70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ciężko być ojcem

Dzieci mam dwoje (trzecie w drodze), więc ciut mniej niż offlinowy Wirgiliusz, ale nie oszukujmy się – trójka domowników też może dać w kość. I daje.

Czasami gdy mam wolną chwilę (choć wolnych chwil generalnie nie mam, więc potraktujcie to jako chwyt retoryczny), zastanawiam się, co mi pozwala przetrwać tego życiowego ping-ponga, w którego gram jednocześnie z dwójką dzieci (trzecie, jak wspomniałem, w drodze), miłościwie panującą nam Królową Matką oraz kilkoma dziesiątkami statystów. KM twierdzi, że to jest miłość. Hmm. „Tak sobie myślę, czy miłość w życiu to w ogóle jest możliwa” – zastanawiał się bohater Misia Stanisława Barei. Ja też mam wątpliwości, bo przecież sięgając do ewangelicznej definicji:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

Atlas polskich mężczyzn: tato (nr 702)

Tato, ilustracja: Tymoteusz Piotrowski

A ja przecież bywam cymbałem brzmiącym, a nawet czasem trąbą jerychońską, grzmiącą tak donośnie, że mury z klocków lego się burzą. KTO ZOSTAWIŁ TU TEN BAŁAGAN? JAK DŁUGO JESZCZE BĘDĘ WAS PROSIĆ O CHOWANIE BUTÓW? ZOBACZYCIE, ŻE JAK BĘDZIECIE DALEJ ZATYKAĆ ODPŁYW WANNY, TO SIĘ KIEDYŚ POTOPICIE JAK KOCIĘTA. ILE JEST NIEWIADOMYCH W TYM RÓWNANIU? KTO WIELKIM PISARZEM, AUTOREM FERDYDURKE BYŁ? I NIE OBCHODZI MNIE, ŻE TEGO NIE MA W PROGRAMIE TWOJEJ SZKOŁY. W MOIM PROGRAMIE JEST, ROZUMIESZ? NA JUTRO PRZECZYTASZ CAŁOŚĆ!

Dalej definicja mówi, że:

Miłość cierpliwa jest.

Z cierpliwością już lepiej. Cierpliwości trochę mam. Gdybym jej nie miał, to nie wytrzymałbym na Strasznym dworze Moniuszki, na który kazała mi iść ze sobą zafascynowana operą córka Małgorzata. A opera dobrze się nazywa, bo bardzo jest straszny ten Straszny dwór. Woody Allen po wysłuchaniu Wagnera miał ochotę najechać na Polskę..

Ja pod koniec drugiego aktu dzieła Moniuszki walczyłem z dziką chęcią odarcia największego grubasa z pasa słuckiego, aby się na nim powiesić w toalecie. Załamanie to było spowodowane odkryciem, że na odwrocie programu Strasznego dworu kryje się akt trzeci, a ja nieszczęsny myślałem, że Straszny dwór ma tylko dwa straszne akty. I gdybym cierpliwości nie miał, nie przeżyłbym tej straszliwej chwili. Ciężko być ojcem melomana. Choć może jeszcze trudniej ojcem dziecka o dobrym sercu. To powtórzę jeszcze raz:

Miłość cierpliwa jest.

Cierpliwa jak mój zmęczony głos, zadający pytanie podczas popasu drugiego dnia jazdy do chorwackiej wakacyjnej ziemi obiecanej. Dokładnie w chwili gdy moim oczom ukazał się widok Oleńki polewającej mojego osobistego laptopa wodą mineralną, kupioną na niemieckiej stacji benzynowej w cenie „zbyt dużo euro”. Miłość nie tylko cierpliwa jest, ale również skrupulatna jest. Bo skopałem dokładnie wszystkie kosze na parkingu niemieckiej stacji benzynowej, zanim wróciłem do auta i spytałem Oleńkę:

– Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego polałaś mój komputer wodą?

– Bo myślałam, że też chce się napić. Ty dałeś się napić mamie, a ja dałam jemu.

Miłość cierpliwa jest. Po dwakroć cierpliwa jest. Nie pobiłem, nie krzyczałem. Po prostu odjechałem w zachód słońca jak Lucky Luck. Tylko Lucky Luck nie wracał się nigdy 50 kilometrów niemiecką autostradą po komórkę zostawioną w niemieckiej toalecie przez córkę starszą. O ile wiem, Lucky Luck w ogóle nie miał dzieci. I miał na imię Lucky – przypadek?

Muszę zauważyć, że św. Paweł mówi nam też, czym miłość nie jest i czego nie robi:

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego.

Chyba nawet wiem, dlaczego miłość nie szuka swego. Bo nie ma czasu. Miłość nie swego szuka, tylko zaginionego misia przytulaka szuka, ukochanej myszy szuka, Zemsty Fredry na jutro szuka, telefonu komórkowego Królowej Matki na „za pięć minut” szuka. Szuka jeszcze aktu urodzenia dla Urzędu Stanu Cywilnego, potwierdzenia ubezpieczenia mieszkania dla banku, PIT-a 36a dla urzędu skarbowego, książeczki zdrowia psa, klucza nakładkowego nr 10, wiertła do ścian nr 8 i kluczykado wiertarki. A gdy wszystkie te sprawy sięgają już człowiekowi czubka nosa, a nawet czubka głowy, to wtedy szuka się w kalendarzu pierwszego możliwego wolnego terminu i idzie się z kolegą na terapię. Polega ona na piciu piwa i narzekaniu. Kiedyś nasze narzekanie zaczynało się od trzeciego piwa. Teraz zaczynamy narzekać, jak tylko usiądziemy, bo wiemy, że w terapii liczy się czas, a czasu jest zawsze za mało. Zawsze!

Czasem ze św. Pawła wychodzi fizyk teoretyk i nazbyt duże upodobanie do kwantyfikatorów ogólnych, szczególnie gdy upiera się, że miłość:

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Tymczasem zaś nie we wszystko się wierzy, bo czasem trzeba rzec, że pora do szkoły, pomimo upierania się delikwenta, że ma obustronne zapalenie płuc, które grozi zgonem w ciągu najbliższej doby. Nie można też pokładać nadziei w talent muzyczny kogoś, kto samym wyciągnięciem z szafy cymbałków lub fletu prostego powoduje, że pies, stworzenie na ogół zaspane i flegmatyczne, z głośnym skowytem rzuca się do okna w celu dokonania kolejnej próby samobójczej. W jednym nasz wielki teolog ma rację i moją absolutną zgodę. W kwestii wytrzymałości. Przetrzymać trzeba umieć wszystko, absolutnie wszystko, co nam los w twarz rzuci, a przynajmniej trzeba się starać. Próbować i walczyć, bo dzieci wciąż prowadzą nowe, coraz brutalniejsze eksperymenty mające na celu sprawdzenie ojcowskiej wytrzymałości. Fizycznej, psychicznej i mentalnej. A czasem cholery potrafią zadać cios bardzo precyzyjnie i niezwykle boleśnie. Tak jak w tym dialogu, gdy wróciłem półżywy, a raczej w dwóch trzecich martwy po udziale w maratonie (w formie sztafety, ale i tak musiałem przebiec za dużo, bo aż 13 kilometrów) i zostałem przepytany przez Oleńkę:

– Tato, wygrałeś?

– No, nie do końca. Nie wygraliśmy. Było bardzo dużo drużyn. Ponad sto. Wygrać się nam nie udało, ale bardzo dobrze nam poszło jak na pierwszy raz. Po nas przybiegło jeszcze prawie dziesięć zespołów. Wiesz, my dopiero zaczynamy. Najważniejsze jest to, że każdy z nas pobiegł najszybciej jak potrafił. Każdy z nas wygrał ze swoją słabością, lenistwem…

– Byłeś pierwszy? – spytała krótko Oleńka.

– No, nie – odpowiedziałem, wiedząc, że schylam pokornie łeb pod topór.

– To znaczy, że przegrałeś.

Mam nadzieję, że Oleńka nigdy nie zostanie dziennikarzem sportowym, bo liczba samobójstw w tym środowisku mogłaby skoczyć o kilka tysięcy procent. Oleńka załatwiłaby ich wszystkich kilkoma prostymi zdaniami, kilkoma pytaniami. Myślę, że mogłaby siać podobne spustoszenie w wielu innych dziedzinach naszego polskiego, samousprawiedliwiającego się życia. Zostawmy to jednak i wróćmy do omawianej definicji. Jak ona się kończy? Kończy się tak:

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.

Jest we mnie wiara, że polska reprezentacja piłkarska awansuje kiedyś do mistrzostw świata. Pojedzie tam z podniesioną głową, a potem świetnie da sobie radę w grupie i dopcha się w pięknym stylu do finału, aby z jakąś wielką potęgą, taką jak Niemcy, Hiszpania czy Brazylia, rozegrać piękny, zawzięty mecz. Ta wiara wciąż we mnie jest, ale z każdym rokiem karleje. Nadzieja, że tego dożyję, również dogorywa. Dlatego największa we mnie jest miłość do dzieci, bo może choć im się uda tego dożyć.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata