70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przenośna nieobecność

Dla mnie Palestyna, jak każdy inny kraj, nie może być domem, jeśli nie akceptuje Innego. Palestyna to zorientowana na przyszłość odyseja obejmująca również zalotników: ideał, który ma to do siebie, że szuka się go, rozpacza nad nim, a nawet obawia się go znaleźć.

Pogoda jest tam umiarkowana,

gleba to czerwonoziem.

Pasterze na wzgórzach

zniknęli co do jednego.

Zima zsyła skromny deszcz,

ożywia spękaną ziemię:

maki kołyszą się na wietrze –

mali rzecznicy piękna;

kwiaty bawełny, fioletowe,

ukłucie ich kolców

ostateczne.

.

Wkrótce po przyjeździe na lotnisko Logan w Bostonie 1 lipca 1971 r. uzmysłowiłem sobie ogrom wszystkiego, co pozostawiłem za sobą: krajobraz, rodzina, przyjaciele, jedzenie, kultura, słowa – moje części składowe i przyległości. Zrozumiałem, że nie jest to zerwanie, które można zespawać, raczej nieodwracalna reakcja chemiczna. Czułem się jak – by sparafrazować Emily Dickinson – „kapsuła umysłu, kapsuła na wietrze”.

Dlaczego wyjechałem? Czy z powodu tych rozlicznych map, które rysowałem w szkole? Stłumienia seksualnego? Trwogi, jaką czułem, gdy moi kuzyni i towarzysze zabaw utonęli w Jordanie, kiedy byliśmy jeszcze nastolatkami? A może sińców na duszy, tych pamiątek po porażkach Palestyńczyków i innych Arabów? Albo może dla samego wyjazdu? Czy odtwarzałem w ten sposób doświadczenie rodziców, czy od niego uciekałem? Ich ucieczka, wraz z ponad trzema czwartymi Palestyńczyków z rodzinnych miejscowości, była wymuszona. Moja była dobrowolna i nie do obozu uchodźców, lecz do Stanów Zjednoczonych.

Nie chodziło o pieniądze. Mój dyplom z inżynierii wodno-lądowej z bardzo prestiżowego w tamtym czasie Uniwersytetu Kairskiego mógł otworzyć mi drogę do jednego z roponośnych krajów Zatoki i zapewnić dobrobyt, jak niektórym z moich kuzynów i przyjaciół. Ale porzuciłem zawód inżyniera po kilku latach pracy w firmie konsultingowej w Bostonie.

.

… demon, który strąca pociągi

z torów, przywodzi pożary do szaleństwa,

nęci kochanków do spania w niezgodzie,

zaczął szeptać swoją niepokojącą melodię,

aluzje przeciw ledwie zarysowanemu

szczęściu…

.

Popatrz, za murami błyszczy ciemna gwiazda. Trzyma ją grawitacja,

jak ciebie słowa.

Ufaj sobie.

.

Szeptał dopóki,

pewnego niebacznego dnia nie uciekłem,

w strachu przed tym, co znane.

.

Pamięć w poezji[1]

Nie starczyłoby mi miejsca, żeby opowiedzieć tutaj o tych wszystkich licznych istotach, jakimi się stałem – ojciec, poeta, naukowiec, profesor uniwersytetu, aktywista polityczny, stały bywalec lotnisk – istny tobołek sprzeczności. Dlatego zastanowię się nad moim obozem dla uchodźców, Al-Nuwajma w Jerychu – znajdującym się w obrębie historycznej Palestyny, lecz za nową granicą, po drugiej stronie od domu moich rodziców na wybrzeżu – a także nad dylematami wygnania i nieodwzajemnionej tęsknoty za domem. Chociaż życie w obozie to kwintesencja palestyńskiego doświadczenia – zarówno w planie realnym, jak i symbolicznym – napisano o nim „z pierwszej ręki” stosunkowo niewiele. Stosuję połączenie prozy i poezji; większość tej drugiej jest mojego autorstwa, część opublikowana, część w rękopisie. Łączenie prozy i poezji należy do długiej tradycji tworzenia w języku arabskim, ale współcześnie ustąpiło miejsca jednorodnej formie literackiej.

Może poezja jest formą wygnania, a może między jednym a drugim zachodzą interakcje jak między lekami i jedno wzmacnia działanie drugiego. Może wiersz jest ciszą, w którą otula się obcy, by zachować pamięć, oprzeć się sile ciążenia nowego miejsca pobytu. Kapsuła na wietrze zwiększa swoją gęstość i na moment zastyga w powietrzu, choć tylko mocą nieokiełznanego pióra. Czytanie i pisanie poezji stało się dla mnie sposobem pamiętania, zachowania świadomości siebie samego jako osoby o niepowtarzalnej biografii i podmiotowości, zgłębiania własnego wyobcowania.

Tylko dlaczego zdecydowałem się pisać po angielsku, nie po arabsku? Zadowalająca odpowiedź na to odwieczne pytanie, które zadają sobie i słyszą od innych wszyscy piszący w nie swoim języku, prawdopodobnie nie jest możliwa. Może jest to błędne pytanie stawiane przez nowoczesność; niemniej jednak wydaje się nieuniknione. Bez względu na powód decyzja o pisaniu w nie swoim języku wynika z chłodnej kalkulacji albo z uprzedniej wiedzy o spodziewanych skutkach. Nie uważałem, że zdradziłem arabski, ponieważ – przy setkach milionów użytkowników oraz niezliczonych pisarzach i poetach – język ten nie jest dziś gatunkiem zagrożonym. W pewnym sensie nowy język to dom, który domem nie jest.

Niczym postać, którą Kawafis wzywa do „przepajania greki swoim egipskim uczuciem”, zacząłem przepajać moim palestyńskim uczuciem angielszczyznę, w której pisałem. Musiałem uojcowić ten język i pracować pilniej niż jego własne dzieci. Może byłem w stanie jedynie „tworzyć napisy” do samego siebie jak do filmu. Pisanie po angielsku zarazem spoufaliło mnie z amerykańską kulturą i spotęgowało moje poczucie wygnania. Zdjęło ze mnie ciężar bycia rzecznikiem narodu – od czego chyba nie mogą uciec palestyńscy poeci, przynajmniej na wczesnym etapie działalności twórczej. Gwarantowało też dotkliwe poczucie, że prawie nikt cię nie zna – co jest dla poety równocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.

Mimo to moje wiersze, wiersze kogoś z rodziny bardziej rozgałęzionej niż figowiec, kogoś, kto doświadczył wydalenia oraz mieszkania w obozie, noszą znamię swojego pierwotnego środowiska. Poza tym nie jestem odosobniony w swoim wygnaniu; znajduję towarzyszy w osobach wielu pisarzy, poetów, przyjaciół i innych, zmarłych i żyjących, którzy mnie prowadzą i przychodzą mi z pomocą na mojej drodze.

.

 

Myślałem kiedyś, że moje wiersze mówią więcej

o innych i o świecie niż o mnie samym

ponieważ wyparłem jakieś traumatyczne wspomnienie.

.

Teraz jednak, kiedy Freud umarł, mogę śmiało

rzec, że przyczyna jest bardziej przyziemna.

.

Pochodzę z dużej rodziny,

bardziej rozgałęzionej niż drzewo figowe.

.

Zrastanie się z miejscem

Wielka Brytania wysyła do innych krajów ekspatów, Indie imigrantów, a Palestyna wygnańców. Ekspat to osobnik „glokalny”, który cieszy się luksusem utrzymywania bezstronnego, a czasem wręcz humorystycznego dystansu wobec spraw goszczącego go kraju, wyrażania współczucia, obrzydzenia, arogancji, pokory (rzadko), sympatii i antypatii – wszystko w atmosferze luzu. Najprawdopodobniej wróci (być może zmieniony) tam, skąd wyruszył. W mitach i historii podróżowania ekspat jest jak XIVwieczny arabsko-muzułmański podróżnik Ibn Battuta, który wyruszył aż do Indii i Chin spokojny w swej pewności, że może powrócić do Tangeru. Imigrant z kolei pragnie przynależeć, zostać zaakceptowany przez adoptowaną ojczyznę i mieć do niej prawo. Nie umniejszając ambiwalencji i bólu imigranta, czy to związanych z borykaniem się z nowymi okolicznościami, czy z tęsknotą za krajem pochodzenia, imigrant wie przynajmniej, gdzie osiągnie sukces bądź poniesie porażkę, gdzie przejdzie na emeryturę i zostanie pochowany.

Palestyński wygnaniec trwa w stanie zawieszenia, unosi się na powierzchni społecznej zawiesiny, lżejszy od niej, nie łącząc się. „By zachować swoje dalekie niebo / Nie mogę posiadać nawet swojej skóry”, napisał Mahmud Darwisz.

Ucząc niedawno w Ad-Dauha, musiałem odczuwać taką potrzebę wyrzeczenia się:

 

.

Mogę jedynie wejść do środka siebie

w labirynt hipokampu

jak do piramidy

by odkryć, że rabusie wywieźli to

co w niej było.

Co porzucę tym razem

By dopełnić swej przenośnej nieobecności?

.

Nie przypisuję sobie heroizmu, chcę tylko wskazać, że wygnanie ma swoją cenę. Nawet gdybym chciał zrosnąć się ze Stanami Zjednoczonymi, wpadłbym w rozmaite pułapki – naśladownictwa, nieszczerości i niemożności wzruszania się uczuciami, które poruszają miejscowych, np. wtedy gdy wstają z miejsc, by odśpiewać hymn narodowy. Nie należę do tych, którzy zazdroszczą innym ich samookreślenia, ale czułbym się oszustem, gdybym wzorem niektórych imigrantów oznajmiał: „Kiedy pojechali ś m y do Afganistanu” (Iraku, Panamy albo gdziekolwiek indziej), i mówił o miejscowych „oni”, a o sobie: „my”. Ameryka to kraina możliwości, a nie każdej sposobności.

Czuję respekt wobec jej naturalnego, zachwycającego piękna, podziwiam kreatywność i pracowitość jej obywateli, ich bezpretensjonalną gościnność, swobodę w ubiorze i sposobie bycia – te wszystkie prawdziwe stereotypy. Bycie Innym nie sprawia mi przyjemności; jestem też fizycznie niezdolny do politycznego i moralnego oderwania się od swojego otoczenia, przede wszystkim dlatego że łączą mnie z nim teraz więzy rodzinne. Moja żona Judith Tucker pochodzi z West Hartford w Connecticut, a nasze dzieci, Karmah i Layth, urodziły się i wychowały w Waszyngtonie; mam też rodzeństwo i kuzynów oraz ich potomków rozproszonych po całej Ameryce Północnej – mogą konkurować pod względem liczebności ze swoimi odpowiednikami w Jordanii, gdzie znalazła się moja rodzina z poprzedniego pokolenia po wojnie arabsko-izraelskiej w 1967 r. Mój opór wobec zespolenia opiera się raczej na głębokim szacunku dla kultur i tradycji innych ludzi; musi minąć kilka pokoleń, nim człowiek naprawdę zrośnie się z nowym miejscem:

.

Gość, uczyła nas matka, przysiada

jak ptak na skraju najdalszego krzesła.

 

.

W literaturze palestyńskiej to Odyseusz – nie zaś Ibn Battuta ani Abraham w swej wędrówce do „ziemi obiecanej” – jest upostaciowieniem tęsknoty za domem i powrotu, choć to ryzykowne porównanie. Gdzie jest moja Itaka? Czy tam, skąd wyruszyłem? Takie jest zdroworozsądkowe wyobrażenie domu. Obóz uchodźców jednak z definicji nie był domem – była to tymczasowa stacja tranzytowa, nawet jeśli moje dzieciństwo tam spędzone, mimo braku nowoczesnych udogodnień technicznych, było w zasadzie szczęśliwe, wypełnione zabawą i ciepłem rodziny oraz przyjaciół, a także „radosnym oczekiwaniem”. Nikt nie miał najmniejszej ochoty tam pozostać ani nie uznawał obozu za swój dom.

Na ścianie domu, w którym się uczyłem i spałem, wisiała oprawiona w ramkę linijka z wiersza napisanego przez nauczyciela szkoły średniej z Jerozolimy Adliego Arafata, wyhaftowana przez moje siostry białymi, czarnymi, czerwonymi i zielonymi nićmi, w barwach palestyńskiej flagi. Fragment, opatrzony tytułem „Palestyna”, brzmiał: „Nieważne, jak długi czas mnie dzieli od niej, / po gorzkiej rozłące przyjdzie czas bliskości”. Wiersz ten, choć nie najlepszy, wyrażał powszechne odczucie.

Domem była Palestyna, przeciwieństwo obozu, a przyszłość miała być odwróceniem „tu i teraz”. Wszystko zależało od serwisu informacyjnego, wojny, powstania, konferencji pokojowej. Był to – i w dalszym ciągu jest – stan uporczywego spodziewania się, cóż z tego, że Palestyńczycy kończyli każde wydarzenie po stronie przegranych.

„Tam, na szczycie góry / stały nasze domy”, napisał krótko po Nakbie roku 1948 młody jordański poeta Rifaat Al-Salibi, całkowicie utożsamiając się z uchodźcami palestyńskimi, w wierszu, którego nauczyłem się na pamięć w szkole. Dla mnie działo się to tam, w mojej rodzinnej wsi Al-Abbasijja koło miasta Lydda,

 

.

na tyle daleko od morza

by nie płodzić żeglarzy,

na tyle blisko, by mieć horyzont.

Szosa zrobiła drobny gest

wobec swoich skromnych domów.

.

Moi rodzice uprawiali czerwoną ziemię,

pochylone nad nią ich młode plecy

sprawiały, że wysławiała się pomarańczami i winnym

gronem.

.

Wspomnienia rozbłyskują nieoczekiwanie, powodując wstrząs, który zmusza mnie do przyznania im racji bytu, po czym zostawiają mnie w spokoju. Obóz uchodźców atakuje mnie z zasadzki wszędzie, w dowolnym momencie:

.

Zdumiony obfitością

puszek z tuńczykiem w Safewayu,

myślę o koledze Husajnie.

Był szkolnym geniuszem.

Oddychał historią, gramatyką, matmą

równie łatwo jak pyłem obozu.

.

Albo:

.

Ulice tworzyły siatkę,

jak w Nowym Jorku,

tyle że bez godności nazw

czy asfaltu.

.

Jakbym odwiedzał to wspaniałe miasto tylko po to, żeby ponownie natykać się na obóz. Uświadomiłem sobie, jakim nowoczesnym wynalazkiem jest obóz: siatka ulic; główna ulica ze sklepami i budynkami użyteczności publicznej, takimi jak przychodnia, szkoły i posterunek policji, wszystkie rozlokowane wzdłuż dwóch dróg po stronie południowej i zachodniej. Obozy dla uchodźców i Nowy Jork – miejsce gdzie nasze obozy, te podobno tymczasowe mieszkania, zostały spreparowane przez personel Narodów Zjednoczonych – stały się teraz nierozdzielnym, teraźniejszym wspomnieniem, jak dwa odległe przedmioty zestawione wcale nie po to, by stworzyć surrealistyczny efekt. Które było odbiciem drugiego – obóz czy Nowy Jork?

W połowie lat 70. minionego wieku, zawędrowawszy do Nowego Meksyku, odwiedziłem „rezerwat” rdzennych Amerykanów, Taos Pueblo. Lepianki, wystające z sufitów drewniane belki nośne, uliczki zabłocone od deszczówki – wszystko spontanicznie przywodziło mi na myśl krajobraz Al-Nuwajmy, mojego obozu. Domy w Taos Pueblo stały u podnóża pokrytej zielenią góry; wysokie wzgórza, które widzieliśmy z naszego obozu i nazywaliśmy górami, były nagie i tylko wiosną lekko oprószone zielenią. Obóz Al-Nuwajma liczył ok. 5 tys. mieszkańców, mniej więcej pięć razy tyle co rezerwat. W Taos i Santa Fe po raz pierwszy „zobaczyłem” wyroby garncarskie. Kolory pustyni i geometryczne wzory były olśniewająco piękne, ucieleśniały tradycję i lśniły wolą życia. Na moim regale w salonie wciąż stoi imbryk do herbaty, który tam sobie kupiłem. Rdzenni Amerykanie umieszczali swoje kolory na ubraniach, biżuterii i wyrobach garncarskich; palestyńskie obozy były bezbarwne, jeśli nie liczyć haftowanych sukni kobiet oraz różnobarwnych szklanych kulek, w które grywałem pasjami i które – podobnie jak nocne niebo z jego skupiskami gwiazd, tajemniczą Drogą Mleczną i uderzająco pięknym księżycem – chyba obudziły we mnie głód sztuki i pragnienie tworzenia piękna tak jak potrafiłem: ze słów.

Powinienem był spróbować pomówić z mieszkańcami o ich historii i o mojej, ale nie wiedziałem, czy taki gest zostanie dobrze przyjęty, byłem tam bowiem turystą jak każdy inny, członkiem narodu, który przejął ich ziemię, osadnikiem takim samym jak ci, których nie chcę widzieć w Palestynie. Poeta Edward Silex uchwycił związek między Palestyńczykami a rdzennymi Amerykanami w niesłychanie ironiczny, przejmujący sposób. Jego wiersz Chief Nanay Appears in the Holy Land („Wódz Nanay pojawia się w Ziemi Świętej”) przywołuje postać Apacza Nanaya – który broniąc swojej ziemi, został ranny w 14 różnych potyczkach – w postaci mężczyzny z Gazy ranionego, a następnie zabitego przez izraelskich kanonierów – podkreślając okrutną ironię bombardowania domu rodzinnego tego człowieka po jego śmierci przez helikopter wojskowy Apacz.

Mistur – obcokrajowiec

To przywilej, a zarazem polityczny oksymoron, pochodzić z maleńkiego, skolonizowanego kraju walczącego o uwolnienie się od izraelskiej dominacji, a jednocześnie być obywatelem imperium, które jest głównym strażnikiem Izraela. Co powinienem czuć, kiedy widzę prezydenta Baracka Obamę pozującego do zdjęcia ze swoim wasalem bądź kimś, kto stał się nim na własne życzenie, tak jak Mahmud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej? Jak mam głosować w wyborach, gdy prawie wszyscy kandydaci prześcigają się w demonstrowaniu nie tylko swego poparcia dla Izraela, ale wręcz swej miłości do niego? Głosowałem w wyborach dwa razy – raz na Jesse Jacksona, za drugim razem na Ralpha Nadera, tylko po części ze względu na ich stanowisko w kwestii Palestyny – były to bez wątpienia desperackie gesty. Mimo wszystko dalej wydaje mi się, że bycie Palestyńczykiem i obywatelem amerykańskim można pogodzić, jedynie rozciągając własną świadomość na politycznym Prokrustowym łożu. Wygnanie nie jest wszędzie takim samym doświadczeniem. Od opuszczenia obozu mieszkałem na przemian w krajach arabskich i w Stanach Zjednoczonych. Sama zmiana miejsca jest dezorientująca nawet dla mnie. Nie potrafię przedstawić swojego życia w formie zgrabnej, ciągłej narracji. W 1967 r., studiując w Kairze, żyłem czerwcową porażką arabskich armii i okupacją Zachodniego Brzegu przez Izrael. W następstwie tych wydarzeń Izrael nie tylko odmówił mi, tak jak setkom tysięcy innych Palestyńczyków, prawa powrotu na terytorium, które w 1948 r. stało się Izraelem, ale też zakazał nam wstępu na Zachodni Brzeg i do mojego obozu, Al-Nuwajmy. W efekcie stałem się – w prawniczej terminologii ONZ – displaced person, uchodźcą z obozu uchodźców. Nie wyobrażam sobie większej zmiany niż ta, którą zastałem, kiedy powróciłem w 1999 r., żeby objąć posadę wykładowcy na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze. W latach 60. zeszłego wieku, za rządów Abdela Nasera, Kair był „bijącym sercem” arabskiego nacjonalizmu, centrum wysokiej kultury arabskiej, promotorem równości społecznej, oddanym rzecznikiem „sprawy” palestyńskiej, a także ośrodkiem afrykańskich dążeń wyzwoleńczych i ruchów niezaangażowanych. Wszystko to uległo odwróceniu wraz z izolacjonistycznym, neoliberalnym zwrotem w egipskim życiu politycznym i gospodarczym za prezydentury Anwara Sadata, a później Hosniego Mubaraka. Oficjalnie Egipt zawarł osobny układ pokojowy z Izraelem w 1979 r.; Kair utracił status moralno- -politycznego rdzenia świata arabskiego; klasa nowobogackich rozgrabiła większość krajowego majątku, równocześnie zaś powiększały się zastępów ubogich; korupcja i brak zaufania przeniknęły najdalsze zakamarki rządu i społeczeństwa; tłumienie życia politycznego przez aparat bezpieczeństwa było takie same jak za Nasera, jeśli nie gorsze, a obywatele kraju widzieli, jak obniża się ich prestiż za granicą. Nie mamy rowerowych ścieżek oznakowanych bordową farbą. Co dzień wystawiamy wielką operę: „Nic nie może się udać”. Perfekcja jest rzadka jak opady lub ospa. Jeśli gwizd zżartego rdzą pociągu towarowego rani twoje uszy, bierz go za coś, czym jest: retoryką polityka niezależną od przewożonego towaru. Obalenie rządu Mubaraka w rewolucji 25 stycznia 2011 r. było niespodziewane, choć powinno nastąpić wcześniej. Jak będzie ostatecznie pachnieć „nowe powietrze”, jak nazywają Egipcjanie nowy porządek? Czy Palestyna, dla odmiany, na nim skorzysta? Kairu, jak wszystkich innych miast, nie można uchwycić żadnym skrótem ani zredukować do jakiejkolwiek esencji. Jeśli wieczorem dokonasz jakiegoś uogólnienia na jego temat, w blasku jasnego, porannego słońca najpewniej nic z niego nie zostanie. Miasto to nieustannie uderza w zmysły niczym fale oceanu chłodem i solą, tyle że zamiast spienionych bałwanów mamy samochody i ludzi, ich ciała, karoserie, dźwięki, zapachy i chaotyczny ruch, widoczny i niewidoczny, teraźniejszy i przeszły: Życie sprowadza się do najprostszych form wyrazu, nareszcie. Wystarczą wszystkie „nic się nie stało”, jaśmin humoru, aby ozdrowiały zmysły. Irytujące niedoskonałości Kairu mogą być rajem dla wyobraźni; jego okrutne środki deportacji środkami transportu. Kairczycy przypomnieli mi niezamierzenie, abym nie wierzył w swoją prywatną propagandę nieprzystawalności. Niejeden przypadkowo spotkany rozmówca zauważał: „Pan chyba mieszkał za granicą”, jak gdybym nosił na czole znamię mobilnego Kaina. Może zdradzało mnie moje pozbawione wibracji „r”, może zachowanie, wahania albo nie wiem co jeszcze. Portier mieszkający, jak wielu jemu podobnych, w wilgotnym pokoju w kraju, który jest ojczyzną boga słońca Ra, poprosił mnie kiedyś, żebym przywiózł mu maść Bengay na artretyzm, dodając zaraz: „Pan Jack tak robił”. Najkomiczniejszy był taksówkarz, z głową chyba mocno otumanioną haszyszem. Zwracał się do mnie per Mistur, słowem, którego wraz z rozprzestrzenianiem się angielszczyzny Egipcjanie z klasy niższej zaczęli używać na określenie obcokrajowca, zamiast starego tureckiego chawaga. Próbowałem wyperswadować mu tego Mistura, przekonać, że spodnie i koszula jeszcze mnie nim nie czynią. Oznajmiłem mu, że jeśli jestem Misturem, to w takim razie on też. Spojrzał na mnie z ukosa, odwrócił głowę i orzekł poważnym tonem: „Popatrz pan na mnie: czy ja wyglądam jak Mistur?”. Pozostało mi jedynie zaśmiać się w głos. Kiedy spotykamy tych, którzy zostali, przybieramy pozy i kpimy z ich prostych płetw a oni gapią się na nas skośnymi oczami: „Jakie te płazy są dziwne, co z nimi zrobimy?” Niemal każda współczesna metropolia ma dzielnice slumsów, barria albo ‘aszawaijjat, „gdzie-popadnie”, jak nazywają je w Kairze – te często nielegalne ostoje imigrantów pochodzenia wiejskiego i miejskiej biedoty. Ich mieszkańcy nie są, ściśle rzecz biorąc, uchodźcami, ale tak jak oni marzą o przeprowadzce do jakiejś bogatszej dzielnicy. W Kairze, zwłaszcza w pociągach metra, na śródmiejskich placach i ulicach, przypominali mi się uporczywie moi koledzy z dzieciństwa. Widziałem ich w młodych egipskich chłopcach tłoczących się w pociągach, którymi jeździłem prawie codziennie na kampus, mieszczący się do niedawna w sercu Kairu, na słynnym teraz placu Tahrir. Człowiek, który dzień w dzień jeździ do tej samej pracy, tymi samymi wąskimi torami, jest wesoły czy smutny? To nie zamiłowanie do nieszczęścia czy biedy ani świadomie kultywowana postawa intelektualna skłoniły mnie do tego, by ich słuchać i o nich pisać, ale raczej wyczuwane pokrewieństwo, poezja obecna spontanicznie w ich słowach, gorzki humor, podobny do humoru mojego ojca i matki. „Rewidujemy” to, co zapada nam najgłębiej w świadomość, to, co potęguje się i jest potęgowane przez pamięć. W rozgrzanym jak piec pociągu pewnego letniego popołudnia: Ocierając pot z czoła, myśli na głos: „Dlaczego nie włączą wiatraków?” Ktoś inny, bystry, nawykły do absurdu: „Wyłączają je latem żeby włączyć w zimie”. Dlaczego pisałem bez większego wahania o codzienności Egiptu, a nawet o jego starożytnych bogach i symbolach, a nie znalazłem ani nawet nie próbowałem znaleźć sposobu na opisanie Ameryki? Ponieważ potrafię czuć i myśleć jak Egipcjanie albo czytam im w myślach, a nie potrafię tego z Amerykanami? Zaleczyć rany obozu Wracam do Palestyny w miarę często, korzystając z wiz turystycznych udzielanych mi po niemałych utrudnieniach ze strony izraelskiego personelu przejść granicznych między Jordanią a Zachodnim Brzegiem albo lotniska Ben Guriona, częściowo zajmującego dawne tereny mojej wsi. W trakcie tych wypraw mieszkam przez jakiś czas to w Gazie, to w Jerozolimie, to w Nabulusie i Ramallah – kiedy chodziłem do szkoły, w tych dwóch ostatnich miastach spędzałem z rodziną lato, uciekając przed męczącym skwarem Jerycha – i do dziś nieraz odwiedzam obóz i wieś. Najdłużej mieszkałem w Jerozolimie w latach 1994‒1995, rok po podpisaniu porozumień z Oslo, które od początku budziły moje poważne wątpliwości. Szybko stało się jasne, że Izrael zamierza kontynuować politykę przejmowania ziemi na Zachodnim Brzegu i podporządkowywania sobie ludności palestyńskiej. Mimo to byłem zdania, że Palestyńczycy powinni starać się obrócić porozumienia na swoją korzyść i chwytać się wszelkich możliwych sposobów poprawy swojej sytuacji. Chciałem pomóc w tym przedsięwzięciu, jak tylko potrafiłem, podobnie jak wielu innych, którzy zjeżdżali się powoli do Palestyny z takim samym zamiarem. Dopiero w marcu 1994 r. wybrałem się z rodziną zobaczyć obóz. Pojechaliśmy tam z przyjaciółmi, Mary McKone i Fatehem Azzamem, oraz dwojgiem ich dzieci. Poznaliśmy się w Bostonie i pracowaliśmy razem w Komitecie Palestyńczyków w Nowej Anglii, próbując przebić się do świadomości amerykańskiego społeczeństwa. Teraz nasze drogi skrzyżowały się ponownie w Ramallah. Wiedziałem od krewnych i z artykułu opublikowanego w 1985 r. w „Filastin Al-Thawra”, organie prasowym Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), że w połowie lipca poprzedniego roku obóz został zrównany z ziemią przez buldożery. Rok później ten sam los spotkał dwa inne obozy wokół Jerycha, Akbat Dżabr i Ajn Al-Sultan (wszystkie trzy obozy zostały wybudowane wokół starożytnego miasta dzięki obecności kilku źródeł). Obozowe lepianki rozpadły się, izraelska armia wykorzystywała teren jako poligon ćwiczebny, wszędzie wokół brzęczały komary – napisano w artykule. Chciałem jednak przekonać się o tym na własne oczy i pokazać obóz dzieciom. Rodzice zabierali mnie do naszej wsi w swoich opowieściach, do czasu, aż wiele lat później odwiedziłem ją sam i zastałem przeobrażoną. Tak samo opowiadałem swoim dzieciom o obozie, a teraz wyruszyliśmy, żeby obejrzeć jego ruiny. Nawet Palestyńczycy patrzą na obóz dla uchodźców z politowaniem. Nikt nie lubi uchodźców i nie chce być jednym z nich ani nawet nie życzy sobie tak być określanym. Nie dziwiło mnie, kiedy nowoorleańczycy, którzy uciekli z miasta po tym, jak spustoszył go huragan Katrina, stanowczo sprzeciwiali się nazywaniu ich uchodźcami. Mieszkańcy obozów najmocniej odczuwają ciężar poświęceń, jakie naród palestyński składa na ołtarzu „sprawy”, lecz nie są za to nagradzani – i prawdopodobnie nigdy nie zostaną nagrodzeni – współmiernym do nich uznaniem. Dwa z najbardziej pamiętnych przykładów to masakry w obozach Sabra i Szatila oraz zniszczenie obozu w Dżaninie. W znajdujących się w Bejrucie Sabrze i Szatili prawicowe bojówki chrześcijańskie wymordowały ok. 3 tys. ludzi, przy wsparciu armii izraelskiej podczas jej inwazji na Liban w 1982 r. Wrzucono ich do masowych grobów, ziemia tak osłupiała – że nawet nie jęknęła: „Dosyć!”. Obóz w Dżaninie na Zachodnim Brzegu został częściowo zniszczony, kiedy w 2002 r. jego mieszkańcy postanowili stawić opór izraelskim czołgom, które wtoczyły się do miast i miasteczek Zachodniego Brzegu, by zdławić drugą intifadę. Mahmud Darwisz, którego kronika wędrówek palestyńskiej „duszy” po 1967 r. nie ma sobie równych, napisał zdumiewająco mało o obozach. W tym sensie obóz jest w umyśle Palestyńczyków strefą wygnania. Ci, którzy zostają, a nawet ci, którzy wyjeżdżają, potrzebują niesłychanych pokładów wewnętrznej wolności i pewności siebie, aby zaleczyć rany powstałe w konsekwencji zamieszkiwania w tym ułomnym miejscu. Nie chciałem, aby moje dzieci znalazły się w obozie nagle, bez wprowadzenia. Doszedłem do wniosku, że trzeba je przygotować, oszczędzić im wstrząsu, a może i zażenowania tym, że ich ojciec pochodzi z tak ubogiego miejsca. Dlatego najpierw zatrzymaliśmy się w monastyrze greckiego Kościoła prawosławnego wyżłobionym w sercu Góry Kuszenia, gdzie Jezus pościł ponoć przez 40 dni i 40 nocy i wypowiedział do Szatana słowa: „Nie samym chlebem…”. Góra wyrastała nad położonym w dole Jerychem i roztaczał się z niej widok na trzy obozy – Akbat Dżabr na południu oraz Ajn Al-Sultan i Al-Nuwajma na północy, oddzielone od siebie przez ued z suchym łożyskiem. Nietrudno było dojrzeć cel naszej wyprawy z punktu obserwacyjnego w klasztorze. „To tam! – powiedziałem, wskazując palcem. – Ta kępa wysokich drzew, topoli, to granica obozu”. Później zeszliśmy tymi samymi stromymi schodami, którymi wspięliśmy się do monastyru, a następnie pojechaliśmy do Pałacu Hiszama na południowo-zachodnich obrzeżach obozu. Pałac został nazwany imieniem Hiszama ibn Abd Al-Malika, kalifa umajjadzkiego z VIII w., za którego panowania imperium arabsko- -muzułmańskie rozciągało się od Pirenejów po Indie. Pałac naprzeciwko obozu: najbardziej szalony poeta nie mógłby wymyślić bardziej przejmującego obrazu kontrastu między kondycją Arabów wtedy i teraz. Zachowując się jak turysta, czułem się zdezorientowany; nie umiałem uciec przed zmieszanym wzrokiem dziecka, którym byłem, dziecka, które przechodziło obok tego pałacu prawie codziennie. Czy chciałem wejść do obozu i zakłócić temu chłopcu spokój? Co by pomyślał o tym, że robię sobie zdjęcia z jasnowłosymi dziećmi i kobietami w okularach przeciwsłonecznych? Czy przyjąłby mnie z mieszanką ciekawości i ambiwalencji, tak jak turystów w tamtych czasach? Młodzi turyści i turystki zbaczali do obozu tylko sporadycznie; wtedy chłopiec i jego koledzy zapraszali gościa na herbatę, kawę, a nawet na posiłek, i wypytywali go o jego kraj, tłumacząc łamaną, szkolną angielszczyzną „kwestię Palestyny” – mali, nędznie obuci Edwardowie Saidowie o zakurzonych twarzach. Powtarzałem sobie, że krytycznie myślące dziecko powinno zrozumieć i może nawet rozpoznałoby siebie w moich dzieciach: w szerokich wargach mojej córki, wydatnym podbródku mojego syna, kręconych włosach i kłótliwości obojga. Może nawet nie zdziwiłyby go ich niebieskie oczy: jego matka i część rodzeństwa miały takie. Zgodnie z przewidywaniami obóz zastaliśmy zrównany z ziemią i zasypany gruzami. Nie ostał się ani jeden dom. Kiedy niemiecki poeta Rainer Maria Rilke wspominał swój dom z dzieciństwa, powiedział, że nosi go w sobie, potrzaskany na kawałki; wewnętrzna dewastacja duszy spowodowała zewnętrzną ruinę budynku. W moim przypadku zniszczenie postępowało w odwrotnym kierunku. Jedyne nieruchomości, których nie wyburzono, były własnością United Nations Relief and Work Agency (UNRWA), agendy Narodów Zjednoczonych odpowiedzialnej za pomoc uchodźcom palestyńskim. W jednej z nich mieściło się moje gimnazjum. Jego budynki z betonu i kamienia oparły się upływowi czasu, tylko drzwi i okna były zastawione pustakami; z cysterny z wodą, gdzie chodziliśmy pić, usunięto krany, a z rzędu tureckich toalet – drewniane drzwi. Podniszczone i spłowiałe mury pokrywało nacjonalistyczne graffiti, m.in. żądania wolności dla Palestyńczyków przebywających w izraelskich więzieniach. Dzieciaki zdawały się zachwycone wizytą w szkole, a dla mnie spotkanie to było dziwnie ożywcze, choć lekko trącące absurdem. Pokazałem moim towarzyszom pomieszczenia klasowe i biura administracji, podwórko, na którym co rano ustawialiśmy się do apelu, boisko do siatkówki i inne obiekty. Kiedy dorośli rozmawiali, dzieci gdzieś wsiąkły. Poszedłem ich szukać i oto – ojoj – znalazłem całą czwórkę przykucniętą na toaletach i udającą, że robią kupy. Wszyscy zanieśliśmy się śmiechem. W jednej z klas, w oknie zabarykadowanym pustakami była luka. Dzieciaki zgięły się wpół i prześlizgnęły przez nią. Wróciły uszczęśliwione – znalazły po drugiej stronie tablicę i kredę i nagryzmoliły na tablicy swoje imiona. Layth stwierdził, że podoba mu się wchodzenie do klasy przez dziurę w murze, i zapytał: „Tatusiu, robiłeś to codziennie?”. Kiedy pozwoliłem dzieciom odwiedzić moją szkołę, pobiegać, gdzie sam kiedyś biegałem, przykucnąć na tej samej toalecie i bazgrać po tej samej tablicy, poczułem, że moje życie osiągnęło pełnię. Na początku Wymazywacz starł z powierzchni ziemi wieś. Pozwolił, aby mieszkańcy uciekli w przestrachu ze swych domów i pól, i widział, że uciekli, słyszał rozmowy duchów, i dziwne głosy w pustych domach, i pozwolił, by domy obróciły się w gruz, bez formy i wałęsały się tam zabłąkane zwierzęta, i widział, że widok ów był zbędnym przypomnieniem, … i ujrzał wszystko, co znietworzył i – Ech, ale to było dobre, więc dnia szóstego zrobił sobie przerwę. Kiedy obudził się dnia siódmego, Ujrzał, że rozmnożyli się uchodźcy i stali się bajarzami, wyczarowującymi pożary lasu. Domy w obozie nie musiały stać na swoich miejscach, bym je zobaczył; po początkowym niedowierzaniu kursor pamięci umieścił je na powrót tam, gdzie były poprzednio, jak w grze komputerowej. Stanąłem tam, gdzie kiedyś zaczynała się nasza ulica, i wskazałem puste miejsca pozostałe po domach rodziny Elmusa. Nasi sąsiedzi pochodzili z pobliskich wsi – Al-Naani, Salama, Aqir i Ajjur. Na drugim końcu ulicy mieścił się jednoizbowy dom starej Beduinki z Bir al-Saba’ (Be’er Szewy). Kobieta owa nosiła wszelkie możliwe beduińskie ozdoby: srebrny kolczyk w przekłutym nosie, koronę ze starymi srebrnymi monetami i kolorowymi koralikami; tatuaże na policzkach i podbródku (kolczyki w ciałach młodzieży na Zachodzie wydają się przy nich raczej zabawne niż oryginalne). Jak gdyby ktoś wziął dawnych mieszkańców wsi i poprzestawiał ich miejsca zamieszkania, zamieniając obóz w małą Palestynę, tygiel różnorodnych akcentów, ubiorów i temperamentów. Nic dziwnego, że w tych enklawach kwitł palestyński nacjonalizm i ruch oporu. O naszej historii i wsiach uczyliśmy się wyłącznie z opowieści starszych ludzi, którzy tam mieszkali – w szkolnym programie nauczania nie było nic na ten temat. Wyobrażałem sobie, że wsie te wyglądają tak, jak je opisywano; dopiero po latach uświadomiłem sobie, że większość została starta przez Izrael z powierzchni ziemi, żeby uniemożliwić nam powrót. Rytuały powrotu Traf chciał, że „wróciłem” więcej niż raz. Pod koniec lat 80. dołączyłem do zespołu palestyńskich naukowców, którzy opracowywali encyklopedyczny tom dokumentujący geografię, historię oraz obecny stan wszystkich wsi wyludnionych w latach 1947‒1948. Życie tych wsi pochłaniało mnie przez dwa lata – pisałem ich historie, wioska po startej z ziemi wiosce. Czułem, że komponuję elegie dla poszczególnych miejscowości, zbudowanych przecież po to, by trwały. Miejscowość, niekiedy od czasów prehistorycznych zamieszkiwana nieprzerwanie przez Arabów / muzułmanów przez 1500 lat, została częściowo lub całkowicie (przeważnie całkowicie) zlikwidowana przez Izraelczyków, a miejsca zajmowane niegdyś przez wiele takich wsi teraz zarastały lasy. Nasz zespół zidentyfikował 418 miejscowości różnych rozmiarów rozproszonych na obszarze, który w 1948 r. stał się Izraelem – większość z nich została zrównana z ziemią2. Abstrahując od fizycznego unicestwienia, nie mogłem uwierzyć – choć nie byłem zdziwiony – jak te miejscowości zostały także schowane w „gąszczu tekstu”. Izraelskie podręczniki historii i encyklopedie je ignorowały, skracały ich biografie, prezentowały selektywny wybór informacji i stosowały pokrętną terminologię. Tam gdzie na miejscu wiosek powstały żydowskie osiedla, zmieniono nazwy albo je zmodyfikowano, tworząc hebrajskie odpowiedniki. W izraelskich źródłach przewijało się jedno słowo na opisanie dawnej wsi – „opuszczony”, bez podania przyczyny. Dopiero w ostatnim czasie nowa grupa izraelskich historyków i powieściopisarzy zaczęła karczować te chaszcze i demaskować występki swoich przodków. Zanim podjąłem pracę nad tym projektem, odbyłem dwie nieudane wyprawy do mojej wsi Al-Abbasijja (obecnie Jehud) – pierwszy raz w 1976 r., kiedy wziąłem z Ramallah taksówkę prowadzoną przez kierowcę pochodzącego z mojej wsi. Przy wjeździe zatrzymał nas stary strażnik. Sprawdził nasze dokumenty i zapytał o powód przyjazdu. Powiedziałem mu, że urodziłem się w tej wsi i chciałem ją zobaczyć. Kiedy nas przepuszczał, grupka młodych ludzi wyszła z sali bilardowej i zaczęła krzyczeć na nas po hebrajsku. Nie byliśmy tam mile widziani. Kierowca przemknął więc ulicami, wskazując po drodze kilka zachowanych palestyńskich domów oraz meczet. Drugi raz wróciłem latem 1986 albo 1987 – nie pamiętam dokładnie – z żoną i naszymi przyjaciółmi, Mary i Fatehem. Gdy przygotowywaliśmy się do wyruszenia z Jerozolimy ich samochodem, podano wiadomość o zabiciu izraelskiego nauczyciela przez Palestyńczyka w rejonie Tulkarem i atmosfera zrobiła się napięta. Mimo to zdecydowaliśmy się pojechać, ale kiedy dotarliśmy do wsi, nie czuliśmy się bezpiecznie. Usiedliśmy w kawiarni na chodniku i zamówiliśmy herbatę z miętą, którą kelner nazwał po arabsku naanaa. Piliśmy szybko, zastanawiając się, czy to bezpieczne. Potem zrobiliśmy sobie szybką wycieczkę; widziałem coś, co prawdopodobnie było starą kawiarnią, arabskie domy i zrujnowany meczet. Jeszcze jedna ukradkowa, niesatysfakcjonująca wizyta – napotkanie, a nie autentyczne spotkanie miejsca moich urodzin. Czułem się jak adoptowany syn, który wrócił do swoich biologicznych rodziców, a ci zamknęli mu drzwi przed nosem. Mogłem tylko wyobrażać sobie ogrom rozpaczy, jaką czuli moi rodzice i setki tysięcy innych z powodu wykorzenienia; „wykorzenienie” nadal pozostaje trafnym słowem na opisanie tego wydarzenia, zwłaszcza jeśli drzewo jest stare, a jego korzenie są mocno rozrośnięte, i czuje się niewyobrażalną siłę, która je wyrwała, słyszy towarzyszący temu odgłos. Mój przyjaciel Fateh brawurowo przedostał prochy swojego ojca zmarłego na Florydzie przez izraelską kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku, spełnił jego ostatnią wolę i zakopał urnę w jego rodzinnym Nazarecie. Ibrahim Abu Lughod, wybitny palestyńsko-amerykański politolog, także został pochowany ukradkiem w Jafie, gdzie się urodził. Niewielu Palestyńczyków z diaspory może sobie jednak pozwolić na „luksus” pochówku w Palestynie. Inni przed końcem życia wykonują coś, co można by nazwać „rytuałami powrotu”. Aziz Shehadeh, ojciec poetki Naomi Shihab Nye, wrócił do swojej wsi, powiódł wzrokiem po polach, zapatrzył się w ziemię, zrosił ją łzami, powiedział „żegnaj” i wrócił do Teksasu, by tam umrzeć. Kwestia miejsca pochówku jest koszmarem wygnańca. Może, jak ujął to węgierski poeta Attila Jüzsef, dom jest tam, gdzie ludzie potrafią prawidłowo odczytać twoje nazwisko na nagrobku. Izraelscy mieszkańcy mojej rodzinnej miejscowości nawet nie chcieliby odczytać mojego nazwiska, chociaż przypuszczalnie wymówiliby je lepiej niż ludzie w Waszyngtonie. Wspominając park swojego dzieciństwa, Antoine de Saint-Exupéry napisał w Ziemi, planecie ludzi: „Wiek dojrzały rozumie, że do tej nieskończoności nie ma powrotu nigdy, bo powrócić trzeba by było do zasad gry, a nie do parku”3. Nie mogę wejść ani do parku, ani do gry. Wspominanie moich doświadczeń w diasporze i fałszywych powrotów nie jest, mam nadzieję, ćwiczeniem z nostalgii, chociaż niestety, mam wiele powodów, by być sentymentalnym. Chodzi w nim o teraźniejszość i przyszłość. Dla mnie Palestyna, jak każdy inny kraj, nie może być domem, jeśli nie akceptuje Innego. Palestyna to zorientowana na przyszłość odyseja obejmująca również zalotników: ideał, który ma to do siebie, że szuka się go, rozpacza nad nim, a nawet obawia się go znaleźć. Furie, łagodne i potworne, wciąż czają się przede mną i utrzymują mnie w stanie umysłu podobnym do chandry – tęsknoty za domem, gdy wiesz, że nie masz domu. Dziesiątki kutrów wypływają we wszystkie strony z nędznego portu. W głębi nocy ich naftowe latarnie oaza świateł, łagodnych, żółtych – piękno które trudno zdobyć które nie pozwala się oprzeć. Rybacy przysypiają, i wiosłują dalej. Tłumaczyła Anna Sak Esej Portable Absence: My Camp Re-membered ukazał się pierwotnie w książce Seeking Palestine: New Palestinian Writing and Home, red. R. Shehadeh, P. Johnson, Nowe Dehli 2012. Dziękujemy wydawcy za zgodę na jego przedruk. 1 Śródtytuły pochodzą od redakcji. 2 W. Khalidi i. in., All That Remains: The Palestinian Villages Occupied and Depopulated by Israel in 1948, Beirut and Washington DC 1992. 3 A. de Saint-Exupéry, Ziemia, planeta ludzi, tłum. W. i Z. Bieńkowscy, Warszawa 1960, s. 72. SHARIF S. ELMUSA – poeta, ekolog i tłumacz literacki. Urodził się we wsi Al-Abbasijja, 16 km od Jafy. Wieś była jedną spośród ponad 400, których mieszkańcy zostali wysiedleni przez Izraelczyków w 1948 r. Dorastał w obozie dla uchodźców Al-Nuwajma, na przedmieściach Jerycha na Zachodnim Brzegu. Studiował na Uniwersytecie Kairskim, a następnie w MIT, gdzie uzyskał stopień doktora. Jest autorem zbioru wierszy Flawed Landscape. Poems 1987‒2008 (2008), jednym z redaktorów antologii poezji Grape Leaves. A Century of Arab-American Poetry (1988). Autor książki Water Conflict. Economics, Politics, Law and the Palestinian-Israeli Water Resources (1997), redaktor antologii Culture and the Natural Environment. Ancient and Modern Middle Eastern Texts (2005), The Burden of Resources. Oil and Water Wars in the Gulf and Nile Basin (2011). Od 1999 r. wykłada nauki polityczne na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata