70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wesele: teren zamknięty

Jeśli próg domu wyznacza granicę, do przekroczenia której uprawnieni są wyłącznie najbliżsi, to czy nie na tej samej zasadzie drzwi domu weselnego otwierają się tylko dla „swoich”? Co o współczesnych weselach mówią doświadczenia badaczek z Muzeum Etnograficznego w Krakowie, które nie będąc częścią rodzinnego kręgu, włączone zostały w krąg gości weselnych? Jak bycie-w-terenie staje się byciem-w-świecie poprzez ciało?

W ubiegłym roku świadkowałam na ślubie mojego brata. W kościele siedziałam za panną młodą, tuż przed ołtarzem. Podczas wesela przewidziano dla mnie miejsce również obok państwa młodych. Z tej pozycji miałam nie tylko dobry widok na wydarzenia rozgrywające się przy ołtarzu, a później także na sali weselnej, ale i komfort obserwowania nowożeńców, gości siedzących najbliżej (robiłam to mimowolnie; dwuletnie zaangażowanie w projekt Wesela 21 wpłynęło na odbiór sytuacji). Byłam „w” – w centrum wydarzeń.

Być w akcji

Dwa lata wcześniej zawitałam na ślubie Marty i Piotra, z którymi nie łączyły mnie ani koleżeńskie, ani rodzinne więzi. O ich ślubie kościelnym branym 13 lat po ślubie cywilnym dowiedziałam się przypadkiem z rozmowy z koleżanką, którą niezwłocznie poprosiłam o pomoc w zorganizowaniu spotkania z młodą parą. Zdumiała mnie otwartość, z jaką zostałam przyjęta: od naszego pierwszego spotkania do dnia zaślubin minęły zaledwie dwa tygodnie, niemniej Marta zaprosiła mnie do udziału w przymiarce sukni ślubnej (garnitur pana młodego był niespodzianką dla żony), a w dniu ślubu do spędzenia wspólnego poranka u kosmetyczki i fryzjerki. Potem jechałyśmy razem na miejsce uroczystości. Wszystkie te „poboczne” sytuacje były istotne dla oglądu ślubu i wesela. Wesele zorganizował praktycznie od początku do końca pan młody: na początku marca, w Dniu Kobiet, ponownie poprosił swoją żonę o rękę. Wesele odbyło się w maju w pensjonacie górskim jego cioci, a ślub w mieszczącym się nieopodal kościele, do którego młoda para została odprowadzona przy dźwiękach góralskiej muzyki. W kościele usiadłam w jednej z tylnych ławek. Choć wiedziałam, że z przodu zobaczę i usłyszę więcej, nie chciałam przeszkadzać członkom rodziny zgromadzonym wokół pary. Przybyła najbliższa rodzina i przyjaciele – w sumie ok. 50 osób. Choć Marta i Piotr dbali o to, bym czuła się częścią tego kręgu, niestety, mnie samej trudno było odnaleźć się w sytuacji, w której wszyscy dobrze się znali, a ja byłam kimś z zewnątrz. Dlatego gdy po ślubie dotarliśmy do domu weselnego, gdy pękły kieliszki na szczęście, muzykanci zagrali „Sto lat”, a goście złożyli życzenia, pożegnałam się z młodą parą, życząc udanej zabawy. Opuściłam wesele, gdy goście siadali do obiadu. Dziś myślę, że może mogłam się przemóc, zostać dłużej. Wtedy jednak czułam, że jestem „spoza”,zaś to, czego miałam doświadczyć, stało się już moim udziałem – współuczestniczyłam w szczęściu dwojga ludzi, którym przedwczesne narodziny córki kilkanaście lat wcześniej uniemożliwiły zawarcie ślubu kościelnego, ważnego dla obojga ze względów wyznaniowych. Skoncentrowana na zdrowiu dziecka para wzięła wówczas ślub cywilny ze względów formalnych, a zaś ten kościelny został odłożony na „lepsze czasy”.

W tym samym roku uczestniczyłam w ślubie koleżanki i kolegi, którzy choć od kilku lat mieszkają za granicą, postanowili pobrać się w Polsce. Swój udział w projekcie zgłosili w odpowiedzi na e-maila rekrutującego pary, którego wysłałam do znajomych. W kościele wmieszałam się w tłum. Kwestia ślubu rodziła ważne pytania po stronie obydwu rodzin – on wierzący, ona po akcie apostazji. Na weselu usadzono mnie pośród osób, które podobnie jak ja znały pannę młodą jeszcze z czasów liceum (uśmiechnęłam się na widok mojej dawnej ksywki na winietce przy nakryciu). Poza nimi nie kojarzyłam nikogo z grona blisko 150 zaproszonych gości. Byłam „pomiędzy” znajomymi i nieznajomymi, bliskimi i dalekimi. Wyobcowanie w dziwny sposób mieszało się z poczuciem bycia na miejscu. Wraz z kolejnymi godzinami upływającymi na rozmowach i tańcu czułam się coraz śmielej. W przerwie dosiadłam się do stolika zespołu i wypytałam o granie na weselach, zagadnęłam obie babcie panny młodej, które podzieliły się wspomnieniami z wesel organizowanych w domach, a na koniec, gdy chciałam dowiedzieć się, gdzie podział się „chleb weselny”, którym przywitano młodą parę, poznałam właściciela restauracji – wytłumaczył mi, że chleby weselne oraz resztki ze stołów trafiają „do świń” (ten chleb trafił do kolekcji muzeum).

O czym mówią powyższe przykłady? Po pierwsze, obrazują sposób dobierania rozmówców – metodę kuli śnieżnej, czyli działającego łańcuchowo systemu rekomendacji, który opierając się na prywatnych kontaktach, rozgałęził się w różne niekontrolowane strony, doprowadzając nas do młodych par (metoda nielosowego doboru próby). Ponadto pokazują, jak bardzo wybór metody badawczej (studium przypadku) zdeterminował nasz ogląd sytuacji. Z jednej strony pozwolił badaczkom zaangażowanym w projekt być blisko młodych par – poznać kulisy przygotowań, obserwować, jak realizują się ich pragnienia; z drugiej strony, swoisty emocjonalny ciężar, jaki trzeba było udźwignąć, przekraczając granicę rodzinnego kręgu, czasem powodował blokadę – wycofanie, niemożność zagłębienia się w relacje w grupie. Przykłady mówią też o konieczności ulokowania się w określonej dynamice zdarzeń – zajęcia przez badaczkę konkretnego miejsca w przestrzeni oraz w sieci społecznych relacji. Miejsce to określić by można poprzez „akcję”, ciąg konkretnych sytuacji, które wciągają lub wypychają.

Jako osoby spoza rodziny potykałyśmy się o progi wyznaczane przez ludzkie postawy i nieoczekiwane sytuacje. Manewrowanie pomiędzy obcymi światami nieraz przyjmowało postać zderzeń, które odciskały się śladem w pamięci ciała; bo choć ślub i wesele mogłyby wydawać się szablonowe, wcale takie nie są. Wariantowość obyczaju okazała się niezwykle bogata – zależna m.in. od gustów, pragnień młodej pary, możliwości finansowych. Każdy przypadek był niepowtarzalny, a ta z nas, która badała, musiała akulturować się do nowych wzorców działania i podejmować decyzje w zgodzie z nim, często ad hoc. Uczyłyśmy się, odgrywając, po czym odgrywałyśmy jeszcze raz to, co w ten sposób zrozumiałyśmy1.

Aparat poznania

Miałyśmy do dyspozycji aparat, dyktafon, notatnik. Obserwowałyśmy, słuchałyśmy, rozmawiałyśmy, rejestrowałyśmy. Czas i przestrzeń były współdzielone z rozmówcami. Teraz, gdy sięgamy do notatek z terenu (field-notes) oraz do „przypisów w głowie” (head-notes), jak je określił Simon Ottenberg2, dzieli nas dystans czasowy od tamtych sytuacji. Pisząc, niejako tworzymy na nowo. Ta podwójna natura badań terenowych do pewnego stopnia może pociągać za sobą zniekształcenia – jak bowiem zauważa Kirsten Hastrup, „rzeczywistość jest przeżywana, a nie omawiana czy opisywana”3. Jednak jak antropolożka wyjaśnia dalej, to doświadczenie pracy w terenie i stopniowo nabywana umiejętność porządkowania wydarzeń nadają zadaniu antropologa realność4.

Znów podam przykład, dla próby uchwycenia pewnego porządku rzeczy. Towarzyszę pannie młodej w przymiarce sukni ślubnej. To już ostatnie poprawki – dopasowanie sukni w talii, wybór ozdobnej tasiemki, poszerzenie za mało bufiastych rękawów. Panna młoda rozbiera się i ubiera na moich oczach. Krawcowa przytrzymuje szpilki w ustach. Robię zdjęcia. Pomocnica krawcowej pyta, czy jestem „fotografem”. Inna sytuacja. Postanawiam przekonać się, jak wygląda dwudniowe wiejskie wesele od strony zaplecza kuchennego. Pierwsze słowa, jakie kucharze wypowiadają na mój widok to – „O, pani fotograf!” (mam aparat przewieszony przez ramię). Chwilę później w podobny sposób reaguje kelner, który widząc, że fotografuję salę przed wyjazdem gości weselnych, kojarzy mnie z fotografem ślubnym. Zaczepiona słowami – „Przepraszam, pani fotograf”, poznaję Daniela, który chce ustalić ze mną „schematy działania”, czyli atrakcyjne wizualnie momenty wesela, jakie należałoby sfotografować, np. wjazd tortu czy pieczonego udźca. Pozostałe panie, które podobnie jak ja pomagają w kuchni, wołają mnie, ilekroć ich zdaniem powinnam sfotografować konkretne danie, charakterystyczne dla regionu czy wyglądające wyjątkowo z weselnymi dekoracjami. Swoim zachowaniem wskazują mi na istotne znaczeniowo rzeczy, jakby miały już gotowe wyobrażenie na temat zdjęć, jakie powinnam wykonać. Fakt, iż same nie chcą być fotografowane, pozwala mi lepiej zrozumieć schematy przedstawiania siebie i innych w fotografii ślubnej – to, co znajduje się za kulisami oficjalnych wydarzeń, w czym bezpośrednio nie uczestniczą państwo młodzi, pozostaje niewidoczne.

Aparat fotograficzny zdeterminował myślenie o mnie jako o „pani fotograf”. Mimo iż od samego początku jawnie działałam jako badaczka, osoby związane z rynkiem usług weselnych, oswojone z obecnością fotografa podczas przygotowań przedślubnych oraz w trakcie samego wydarzenia, w pierwszej chwili zobaczyły we mnie kogoś z branży – i to właśnie pierwsze wrażenie było decydujące. Aparat niejako uzasadnił moją obecność na zapleczu przygotowań do ślubu i wesela. Nie budził zastrzeżeń, wydawał się oczywistym elementem kontekstu. A ja wraz z nim.

Ilekroć jednak podczas współpracy z młodymi parami pojawiałam się na sali weselnej w roli gościa, sytuacja zmieniała się. Aparat, będący gdzie indziej atutem, stawał się przeszkodą. Nie chciałam, by moja obecność, dźwięk migawki czy błysk lampy zakłócały momenty, w których goście skupiali się wokół młodej pary. Często sami wykonywali pamiątkowe zdjęcia, starałam się im w tym nie przeszkadzać – odruchowo obiłam krok w tył i tylko obserwowałam. Czym innym było podpatrywanie kelnera, który w chwili gdy rodzice zapomnieli zamówić „chleb weselny” dla młodej pary, wyciął w zwykłym sklepowym bochenku chleba serce, a następnie udekorował nim wypiek, tak aby różnił się od tego spożywanego na co dzień. Czym innym uczestniczenie w witaniu chlebem, gdy czekający na progu domu weselnego rodzice nie byli w stanie ukryć wzruszenia. Zdjęcie obrazujące pierwszą sytuację zrobiłam, ze sfotografowania drugiej się wycofałam.

Opis tych doświadczeń wiąże się z pisaniem kultury w ogóle. Nie byłoby ono możliwe, gdyby nie przeżywanie konkretnych chwil, przekraczanie granic prywatnych światów ludzi, aby zrozumieć, jak te światy są wytwarzane. Próbując je teraz opisać, staram odnosić się do kluczowych dla nich słów, na wzór tego, jak posługują się nimi ich członkowie – stąd pojawiające się w tekście cudzysłowy, niejako wyimki rzeczywistości.

Na czym polegało zanurzanie się w owe cudze światy? Jako uczestniczki wesel w bardzo konkretny sposób poddawałyśmy się roli gościa: jadłyśmy, piłyśmy, tańczyłyśmy. Przykładowo, gdy podczas oczepin lider zespołu poprosił wszystkie panny o zrobienie kółka wokół panny młodej, nie mogłam wykręcić się argumentem, iż jestem tu w celach naukowych. Dołączyłam do pozostałych panien, doświadczając osobiście udziału w oczepinach. Za inny przykład posłużyć może wspomnienie badaczki uczestniczącej w projekcie Wesela 21 Magdaleny Zych, która do tego stopnia zaprzyjaźniła się z panną młodą, iż wraz z dwoma druhnami pomagała jej w ubraniu sukni ślubnej – „Renia nie miała w pokoju lustra, więc wyszłam na korytarz, ściągnęłam lustro ze ściany, i już było się w czym przejrzeć. Trzeba było założyć bieliznę, stelaż, suknię i wszystko pozapinać i zawiązać, poprawić włosy. W końcu wpadł fotograf i zrobił Reni furę zdjęć z tym lustrem; bardzo dobrze wyszły. Po cichu na to liczyłam, bo wiedziałam z naszego projektu, że fotografowie lubią takie sytuacje”. Tak nasza obecność w bardzo konkretny sposób zaznaczała się w czyimś świecie. Stawałyśmy się jego nowymi elementami. Mogłyśmy dzięki temu lepiej zorientować się, w jaki sposób światy te są konstrutematowane i przekształcane; jak w obrębie konkretnego układu wydarzeniowo-przestrzennego ludziom przypisywane są określone pozycje5.

(Nie)obecność

Chciałyśmy być niezauważalne. Jednocześnie „trudno było znaleźć się w sytuacji kogoś, kogo nie miało być” – wspomina Dorota Majkowska-Szajer, jedna z badaczek zaangażowanych w projekt. „Starałam się zachowywać jak wszyscy: jadłam, co podawali (rosół, pomimo że już wtedy nie jadałam mięsa), piłam, kiedy polewali (chociaż starałam się zachować umiar, bo studenci narzucali niezłe tempo). Wstydziłam się robić zdjęcia i notatki, udało się tylko trochę”. Transparentność okazała się trudnym zadaniem. Miałyśmy uczestniczyć, ale w sposób niepozostawiający śladu – miałyśmy wtopić się w tło, nie krępować gości.Jak próbowałyśmy tego dokonać? Na przykład decydując się na stosowny strój. „Za każdym razem pojawiało się pytanie, jak się ubrać, żeby być gościem weselnym, a jednocześnie nie stroić się za bardzo. Podczas pierwszych dwóch wesel miałam beżową skromną sukienkę. Na pierwszym weselu w ogóle nie tańczyłam, miałam nieodpowiednie buty, i to był błąd, zawsze powinnam robić to co wszyscy. Na drugie wesele poszłam więc w tym samym, ale założyłam czerwone sandałki-szpilki, i już było lepiej, choć tam z kolei didżej puszczał zbyt głośno muzykę, przy której mało komu udawało się tańczyć” – wspomina Magdalena Zych. Sama dobrze pamiętam ślub, który odbył się w styczniu: przeszywający chłód, grube rajstopy, buty górskie na drogę i baletki na zmianę w torebce, pożyczony sweterek, sztruksowa sukienka kupiona specjalnie na tę okazję. Opinające szczelnie ubranie było tylko zapowiedzią tego, co miało mnie spotkać jeszcze tego dnia i uświadomić, że nasze ciała noszą pamięć konkretnych zdarzeń, a jako współuczestniczący w nich stajemy się współodpowiedzialni za ich przebieg. Jest wczesne popołudnie, gdy druhna dzwoni do mnie z pytaniem, czy mogłabym wcześniej przyjechać do domu, z którego ma być wyprowadzona panna młoda. Zgadzam się, choć wiem jedynie, że mam pomóc w zorganizowaniu jej wykupywania. Gdy docieram na miejsce, druhna prosi, bym wyciągnęła z pokoju jej siostry linę wspinacz-kową i zaniosła ją do salonu (swobodnie poruszam się po domu, w którym trwają przygotowania – to ogromny plus sytuacji). Lina ma posłużyć jako rekwizyt podczas wykupywania – państwo młodzi pasjonują się wspinaczką górską. Gdy pan młody zjawia się po swoją przyszłą żonę, musi dowieść, że jest jej wart. Butelka wódki nie przekonuje druhny. Pan młody musi wykazać się siłą. Wręczona zostaje mu lina, której drugi koniec znajduje się w salonie… w moich rękach. Siłuję się z nim, a kiedy w końcu wydobywa mnie zza ściany, widzę zdziwienie. W regionie, skąd pochodzi, nie ma zwyczaju wykupywania panny młodej, poza tym zaskakuje go widok badaczki w rodzinnym kontekście. Po krótkich negocjacjach znów chwyta za linę i tym razem pociąga mocniej. Siostra panny młodej sugeruje, że pewnie woli nieco większe kobiety niż ja (wybranka ma ponad 180 cm wzrostu), więc jeśli opór po drugiej stronie jest większy, to może w końcu się uda. Faktycznie ktoś, kto trzyma linę w salonie, mocno się zapiera. Panu młodemu wyrywa się – „O! To chyba to!”. Ale znów wyciąga kogoś innego. To kuzynka obu sióstr – jak i one wysoka. Spostrzegam, że pan młody, początkowo onieśmielony rolą, w którą go wepchnięto, zaczyna się nią bawić. Wyciąga zza pasa pistolet na proch. Udaje, że grozi siostrze panny młodej, i mówi, że jak zaraz nie dostanie swojej żony, to inaczej pogadają. Wtedy zauważam filcowy kapelusz na jego głowie – wraz z pistoletem dodaje mu zbójnickiego animuszu (czyżby tak postanowił oswoić nieznaną sobie sytuację?). Trzeci raz kończy się sukcesem. Gdy panna młoda wypada wprost na pana młodego, ten wzrusza się do łez. Chowa się w jej ramionach. Próbuje coś z siebie wykrztusić, ale mam wrażenie, że trudno znaleźć mu słowa – tak jest oczarowany jej wyglądem. Panna młoda zaczyna nawet żartować, że to już w końcu ona. Sytuacja, która początkowo wydawała się panu młodemu nienaturalna, spełniła swoje zadanie – w obliczu obu rodzin panna młoda zaczęła być jego.

A co ze mną? Podobnie jak pan młody, czuję się wmanewrowana w rolę. Jako ta, która miała przypatrywać się całemu zajściu z boku, skoncentrowałam na sobie uwagę rodziny. Z drugiej jednak strony, dzięki mojemu zaangażowaniu wszystko mogło odbyć się w sposób zaplanowany przez druhnę. Ten moment uświadomił mi zdarzeniowość wesela rozumianego szerzej, również jako akcje dziejące się wokół niego. Jest ono ciągiem różnych sytuacji – zaplanowanych i niekontrolowanych. Pokazuje, że każdy ma do odegrania jakąś rolę. Czasem taką, do której przygotowuje się długo i dokładnie, czasem spontaniczną, opartą na improwizacji – jak w teatrze. Każda z nich, jeśli wchodzi w pole oddziaływania badaczki, przejmuje coś z jej osobowości6.

Rytm rozmów

„Wreszcie jakoś w ostatniej godzinie pobytu zostałam poproszona do tańca przez jednego z członków orkiestry i trochę potańczyłam. Było to później komentowane przez ciocię panny młodej, że niby w pracy, ale jednak się bawię. Raczej z uśmiechem” – wspomina Dorota Majkowska-Szajer. „Dziwnie było być samej – pierwszy raz w życiu byłam sama na weselu, bez pary” – dzieli się swoimi wrażeniami Magdalena Zych. Gdy jest się na weselu obcą osobą, niełatwo podążać za jego rytmem. Samotne przesiadywanie przy stoliku, stanie w drzwiach sali weselnej najczęściej wyrażają cichą, lecz uważną obecność badaczki, do czasu gdy nie skruszeją pierwsze lody. Wówczas rozmowy z innymi uczestnikami wesela zaczynają mocno oddziaływać na postrzeganie świata wokół. Przenikają się perspektywy, na wrażenia i wiedzę nakładają się odczucia i informacje uzyskane od innych uczestników zdarzenia. „Już po obiedzie zaczęłam rozmowę z gościem, znajomym rodziny panny młodej, który okazał się archeologiem pracującym w jednym z brytyjskich muzeów. Rozmawialiśmy prawie cały czas, do trzeciej rano. Opowiadał o widzeniu wesela we własnej perspektywie. Była to niezwykła przygoda spojrzeć jego oczyma na to, co się działo” – wspomina Magdalena Zych. Także Dorota Majkowska-Szajer przywołuje ważność weselnych rozmów – „Pod koniec mojego pobytu na weselu przysiadła się do mnie mama panny młodej i porozmawiała ze mną, jak to było z organizowaniem wesela, przedstawiła mnie też swojemu bratu i siostrze. Potem przy wsiadaniu do autobusu rozmawiałam też z tatą Agaty. Pamiętam, że żal mi było wyjeżdżać, bo czułam, że wydarzy się jeszcze dużo ważnych chwil. Myślałam też, że lody zostały przełamane, rodzice może mnie trochę polubili i może jednak mogłabym zostać, nie miałam jednak dość siły i odwagi, żeby zapytać, tym bardziej że mój transport odjeżdżał, a o noclegu nie było mowy”.

Nie tylko rozmowy z młodą parą, ale także kontakt z innymi uczestnikami wesela wydają się kluczowe dla rozeznania i zrozumienia treści, jakimi jest ono wypełnione. Bliskość i wgląd w kulisy wesela, w zamierzenia, starania, kłopoty i dylematy młodych par oraz najbliższej rodziny, w charakter miejsca, w którym wesele się wydarza, w zgromadzoną tego dnia społeczność sprawiają, że odczuwa się wdzięczność – za udział w czymś naprawdę bardzo ważnym. Choć droga „spoza” „do środka” weselnego kręgu wiodła przez trudne doznanie graniczności cudzego świata, stanie się jego elementem pozwoliło nam dowiedzieć się więcej o ludziach, którzy nas do tego świata zaprosili, oraz o wartościach, które stanowią jego oś. Uczestnictwo w ślubach i weselach obcych osób okazało się niełatwym zadaniem, głównie dlatego że podzielane przez ogół praktyki społeczne udział taki wykluczają. Przestrzeń wesela objawiła się jako teren zamknięty – ze wstępem tylko dla wybranych, zaproszonych gości. Dlatego zdarzało się, iż nie byłyśmy dopuszczane do udziału w weselu. Wówczas prosiłyśmy nowożeńców o spotkanie przy albumie zdjęć ślubnych. To jeszcze inny sposób doświadczania czyjejś intymnej historii.

.

1 Zob. V. Turner, Od rytuału do teatru, tłum. M. i J. Dziekanowie, Warszawa 2005.

2 Zob. K. Hastrup, Droga do antropologii. Między doświadczeniem a teorią, tłum. E. Klekot, Kraków 2008, s. 69.

3 Tamże, s. 73.

4 Tamże, s. 69.

5 Tamże, s. 65.

6 Zob. T. Khun, Dwa bieguny: tradycja i nowatorstwo w badaniach naukowych, tłum. S. Amsterdamski, Warszawa 1985.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter