70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Potrzeba teologii na uniwersytecie

Wyrugowanie krytycznej refleksji teologicznej z obszaru nauki i uniwersytetu jest oczywiście możliwe, lecz prowadzić będzie nieuchronnie do fali religijnych fundamentalizmów i fanatyzmu, jak też do zubożenia samej idei uniwersytetu, który de facto stanie się już tylko wyższą szkołą zawodową, kształcącą specjalistów nieposiadających szerszej, hermeneutycznej perspektywy. A to będzie prowadziło do zubożenia całych społeczeństw.

Od kilku lat toczy się w polskiej sferze publicznej debata nad powolnym, acz trwałym procesem obniżania, tudzież upadku jakości polskiej nauki. Przysłowiowym stało się już hasło pewnej grupy profesorów, opisujących polskie szkolnictwo wyższe słowami: „Miernoty wspierają miernoty”. Jednocześnie przez uniwersytety, akademie i szkoły wyższe wszelakiego typu przetacza się krytyka zmian proponowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, mających, przynajmniej w założeniach, przyczynić się do poprawy tej sytuacji. Rząd zdaje się jednak w te głosy jakby nie wsłuchiwać i konsekwentnie realizuje swoje reformy w imię „dopasowania uczelni do realiów ekonomicznych”, czyli zwykłego urynkowienia. Proces ten rozpoczęty tak naprawdę już w latach 90. XX w. pozbawił uniwersytety rysu elitarności i swoistego korporacyjnego zamknięcia, nie doprowadził jednak do poprawy ich funkcjonowania. Przeciwnie, wzmocnił jedynie zjawiska patologiczne, takie jak wieloetatowość, brak kontaktu studentów z profesorami, masowość plagiatów oraz traktowanie wiedzy jako towaru, który można w miarę tanio kupić, acz bez gwarancji jakości. Na łamach „Znaku” od jakiegoś czasu także odbywa się burzliwa dyskusja na ten temat. W majowym numerze miesięcznika (maj 2013, nr 696) filozof Piotr Nowak prowokuje i prorokuje, wieszcząc koniec uniwersytetuw dotychczasowej jego formule. Twierdzi wręcz, że uniwersytet w obecnym kształcie przestał być miejscem, którym „mieszka myślenie”, a stał się skostniałą, przestarzałą instytucją, której trzeba pomóc odejść z tego świata. To twór niereformowalny, który musi zostać zastąpiony czymś nowym.

Uniwersytet humanistyczny

Według przedstawionej przez Autora interpretacji dziejów Europy, powtarzanej zresztą przez wielu, uniwersytet powstać miał w wyniku emancypacji rozumu spod władzy kościelnej, a dopiero w XIX w. stał się miejscem prowadzenia badań humanistycznych i przyrodniczych. Ponieważ wśród twórców szeroko pojętej reformy europejskiego uniwersytetu wymienia się myślicieli tradycji niemieckiej, a konkretnie: autorów pruskiej reformy świata akademickiego, dzisiejsze reformy tej instytucji winny odnieść się do ich projektów. Mowa oczywiście o koryfeuszach reformacji luterańskiej, Wilhelmie von Humboldcie, Johannie Gottliebie Fichtem oraz Friedrichu Schleiermacherze. Interesujące dla oglądu całości problemu winno być też sięgnięcie do wieku XVI, gdy przynajmniej na terenie Niemiec doszło do eksplozji nowych uczelni wyższych, powstałych w nowym protestanckim kontekście społecznym, bez inspiracji i kontroli władz kościelnych, w których niepoślednią rolę odgrywały wydziały teologiczne, wbrew opinii współczesnej będące przestrzenią wolnej debaty. Nie ma przeto racji Piotr Nowak, kiedy głosi, że do XIX w. europejskie uniwersytety, w tym te funkcjonujące w krajach protestanckich, były li tylko szkołami zawodowymi, kształcącymi przyszłych urzędników, księży, nauczycieli, prawników czy lekarzy. Były one również miejscem sporu o rozumienie świata, a nade wszystko człowieka. Filip Melanchton, najbliższy współpracownik Marcina Lutra, nazwany nauczycielem Niemiec (Praeceptor Germaniae), twórca reformy szkolnictwa niemieckiego XVI w., do koncepcji stałego nauczania przywiązał ogromne znaczenie. W tej wizji uniwersytet był najwyższym stadium edukacji. Poglądy na temat natury człowieka przedstawił w dziele De anima z roku 1540, gdzie obok anatomii i fizjologii zawarta jest także chrześcijańska wizja człowieka: dusza ludzka jest nieśmiertelna, a wola człowieka osłabiona przez grzech. Stąd też duszę należy cały czas kształtować w kierunku samodoskonalenia. Kościół był pojmowany jako wspólnota nauczających i nauczanych, czyli społeczność szkolna, w której – zgodnie z wizją kosmologiczną – ustrojem panującym winien być arystokratyzm wiedzy. Bardzo silnie Melanchton podkreślał kulturotwórczy charakter Kościoła, który był elementem jego holistycznej, humanistycznej wizji państwa. Ta ostatnia wraz z procesem sekularyzacji została już dawno wyparta z uniwersytetu, fakultety teologiczne nadal jednak istnieją, a spory odsetek polskiego społeczeństwa to w paradygmacie teistycznym, a nie postoświeceniowym, odnajduje sens swojej egzystencji. Berliński wzorcowy uniwersytet, będący realizacją projektu Humboldta i Schleiermachera, określił na nowo cele stawiane przed nauką. Miała ona być sferą wolności, a uniwersytet substytutem dotychczasowego, melanchtonowego Kościoła szkolnego.

Ważnym elementem koncepcji niemieckiego romantyzmu było stworzenie w ramach uniwersytetu trwałej relacji pomiędzy mistrzem i uczniem. Droga do uniwersyteckiej profesury kuta była w praktykowaniu u boku mistrza duchowego i osiąganiu kolejnych stopni wtajemniczenia. Wiedza miała charakter elitarny, należało ją w mozole zdobywać, badać świat, poznawać, rozumieć procesy historyczne po to, by dawać innym ludziom odpowiedzi na pytania o funkcjonowanie i sens świata. Schleiermacher był nie tylko najwybitniejszym teologiem XIX w., lecz również pedagogiem. Uchodzi także za ojca lub prekursora współczesnej hermeneutyki postrzegającej człowieka, jego historię, kulturę jako dane w postaci tekstu, który można zrozumieć poprzez fakt jego trwania w świecie „ducha”, jak też dzięki duchowemu pokrewieństwu wszystkich ludzi. Hermeneutyka, jako sztuka rozumienia człowieka i jego tekstów, została później za sprawą Diltheya rozciągnięta na wszystkie działania i wytwory człowieka. Dlaczego w dyskusji nad kształtem polskiego uniwersytetu odwołuję się przede wszystkim do tradycji niemieckich, a nie do np. francuskich czy amerykańskich? Czynię tak dlatego, że struktura naszych uczelni (katedra, instytut, wydział, senat itd.) oraz droga kariery naukowej(asystent, adiunkt, habilitacja, profesor nadzwyczajny i w końcu zwyczajny) odwołują się bezpośrednio do tej właśnie kultury. Jak stwierdził jeden z moich niemieckich kolegów, profesor teologii ewangelickiej, za sprawą idei procesu bolońskiego jesteśmy świadkami największych zmian w funkcjonowaniu wydziałów teologii ewangelickiej i katolickiej w Niemczech od czasów reformacji. Dotychczasowe sposoby przekazu, relacji między studentem a profesorem, czyli uczniem i mistrzem, jak też zakres zadań pozadydaktycznych gremium profesorskiego, układ programu zajęć, sposób egzaminowania i rozliczania studentów z wyników zostają zastąpione zupełnie nowymi paradygmatami. Wdrażane procedury i kategorie ilościowe są zupełnie obce naukom humanistycznym, w tym teologicznym. Tak powszechna – również w Polsce – parametryzacja uczelni wyższych jest w kontekście niemieckim pojmowana jako zamach na wolność nauki. Tam nikt nie podważa zasady „publikuj albo giń”, lecz przeliczanie wszystkiego na punkty ma charakter patologiczny i nijak się ma do procesu rozumienia, do prawdziwej oceny badań humanistycznych.

Ślepy amerykański zaułek

Dyktat amerykańskiego Google Scholar i innych narzędzi pochodnych pokazuje, w jak krótkim czasie amerykańskie rozumienie idei uniwersytetu narzucone zostało europejskim uczonym. W systemie szkolnictwa wyższego Stanów Zjednoczonych wydziały teologiczne odgrywają rzeczywiście marginalną rolę, większość fakultetów teologicznych prowadzona jest przez Kościoły i pełni funkcję edukacyjną, zwykle jako theological seminary. Objęcie prestiżowej katedry czy cyklu wykładów przez teologa należy raczej do rzadkości. Europejskim i tym samym polskim naukowcom stawia się jednak amerykański model „wolnego rynku” naukowego za wzorzec, a właściwie za jedynie słuszny paradygmat, zapominając o całym systemie zamożnych fundacji finansujących badania, mogących opłacić grantem dowolnie niedorzeczne – z naszego punktu widzenia – badania, np. dotyczące kreacjonizmu naukowego, wcześniej badań rasowych czy zjawisk parapsychologii. W polskiej debacie widać wyraźne różnice zdań między przedstawicielami nauk o człowieku a badaczami z zakresu nauk technicznych – czy szerzej: przyrodniczych. Kontrowersyjny artykuł prof. Grzegorza Gorzelaka1, zamieszczony w roku 2012 na łamach „Polityki”, ukazuje technokratyczny punkt widzenia, sprowadzający ocenę pracy naukowca do mierzalnych współczynników, tak jak w naukach przyrodniczych. Podważa się także wartość wszystkiego, co nie znajduje się w obiegu elektronicznym. Stąd wielu naukowców głosi, jak chociażby Piotr Nowak, że „z czasem nie będzie żadnych bibliotek”. Chciałbym jednak zauważyć, że wiele renomowanych niemieckich czasopism ukazujących się od ponad 100 lat wydawanych jest wyłącznie w wersji papierowej, podobnie standardowe dzieła teologiczne do dziś nie są zdigitalizowane, co wcale nie oznacza, że mniej są warte niż artykuły publikowane w czasopismach dostępnych wyłącznie w trybie online o wysokim współczynniku impact factor. Przedstawiciele nauk technicznych mitologizują współczynnik Hirscha (indeks H), nie dostrzegając, niczym XIX-wieczni scjentyści, że nauka nie jest jednorodna i nie da się wartości dzieła naukowego w różnych dziedzinach mierzyć tymi samymi narzędziami. Jak wielkim problemem dla naukowców jest status nauki jako takiej, świadczy fakt, że najbardziej oczekiwaną pozycją w życiu naukowym 2012 r., przynajmniej dla wielu moich kolegów, była nie praca badawcza ani konferencja, lecz wydana w drugiej połowie września 2012 r. przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego Lista Czasopism Punktowanych – bez wątpienia bestseller naukowy ostatnich miesięcy. Znalazły się na niej również wybiórczo czasopisma teologiczne, zaliczane według europejskich kryteriów (ERIH – European Reference Index for Humanities) do grupy: „Religious Studies and Theology”, jak też część tytułów, które nie załapały się na wpis w ERIH-u. Nikt nie wie dokładnie, dlaczego inne renomowane tytuły się tam nie znalazły. Polska ocena czasopism naukowych Anno Domini 2012 odbyła się bez jakiejkolwiek merytorycznej analizy zawartości periodyków, a jedynie w drodze wypełnienia ankiety zamieszczonej na stronie internetowej www.pbn.nauka.gov.pl. Nawet jeśli wspomniana wypowiedź mojego niemieckiego kolegi na temat zmiany paradygmatu jest przesadzona co do skali, to możemy stwierdzić, że jesteśmy świadkami – za sprawą politycznego projektu, jakim jest proces boloński – wielkich przemian w świecie nauki europejskiej. Narzucono nam, że współczesny pracownik naukowo-dydaktyczny powinien dążyć do opublikowania jak największej liczby artykułów w jak największej liczbie czasopism o jak najwyższej punktacji na ministerialnej liście czasopism. Istotniejsze jest spełnienie kryteriów formalnych, odwołanie się poprzez przypisy załącznikowe do jak największej liczby publikacji, wydanie dzieła w języku kongresowym niż faktyczna niemierzalna wartość podejmowanych projektów badawczych, które mogą trwać bardzo długo, jak też prowadzić w ślepe zaułki Dotyczy to zresztą wszystkich dziedzin nauki. Cel poznawczy pracy naukowej, jaki został wyznaczony przez ojca hermeneutyki i współczesnej teologii ewangelickiej, Schleiermachera, czyli dążenie do zrozumienia ludzkiego świata, zostaje zepchnięty na daleki plan. Przedmiotem działalności humanisty zatrudnionego w jednostce dydaktycznej staje się coraz bardziej zdobywanie środków na badania naukowe, a nie prowadzenie tych badań. Osoba chcąca dzisiaj piąć się po szczeblach kariery naukowej zmuszona jest właściwie do przyjęcia modelu Blitzkrieg: wyjazd na stypendium zagraniczne w ramach „Erasmusa” podczas studiów, kolejne stypendium bezpośrednio po studiach, następnie 4 lata studiów trzeciego stopnia, czyli doktoranckich, zakończonych w ósmym semestrze obroną dysertacji, po czym „załapanie się” na etat asystenta, czy daj Boże, adiunkta. Kolejne 8 lat to zbieranie punktów, tak by w wieku około 32–33 lat przystąpić do napisania rozprawy habilitacyjnej, by przed zakończeniem ośmiorocznego okresu zatrudnienia być gotowym, czyli uporać się z habilitacją, to znaczy przejść przez wszystkie etapy przewodu według nowej procedury. Nie przeczę, że są geniusze, których w wieku 32 lat można określić mianem dojrzałych, samodzielnych pracowników nauki, czyli gotowych nie tylko do promowania, ale również oceny dorobku naukowego kolegów po fachu. Wydaje się jednak bardziej prawdopodobnym stwierdzenie, że w dziedzinie nauk humanistycznych, w tym także w obszarze nauk teologicznych, obok listy publikacji i konferencji oraz zdobytych środków na granty liczy się coś więcej. To „coś” rzadko kiedy da się zdobyć w ciągu 12 lat od zakończenia studiów. W nawiązaniu do dziedzictwa Melanchtona można powiedzieć, że uniwersytet musi pozostać elementem europejskiego społeczeństwa tak jak żłobki, przedszkola i szkoły. Uważam, że równie marzycielskie i utopijne, co przekonanie o wolności korporacji uczonych, w stylu idei humboldtowskich, jest głoszenie tezy o rozproszeniu uniwersytetu w kreatywnych centrach kultury. W Niemczech coraz częściej mówi się o idei uniwersytetu jako przestrzeni uniwersalnego kształcenia, w którym przyszli inżynierowie mogą (muszą) chodzić na zajęcia z filozofii i teologii, dwóch dyscyplin stojących u podstaw idei europejskiej. Bardzo wąska specjalizacja zdobyta bez szerszej perspektywy poznawczej jest produktem amerykańskim. Wyrugowanie krytycznej refleksji teologicznej z obszaru nauki i uniwersytetu jest oczywiście możliwe, lecz prowadzić będzie nieuchronnie do fali religijnych fundamentalizmów i fanatyzmu, jak też do zubożenia samej idei uniwersytetu, który de facto stanie się już tylko wyższą szkołą zawodową, kształcącą specjalistów nieposiadających szerszej, hermeneutycznej perspektywy. A to będzie prowadziło do zubożenia całych społeczeństw. Stąd też, również ze względów czysto merkantylnych, rządy państw europejskich i środowiska akademickie powinny wypracować model, w którym na uniwersytecie znajdzie się miejsce dla kierunków, które prowadzą tylko nieopłacalne badania na temat Boga, człowieka i sensu. Kontekst innych krajów pokazuje, jak poznawczo twórcze może być spotkanie teologów, biotechnologów, biologów i lekarzy, którzy z różnej perspektywy patrzą na człowieka i na płaszczyznach interdyscyplinarnych formułują wspólne tezy w obrębie bioetyki. Podobny efekt mają debaty i wspólne projekty badawcze z prawnikami, socjologami, psychologami czy politologami. Taka dyskusja możliwa jest jednak tylko w gmachu uniwersytetu, a nie w centrach kultury czy w kawiarnianym gwarze.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter