70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prof. dr Henryk Markiewicz

Z każdym kolejnym jubileuszem, także już po przejściu Pana Profesora na emeryturę, przybywało – co wszak rzadkie! – ciepłych słów, a także młodych ludzi, którzy przez książki oraz opowieści swoich nauczycieli poznawali prof. Henryka Markiewicza i gotowi byli dołączyć do grona „dłużników”.

Kiedy redakcja „Znaku” zaproponowała mi napisanie wspomnienia o Panu Profesorze Henryku Markiewiczu – zaoponowałam. Osoby z najbliższego kręgu współpracowników, przyjaciół i znajomych mają do tego znacznie większe prawo. Po wznowieniu prośby pomyślałam jednak, że to szansa pożegnania Pana Profesora i podzielenia się doświadczeniem Spotkania.

A przecież dzieliło nas niemal wszystko – odległość dwóch pokoleń, całkowita odmienność życiowych doświadczeń i światopoglądów, ogrom wiedzy Pana Profesora. Gdy jako studentka polonistyki pod koniec lat 80. zaczynałam interesować się teorią, prof. Henryk Markiewicz był autorem powszechnie znanych i cenionych podręczników oraz setek artykułów, słynnym naukowcem o wielkim zawodowym prestiżu. Dopiero później miałam okazję poznać Pana Profesora od strony, która zawsze w Nim była obecna, lecz którą w pewien sposób przysłaniał mi przez lata ten oficjalny wizerunek literaturoznawczego autorytetu, człowieka o potężnej, onieśmielającej wszystkich erudycji, fenomenalnej pamięci oraz błyskotliwej inteligencji, wieloletniego kierownika Katedry Teorii Literatury, autora ponad tysiąca różnych publikacji, bibliofila, bibliograficznego pedanta, uczonego, który w dziesięć lat po magisterium dostał, zaraz po doktoracie, tytuł profesora. Z upływem lat coraz wyraźniej widać było, jak serdecznym, uprzejmym, dowcipnym i otwartym jest człowiekiem.

Z historią w tle

Długo nie znałam dramatycznych zdarzeń z przeszłości Pana Profesora – dopiero wydany w 2002 r. obszerny wywiad pt. Mój życiorys polonistyczny z historią w tle uświadomił mi skalę skrywanych przeżyć. Jako dwudziestoparolatek, Polak żydowskiego pochodzenia, miał już za sobą zesłanie w głąb Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej, śmierć ojca, własny stan bliski śmierci głodowej. Po powrocie do kraju okazało się, że podczas wojny zginęli: matka, młodszy brat oraz dalsza rodzina. Później, po latach, dotykały Go kolejne nieszczęścia. A jednak, pomny losu innych – o swojej starości mawiał, że i tak obeszła się z Nim dość łaskawie, pozwalając wciąż na samodzielną pracę.

Nasza ostatnia, przedwakacyjna rozmowa w domu Pana Profesora dotyczyła aktualnie pisanych tekstów, ostatnio przeczytanych artykułów i książek. Z żalem mówił, iż nie znajduje już czasu na czytanie współczesnych powieści. Opowiadał o codziennej kilkugodzinnej pracy nad redagowanym tomem. Był w doskonałym nastroju – z właściwą sobie werwą i dowcipem dawał przykłady niefortunnych wyrażeń znalezionych w weryfikowanym tłumaczeniu. Zapytany o ewentualne plany związane z nadchodzącymi wakacjami, przyznał, że nawet przed wielu laty, gdy wyjeżdżał z rodziną na wczasy, najchętniej udawał się do ośrodka wypoczynkowego PAN, gdzie nareszcie mógł do woli dyskutować z innymi naukowcami, zabierał tam też ze sobą pracę. Napomykał o tym z pewnym rozbawieniem i jednocześnie zażenowaniem – co przypominało nieco niektóre partie z umieszczonych w wywiadzie wspomnień, w których samokrytycznie przedstawiał siebie jako chłopca mało praktycznego, nielubiącego zabaw ruchowych, z punktu widzenia rówieśników dziwaka, za to w gimnazjum oddającego co roku nauczycielowi monografie objętości 70–100 stron, publikującego też artykuły w prasie. To charakterystyczny rys – z jednej strony: dystans do siebie, świadomość własnej niedoskonałości, samokrytycyzm i autoironia, z drugiej: poczucie, że otrzymane talenty zobowiązują do ciągłego rozwijania własnej wiedzy i ulepszania warsztatu, a na każdym etapie obowiązuje maksymalna sumienność.

Rozmawialiśmy także m.in. o sprawie dokumentów w IPN, które Pan Profesor na swój temat przeglądał – cieszył się, że nie musi pod ich wpływem weryfikować swojej wiedzy o instytutowych relacjach z czasów PRL, w teczce znalazł zresztą niewiele materiałów. Jednocześnie martwił się faktem, że na liście krążącej w Internecie funkcjonuje kilku „Henryków Markiewiczów”, co mogłoby dać komuś pretekst do snucia fałszywych, obraźliwych przypuszczeń. Zmuszony był już kilkakrotnie obcym rzecz wyjaśniać.

Dobra aura

Uczniowie i współpracownicy Pana Profesora – w tym prof. Teresa Walas i prof. Stanisław Balbus, którzy byli moimi bezpośrednimi literaturoznawczymi mistrzami w czasie studiów – zawsze wyrażali się o Nim nie tylko z wyraźną atencją, lecz także z ciepłą, serdeczną nutą w głosie. Pod Jego kierownictwem panowała w Katedrze (w której niegdyś pracowałam) dobra, sprzyjająca wszystkim atmosfera. Czuło się, że szacunek, jakim darzony jest Henryk Markiewicz, pojawia się nie tylko ze względów zawodowych i grzecznościowych, lecz że oparty jest na tym, co głęboko ludzkie, na wytworzonej z każdym z osobna wieloletniej więzi. Kryło się za tym coś jeszcze: od różnych osób słyszałam, że w czasie stanu wojennego, po tym jak został – zresztą na wyraźną prośbę całego grona – dyrektorem Instytutu, pomagał wielu ludziom, osłaniał swoje koleżanki i swoich kolegów z Solidarności, do której też, mimo legitymacji PZPR, należał.

Dobrą aurę wokół Profesora widać było również na kolejnych jubileuszach – obchodzonych zarówno z powagą, wyrażaną w laudacjach oraz referatach, jak i z humorem. Profesor lubił żarty, parodie oraz parafrazy literackie, układał z nich nawet antologie. Z każdym kolejnym jubileuszem, także już po przejściu Pana Profesora na emeryturę, przybywało – co wszak rzadkie! – ciepłych słów, a także młodych ludzi, którzy przez książki oraz opowieści swoich nauczycieli poznawali prof. Henryka Markiewicza i gotowi byli dołączyć do grona „dłużników”.

Na mój prywatny dług wdzięczności wobec Pana Profesora składa się wspomnienie życzliwej uwagi, skierowanej na kolejne moje prace – od magisterskiej, której był recenzentem, po książki, które w listach szczegółowo komentował. W ogóle nigdy nie żałował dla innych swojego czasu na czytanie oraz twórczą krytykę. Był rzetelny, a jednocześnie elegancki w swoich opiniach. Łagodnie i wyrozumiale podchodził do młodszych pracowników, nie wykorzystując nigdy swojej oczywistej przewagi, a skupiając się na tym, jak dopomóc. Słychać było, jak milknie na chwilę i starannie dobiera słowa, by nie urazić autora tekstu, jednak powiedzieć o swoich wątpliwościach. A przy tym, gdy widział powód do aprobaty, chwalił szczodrze i z widoczną przyjemnością.

Miał również kapitalny dar wnikania w cudzą perspektywę, dzięki czemu nie niszczył czyjejś koncepcji, nawet gdy sam miał odmienną. Starał się, na ile się dało, rozumować w ramach przyjętego przez kogoś postrzegania zjawisk, definiowania pojęć. Był też zawsze ciekawy innego spojrzenia, nowych pomysłów interpretacyjnych. Z pewnością na przestrzeni tylu dekad i we współpracy z setkami osób zdarzały się i inne sytuacje – w końcu był też nieubłaganym polemistą, piszącym ironicznie i wytykającym z drwiną nieuctwo innym – ale czynił tak raczej w stosunku do tych, którzy nie zachowywali skromności, rozmijali się z faktami czy nadto upierali się bezpodstawnie przy swoim. Sam zaś potrafił przyznać, że czegoś nie rozumie lub że się myli. To ta sama intelektualna uczciwość, która kazała Mu przez lata odnotowywać nowe książki i idee, aktualizować nieustannie stan badań.

***

Na koniec jeszcze jeden wątek. W ostatnich latach, w tym podczas 89. urodzin, które zorganizowała u siebie w domu dr Magdalena Lubelska, Profesor kilkakrotnie mówił o tym, jak ważna jest dla Niego przyjaźń, a także pamięć ze strony dawnych współpracowników. Podkreślał, że właśnie dlatego iż nie dana Mu jest łaska wiary, ceni sobie niezwykle fakt, że może choć na trochę pozostanie w książkach i pamięci innych. Później, w korespondencji i rozmowach, wracał do tego tematu. Bardzo cieszył się obecnością swoich uczniów. Piękna uroczystość w Collegium Maius z okazji 90. urodzin pokazała, że była to radość wzajemna.

Przez całe dekady przychodził na zebrania naukowe, stawiał celne pytania, żywo dyskutował, w końcu odchodził swoim trochę już niepewnym, chwiejącym się krokiem, zwykle obładowany książkami. Tak Go widzę, jak skręca z Gołębiej w Jagiellońską.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata