70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Weselne być albo nie być

Weselne fora internetowe obiega co jakiś czas pewna wstrząsająca historia. Oto uniesieni szampańską atmosferą goście zaczynają podrzucać państwa młodych do góry. Zabawa kończy się śmiercią: panna młoda ginie na miejscu, pan młody popełnia samobójstwo. Wydarzenia te przedstawiane bywają w kilku wariantach – raz zgon młodej kobiety następuje na skutek uderzenia głową o sufit, innym razem w efekcie wyślizgnięcia się z rąk podrzucających i upadku na podłogę. Drastyczniejsza wersja dodaje udział kręcącego się pod sufitem wentylatora. W niektórych wersjach ofiar przybywa – ojciec panny młodej umiera na zawał.

Opowieść nosi znamiona „miejskiej legendy” i jako taka zwykle bywa przez forowiczki obśmiana, ale to żaden powód, żeby pominąć ją milczeniem. Fakt uporczywego powracania tego wątku (sama przed własnym ślubem usłyszałam tę historię od znajomego) i reakcje, jakie w pierwszym odruchu wywołuje, podpowiadają, by tego tropu nie lekceważyć. Ta śmierć na weselu, do pewnego stopnia przypadkowa, a jednak zawiniona – spowodowana przez rozhulaną gromadę, jest wyrazem lęku przed nieprzewidywalnością weselnego żywiołu. Przyszłe panny młode deklarują, że na podrzucanie nie pozwolą, utwierdzając się w przekonaniu, że jak przyjdzie co do czego, uda im się nad sytuacją zapanować.

Groza związana z weselną przemocą dotyka zresztą nie tylko państwa młodych, ale także gości, którzy – wydawałoby się – znajdują się na obrzeżach zdarzeń. Ich także wciągnie weselny zamęt: niewinne złapanie welonu prowadzić może do erotycznego tańca i pocałunków z tym, kto złapał krawat (nawet jeśli to zupełnie obca osoba), konsekwencją wzięcia udziału w wyścigu po kawałek kiełbasy jest konieczność zjedzenia łupu na oczach wszystkich (oczywiście na czas, nawet jeśli w ferworze walki uczestniczka zawodów omyłkowo porwie ze stołu „pęto pasztetowej”), a zabawa w „zasadzanie balonika” okazuje się mieć następujący przebieg: „dziewczyna trzyma balonika za sobą, na pośladkach, a mężczyzna, oczywiście z rozbiegu, (…) dobrze załadować musi, żeby pękł balon”3. Nie był na weselu ten, komu się wydaje, że udziału w tych rozrywkach można po prostu odmówić…

Dramat

„Wchodząc na scenę tego teatru życia, w którą się przetwarza dom weselny, już każdy z zaproszonych zamyka się w ramki gościa weselnego, staje się typem scenicznym, nie sobą” – stwierdza w inspirującym i przenikliwym opracowaniu z 1929 r. Ze studiów nad obrzędami weselnymi ludu polskiego Cezaria Baudoin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa4. Analizuje ona obrzęd weselny jako dramat, w którym swoje role mają: młody i młoda, a po części ich rodzice, rodzina i rodzeństwo. „Grają oni zdarzenie – pisze Jędrzejewiczowa – zdarzenie zachodzące w ich własnym życiu. Inscenizacja tego zaś zdarzenia w obrzędzie weselnym tworzy jakby teatr w teatrze, jakby przedstawienie odbywające się na innej płaszczyźnie”5. Akcja koncentruje się wokół bohaterów dnia – państwa młodych, ale nie znaczy to wcale, że ich działania są decydujące dla rozwoju fabuły: „Są to role kukiełek, wprawianych w ruch przez innych aktorów”6. Ci inni, którzy są rzeczywistym spiritus movens akcji widowiska, to pozostali uczestnicy obrzędu. Reprezentują oni społeczność, która wymaga, by w wyznaczonych momentach młoda para zachowywała się w określony sposób, zgodnie z zasadami sztuki. „Sztuka ta zaś – wyjaśnia dalej etnolożka – jest wynikiem tradycji, wyrastającej na gruncie kształtowania się współżycia ludzi między sobą. Stąd też silniej, niż w jakichkolwiek innych formach dramatycznych, zarysowuje się w strukturze obrzędu weselnego konwencjonalizm, będący rezultatem dziejów kształtowania się instytucji społecznych i podporządkowywanie im jednostek. Dlatego też oblicze indywidualne ludzi żywych, występujących w rolach naczelnych w weselu, znika pod maską schematu tradycyjnego. Dlatego też, pomimo tego że młody, podobnie jak i młoda, wypełniają w obrzędzie swe własne role, nie są oni w nim bardziej sobą, niż np. aktorzy w obrzędach totemicznych, grający role totemów”7.

Nieme podporządkowanie głównych bohaterów weselnej akcji pozostałym uczestnikom obrzędu prowadzi Jędrzejewiczową do stwierdzenia, że bohaterowie wesela, w odróżnieniu od postaci z dramatów Szekspira, nie mają warunków do stawiania pytań o swoje indywidualne być albo nie być. Szekspirowskie dylematy nie mieszczą się zapewne w scenariuszu opisywanego tu weselnego obrzędu, nie znaczy to jednak, że pytanie o nie – o fundamentalne życiowe zasady i sprawy – zupełnie wesela nie dotyczy. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy, że ten teatr w teatrze – właśnie jak w Hamlecie – odbywa się jednocześnie na kilku poziomach.

Jałówka na sprzedaż

Trzeba uczciwie powiedzieć, że autorka przywołanego studium odnosi swoje rozważania do konkretnej rzeczywistości, która właściwie już nie istnieje. Opisywany przez nią „obrzęd polskiego ludu” ma wyrażać „sankcję, nadawaną przez społeczeństwo rolnicze parze rolników, idącej na własny, rolniczy chleb”8. Stąd biorą swoją poetykę obrzędowe metafory – niezbędne, bo wprowadzające uczestników dramatu w inną rzeczywistość, w ich role. Nikt tu nie jest sobą, niczego się wprost nie nazywa i nic nie powinno być tym, czym się wydaje. W spisanych przez etnografów weselnych scenariuszach wspomina się np., że przyszły pan młody, przychodząc z oświadczynami do rodziców wybranki, zwraca się do nich, pytając o „jełówickę na sprzedoż”9. Następująca po tym pytaniu wymiana zdań, przebiegająca według z góry ustalonego repertuaru pytań i odpowiedzi, przypomina ustalanie warunków kupna-sprzedaży. To gra pozorów, podczas której realnie wydarza się porozumienie między dwoma rodzinami.

Retorycznym pozostaje pytanie, ile spośród par, z którymi rozmawialiśmy w projekcie Wesela 21, mogłoby się w tej formule odnaleźć. I nie chodzi tylko o aluzyjne nazywanie przyszłej panny młodej krową ani targowanie się o jej wartość. Oto w tradycyjnym obrzędzie podczas wesela panna młoda manifestuje lęk i smutek, z niechęcią poddając się woli zgromadzonych: „W momentach (…) przełomowych akcji, w momen-tach rozstrzygających o (…) stosunku panny młodej do wykładanego zdarzenia, ta ostatnia powinna się zawsze zachowywać jak ofiara przemocy. Ciągną ją do rozplecin i czepienia, którego nie pragnie i obawia się, zostaje też wbrew woli własnej sprzedana i kupiona. Ucieka więc jak może przed zmianą losu, mającą nastąpić w zdarzeniu”10. Nic dziwnego, że dzisiejszym pannom wchodzącym w związek małżeński – na ogół dorosłym, samodzielnie utrzymującym się kobietom, które najczęściej same są organizatorkami własnego wesela – taka sytuacja wydaje się równie odległa mentalnie co zwyczaje mieszkańców innej półkuli. „Oczepin nie będziemy mieć – stwierdza kategorycznie jedna z naszych rozmówczyń, Agnieszka – bo to jakaś obca jest tradycja, w sensie mi osobiście”.

Wiejski chleb

Rzecz w tym, że na dzisiejszy weselny scenariusz11, choć znacznie uproszczony w stosunku do formy, którą analizuje Jędrzejewiczowa, nadal możemy patrzeć jak na dramat rozgrywany na oczach i z udziałem szerokiej publiczności, a na dodatek pełen elementów nie do końca zrozumiałych dla uczestników zdarzenia. Wytłumaczeniem trwałości tych zachowań ma być m.in. wierność tradycji. „Są rzeczy, które nie są związane z nami, tylko z naszą tradycją i to trzeba wyodrębnić” – wyjaśniał mi właściciel firmy zarządzającej czterema domami weselnymi, a ten paradoksalny argument miał przemawiać na rzecz dawnych obyczajów, przy których należy trwać, nawet jeśli trudno nam się z nimi zidentyfikować – „Kiedyś klientka mi powiedziała, że: »Witanie chlebem? To takie wiejskie«. To nie jest wiejskie. Po prostu wesela kojarzą się z wsią”.

Pytanie o źródło tych skojarzeń koresponduje z aktualną dyskusją na temat wstydliwości chłopskich źródeł polskiej kultury12, ale nie ma tutaj miejsca na szczegółowe analizy tego problemu. Poprzestańmy na tym, że tradycja, którą przy okazji wesela tak często się przywołuje, bywa wyjętym z kontekstu cytatem, który brzmi groteskowo w warunkach dzisiejszych sposobów łączenia się w pary. A jednak mocą społecznych oczekiwań i drogą międzypokoleniowych negocjacji podsuwa konwencjonalne gesty, w których pomieścić się muszą rzeczywiste emocje i pragnienia.

Przykład przywitania chlebem i solą dobrze tę sprawę ilustruje, o czym przekonują nas wypowiedzi par uczestniczących w projekcie. Agnieszka i Mateusz wspominają, że zgodzili się na „nieszczęsne powitanie chlebem i solą” ze względu na rodziców – „niech mają”. Mama pana młodego chciała to zrobić we właściwy sposób i poszukała podpowiedzi w Internecie. Odnalezione formułki: „Co wolisz? Chleb, sól czy pana młodego? Chleb, sól i pana młodego, żeby pracował na niego”, nikomu z zainteresowanych nie przypadły do gustu. Samej mamie też nie, więc poinformowała narzeczonych e-mailem, „że jej się takie ludowe klimaty nie podobają i że jednak wymyśli coś innego”. Ostatecznie stanęło na krótkim wystąpieniu o symbolice chleba, które wbrew oczekiwaniom młodej pary wygłoszone zostało przez mikrofon i skoncentrowało na sobie uwagę wszystkich gości. Element imprezy, który miał być jedynie małym ustępstwem wobec rodziców, przerodził się w „totalny chaos”. W tych okolicznościach nowożeńcom nie pozostało nic innego, jak poddać się i zjeść żabę: „Twardy chlebek – wspomina Agnieszka. – Był taki mocno unurzany w soli, że stałam tam przez chwilę i zdrapywałam tę sól. Aż Mateusz mi powiedział, że nie wypada”.

Wydawałoby się, że w dzisiejszym świecie fantazję organizatorów wesela ograniczają tylko możliwości finansowe (choć i to nie do końca – niektóre banki proponują kredyty na realizację tego przedsięwzięcia). A jednak punktem wyjścia dla kolejnych pokoleń narzeczonych pozostaje założenie, że wesele ma jakiś z góry założony przebieg. Trzeba sprawdzić, jak to się robi, jak się zachować, jak sprostać oczekiwaniom. Odpowiedzi udzielą konsultantki ślubne, media i Internet – pełen porad na temat najnowszych trendów i najdawniejszych obrzędów. Czasem komuś przyjdzie do głowy zapytać specjalistów od obyczajów, np. muzeum etnograficzne (tak pojawiła się u nas pierwsza para projektu Wesela 21). Niekiedy źródłem tajemnej wiedzy okazują się mamy albo babcie. Albo – jak opowiada Ela – „ciocia, której córki należały do zespołu ludowego i tkwiła w tej kulturze. Poprowadziła oczepiny. (…) To był właściwie dla nas prezent. Nie wiedzieliśmy, że tak będzie. (…) Ciocia przejęła inicjatywę i to było bardzo piękne. I to wspominamy”. Ta para z rozrzewnieniem wspomina także moment, gdy pan młody, przywitany przez starszego brata narzeczonej zwyczajowym pytaniem: „A czego wy tutaj chcecie?”, znalazł w sobie słowa, by odpowiedzieć „sformułowaniem ludowym”. Marek: „Ja tu w mieście nigdy nie miałem tradycji. To jest intuicyjnie, no bo tak naprawdę to jest nagle jakiś zwyczaj, który… jakby to powiedzieć? To nie jest coś, czym na co dzień się żyje”.

Trans i dreszcz

W relacjach nowożeńców, nawet tych, którzy starannie przygotowywali się do zdarzenia, starając się wszystko przewidzieć i zaaranżować zgodnie z własnymi wyobrażeniami, powraca wspomnienie niespodziewanych emocji, zaskoczenia skalą uczuć. Tygodnie, miesiące, a czasem lata intensywnych przygotowań do tego zdarzenia na pewno w jakimś stopniu tłumaczą towarzyszące „wielkiemu finałowi” napięcie, ale to jeszcze wszystkiego nie wyjaśnia. „Pierwszy i ostatni raz miałem takie uczucie, że idę i wszyscy mnie lubią, bo tak się wszyscy uśmiechali” – wyznaje Mateusz, opisując spacer z kościoła do restauracji, w której za chwilę miało się odbyć wesele. „Rozmawiałam z tymi ludźmi, nawet się dziwiłam, tak jakbym była pijana, taka gadatliwa jak zwykle nie jestem” – komentuje swoje zachowanie podczas przyjmowania życzeń Agnieszka.

„Prawdziwy teatr to doświadczenie »wzmożonej żywotności«”13 – pisze Victor Turner. Ten wyjątkowy stan, jeśli w ogóle się wydarzy, trwa tylko moment, porównywalny do dreszczu przebiegającego po plecach: „Poczucie harmonii z wszechświatem staje się oczywiste, a cała planeta stanowi communitas. Dreszcz ten osiąga się jednak jako »spełnienie« po przepracowaniu pogmatwanych konfliktów i dysharmonii. (…) Transformacja w obrzędzie czy w teatrze w zasadzie nie może zajść inaczej”14.

Wesele, ten „teatr życia”15, daje szansę na zmierzenie się z taką sytuacją. Nie da się też zmieścić w zwykłą, choćby wykwintną, formułę przyjęcia. Wymaga dramaturgii, którą dzisiaj rozgrywać mają weselne atrakcje wybrane z dostępnego na rynku repertuaru: pochody szczudlarzy, pokazy barmańskie i taneczne, sztuczne ognie, unoszące się w niebo lampiony, występy satyryczne, spektakularne dania – jak choćby płonące prosię. Od imprez organizowanych przy innych okazjach różni się także tym, że ma się odbyć raz w życiu i – co jeszcze ważniejsze – sytuuje nas jakoś w stosunku do wspólnoty. Fakt ten zaczyna do państwa młodych docierać zazwyczaj przy kompletowaniu listy gości. Sławek (na 3 tygodnie przed weselem): „Właśnie się dzisiaj tak czy wczoraj zastanawiałem, że mówię: Kurczę, jak to wyszło, że w sumie na początku rozmawialiśmy o tym skromnym weselu lub może nawet w ogóle, taka tylko dla rodziny imprezka, a tu nagle mamy naprawdę grubą imprezę”.

Zatem są wszyscy razem, a to nieprzypadkowe przecież zgromadzenie obciążone bywa siecią wrażliwych powiązań. Na scenę wchodzą dwie rodziny, a każda z nich niesie własny bagaż nie zawsze najlepszych relacji, zadawnionych sporów, animozji, drażliwych tematów. Państwo młodzi, przyjmując jednocześnie rolę bohaterów i organizatorów zdarzenia, starają się nad tym zapanować, sami znajdując się w dość skomplikowanej sytuacji. Co, jeśli rodzice są rozwiedzeni? Jak ich usadzić za stołem? Jak podziękować za wychowanie w kulminacyjnym punkcie wesela? Jak postąpić wobec rodzica, który całe życie był nieobecny, przez lata nawet niewidziany? Wreszcie jak uciec od weselnej sztampy, nie narażając na poczucie wyobcowania rodziców, babci, sto lat nieoglądanej rodziny? Jak się w tym wszystkim nie pogubić? Jak nie zatracić siebie?

Didaskalia

Wchodząc w określony scenariusz, nowożeńcy przecierają w nim własne ścieżki. Widocznym gołym okiem wyrazem tego zjawiska jest personalizacja weselnej oprawy: zaproszenia zaprojektowane samodzielnie przez państwa młodych lub opatrzone ich zdjęciami, specyficzny klimat wytworzony przez indywidualną stylizację (kolorystyczną, tematyczną, wywiedzioną z zainteresowań i pasji obojga), własne pomysły na weselne potrawy i rozrywki. Pragnienie urządzenia wszystkiego po swojemu konkuruje z obawą, że nie będzie „jak trzeba”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że starania, by wesele było wyjątkowe na poziomie estetycznym czy kulinarnym, nie uwalniają go od schematyczności. O tym, że tak naprawdę każde wesele jest inne (bo naprawdę jest!), decydują raczej strategie przeżycia tego wydarzenia, które każdą parę poprowadzą własnymi ścieżkami.

Zwykłe, może nawet konwencjonalne gesty stają się w weselu nośnikami i sposobami przeżywania ważnych treści. Adam przyjmował błogosławieństwo z rąk swoich rodziców dwa razy, próbując pogodzić oczekiwania mamy, której zależało na religijnym wymiarze tego gestu, oraz niewierzącej narzeczonej, której nie chciał namawiać do całowania krzyża. Ela, pomimo oporu ze strony narzeczonego i jego rodziny, porzuciła przedślubne przygotowania i przyjechała w przeddzień wesela do rodzinnego domu tylko po to, żeby nazajutrz właśnie stamtąd „wyjść do ślubu”, pobłogosławiona przez babcię, która nie mogła uczestniczyć w uroczystości – kilkugodzinna podróż pełna obaw, że nie uda się zdążyć na własny ślub, jest dzisiaj źródłem emocjonujących wspomnień.

Ada i Piotrek, etnolodzy z zamiłowania i wykształcenia, postanowili zorganizować sobie oczepiny, sięgając do etnograficznych źródeł. W ruch poszły Dzieła wszystkie Oskara Kolberga i powstał scenariusz z podziałem na role, uwzględniający kluczowe dramatis personae: Państwo Młodzi, Rodzice i rodzeństwo Młodej, Rodzice i siostra Młodego, Druhna, Swachny, Drużba i DJ. Przypisane poszczególnym aktorom kwestie to wyjątki z XIX-wiecznych zapisów lokalnych obyczajów. Całość uzupełniają autorskie didaskalia, np.: „Druhna i Drużba naganiają gości. Drużba z Marcinem i Danielem ustawia krzesła. Rodzicie i rodzeństwo Młodej siedzą z jednej strony, z drugiej rodzice i siostra Młodego. Pamiętać o gitarze i krześle dla Piotrka”. Przebieg akcji został zarejestrowany i dzisiaj możemy odtworzyć ten weselny spektakl sprzed lat (ślub odbył się w 2010 r.). Oglądając nagranie, moglibyśmy powiedzieć, że to przedstawienie dowcipnie nawiązuje do wykształcenia pary – po etnologach można się przecież spodziewać, że profesjonalnie podejdą do sprawy oczepin. Jednak uważnym obserwatorom sceny nie umknie fakt, że w tym udawanym widowisku coś wydarza się naprawdę. I kiedy panna młoda, zgodnie ze scenariuszem, który sama opracowała, żegna się z rodziną i domem słowami tradycyjnej piosenki16, głos jej się łamie, a pozostałym uczestnikom zdarzenia coraz trudniej powstrzymać łzy.

Każdy może z szerokiej palety weselnych możliwości wybrać sposób, w jaki przyjdzie zmierzyć się z napięciem związanym z tym wydarzeniem. Warto jednak mieć świadomość, że gra w teatr ma swoje konsekwencje.

Być albo nie być (na weselu)

Na pierwszy rzut oka akcję Hamleta łączy z wątkiem weselnym wyłącznie fakt, że właśnie z powodu ślubu główny bohater wraca do domu, dwa miesiące po śmierci ojca. Pospiesznie zawarty związek matki i stryja zasiewa w Hamlecie ziarno podejrzliwości nie tylko wobec bliskich, których podejrzewa o zamordowanie ojca, ale także wobec całego społecznego układu, który wydaje się tylko grą – nowy król-uzurpator z taką łatwością postępuje wbrew zasadom społecznym i wprowadza w życie swoje zamiary. Hamlet czuje się osamotniony w świecie pełnym fałszu. „Najbardziej wstrząsające jest dla niego spostrzeżenie, że znaczenie społeczne jest komunikowane za pośrednictwem znaków, które mogą być po prostu udawane – pisze Phyllis Gofrain. – Przepaść między społecznymi środkami wyrazu – ubraniem, gestykulacją, mimiką, językiem – a tym, co one oznaczają, rodzi ryzyko, że nigdy w pełni nie zrozumiemy zachowania innych ludzi, staje się też barierą, niepozwalającą na pełne komunikowanie siebie (…). Pierwsze słowa, jakie wypowiada, są obroną noszonej przez niego żałoby, ujawniają również przyczynę jego smutku: obawę, że w świecie teatralności jego postępowanie może się wydawać niczym więcej niż tylko udawaniem”17. Zdruzgotany odkryciem, że w komunikowaniu się ze światem zdani jesteśmy na gesty, które można aktorsko odegrać, i powierzchowność, która stwarza pozory, Hamlet upomina się o szczerość swoich uczuć („w sobie, w środku mam więcej niż pozór”18) i pogrąża się w domniemanym szaleństwie. Gofrain pisze, że podejmując tę grę, wchodząc w rolę Błazna i Szaleńca, Hamlet wykorzystuje sytuację liminalną, by „badać, jak można tworzyć oraz zmieniać tożsamość i rzeczywistość społeczną”19. Czy nie o taką liminalną sytuację w przypadku wesela przynajmniej się ocieramy? „Wiele z obrzędów, które określamy mianem »uroczystości związanych z momentami życiowego przełomu« – wyjaśnia Victor Turner – zwłaszcza z dojrzewaniem, małżeństwem, śmiercią, wskazuje na załamanie się zwykłego porządku życia grupy, po którym wiele relacji pomiędzy jej członkami musi ulec drastycznej zmianie (…). Wszystkie te procesy rytualne (…) obejmują fazę liminalną, która jest sceną dla jedynych w swoim rodzaju struktur przeżycia (…) w otoczeniu oderwanym od codzienności, cechującym się obecnością wieloznacznych pojęć, monstrualnych wizerunków, świętych symboli, ciężkich prób, upokorzeń, niezrozumiałych poleceń, paradoksów (…). Zwykłe życie toczy się w trybie oznajmującym, w którym oczekujemy inwariantnego działania przyczyny i skutku. Liminalność można by nazwać płodnym chaosem, magazynem możliwości, nie tyle przypadkową zbieraniną, ile walką o nowe formy i struktury (…)”20.

Uczestnicy wesela zostają w te wydarzenia nieodwołalnie wplątani, a bilans zysków i strat za każdym razem może przedstawiać się inaczej. To, co Gofrain wysuwa na pierwszy plan, interpretując Hamleta, to fakt, że pójście „liminalną” ścieżką wyznacza wyjątkową i cenną drogę poznania. Badaczka odnosi ją do warsztatu antropologa21, ale czy nie okaże się ona istotna dla uczestników wesela? Czy zmiana, dokonująca się za sprawą teatru-obrzędu nie wynika właśnie z uzyskania wiedzy niedostępnej komuś, kto pozostaje z boku? Czy przetestowane w weselnym laboratorium wyobrażenia o rodzinnych relacjach i sobie samym nie stwarzają wyjątkowych warunków samopoznania? A jeśli tak, czy ram tego teatru nie powinniśmy szukać poza sceną wyznaczoną przez przestrzeń domu weselnego? Czy państwo młodzi, „a po części ich rodzice, rodzina i rodzeństwo”22 nie zaczynają wchodzić w swoje role i żyć weselem od momentu, kiedy w ogóle się na nie zdecydują?

W jednej z ostatnich scen filmu Toma Stopparda Rosencrantz i Guildenstern nie żyją dwaj epizodyczni bohaterowie zaangażowani w akcję Hamleta tuż przed śmiercią zadają sobie pytanie o moment, w którym mogli uniknąć wpadnięcia w tragikomiczny wir wydarzeń – jak to przegapiliśmy? Podobne wątpliwości dręczą czasem nowożeńców, kiedy skala przedsięwzięcia zaczyna przerastać ich oczekiwania (to prawie pewnik). Można było się w to nie bawić i nie organizować wesela, powiedzą ci, którzy się uchylili od brania na swoje barki ciężaru – przecież wesele nie należy już dzisiaj do społecznych konieczności. Może mają rację: uniknęli wielkiego zamieszania i są bezpieczni, ale nigdy nie dowiedzą się, co ich tam mogło czekać.

.

1 M. Pilot, Karzeł pierwszy, król tutejszy, Warszawa 1976, s. 45.

2 Zob.: http://forum.we-dwoje.pl/topics13/weselne-wpadki-dvt7915,45. htm; http://forum.abcslubu.pl/archive/index.php/t- 1200-p-3.html?s=4a3f59d0bf65040eeafecea6929e2c1a; http:// forum.gazeta.pl/forum/w,619,112929976,,Nieszczesliwe_przypadki_ na_slubie_weselu_.html?v=2; dostęp 29 stycznia 2014 r.

3 Cytowane wypowiedzi pochodzą z transkrypcji wywiadów przeprowadzonych z uczestnikami projektu Wesele 21.

4 C. Baudoin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa, Ze studiów nad obrzędami weselnymi ludu polskiego, w: taż, Łańcuch tradycji. Teksty wybrane, Warszawa 2005, s. 108.

5 Tamże, s. 122.

6 Tamże, s. 123.

7 Tamże, s. 187.

8 Tamże, s. 227. Jędrzejewiczowa pisze o obrzędach weselnych ludu polskiego w ten sposób : „Przekazywane z pokolenia na pokolenie w ciągu nieprzerwanego bytowania ludności rolniczej i pasterskiej, są one wykładnikiem ich własnych doświadczeń życiowych i wierzeń – i tych, które się wytworzyły i wytwarzają na wsi polskiej i takich, które źródłami swymi sięgają daleko wstecz poza czasy historyczne. Stykały się one z formami panującymi w innych warstwach społeczeństwa, z ich tradycjami kościelnymi i świeckimi, ulegając im częściowo; zachowały jednak zawsze zasadnicze rysy rolniczego dramatu tradycyjnego. W treści swej i formie wyrósł on z ziemi, z nią bowiem sprzężeni byli i są jego twórcy”; C. Baudoin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa, Ze studiów…, dz. cyt., s. 97‒98.

9 Zob. O. Kolberg, W. Ks. Poznańskie, cz. II. Dzieła wszystkie, t. 10, Wrocław–Poznań 1963, s. 255. „Jałowicę byśmy na ten przykład zatargowali” – zagaja przybyły w imieniu Boryny wójt, na co matka Jagny odpowiada: „Ho, ho! Drogo stoi, nie na byle jakim postronku ją powiedzie!”, W. Reymont, Chłopi, t. I, Warszawa 1980, s. 110.

10 B. de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa, Ze studiów…, dz. cyt., s. 128.

11 Oczywiście rozgrywa się on w różnych wariantach. Właściciele domów weselnych, którzy znaleźli się pośród naszych rozmówców w pierwszym etapie badań, za niezbędne elementy wesela uznali: powitanie chlebem i solą, toast z szampanem i tłuczeniem kieliszków, obiad, pierwszy taniec państwa młodych, oczepiny (na ogół związane z wyborem nowej pary – panny łapią jakiś atrybut panny młodej, np. welon, a kawalerowie muszkę lub krawat pana młodego), tort, podziękowanie rodzicom.

12 Zob. temat miesiąca Wszyscy jesteśmy chłopami, miesięcznik „Znak”, 2012, nr 684; T. Rakowski, Przeciw kulturowej kolonizacji, w: Etnografia/Animacja/Sztuka. Nierozpoznane wymiary rozwoju kulturalnego, red. T. Rakowski, Warszawa 2013.

13 Turner zapożycza tę kategorię od Johna Deweya, zob. V. Turner, Dewey, Dilthey i gra społeczna: szkic z antropologii doświadczenia, w: Antropologia doświadczenia. Z epilogiem Clifforda Geertza, red. V. Turner, E. M. Bruner, tłum. E. Klekot, A. Szurek, Kraków 2011, s. 54.

14 Tamże, s. 54.

15 C. Baudoin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa, Ze studiów…, dz. cyt., s. 108.

16 Cytuję za materiałami otrzymanymi od pary: „Oj siadaj siadaj, kochanie moje, już tu nie pomoże płakanie twoje / Już płakanie nie pomoże, bo już konie stoją w wozie – Siadaj kochanie! Siadaj kochanie! / Oj zaraz, zaraz będę siadała – jesce żem się z uojcem nie pożegnała. Do widzenia miły uojce, com ci była do pómocy – / Teraz nie bede”, itd.

17 P. Gofrain, Dramat sceniczny a problem poznania w „Hamlecie”: w stronę antropologii interpretacyjnej, w: Antropologia doświadczenia…, dz. cyt., s. 231‒232.

18 Cyt. za: Gofrain, Dramat…, dz. cyt., w polskim wydaniu w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, s. 233.

19 Tamże, s. 236.

20 V. Turner, Dewey…, dz. cyt., s. 52.

21 „Hamlet pokazuje nam, że nauka, jaką czerpiemy z zabawy, staje się podstawą twórczej wiedzy i działania, kiedy wolność refleksyjności pozwala nam przedstawiać spójne i zaangażowane interpretacje, nawet jeśli w tych próbach poznania będziemy popełniać błędy lub wpadniemy w sidła iluzji”, P. Gofrain, Dramat…, dz. cyt., s. 248. Stając przed koniecznością zinterpretowania wesela, to zdanie warto sobie powtarzać.

22 Tamże, s. 122‒123.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter