70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nasz człowiek za murami

Ojciec Zioło nie kreuje się na „eksperta od wiary” i nie udaje, że zna wszystkie odpowiedzi. Przypomina bardziej cadyka z opowiadania Martina Bubera, który gdy przyszedł do niego ateusz, by wymusić odeń dowody na istnienie Boga, przyznał mu się z rozbrajającą szczerością, że nie potrafi tego uczynić, dodając jednak zarazem: „zastanów się, może to jednak prawda?”.

Kolejna książka o. Michała Zioły zatytułowana Kropki i kreski to zbiór osobistych portretów kilkunastu ważnych dla autora postaci. Przedstawione są w niej osoby z kręgu paryskiej „Kultury”, Julia Hartwig czy Elias Canetti, ale są również bohaterowie praktycznie nieznani, tacy jak szwedzki kapitan Axel, który na falach „potopu” dotarł w rodzinne okolice o. Michała, gdzie zmarł, nawróciwszy się przedtem na katolicyzm, albo Paweł Kalinka, grający na fujarkach i fletach w Tarnobrzegu, którego „popiskiwanie” stało się inspiracją dla jednego z utworów Witolda Lutosławskiego. Każdy z tych portretów to punkt wyjścia do refleksji, która jak fala zagarnia w siebie kolejne wątki i przynosi je do stóp czytelnika. Jest w tych tekstach trochę kokieterii przemieszanej z autoironią: „Grzebię się w ziemi – taki mam zawód, choć przecież z moimi talentami mógłbym szyć pluszowe misie. A do tego jeszcze te ręce kowala – jak więc mam ulepić portret Damy?” – tak zaczyna się portret Julii Hartwig. Charakterystyczne jest dla o. Zioły subtelne przywoływanie nazwisk, cytatów i wydarzeń, aczkolwiek bez epatowania erudycją. Cały zbiór składa się bez wątpienia na interesującą lekturę.

Równocześnie te krótkie refleksje, za sprawą których o. Zioło chce powiedzieć coś więcej o wybranych przez siebie osobach lub ocalić je od zapomnienia, afirmować ich istnienie, obdarzyć rozumiejącym i wybaczającym spojrzeniem, to kontynuacja tego wątku jego pisarstwa, który często pozostaje w cieniu jego twórczości poświęconej problemom duchowości i życia wewnętrznego, przez co w dużej mierze odbierany jest on jedynie jako „pisarz religijny” czy „przewodnik duchowy”, z pominięciem walorów literackich jego książek. Ukazanie się Kropek i kresek to zatem dobra okazja, by wydobyć go z tego zaszufladkowania i spojrzeć na niego w inny sposób.

W jednym z listów do Thomasa Mertona Czesław Miłosz pisze, jak trudno stworzyć tekst dotykający problemów duchowości i życia wewnętrznego, będący zarazem tekstem literackim: „Problem jest bardzo trudny. Literatura jest zbyt subiektywna, traktaty teologiczne abstrakcyjne”. Trochę później dodaje: „Faktem jest, że katolicka literatura rzadko przekracza barierę, by wejść na teren literatury świeckiej”. Dzisiaj, w dobie jeszcze większej fragmentacji gustów i zainteresowań czytelników oraz ogromnego zalewu książek i konieczności ich kategoryzacji, słowa Miłosza stają się jeszcze bardziej aktualne. Za sprawą algorytmów oprogramowań księgarń internetowych i decyzji księgarzy kolejne nadciągające z drukarni pozycje lądują w określonej kategorii, pozostając w niej na zawsze. Książkę napisał ksiądz katolicki? W takim razie trafi do działu „religia”, a nie „esej literacki”.

Więcej niż pisarstwo religijne

Wystarczy jednak przeczytać Kropki i kreski, a także takie książki Michała Zioły jak Liście, listki, listy, Inne sprawy czy Jedyne znane zdjęcie Boga (o tej ostatniej pisała więcej Katarzyna Wiśniewska w 598 numerze „Znaku”), by widzieć w nich również literaturę. Chociaż nie ma w nich rozbudowanej narracji, o jakiej pewnie myślał Miłosz (czas dla powieści katolickich w stylu Greene’a, Bernanosa czy chociażby Malewskiej minął), to przecież nieuzbrojony w teorie krytycznoliterackie doświadczałem podczas ich lektury tego, czego oczekuje większość czytelników od dobrej literatury: wyrazistych obrazów, zapisów chwil, które z ulotnych stają się wieczne, odsłaniającej się nagle perspektywy, potwierdzenia intuicji, których nie potrafimy wyrazić z powodu naszej niemoty, a którym daje wyraz pisarz.

Michał Zioło jako pisarz sans phrase, a nie „pisarz religijny” preferuje krótkie formy i we wspomnianych wyżej książkach znajdziemy lapidarne szkice obejmujące szeroki wachlarz osób, treści i wydarzeń – właśnie eseje, którym bliżej pod pewnymi względami do tekstów Ryszarda Przybylskiego niż do książek religijnych. Są one bardziej próbą literackiego oddania świata, a nie pouczeniem czy katechezą. Co to bowiem za katecheza, skoro przywoływani są w niej Gondowicz i Dukaj; paryska „Kultura” i Sándor Márai; Różewicz, Stempowski i Zagajewski; czy wreszcie Miłosz, Kijowski i Bobkowski, należący do ulubionych twórców o. Zioły? A poza tym Brodski i Henryk Waniek, Tworki Bieńczyka i Mikrokosmos Daviesa, Barbara Skarga i pamiętniki Paska.

O tym, że teksty o. Zioły to zaproszenie do kultywowania wspólnych wartości bez wtłaczania czytelników i tychże wartości w ramy określonej konfesji, świadczy chociażby taki cytat z Innych spraw: „Czynności symboliczne są niewielkie w porównaniu z potrzebami dręczonych ludzi, ale są to czynności, które pozwolą komuś przeżyć dzień, ocalą nadzieję wątpiących. (…) Ludzie dobrej woli i ich symboliczne gesty ocalające dobro są – żeby posłużyć się obrazem z tradycji żydowskiej – jak iskry Bożej mądrości rozrzucone po świecie”.

„Ludzie dobrej woli”, a nie „chrześcijanie” czy „katolicy”. „Dobro”, a nie „prawda”. Tylko na takich, jak najszerszych podstawach, można budować coś wspólnie we współczesnym świecie. Równocześnie o. Zioło, nie ukrywając w swoich czasem gorzkich i surowych refleksjach, że ostatecznym punktem odniesienia jest dla niego chrześcijańska nadzieja, nie proponuje nam ckliwego optymizmu, który przebija dzisiaj częściej niż dawniej z „literatury religijnej” będącej tłumaczeniem publikacji amerykańskich protestantów.

Żeby nie było zbyt erudycyjnie, obok wypisów z obcowania duchowego autora przytoczmy jeszcze początek opisu… świniobicia ze szkicu poświęconego kiełbasie z Liści, listków, listów: „Wziąć świnię. Świnię sprawić. To mądre zwierzę – przeczuwa koniec, kiedy dwóch drabów wkracza wczesnym rankiem do chlewika. (…) Ten z przodu ciągnie, ale delikatnie, i dba, żeby nie przesłonić ciałem światła mizernie wkapującego do chlewika od wejścia. Drugi, dwie ręce oparłszy na świńskim zadku, popycha opierające się stworzenie ku śmierci. Mówią, że Szekspir był synem rzeźnika i przed zabiciem wołu orację wygłaszał, ale ze świnią inaczej. Każda najszlachetniejsza mowa zostaje zdekomponowana, obrócona w nicość, przez kwik przenikliwy, oskarżający. Nie ma na to czasu – stąd kroczki przyspieszone w tym obrządku, kroczki pawlakowe, klasyka poruszania się wszystkich zamierzających się na świńskie życie”.

Łatwo tworzyć gładkie frazy o życiu i wierze. Ale dobry opis szlachtowania świni to już literatura.

Z życia trapisty

Najlepsza dla mnie jak dotąd książka o. Zioły to Dziennik Galfryda – zapiski z bez mała dziesięciu lat życia w klasztorze trapistów (1999–2008). Na pierwszych kilkudziesięciu stronach przedstawia czas spędzony w Algierii, gdzie w latach 1999–2001 trapiści próbowali przywrócić do życia klasztor w Tibhirine. W 1996 r., w czasie wojny domowej, terroryści ze Zbrojnej Grupy Islamskiej zabili w tym klasztorze, w którym niebawem miał odbyć swój nowicjat o. Michał, siedmiu mnichów. Dziennik… pokazuje późniejszą determinację trapistów regularnie transportowanych z Algieru do Tibhirine samochodem, który jeden z ochraniających ich żandarmów nazywa – jak pisze bez ogródek o. Zioło – „pierdoletką”. Widzimy migawki z życia mieszkańców Algierii, np. obrazek arabskiej kamienicy przed Świętem Barana: „Balkony (…) przemieniają się w pasterskie zagrody – secesyjne kraty po brzegi wypełnione są sianem, w którym kopie wełnisty tryk. Pije z wiadra na piątym, czwartym, trzecim, drugim piętrze, potem bobczy i sika na łeb tego z czwartego, trzeciego, drugiego”.

Swój pobyt w buzującym od radykalnych islamskich nastrojów kraju opisuje z autoironią: „Gazowe piecyki w naszych apartamentach pracują aż miło, czekam tylko, kiedy wylecimy w powietrze. Nikt nie uwierzy, że to zapchana rura, będą zapewniać, że to czeski plastik podłożony przez Zbrojną Grupę Islamską. I że oddaliśmy życie”.

Lata późniejsze w dzienniku to rejestracja codziennego życia i pracy w opactwie trapistów Notre Dame d’Aiguebelle we Francji i krótkiego pobytu w Kamerunie. W tych zapiskach więcej obrazków z codziennej, ciężkiej pracy fizycznej niż z liturgii i nabożeństw, a gdy pojawia się pobożny wątek, to tak jak wcześniej, często towarzyszy mu ironia, jak wtedy gdy Zioło opisuje wyjmowanie po pasteryzacji butelek z nalewką Alexion – specjałem klasztoru:

„Huk, kłęby pary jak w rosyjskiej łaźni, smród spalin. Ledwie trzymam się na nogach. Powinienem teraz dla utrzymania monastycznej równowagi przeczytać jakiś smaczny traktacik o teologii pracy”.

Jeśli pojawia się w końcu „zapisek duchowy”, niejednokrotnie zaskakuje formą: „W życiu religijnym potrzebna jest jakaś rutyna, bez olśnień i tej całej nowicjackiej maceracji ducha, wysysania kostek i skrzydełek gołąbka, o którym święcie jesteśmy przekonani, że to Duch Święty. Podano właśnie do stołu”.

Uwiera o. Ziołę w Dzienniku… także to, co z taką ostrością widać dzisiaj w polskim Kościele:

„Przypominam sobie dawne zarzuty niektórych polskich funkcjonariuszy kościelnych wobec intelektualistów – że przemądrzałe to, a naiwne to, a że rozwala Kościół od środka, że dzieli włos na czworo i nie rozumie, że zdrowy jest jedynie »lud«. I tę satysfakcję urzędników nieba: »Wyspowiadał się przed śmiercią TEN PISARZ JAK MU TAM, był u niego ksiądz Wacuś, no widzicie, bał się, he, he, przyszła koza do woza«. Ksiądz Wacuś to polska ludowa, źle wykształcona, ale czytająca wiersze Twardowskiego, chamska, kombinatorska i chytra, mściwa, pamiętliwa, dba o swoje włosy, czystą albę, małą kościelną karierę i pastuje buty, żeby się świeciły pontyfikalnie. Stentorowym głosem zapytuje dramatycznie na kazaniach: »A Ty! Co zrobiłeś dla Chrystusa?! « Do sióstr zakonnych zwraca się podczas obiadu dziwnym bezosobowym językiem: »Będzie jadła?« »Nalać czy przylać?«”. Bezlitosne i chłoszczące słowa, tym bardziej że nie wypowiada ich antyklerykał z partii Palikota.

Dziennik… to nie zakonna laurka: „Śmieszna ta ukryta klasztorna moda. Uzupełnianie habitu, żeby wydrzeć się ogólności i zawołać – to jestem ja właśnie. (…) Brat Włoch lansuje modę »Włoch w mroźnej Warszawie« (…), dużo jaskrawych apaszek, szalików i wełnianych bezradnych czapulek. (…) Laurent to paryski Gavroche. (…) Eryk to przyszły ojciec opat w permanentnej podróży, schludny, sportowy, drogi, próbujący za wszelką cenę zatrzymać uciekającą młodość”.

Są i ostrzejsze wpisy: „Różne rodzaje eliminacji (…): Na przykład jakby to było, gdyby go tu nie było. Nie, X. nie jest kimś ważnym, jest postacią ze wszech miar męczącą, irytujący, zaczepny klown, złośliwa małpka, niespokojna, węsząca, ośmieszająca ład i hierarchię”. Te i podobne im szczere zapiski wzmacniają ostateczny przekaz dziennika. Jeśli bowiem życie trapisty – jak można z nich wnioskować – to skazanie na dożywocie w dalekiej od ideału wspólnocie, jak wielka musi być Siła, która do takiej wspólnoty przyciąga. Jak wyjątkowa perła – żeby ją kupić, trapista sprzedaje swoje życie.

Zgodzić się na życie

Michał Zioło jako pisarz proponuje nam także bardziej rozbudowane formy narracyjne. Jeszcze w Algierii powstała książka Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz – reminiscencje z dzieciństwa, zapis czasu minionego, tego doświadczonego osobiście i tego, po którym pozostała pustka, jak dzieje społeczności żydowskiej w rodzinnym Tarnobrzegu. Nie ma w tej książce wiwisekcji traum z dzieciństwa jak w Gnoju Kuczoka ani historii jeszcze jednego Weisera Dawidka, jest za to opis dojrzewania do własnego powołania, o tyle istotny, że inaczej niż w przypadku podobnych powrotów do przeszłości, autor nie mówi nam na końcu: „patrzcie, to wszystko odrzuciłem”, lecz: „to jest mój fundament”. Dzisiaj, gdy często nie potrafimy dochować wierności i racjonalizujemy nasze zdrady, taka książka dodaje otuchy i pozwala także spojrzeć w nowy sposób na własną przeszłość i uczynić ją przedmiotem refleksji. Po jej lekturze rozumiemy także, dlaczego o. Michał, jeszcze jako dominikanin, organizował coroczne dni modlitw w intencji pojednania polsko- żydowskiego na terenie obozu koncentracyjnego w Brzezince.

Zupełnie inne w charakterze są Listy do Lwa, wcześniej publikowane w miesięczniku „W Drodze”. Ta niezwykła książka, inspirowana pobytem w Kamerunie, powieścią Karen Blixen Pożegnanie z Afryką i być może Opowieściami z Narnii (Lew to Jezus Chrystus, tak jak Aslan?), to w najszerszym planie Bildungsroman w formie epistolarnej prozy będący gorzką-zabawną refleksją nad zachodnią kulturą ostatniego stulecia widzianą oczami Innego, Afrykańczyka. Karomenya, bohater powieści Blixen, tym razem obdarzony słuchem i mową, zwiedza nasz zachodni świat, (w tym XIX-wieczną Galicję) i nie może się nam nadziwić. Również ta książka to coś zdecydowanie więcej niż literatura religijna. Nie ma tu eksperymentowania formą, są za to dobrze sprawdzone rozwiązania: duch Podróży Guliwera Swifta, elementy powieści z kluczem, wreszcie dojrzewanie bohatera z ostatecznym rozgrzeszeniem rodzaju ludzkiego: chrześcijanin to ktoś, kto odczuwa zadowolenie „nie tylko z niepowodzeń innych, ale i swoich własnych”; „Dobro należy czynić tylko dla niego samego. Tak, to powinien być jedyny wystarczający motyw. Teraz już wiem, że tak działać może jedynie Bóg” – te cytaty, z początku i końca książki, spinają ją jak klamra.

W okresie rozkwitu monastycyzmu mnisi „zbawiali” ludzi żyjących w świecie, będąc niezbędnym elementem struktury średniowiecznej christanitas. Dzisiaj klasztor trapistów to dla wielu przedstawicieli laickiego społeczeństwa często jedynie producent sera i nalewki, a nie łask. Warto jednak mieć tam „swojego człowieka”. „Nasz człowiek” nie udziela rad, jak często robi to jego zakonny kuzyn, benedyktyn Anselm Grün. (Wyjątkiem są skierowana przede wszystkim do osób prowadzących życie konsekrowane Obietnica otwartości i niektóre sekcje Innych spraw). Nie kreuje się na „eksperta od wiary” i nie udaje, że zna wszystkie odpowiedzi. Przypomina bardziej cadyka z opowiadania Martina Bubera, który gdy przyszedł do niego ateusz, by wymusić odeń dowody na istnienie Boga, przyznał mu się z rozbrajającą szczerością, że nie potrafi tego uczynić, dodając jednak zarazem: „zastanów się, może to jednak prawda?”.

Michał Zioło jest autentyczny w swoim pisarstwie, a jego autentyzm bierze się stąd, że – podobnie jak nazwa wydawnictwa, które od lat wydaje jego książki – wie, iż pozostaje w drodze. Zanim bowiem pojawił się Zioło-trapista, a więc kontemplatyk, był Zioło-dominikanin, czyli człowiek czynu: duszpasterz akademicki, duszpasterz dzieci autystycznych i upośledzonych, opiekun i twórca fundacji dla dzieci z rozbitych rodzin, słowem: ktoś, kto „zna życie”. Używam tej trywialnej frazy z rozmysłem, bo ciągle mamy duchownych deliberujących o życiu wewnętrznym, którym obce jest doświadczenie większości śmiertelników i stąd ich wskazówki w najlepszym razie bywają nieprzekonujące, a w najgorszym fałszywe. Nie taki jest Michał Zioło, który pisze: „kiedyś przeraziłem się szybko uciekającego życia, przeraziłem się, że nie zdążę, ale dziś, zdaje się, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Podjąłem życie. (…) ten absurd tułaczki pozwolił nieświadomie zgodzić się na życie, zaskakujące i rozdarte, i pełne nie tyle obietnic co do przyszłości, ile zadziwiającego rytmu (pomimo wszystko) zgodnego z naszym ciałem i duszą, rytmu, który należy utrzymać jednak pracą”. Z tych słów widać, że nie tylko za murami, ale i w obrębie murów dopadają te same lęki i potrzebny jest ten sam heroizm.

Nalewka dla ducha

Duchowość jest dzisiaj trendy, nawet jeśli jest to „duchowość na weekend”. Moda na „skompaktowane skupienie, ciszę i modlitwę (2–3 dni)”, czego uczą „księża, którzy z ciszą i modlitwą mają do czynienia wyłącznie podczas tej nauki”, jak z przekąsem zauważa Michał Zioło w Innych sprawach, daje znać o sobie także w wydawnictwach katolickich publikujących czasami książki, które licho karmią czytelnika. Inaczej o. Zioło. Strawa, którą proponuje, to nie kuchnia fusion, modny melanż różnych duchowości, ani tym bardziej fast food chrześcijańskich porad pichconych w oparciu o ten czy inny cytat z Biblii, które płyną do nas dzisiaj za sprawą tłumaczeń anglosaskich autorów z kręgów protestanckich. Jest to raczej nalewka, taka jaką sporządza razem z braćmi w opactwie Notre Dame d’Aiguebelle, tyle że dla ducha; składniki są proste, ale swą jakość zawdzięcza cierpliwości i codziennemu trudowi życia trapisty.

Tych, którzy jeszcze jej nie zażywają, zachęcam, by zaczęli to czynić jak najprędzej.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter