wniesionych przez Palestyńczyków na osadników ponad 90 jest lekceważona. Ma to oczywiście dalekosiężne konsekwencje. To, że prawdopodobieństwo pociągnięcia osadników do odpowiedzialności jest minimalne, całkowicie zmienia sytuację na Zachodnim Brzegu.

Obecnie toczy się kolejna runda izraelsko-palestyńskich negocjacji pokojowych. Tymczasem na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie nie widać przejawów trwania procesu pokojowego. Postępuje rozbudowa osiedli izraelskich, kontynuowane są nakazy eksmisji i wyburzenia palestyńskich budynków.

Nie zgadzam się, że proces pokojowy nie jest odczuwany na miejscu. To potężne narzędzie, które wykorzystywane jest przez Izrael do coraz szerzej zakrojonej konfiskaty palestyńskiej ziemi. Jeśli spojrzymy na historię ostatnich 23 lat procesu pokojowego [od czasu negocjacji w Madrycie i Oslo – przyp. tłum.], to zobaczymy, że kiedy toczą się rozmowy pokojowe, społeczność międzynarodowa w dużo większym stopniu przymyka oko na politykę faktów dokonanych i ekspansji na terenach okupowanych prowadzoną przez Izrael. Kiedy nie toczą się negocjacje, społeczność międzynarodowa jest w stosunku do Izraela dużo bardziej krytyczna.

To nie jest tak, że jestem przeciwko procesowi pokojowemu. Oczywiście w moim przekonaniu jedynym sposobem na rozwiązanie tego konfliktu bez przelewu krwi są negocjacje. Ale myślę również, że Izrael czasami nie negocjuje bona fide. W tym samym momencie, kiedy trwają rozmowy, Izrael zaangażowany jest w ustanawianie na terenach palestyńskich faktów dokonanych. Duża część tej ekspansji terytorialnej odbywa się z cichym lub otwartym poparciem rządu. Społeczność międzynarodowa, która jest bardzo zainteresowana procesem pokojowym, poświęca dużo energii na to, żeby go nie zakłócać. Kiedy więc trwają negocjacje, Izrael jest w dużo mniejszym stopniu krytykowany za swoje działania na miejscu.

Dla przykładu, kiedy przeanalizujemy okres poprzedniego rządu Netanjahu, który nie był zaangażowany w proces pokojowy, zobaczymy, że za każdym razem kiedy budowa nowych osiedli na Zachodnim Brzegu była ogłaszana lub kiedy skala przemocy ze strony osadników na ludności palestyńskiej wzrastała, Izrael poddawany był silnej międzynarodowej presji. Tymczasem poprzedni rząd Netanjahu nie ma zbyt dużych osiągnięć, jeśli idzie o ekspansję osiedli izraelskich na palestyńskich terenach okupowanych. Natomiast rządy izraelskie, które były postrzegane przez społeczność międzynarodową jako najbardziej propokojowe – rząd Rabina czy rząd Baraka – intensywnie budowały osiedla i konfiskowały palestyńską ziemię, pozwalały na odmowę dostępu do upraw palestyńskim farmerom. A to przecież rozbudowa osiedli doprowadziła nas do sytuacji, w której rozwiązanie konfliktu w oparciu o powstanie dwóch państw jest prawie niemożliwe. Od 1993 r. liczba osadników na Zachodnim Brzegu się potroiła. Znacznie zwiększył się obszar całkowitej dominacji osiedli izraelskich na ziemi palestyńskiej.

Proces pokojowy jest więc fundamentalnie ważny, ale zawsze powtarzam, że równolegle do toczących się negocjacji pokojowych społeczność międzynarodowa ma obowiązek stania na straży praw człowieka i sprawdzania, czy w czasie kiedy negocjacje trwają, nie są łamane prawa Palestyńczyków.

Czy obecny proces pokojowy jest zatem „zasłoną dymną” dla izraelskiej ekspansji na Zachodnim Brzegu?

Rząd izraelski jest podzielony na rozmaite frakcje i nie można w jednoznaczny sposób wskazać, jakie są jego motywacje. Wierzę w to, że obecna minister sprawiedliwość Cipi Liwni, która stoi na czele zespołu negocjacyjnego po stronie izraelskiej, istotnie dąży do zawarcia historycznego porozumienia. W rządzie są natomiast inne postaci, które fakt trwania negocjacji wykorzystują do robienia rzeczy sprzecznych z ich duchem. Zatem to nie jest tak, że rząd ma jedną wspólną motywację.

Natomiast jeśli przeanalizujemy rezultaty różnych rund procesu pokojowego, nie biorąc pod uwagę motywacji ich uczestników, to zobaczymy, że stał się on głównym wrogiem praw człowieka na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie. Bez względu na to, czy jest to element strategii czy nie (w niektórych wypadkach tak, w niektórych nie), jest to fakt polityczny, który powinien zostać wzięty pod uwagę.

W jak dużym stopniu osadnicy wyznaczają politykę rządu Izraela?

Relacje między osadnikami i rządem są skomplikowane i oparte na sprzecznościach. W wielu przypadkach i okresach osadnicy są „przedłużeniem rządu”. Często to rząd realizuje politykę osadników. Czasem jednak dochodzi do konfrontacji i golem jest sprytniejszy od swojego stwórcy. A osadnicy zostali przecież stworzeni przez rządy izraelskie. Nierzadko chcą oni więcej niż rządzący i nie zgadzają się na to, na co zgodziłby się rząd Izraela. Czasem bywa to na rękę rządowi, szczególnie w sferze międzynarodowej. Od czasu do czasu sprawujący władzę mówią do osadników: „Potrzebujemy tylko tymczaso-wego zawieszenia rozbudowy osiedli, tylko na kilka miesięcy, to byłoby korzystne dla naszego wizerunku na arenie międzynarodowej”. A osadnicy odpowiadają: „Nie. Po naszym trupie”.

Natomiast zarówno osadnicy, jak i rząd mają wspólną wizję zagarnięcia jak największej ilości ziemi palestyńskiej z jak najmniejszą liczbą Palestyńczyków jako części państwa Izrael. To jest ich wspólny cel.

W 2012 r. usłyszeliśmy o utrudnieniach w remontowaniu cystern, jakich doświadczyła Polska Akcja Humanitarna na Wzgórzach Południowego Hebronu. We wrześniu 2013 r. członek PAH-u z legalną wizą pracowniczą nie dostał zezwolenia na wjazd do Izraela. Sytuacja między Izraelem a organizacjami humanitarnymi pracującymi na Zachodnim Brzegu jest napięta. Czy organizacje humanitarne są dla Izraela zagrożeniem?

Izraelska armia i administracja robią wszystko, żeby sytuacja Palestyńczyków na terytoriach okupowanych nie uległa poprawie, szczególnie na obszarach, które Izrael chce zaanektować w ramach postępujących negocjacji lub poza nimi – głównie chodzi tu o Dolinę Jordanu i Wzgórza Południowego Hebronu. Obydwa obszary są słabo zaludnione, a więc bardzo pożądane w myśl idei zagarnięcia jak największej części Palestyny z jak najmniejszą liczbą Palestyńczyków.

Pomoc humanitarna w ostatnich latach była podstawowym sposobem pozwalającym niektórym z tych społeczności utrzymać się na swojej ziemi. Izrael nie pozbywa się Palestyńczyków przemocą, przykładając pistolety do ich głów i wywożąc ich ciężarówkami. Stosuje za to wiele działań sprawiających, że społeczności te już nie będą miały siły ani możliwości utrzymać się na tych terenach i same zdecydują się na ich opuszczanie. Jednym słowem, chodzi o obrzydzenie im życia do tego stopnia, że sami zdecydują się na wyjazd. Takie działanie również stanowi rodzaj wysiedlenia populacji zabroniony i nielegalny z perspektywy prawa międzynarodowego.

Jedną z przyczyn, dla których palestyńskie społeczności wytrwały na tych terenach pomimo uporczywego utrudniania i obrzydzania im życia przez wojsko izraelskie i osadników, jest fakt, że otrzymują od organizacji humanitarnych jakąś formę pomocy. Wysoki rangą przedstawiciel cywilnej administracji zarządzającej terenami okupowanymi powiedział izraelskim organizacjom humanitarnym, że dla niego jedna cysterna oznacza życie jednej społeczności na tych terenach i on na to nie pozwoli. Jeśli PAH odremontuje jakąś cysternę czy system wodny, pozwala tym samym określonej społeczności palestyńskiej składającej się z kilku rodzin na przetrwanie lata na swojej ziemi. Jeśli cysterna w sąsiedztwie takiej społeczności nie zostanie odremontowana, to nie będzie w stanie przetrwać upałów – a mówimy o pustyni – i nie będzie mogła pozostać na miejscu.

Tak więc Izrael, który poprzez swoją administrację wojskową kontroluje większość terytorium palestyńskiego, stworzył cały zbiurokratyzowany system regulacji, który ogranicza jakąkolwiek działalność. Remont cystern albo dróg wodnych, położenie dachu albo instalacji elektrycznej – to wszystko w teorii jest możliwe, ale na każde z tych przedsięwzięć trzeba mieć pozwolenie. Problem w tym, że jeśli jesteś Palestyńczykiem, takiego pozwolenia nie możesz otrzymać. W żadnym wypadku.

Organizacje humanitarne muszą więc podjąć decyzję, czy podporządkować się temu systemowi izraelskich regulacji czy nie. I kiedy są znaki, że nie będzie mowy o takim podporządkowaniu – wtedy organizacja humanitarna sama staje się celem władz izraelskich. I to właśnie wtedy wolontariusze czy pracownicy humanitarni stają się problemem dla władz izraelskich i np. mają kłopoty z wizami.

Cała ta sytuacja rozpoczyna się i kończy na tym, że Izrael chce zaanektować ziemie palestyńskie w Dolinie Jordanu i Wzgórza Południowego Hebronu. To są te same ziemie, które są przedmiotem negocjacji pokojowych.

Od prawie 10 lat Jesz Din, organizacja, której jest Pan założycielem, udziela pomocy prawnej w sprawach związanych z łamaniem praw człowieka na palestyńskich terytoriach okupowanych. Jakiego typu sprawy związane z łamaniem praw człowieka są obecnie największym problemem?

Przez okres działania Jesz Din zaobserwowaliśmy wzrost różnego rodzaju działań izraelskich osadników mających na celu powiększenie ich terytorialnego stanu posiadania na Zachodnim Brzegu, które uchodzą im zupełnie bezkarnie. Na te działania składają się m.in.: akty poniżania, przemocy fizycznej czy niszczenia palestyńskiego mienia i upraw. Kiedy Jesz Din zaczynała swoją działalność, tego typu incydenty zdarzały się, ale nie były powszechne. W ostatnich latach ciągłe nękanie Palestyńczyków stało się standardem działania osadników na Zachodnim Brzegu. Coraz bardziej staje się dla nas jasne, że osadnicy nie działają sami. To już nie kilku chuliganów, którzy osiedlają się na szczytach wzgórz palestyńskich (tradycyjny system powstawania izraelskich „przysiółków” na Zachodnim Brzegu, które następnie przekształcają się w osiedla), którzy rzucają kamieniami w Palestyńczyków.

Istnieje wiele obszarów zapalnych na Zachodnim Brzegu, gdzie ziemie palestyńskie są szczególnie narażone na ataki ze strony osadników. Ten system działania rozpoczyna się zazwyczaj od ograniczania Palestyńczykom dostępu do ich własnych pól, nierzadko z udziałem fizycznej przemocy. Następnie niszczą oni uprawy Palestyńczyków, np. wykorzeniają czy palą im gaje oliwne. Osadnicy mogą domagać się od armii możliwości przejazdu przez pola palestyńskie na swoje własne grunty, co krok po kroku przekształca się w konfiskatę ziemi palestyńskiej pod konstrukcję drogi dojazdowej. Kiedy jeden cel osadników zostaje osiągnięty i określony kawałek ziemi przejęty, walka wcale się nie kończy. Kolejny fragment ziemi staje się celem i opisany wyżej schemat znowu się powtarza.

W ostatnich latach obserwujemy coraz więcej tego typu przypadków. Takie postępowanie uchodzi osadnikom zupełnie bezkarnie. Nie ma żadnych śledztw, żadnych dochodzeń. Ta sekwencja działań mających na celu przejęcie określonego terenu idzie w parze z chuligańskimi atakami osadników. To jest obecnie naszym największym zmartwieniem. Staramy się zwrócić uwagę na to zjawisko różnym osobom zaangażowanym w proces pokojowy i uświadomić im, że problem stosowanej przez osadników przemocy powinien być tematem toczących się negocjacji.

Chęć zwrócenia uwagi opinii publicznej na przemoc i próba ukrócenia bezkarności osadników to jedne z najważniejszych impulsów, które przyczyniły się do stworzenia Jesz Din. Izraelskie emerytki i aktywiści pokojowi monitorujący checkpointy na Zachodnim Brzegu Jordanu uznali pewnego dnia, że dokumentowanie nadużyć osadników i aparatu bezpieczeństwa jest niewystarczające i należy spróbować im przeciwdziałać w sposób bardziej aktywny. Jakie są najważniejsze sukcesy i porażki organizacji stworzonej w 2005 r. przez koalicję wolontariuszy monitorujących sytuację w terenie, badaczy i specjalistów do spraw mediów oraz zawodowych prawników jak Pan?

Jednym z najważniejszych, a na pewno najbardziej długoterminowych sukcesów Jesz Din jest zwrócenie uwagi izraelskiej i światowej opinii publicznej na przemoc i kryminalny charakter działań osadników na Zachodnim Brzegu. Jako pierwsi systematycznie udokumentowaliśmy te zjawiska i ukazaliśmy ich druzgocący wpływ na relacje społeczne i proces pokojowy. W tym celu stworzyliśmy ogromną bazę danych precyzyjnie dokumentującą wszystkie nadużycia, która nie może być zlekceważona ani odłożona na bok w momencie, gdy toczą się negocjacje pokojowe. Dzięki niej dowiedliśmy, że stosowana przez osadników przemoc nie jest zjawiskiem wyjątkowym i chaotycznym, ale działaniem mającym charakter systematyczny i dobrze skoordynowany. Nie w tym sensie, że gdzieś w pomieszczeniu pełnym dymu tytoniowego siedzą ludzie, którzy planują, w jaki sposób zaatakować Palestyńczyków, ale istnieje ogólne przeświadczenie, że ci chuligani i kryminaliści dobrze przysłużają się ruchowi osadniczemu.

Poza tym odnieśliśmy również wiele pojedynczych sukcesów. Jednym z medialnie nagłośnionych było nasze zwycięstwo w sądzie w sprawie likwidacji nielegalnej rozbudowy osiedla Bet El. Zmusiliśmy państwo i armię do wyburzenia budynków wzniesionych przez osadników na prywatnej ziemi palestyńskiej na wzgórzach Ulpana. Walczyliśmy o to przez 5 lat, a gdy udało nam się uzyskać w sądzie zadowalający werdykt, to musieliśmy jeszcze przez wiele miesięcy wywierać nacisk na rząd, by się do niego zastosował. Nie było to łatwe, gdyż początkowo rząd próbował się od tego uchylać i wolał ryzykować wielki kryzys konstytucyjny, niż wykonać werdykt sądu. Ostatecznie jednak z pomocą sądu udało nam się doprowadzić do usunięcia osadników i wyburzenia części osiedla zbudowanej na wzgórzach Ulpana. To był ogromny sukces nie tylko dla palestyńskich właścicieli tego gruntu, ale w ogólnej walce z okupacją i rozbudową osiedli żydowskich. Wywołał konflikt pomiędzy osadnikami, armią i rządem. Po raz kolejny uświadomił izraelskiej opinii publicznej, że rozbudowa osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu opiera się przede wszystkim na nielegalnej grabieży palestyńskiej ziemi.

Dzięki działaniom Jesz Din udało się prawie całkowicie zahamować rozbudowę osiedli na prywatnym palestyńskim gruncie. Wciąż oczywiście mamy do czynienia ze zjawiskiem grabieży ziemi powiązanej z zastraszaniem, przemocą i niszczeniem upraw, ale udało się zahamować zajmowanie jej z pogwałceniem wszystkich istniejących praw. To zasługa nasza, ale również wielu innych wspomagających nas organizacji, takich jak np. Szalom Achszaw (hebr. Pokój Teraz). Od momentu gdy Jesz Din rozpoczęła swe aktywne działania zmierzające do powstrzymania bezprawnej grabieży ziemi, nie notujemy już przypadków tego typu rozbudowy osiedli.

A jeśli chodzi o porażki?

Myślę, że tych jest również wiele. Nade wszystko nasze statystyki pokazują ciągłą niewydolność organów wykonawczych w egzekwowaniu prawa. Od pierwszego dnia, gdy prowadzimy naszą bazę danych, widzimy, że spośród 100 skarg wniesionych przez Palestyńczyków na osadników ponad 90 jest lekceważona. Ma to oczywiście dalekosiężne konsekwencje. To, że prawdopodobieństwo pociągnięcia osadników do odpowiedzialności jest minimalne, całkowicie zmienia sytuację na Zachodnim Brzegu.

Pomimo naszego ogromnego wysiłku zmierzającego do zmiany tej sytuacji nie udało nam się poprawić tych statystyk nawet o 1%. Jednocześnie muszę dodać, że liczba skarg składanych do Jesz Din przez Palestyńczyków jest ogromna. W swej prawie 10-letniej historii zajmowaliśmy się lub wciąż monitorujemy 1300 różnych skarg i działamy w imieniu takiej samej liczby palestyńskich poszkodowanych. Na tej podstawie możemy z łatwością wskazać nieudolność władz oraz jej przyczyny. Moim zdaniem nie udało się nam poprawić statystyk rozwiązywania problemów, gdyż władze izraelskie nie są zainteresowane ich poprawieniem. Dla nich oznaczałoby to większe nakłady pracy i większą liczbę ludzi, a na to nie ma środków. Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu nie mają żadnej reprezentacji w polityce izraelskiej, nie ma więc drogi nacisku na to, by usprawnić działanie instytucji pilnujących stosowanie prawa. Są w tym względzie całkowicie niewidoczni, przeźroczyści. Jako aktorzy polityczni w polityce izraelskiej nie istnieją. My jako Jesz Din możemy więc domagać się przez 10 lat zwiększenia środków na policję na Zachodnim Brzegu i potrzebę zatrudniania osób, które nie są osadnikami, ale nikt nas nie słucha.

Nie tylko nikt nie słucha, ale jeszcze oskarża Was o bycie zdrajcami albo gorzej: „terrorystami”. Tego ostatniego określenia w stosunku do pracowników i wolontariuszy Jesz Din użył niedawno minister spraw zagranicznych Avigdor Lieberman. A jak społeczeństwo izraelskie postrzega Jesz Din?

Po tym jak pan Lieberman nazwał nas terrorystami, napisałem do niego list, w którym poinformowałem go, że jeśli zrzeknie się swojego immunitetu poselskiego, to oskarżymy go o zniesławienie. Pan minister oczywiście schował się za swoim immunitetem, więc nie mogliśmy wytoczyć mu sprawy.

To, co powiedział Lieberman, to jeden z elementów szerszej kampanii delegitymizacyjnej wytoczonej przez skrajną prawicę po 2009 r., po operacji Płynny Ołów w Gazie i Raporcie Goldstone’a, przeciwko izraelskim organizacjom praw człowieka. Kampania ta opiera się na przeświadczeniu, że organizacje te są o wiele większym zagrożeniem dla Izraela niż lewicowe sympatie społeczeństwa izraelskiego. Organizacje i partie skrajnie prawicowe próbowały w jej ramach m.in. zablokować możliwości ubiegania się przez izraelskie organizacje praw człowieka o zagraniczne fundusze. Starano się to zrobić poprzez wprowadzenie ustaw o zakazie zagranicznego finansowania oraz poprzez atak na liberalny New Israel Fund [organizację pozarządową z główną siedzibą w USA – przyp. tłum.], który zbiera wśród amerykańskiej diaspory środki na realizację projektów przez liberalne i pokojowe organizacje w Izraelu. Poza tym wykonywane są różne próby zniesławiania organizacji pokojowych. Te działania nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów.

Moim zdaniem znaczna część izraelskiej opinii publicznej docenia pracę organizacji praw człowieka, w tym Jesz Din. Nawet ci, którzy nie popierają tego, co robimy, szanują naszą pracę i przekonanie o tym, że nasze działania mają na celu nade wszystko dobro Izraela. Jednoczenie ze względu na toczoną przez środowiska skrajnie prawicowe kampanię część ludzi zaczęła w taki, a nie inny sposób nas postrzegać. Coraz większa liczba Izraelczyków zaczęła również popierać projekty mające na celu ograniczenie przestrzeni demokratycznej, w ramach której funkcjonują izraelskie organizacje praw człowieka. Uważam, że to jeden z najbardziej niebezpiecznych procesów w demokracji izraelskiej. Choć w ostatnim roku wydaje się, że znacząco zwolnił, to z łatwością można dostrzec jego manifestacje. Gdy organizacje praw człowieka takie jak Jesz Din opublikują jakiś raport i krytykują politykę rządową na Zachodnim Brzegu, to znacząca część dyskusji toczy się nie wokół spraw poruszonych w raportach, tylko wokół kwestii dotyczących naszych źródeł finansowania i tego, czy jesteśmy zdrajcami czy patriotami. To oczywiście całkowicie zaburza merytoryczną dyskusję nad najważniejszymi sprawami i jakiekolwiek próby znalezienia sprawiedliwych rozwiązań.

Czy możliwe jest dochodzenie sprawiedliwości w sądach izraelskich, które są integralną częścią systemu sankcjonującego okupację Zachodniego Brzegu i aneksję Wschodniej Jerozolimy? Z naszych obserwacji wynika, iż Palestyńczycy często występują na drogę sądową w przypadkach łamania praw człowieka nie dlatego, że liczą na to, iż odniosą sądowe zwycięstwo, tylko po to, żeby odsunąć w czasie wykonanie wyroku eksmisji lub zburzenia domu. Gdzie leży sedno problemu?

Sądownictwo izraelskie nie jest w stanie i nie chce być aniołem stróżem Palestyńczyków. Kiedy wydane zostanie postanowienie o wyburzeniu palestyńskiego budynku na Zachodnim Brzegu, szansa na zwycięstwo jest nikła. W takich przypadkach miesięczne lub tygodniowe odroczenie powinno być postrzegane jako sukces, gdyż nic innego nie da się zdziałać.

Natomiast są sprawy, w których udaje się dojść sprawiedliwości na drodze sądowej. Myślę, że w przypadku walki z nielegalnymi działaniami osadników możemy zacząć mówić o długoterminowym sukcesie. Jeden z największych przyczółków izraelskich osadników, Migron, został usunięty z prywatnych terenów palestyńskich na drodze prawnej. Walczyliśmy też, z sukcesami, o likwidację barier utrudniających dostęp Palestyńczykom do ziem czy też zmianę przebiegu części bariery separacyjnej.

Zwykle mówię moim palestyńskim klientom, kiedy powątpiewają w zasadność uciekania się do procesu sądowego, że powinni się uczyć od ruchu syjonistycznego. Jeden ze sloganów syjonistów to „dunam po dunamie” [dunam – ok. 10 arów, jednostka powierzchni z czasów otomańskich używana w Izraelu i Palestynie – przyp. tłum.]. Ocalmy jeden dunam, a następne walczmy o następny. Spektakularne zwycięstwo, które obejmowałoby wszystkie tereny zagrabione, nie jest możliwe. A wiecie, kto myśli podobnie do pierwszych syjonistów? Osadnicy. Oni mają cierpliwość i strategię długoterminową. Nie dążą do osiągnięcia szybkiego triumfu i nie sposób jest z nimi walczyć, przyjmując inny sposób myślenia.

W jaki sposób, pomagając Palestyńczykom w sądach izraelskich, wychodzisz poza argumentację na temat bezpieczeństwa Izraela, która w oczach izraelskiej opinii publicznej usprawiedliwia wszelkie działania władz izraelskich na Zachodnim Brzegu?

Nie wychodzę poza nią, muszę działać w jej ramach. Ceną, którą płacę, procesując się w izraelskich sądach, jest to, że nie mam innego wyboru i muszę działać w ramach przyjętego sposobu myślenia na temat bezpieczeństwa. Dla przykładu, pracowałem przy wielu sprawach dotyczących różnych części bariery separacyjnej. Żeby skutecznie oprotestować przebieg bariery w niektórych jej fragmentach, nie mogę powiedzieć w sądzie rzeczy, które powiedziałbym na forum międzynarodowym. Nie mogę np. wspomnieć, że bariera bezpieczeństwa nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem, bo to jest coś nie do wyobrażenia w izraelskim sądzie i dla izraelskiej opinii publicznej. Nikt by mnie w Izraelu nie posłuchał. Pamiętajmy, że idea fizycznej bariery separacyjnej powstała po latach samobójczych zamachów na izraelskie miasta, bary i autobusy. Jest ona czymś, co 99% Izraelczyków uznaje za element aparatu bezpieczeństwa, i nie jestem w stanie tego podważyć.

Natomiast to, co mogę zrobić i robiłem w przeszłości, to pokazać sądowi, że w niektórych przypadkach troska o bezpieczeństwo została wyprzedzona przez inne czynniki, takie jak chęć przejęcia kontroli nad palestyńską ziemią. Ale żeby to zrobić, potrzebuję pomocy ekspertów do spraw bezpieczeństwa.

Jest to więc cena, którą płacę za dochodzenie praw przed izraelskimi sądami. Mam świadomość, że robiąc to, akceptuję i niejako legitymizuję aparat bezpieczeństwa jako zasadę. Podważam go w wybranych przypadkach i konkretnych sytuacjach. Nie możesz wystąpić przed izraelskim sądem, argumentując, że cały system oparty jest na kolosalnym łamaniu praw człowieka. Żeby być efektywnym, nie mogę podważać całego systemu, mogę jedynie kwestionować konkretny akt.

Decydujesz się więc na pracę w ramach izraelskiego wymiaru sądownictwa, uznając, że wartość potencjalnej sądowej wygranej jest większa niż ryzyko uprawomocnienia systemu, który legalizuje okupację?

Biorę w tym udział, ponieważ jestem obrońcą praw człowieka. Jeśli jestem w stanie pomóc jednej osobie, jednej rodzinie, to nie powinienem patrzeć na kontekst. Nie mogę poświęcić jednostki, jeśli jest szansa na to, że mogę uśmierzyć jej cierpienie. Jeśli jakaś rodzina może zostać połączona, jakieś drzewa oliwne uratowane, nie mogę powiedzieć tym ludziom, żeby poświęcili swoją uprawę, swój majątek, bo ja nie mogę czy nie chcę zaakceptować „argumentu bezpieczeństwa”, na którym oparty jest system.

Pytamy o te dylematy również w kontekście pracy organizacji humanitarnych na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie. Pojawiają się wątpliwości, czy działalność tych organizacji przyczynia się do zakończenia okupacji, czy raczej nieświadomie wspiera i przedłuża ją poprzez działania czyniące życie Palestyńczyków pod okupacją znośnym.

Wydaje mi się, że organizacje humanitarne muszą być bardzo świadome tego dylematu i to powinno powstrzymać je przed staniem się „humanitarnym ramieniem” rządu izraelskiego. Ryzyko powstaje wtedy, kiedy organizacje humanitarne inwestują swoje fundusze tylko tam, gdzie jest to wygodne dla Izraela, a nie w zgodzie z humanitarnymi priorytetami. Izrael chętnie przystaje na to, żeby US AID (amerykańska agenda pomocowa) płaciło za drogi w Palestynie (na Zachodnim Brzegu), ale tylko te, które są autoryzowane przez państwo Izrael, i jeśli nie finansuje dróg, które prowadziłyby do wiosek palestyńskich na Wzgórzach Południowego Hebronu. Podstawowa jest zatem świadomość, że istnieje niebezpieczeństwo doprowadzenia do sytuacji, w której organizacje humanitarne finansują okupację. Jeśli ma się tę świadomość, wtedy decyzje powinny być podejmowane wyłącznie w oparciu o argumenty humanitarne. Pomoc jednostce jest bowiem najważniejsza. Ale wiedza o tym, jakie są cele Izraela, musi oznaczać gotowość tych organizacji do konfrontacji, kiedy władze izraelskie wstrzymują albo utrudniają pomoc humanitarną.

W ostatnich miesiącach Unia Europejska stworzyła instrukcje ograniczające dostęp osadników i firm działających w osiedlach izraelskich na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie do europejskich grantów badawczych i pożyczek. Jaki to ma wpływ na Izrael? Co Europa powinna robić w sprawach, o których mówimy?

Wydaje mi się, że europejskie rządy odgrywają bardzo ważną rolę. Mają duży psychologiczny wpływ na Izrael, choć niewielki na to, co dzieje się na miejscu. Efekty europejskiej polityki byłyby dużo bardziej odczuwane, gdyby Europa zdecydowała się na regulację postępowania prywatnych europejskich firm, które działają w osiedlach izraelskich na Zachodnim Brzegu. Nie zapominajmy, że jedne z największych firm funkcjonujących na terytoriach okupowanych w ramach osiedli to firmy europejskie wydobywające tam surowce.

Tym niemniej nie chciałbym umniejszać wagi instrukcji przyjętych przez Unię Europejską. Zwróciły one wreszcie uwagę Izraelczyków na fakt, że istnieje możliwość, iż międzynarodowa społeczność nie będzie dłużej milczała w sprawie przedłużającej się okupacji i aktywności osadników na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie. Po raz pierwszy od wielu lat do Izraelczyków zaczęło docierać, że jeśli nie zmienimy swojej polityki, możliwe są poważne konsekwencje.

A czy Polska postrzegana przez izraelskie elity polityczne jako jeden z najlepszych przyjaciół Izraela w UE może odgrywać jakąś konstruktywną rolę w rozwiązaniu konfliktu izraelsko-palestyńskiego?

Odpowiem trochę przewrotnie. Obawiam się, że Polska może odgrywać rolę destrukcyjną. Z tego typu sytuacją będziemy mieli do czynienia, jeśli Polska jako ważny członek UE przyjmie strategię popierania Izraela „bez względu na wszystko”. Nie będzie to jednak postawa przyjacielska. Po pierwsze, dlatego że dobry przyjaciel nie pomaga swojemu przyjacielowi w popełnianiu błędów, wpadaniu w alkoholizm i innych działaniach zamieniających jego życie w koszmar. Powinien mieć odwagę krytykować i starać się powstrzymać swego przyjaciela, jeśli zajdzie taka konieczność.

Po drugie, Polska może spowalniać bądź stworzyć barierę dla UE chcącej odgrywać bardziej konstruktywną rolę w negocjacjach pokojowych. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska i Niemcy z kompletnie odmiennych powodów mogą mieć problemy z byciem krytycznym w stosunku do Izraela. W pełni to rozumiem.

Jednocześnie bardzo ważne jest, by oba te kraje nie powstrzymywały UE od aktywnego włączenia się w rozwiązanie konfliktu, który nie jest wewnętrzną sprawą Izraela, ale kluczowym problemem międzynarodowym. Jednocześnie Polska posiada historię pomocy humanitarnej, która znacząco wyróżnia ją wśród innych krajów i społeczeństw, szczególnie podczas Holokaustu. Z tego typu silną podbudową moralną i historyczną polskie organizacje pomocowe mogą zdziałać bardzo wiele dobrego w regionie, zwracając uwagę na kwestie poszanowania podstawowych praw człowieka.

A co dla Ciebie znaczą polskie korzenie? Czy na sposób, w jaki patrzysz na świat, ma również wpływ Twój dziadek Zygmunt Bauman?

To dla mnie bardzo ważne. Gdy dla większości ludzi Zygmunt Bauman to profesor socjologii, dla mnie to po prostu „dziadzio”. Po śmierci mojego drugiego dziadka Dawida Sfarda to głównie on zaszczepiał we mnie podstawowe wartości moralne. To od niego nauczyłem się, jak ważna jest obrona wyznawanych przez siebie wartości oraz istoty człowieczeństwa. Kiedy dorosłem i zacząłem czytać jego książki, to z łatwością dostrzegłem w nich elementy łączenia moralności z socjologią. Jego metodologia i sposób patrzenia na świat bardzo silnie na mnie wpłynęły i zostały przeze mnie zinternalizowane. Stał się częścią mnie. Łatwość w dostrzeganiu struktur władzy, mechanizmów działania biurokracji oraz transformacji „normalnych” ludzi w potworów to tylko niektóre z elementów dziedzictwa obcowania z Baumanem jako dziadkiem i socjologiem wykorzystywane przeze mnie na co dzień. Ja patrzę na świat nie przez okulary google’owskie, tylko Baumanowskie. To dla mnie zdecydowanie lepsza perspektywa. To m.in. efekt tego, że w momencie gdy dorastałem, miałem obok siebie inny typ dziadka niż większość moich znajomych. Ich dziadkowie podczas spotkań dopytywali o to, jak wygląda życie młodych ludzi. Gdy ja spotykałem się z moim dziadkiem, to on mi opisywał rzeczywistość i wyjaśniał, dlaczego my, młodzi ludzie, robimy to, co robimy. Byłem pod bardzo silnym wpływem jego Nowoczesności i Zagłady [książka wydana po angielsku w 1989 – przyp. tłum], o której sporo razem rozmawialiśmy. Jego późniejsze książki o globalizacji i płynnej nowoczesności stały się dla mnie innymi ważnymi soczewkami, poprzez które patrzę na świat i interpretuję go.

.

MICHAEL SFARD – izraelski prawnik specjalizujący się w prawach człowieka oraz w prawie wojennym. Współzałożyciel organizacji Jesz Din (hebr. Jest Prawo). Zasłynął m.in. wygranymi bataliami w Sądzie Najwyższym o przesunięcie muru separacyjnego w miejscowości Bil’in i oddanie Palestyńczykom części bezprawnie zabranej ziemi. Pokojowe protesty w Bil’in zostały udokumentowane w filmie Pięć rozbitych kamer nominowanym w 2012 r. do Oscara.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata