70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Osiłek, czyli jak żyć w oku testosteronowego cyklonu

Męskość oparta na sile jest męskością tyle klasyczną co trywialną, a bycie Osiłkiem wiąże się z nieustannym wewnętrznym rozdarciem. Niewielu zdaje sobie sprawę, jak potężne targają mną sprzeczności. Jestem przedstawicielem gatunku, który wymarł, a wciąż istnieje.

Wachlarz osobowości mieszczących się w ramach prastarej kategorii mężczyzny mocarnego jest barwny i szeroki. Mogę być zwalistym amatorem dźwigania żelaza, zwinnym zawodnikiem sportów walki, wytatuowanym uczestnikiem kibolskich ustawek lub oderwanym od taczki robotnikiem o dłoniach jak bochny chleba. Postaci tych jest dużo więcej, zaś próba odnalezienia wspólnego mianownika moich wcieleń nieodmiennie kończy się odwołaniem do podstawowej funkcji, jaką spełniam względem towarzyszki życia i pozostałych bliskich mi osób. Ociekający męskością Mamed Khalidov, jeden z najlepszych zawodników polskiej sceny MMA, zauważył kiedyś, że „niestety każdy mężczyzna ma w życiu taki niedobry moment, w którym musi sobie sam dać radę. I do tego potrzebne są umiejętności – powinien być sprawny i umieć bronić rodziny”. Moja męskość wiąże się zatem głównie z możliwością zapewniania ochrony, jednak – niestety – może być jednocześnie katalizatorem niebezpieczeństwa. Prawda wygląda niestety tak, że na kobietę przechadzającą się u mojego boku czyhają zagrożenia, którymi nie musi przejmować się dziewczę spacerujące po mieście z ukochanym o wymiarach mopa.

Atlas polskich mężczyzn: osiłek (nr 702)

Osiłek, ilustracja: Tymoteusz Piotrowski

Przyjrzyjmy się sytuacji najprostszej, czyli sytuacji „mijania”. Oto bowiem na widok nadchodzącego z przeciwka innego Osiłka – lub osoby do miana Osiłka wyraźnie aspirującej, czy to wymachami ramion, czy to wyrazem twarzy, czy też samą „zaczepnością chodu” – automatycznie i bez wyjątku uruchamiam w sobie mechanizm rywalizacyjny, oparty głównie na odpowiednim spojrzeniu, którym celuję w rywala. Jeśli w sytuacji takiej oprócz mnie uczestniczy drugi prawdziwy przedstawiciel mojego gatunku, na spojrzeniu, naturalnie, się nie kończy i w ruch idą inne argumenty. Moja kobieta niejednokrotnie usiłuje wtedy rozdzielić walczących – lub choćby zasymulować jakąś interwencję dla potrzeb wizerunkowych – co często kończy się uszczerbkiem nie tylko na jej godności, ale i na zdrowiu. Takich potencjalnych sytuacji zagrożenia jest znacznie więcej (wspólna podróż zapchanym tramwajem, wizyta w kinie, gdzie ktoś gada, odwety wrogów wymierzone w ukochaną), co sprawia, że związać się z Osiłkiem to trochę tak, jakby ze względów bezpieczeństwa kupić miecz i któregoś razu uciąć sobie nim głowę.

Korzyści – i ryzyko – związane z życiem z Osiłkiem nie kończą się jednak na poczuciu bezpieczeństwa. Istnieje jeszcze choćby tego życia wymiar wizualny. Która kobieta choć raz nie marzyła bowiem o publicznym wtuleniu się w potężne ramię wyrzeźbionego twardziela? Która nie chciałaby przespacerować się po plaży w Międzyzdrojach u boku Adonisa o brzuchu, na którym można ścierać marchewkę na obiad? Tak, wygląd jest moim niewątpliwym atutem, jednak jego zdobycie wiąże się z szeregiem wyrzeczeń. Otóż, niestety, współczesny Osiłek w zdecydowanej większości przypadków nie jest Osiłkiem Naturalnym, lecz Wypracowanym. Jako dziecko żaden z nas nie chodzi już za pługiem. Nasza siła jest siłą wyćwiczoną hantlami.

Procesowi dochodzenia do pozycji mężczyzny silnego – i jej późniejszemu utrzymywaniu – towarzyszą pewne trudności. Jak choćby napędzająca naszą męskość dieta. Fundamentem, na którym wykuwam bicepsy, jest białko, które, jeśli przyswajane w ogromnych ilościach (współczesny mocarz z prawdziwego zdarzenia jada od 7 do 9 posiłków dziennie), wzmaga w organizmie procesy, które nie pozostają bez wpływu na atmosferę, w jakiej żyję. Moja kobieta za towarzystwo boskiego ciała musi więc słono płacić: jej życie upływa w oparach regularnych wyziewów z obydwu stron mojego układu pokarmowego, a jeśli jestem akurat na sterydowym cyklu, zdarzy się też krew w muszli klozetowej, wrzody na pośladkach i grube jak kabel włosy, które trzeba będzie wyrywać mi z dziwnych rejonów ciała. Gdzieś na horyzoncie majaczy na dodatek upiorne widmo spowodowanej zażywaniem testosteronu bezpłodności. Na tym, niestety, nie koniec.

Jeśli nie chcę być Osiłkiem tłustym, muszę unikać spożywania kalorii tyleż pysznych co pustych. Oznacza to, ukochana, że nie pójdę z tobą na lody, w rocznicę naszej pierwszej randki nie zabiorę cię do kawiarni na ciacho, a na imieninach u teściowej uparcie odmawiał będę jedzenia wszystkiego, co nie jest piersią z kurczaka. Po zakupach w Ikei nie objemy się hot dogami. Zapomnij o wspólnych nachosach w kinie. Dostawca pizzy nigdy nie zapuka do naszych drzwi.

Najstraszniejsze zaś, że również nie wypiję. Alkohol to dla ciała współczesnego Osiłka zupełna katastrofa, dlatego prawdziwie wierny sztandze mocarz wiódł będzie życie abstynenta. Podobnie rzecz się ma ze snem. Rosnę, wypoczywając. Nie wyciągniecie mnie na imprezę, nie pójdę też na maraton filmowy. Posiadanie kochanka o ciele jak z hollywoodzkiego filmu oznacza więc dla ciebie rezygnację z całej palety nocnych przyjemności.

Wymagam od ciebie zresztą nie tylko tego. W sypialni to ja dominuję, to ja wydaję rozkazy. Jestem agresywny. Nazwę cię tak, że uszy ci zwiędną. Nie szczędzę klapsów. Lubię poddusić. Syczę do ucha przekleństwa, wiem przecież, że to lubisz.

Jestem jebaką idealnym. Problemy odbijają się od mojej twardej klaty. Śmieję się z viagry. Nie chodzę do lekarza. Jeśli jednak któregoś dnia zobaczę w pachwinie narośl rozmiarów kalafiora, przyjmę wyrok z godnością. Jestem Osiłkiem. Mam zasady. Jedna z nich to: „Żyj krótko, ale umrzyj wielkim”. Musisz się z tym pogodzić. Z innymi regułami również.

Posiadam bowiem swój kodeks. Zasady są najważniejsze. Nauczyłem się tego na ustawkach. Poznałem tam rycerskie zasady fair play, podział na „sprzęt” i „bez sprzętu”, grzecznościowe rytuały wymieniane przez dowódców bojówek i taktyki zaczerpnięte z podręczników do historii. Jesteśmy nie tylko drabami sprzed bloku, często studiujemy, mamy rodziny, spełniamy się w różnych zawodach. Walczymy ramię w ramię. Żaden kompan nie sprzeda mnie na psiarni.

Jesteśmy rycerzami XXI w. Artur Szpilka, jeden z najbardziej obiecujących polskich pięściarzy, żywa bomba testosteronu i człowiek wychowany na bijatykach (112 walk „oficjalnie” stoczonych na ulicy) podczas pobytu w więzieniu przeczytał Potop, który utwierdził go w przekonaniu, że warto być wiernym zasadom. Ja też przeczytam Potop, kiedy zamkną mnie w więzieniu. Wiem, co to poświęcenie.

Wiem to bardzo dobrze. A jeśli będziesz miała szczęście, trafię ci się pod postacią Osiłka Ekstremalnego, człowieka, który dla swojej pasji gotów jest zrobić wszystko. Zobaczysz mnie na scenach międzynarodowych konkursów kulturystycznych, może nawet najbardziej prestiżowego turnieju „Mr. Olympia”. Potężni, niewiarygodnie zbudowani, eksponujemy tam przed jury wykute na siłowniach ciała, na których nawet z daleka można uczyć się anatomii. Jesteśmy herosami o przedramionach grubszych niż udo przeciętnego mężczyzny, 130-kilogramowymi cyborgami bez grama tłuszczu pod skórą.

Nasza siła jest jednak siłą pozorną. Oto na scenie widzisz bowiem niewolników, którzy od kilkunastu lat trzymają się rygorystycznej diety i żelaznego harmonogramu dnia, na własnych weselach tańczyli tylko pierwszy taniec i od ponad dekady nie skosztowali czekolady. Przyjaźnimy się już tylko z innymi miłośnikami pompowania mięśni. Nasze jedyne rozrywki wiążą się z kanapą i zdrowym jedzeniem.

W końcu nadchodzi jednak moja wielka nagroda. Dzień chwały. Turniej kulturystyczny. W celu pozbycia się każdego grama tłuszczu przez dwa dni przed zawodami nie przyjmuję płynów. Jestem gladiatorem, tyle że ogolonym i wysmarowanym opalaczem (poświęcenie, pamiętaj). Mam plecy jak stodoła, lecz jestem tak odwodniony, że ledwie stoję na nogach. W chwili kiedy znajduję się u szczytu formy, moja wypukła pierś lśni w świetle reflektorów, a publiczność mdleje na widok moich dwugłowych ramienia, pierwszy lepszy informatyk- bulimista byłby w stanie posłać mnie na deski.

Oto mój smutny, ciężki los. Jestem skuty kajdanami wykluczających się zasad. Targają mną sprzeczności. Broniąc innych, narażam ich na niebezpieczeństwo. W pogoni za siłą pielęgnuję słabości. Bycie męskim wymaga ode mnie zniewieścienia. Mój światopogląd widowiskowo nie trzyma się kupy.

Walczę więc nie tylko na ustawce pod lasem. Bitwą jest całe moje życie. A mimo to coraz częściej słyszę, że współczesny mocarz to mężczyzna silny, lecz śmiertelnie nudny.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter