70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lepszego jutra nie będzie?

Wyobraźmy sobie, że w październiku 1989 r., kiedy ukazał się tamten pamiętny numer „Znaku” poświęcony peerelowskiej cenzurze, ktoś w kryształowej kuli zobaczyłby rok 2013, w którym wszelka korespondencja przechodzi przez automaty cenzorskie. Komu spodobałby się taka przyszłość? Chyba odrzuciliby ją nawet dzisiejsi entuzjaści „demokracji na Facebooku”, „obywatelskiej blogosfery”, „twitterowych rewolucji” i tym podobnych banialuków, które cyberkorporacje wymyślają dla poprawiania swojego image’u.

W latach 1841-1842 Karol Marks, wówczas młody liberalny publicysta, napisał serię tekstów na temat wolności słowa, bardzo kłopotliwych dla wielu osób. W pierwszej kolejności oczywiście dla samego Marksa, teksty te bowiem ciągle były kwestionowane przez cenzurę. Pierwszy i najbardziej znany z nich, Uwagi do instrukcji pruskiego rządu o cenzurze, miał się pierwotnie ukazać w Dreznie, ale zatrzymała go cenzura saska. Ukazał się więc w Nadrenii, która w pruskiej monarchii początkowo pełniła rolę „najweselszego baraku w obozie”. Jak się okazało, aż taki wesoły ten barak jednak nie był, pruski rząd w końcu zamknął publikujące te herezje pismo „Rheinische Zeitung”, a samego Marksa zmusił do emigracji. Dla niego te teksty też były bardzo kłopotliwe, cieszyły się żywym odzewem wśród liberalnie nastawionego mieszczaństwa w całych Niemczech.

Wygnanie uderzyło w rząd rykoszetem. W Paryżu Marks zyskał międzynarodową sławę młodego rewolucjonisty. Podczas rewolucji 1848 r. wrócił do Niemiec, by wydawać „Neue Rheinische Zeitung”, pismo jeszcze bardziej wywrotowe i jeszcze bardziej kłopotliwe; do tego stopnia wywrotowe i kłopotliwe, że pisanie o nim oddalało by nas od tematyki cenzury i wolności słowa.

Teksty młodego Marksa były też nieustającym problemem dla reżimu, który twierdził, że próbuje wcielać w życie marksistowską filozofię. A przecież sam Marks krytykował jeden z filarów tego reżimu – instytucję cenzury. Dopiero stawiał pierwsze kroki w tej sztuce, dlatego aforyzm „Cenzurowana prasa jest zła nawet gdy przynosi dobre produkty” nie dorównuje, powiedzmy, jedenastej tezie o Feuerbachu. Mimo to można sobie wyobrazić jak potężnie brzmiało to zdanie w PRL-u, zwłaszcza gdy zaraz potem ktoś przytaczał źródło cytatu.

Z drugiej strony, teksty młodego Marksa są też problemem dla myślicieli krytykujących marksizm z pozycji liberalnych, jak choćby Isaiah Berlin. Marks bronił wolności prasy nie jako wartości samej dla siebie i nie jako środka służącego innym celom, lecz jako elementu wolności jako takiej (Freiheit ohne Familiennamen). Gdyby zapomnieć o nazwisku autora, stanowiłyby piękny dokument filozofii liberalnej.

Oczywiście o tym akurat nazwisku zapomnieć nie sposób. W związku z tym pojawia się pytanie, w którym dokładnie momencie Marks przestał być liberałem, a stał się marksistą? Kronikarza zadowoliłaby odpowiedź, że stało się to gdzieś między 1843 a 1844 r. Liberalnego filozofa, jak wspomniany właśnie Berlin, niepokoi jednak to, że w pismach Marksa nie widać nagłej przemiany. Widać raczej ciągłość myśli. Marks nigdy nie porzucił liberalnych ideałów wolności. Po prostu w pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie da się ich wcielić w życie w kapitalizmie.

Jednym z tych przełomowych tekstów, w których widać w nim jednocześnie liberała i socjalistę, są uwagi dotyczące pruskiego prawa leśnego. Zgodnie z nim właściciel lasu miał jednocześnie dbać o swoje dobra i egzekwować prawa na swoim terenie. W efekcie prawo przestawało być, jak w heglowskiej wyidealizowanej wizji państwa, tylko neutralnym arbitrem między różnymi interesami społecznymi – prawo jednoznacznie opowiadało się po stronie wąskiej grupki posiadaczy wielkich majątków, w skład których wchodziły także lasy, przeciwko wszystkim innym, którzy w tym lesie zbierali chrust, grzyby czy po prostu spacerowali.

Myślę, że w podobnej sytuacji jesteśmy dzisiaj, gdy rozmawiamy o wolności słowa i o cenzurze. Ćwierć wieku temu żyliśmy w państwie, które nawet nie udawało neutralności światopoglądowej. Przeciwnie, obrona podstaw ustroju i gwarantujących ten ustrój sojuszy międzynarodowych, była wpisana w ustawę o kontroli publikacji i widowisk. Dziś państwo w teorii obiecuje nam wolność słowa – tak jak w teorii obiecywała ją oświecona monarchia Fryderyków Wilhelmów, w praktyce jednak powiela ten sam schemat, który niepokoił młodego Marksa: wszystkie środki komunikacji należą dziś do korporacji.

Owszem, mamy takie czy inne konstytucyjne prawa. Ho ho, czego to ta konstytucja nam nie gwarantuje: a to tajemnicę korespondencji, a to wolność słowa, a to swobodę zrzeszeń. Ale we współczesnym, cyfrowym świecie w praktyce nie da się już korzystać z tych praw poza Internetem. Bez niego nie umiemy już się zrzeszać ani korespondować. Miesięcznik „Znak” stanowi na tym tle sympatyczny wyjątek. Jego wydawcą jest Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Nie jest to spółka notowana na giełdzie ani filia jakiegoś międzynarodowego molocha. Stoją za tym historyczne uwarunkowania, które sprawiły, że „Znak” tak w komunizmie jak w kapitalizmie, jest ustrojową anomalią.

Czy to się komuś podoba czy nie, większość naszej komunikacji przechodzi przez inne media. Te zaś w znakomitej większości należą do korporacji, rodzimych albo zagranicznych.

Ten tekst wyślę do „Znaku” z jednej ze swoich skrzynek e-mailowych. Wszystkie należą do korporacji; jedna z nich do korporacji, w której sam pracuję, inne do cybernetycznych gigantów z USA, jak Google czy Apple.

Wiem z doświadczenia gromadzonego m.in. przy okazji pisania artykułu o spamie, że poczta w każdej z tych skrzynek jest cenzurowana przez automaty, starające się zwalczać niepożądane treści. Automaty czytają nasze listy i różnie reagują na to, co im się nie podoba: czasem zatrzymują podejrzaną przesyłkę, czasem tylko opatrują ją karnymi dopiskami.

Z eksperymentów prowadzonych przy okazji pracy nad tamtym artykułem wyszło mi, że najbardziej restrykcyjnie do wolności korespondencji podchodzi Apple. List zawierający najwięcej zakazanych słów – nie przytoczę ich teraz, bo już i tak wysyłam ten tekst do redakcji po terminie, po co mi dalsze opóźnienia – w serwerach pocztowych tej firmy po prostu znika. Jest tak, jakby go nigdy nie było. Żadnego komunikatu błędowego, żadnego ostrzeżenia, żadnego wyjaśnienia, co się konkretnie automatom nie spodobało.

Mniej restrykcyjnie podchodzi do tego Google, jeszcze mniej restrykcyjnie Agora. To ostatnie jest logiczne, w końcu skoro w ogóle pozwolono mi na założenie służbowej skrzynki, to już oznacza, że jestem osobą jakoś tam zweryfikowaną, i można mi zaufać, że nie jestem rosyjskim hackerem rozsyłającym wirusy.

Wyobraźmy sobie jednak, że w październiku 1989 r., kiedy ukazał się tamten pamiętny numer „Znaku” poświęcony peerelowskiej cenzurze, ktoś w kryształowej kuli zobaczyłby rok 2013, w którym wszelka korespondencja przechodzi przez automaty cenzorskie. Komu spodobałby się taka przyszłość? Chyba odrzuciliby ją nawet dzisiejsi entuzjaści „demokracji na Facebooku”, „obywatelskiej blogosfery”, „twitterowych rewolucji” i tym podobnych banialuków, które cyberkorporacje wymyślają dla poprawiania swojego image.

Kogo nie ma w wynikach wyszukiwania Google oraz kogo nie ma na Facebooku, ten nie uczestniczy w dyskursie. Powiedzenie „nie istnieje” jest oczywiście przesadą, na pewno również i dzisiaj znajdziemy osoby, których nie ma ani tu ani tam, nie uczestniczą w debacie, a mimo to z pewnością istnieją. Gdybym wystukał ten tekst na staromodnej maszynie do pisania i wysłał w kopercie, nie ukazałby się zapewne, bo etaty maszynistek w redakcjach zlikwidowano wiele lat temu.

Skoro jednak te korporacje mają taką władzę nad dyskursem publicznym, to znaczy, że jesteśmy jak spacerowicz w pruskim lesie w roku 1843. Właściciel tego lasu jednocześnie troszczył się o swoje dobra i był w nim sędzią i egzekutorem prawa, a to znaczy, że my mamy tylko takie prawa, jakie on nam w swej łaskawości przyzna. I pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że ich nam nie odbierze.

Cybernetyczne korporacje lubią siebie prezentować jako neutralnych nosicieli informacji. To dla nich bardzo istotne, bo na tej podstawie kilkanaście lat temu uzyskały prawne przywileje, przyznające im warunkowe wyłączenie odpowiedzialności prawnej za prezentowane treści. Gdy wyszukiwarka czy serwis społecznościowy prezentuje linki do materiałów pirackich, łamiących czyjeś prawa osobiste, krzewiących zakazane poglądy albo nawołujące, by taką czy inną grupę obywateli wysłać do komór gazowych lub rozstrzelać czy powywieszać, cyberkorporacje mówią: „to nie nasza wina, jesteśmy tylko neutralnym przekaźnikiem, ukarać nas to jakby karać listonosza za treść przyniesionego listu”. Cóż to jednak za listonosz, który otwiera kopertę, wyjmuje z niej list, czyta go, i na podstawie tego, co w nim znajduje, wyrzuca do kosza albo wkłada z powrotem do koperty i dostarcza adresatowi? A tak przecież działają Google, Twitter czy Facebook.

Oczywiście, przedstawiciele tych serwisów powiedzą, że nie korzystają z tych możliwości w celu ograniczania wolności słowa. Przeciwnie, walczą jedynie ze spamem i nielegalnymi treściami. Ale podobnymi argumentami posługiwali się cenzorzy Fryderyka Wilhelma. Cenzor nigdy nie mówi o sobie, że celem jego działania jest ograniczanie wolności słowa. Nawet peerelowska ustawa o kontroli publikacji i widowisk zaczynała się, a jakże, od art., który mówił: „1. Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia wolność słowa i druku w publikacjach i widowiskach”, dopiero potem przechodząc do konkretów, też jakże niewinnie: „Korzystanie z wolności słowa i druku w publikacjach i widowiskach regulowane jest niniejsza ustawą” (Art. 1).

Podobnie działała pruska monarchia. Oficjalnym celem rządowej instrukcji nie było przecież ograniczanie wolności słowa, o nie! Chodziło jedynie o zachowanie „prawdy i powagi”. „A więc szlachetny blask prawdy w naszej prasie ma być darem od cenzora?” – kpił Marks.

Oczywiście, nie twierdzę, że ograniczenia wolności słowa są dziś równie drastyczne jak w PRL-u czy za czasów Fryderyka Wilhelma. W każdym ustroju wyglądają one inaczej. Niemniej jednak jesteśmy dziś w sytuacji, w której każdy powinien się zastanowić, czy na dłuższą metę wolność słowa i inne konstytucyjne prawa mogą mieć jeszcze jakiekolwiek znaczenie skoro w praktyce możemy ich używać tylko za przyzwoleniem kilku korporacji, a w dodatku przyzwolenie to w każdej chwili może nam być arbitralnie odebrane? Kiedy znika konto na Facebooku, dzieje się tak jak u Orwella: po prostu nigdy nie było takiej osoby, znikają wszystkie jej wypowiedzi, zdjęcia, komentarze.

Jeśli czytacie państwo te słowa, to znaczy, że ta cenzura nie jest jeszcze aż tak szczelna, aby nie można było krytykować systemu. Ale nawet za PRL-u nie była aż tak szczelna. Instytut Wydawniczy Znak nie był przecież jedyną furtką w tym murze. Było ich więcej. W PRL-u cenzura celowo ograniczała zasięg treści poprzez odgórne przydziały papieru oraz kontrolę kolportażu. Ale znów – podobnie jest dziś. Jeżeli ktoś chce prowadzić komercyjne medium o dużym zasięgu, nie powinien drażnić Google’a i Facebooka.

Przeciwnie, cały swój serwis powinien od początku do końca optymalizować pod kątem maksymalizowania dwóch parametrów, które dziś zastępują cenzurę. Page Rank to parametr, który określa, jak wysoko jakiś serwis znajdzie się w wyszukiwaniach Google’a. Edge Rank to jego odpowiednik w Facebookowym strumieniu informacji.Dokładny sposób wyliczania jednego i drugiego jest, jakżeby inaczej, ściśle tajny. Jeśli ten parametr zostanie nam nagle obniżony, nigdy się nie dowiemy, dlaczego. Możemy jedynie zgadywać – mamy specjalistów od „optymalizacji”, którzy zawodowo żyją z łowienia ryb w tej mętnej wodzie.

Z tego punktu widzenia sytuacja jest nawet gorsza, niż w PRL-u w latach 80. Po nowelizacji ustawy o cenzurze na fali posierpniowej odwilży cenzura musiała przynajmniej uzasadniać swoje ingerencje. Przedtem to była zgaduj-zgadula taka sama, z jaką mamy do czynienia dziś w przypadku Googla i Facebooka (oraz ówczesny odpowiednik zawodowego specjalisty od optymalizacji, czyli doświadczony redaktor, wyznaczany przez kolegium jako negocjator z ulicą Mysią).

Ilekroć piszę lub mówię takie rzeczy, spotykam się z pełnym niedowierzania spojrzeniem kolegów dziennikarzy i koleżanek dziennikarzy: „jak to, przecież nie może być tak źle, przecież zagubione listy zdarzają się bardzo rzadko” – mówią. A o Edge Ranku i Page Ranku większość z nich nigdy nie słyszała. Faktycznie, w dzisiejszych czasach o te parametry zwykle dbają ludzie zajmujący się administracją serwisu, a nie dziennikarze. Ci ostatni czasem jednak dostają polecenie dostosowania się do stylebooka, narzucającego pewien schemat pisania. Ten stylebook w mediach cyfrowych najczęściej opracowywany jest właśnie w trosce o optymalizację (o czym dziennikarze nie muszą wiedzieć, bo po co im ta wiedza).

A jeśli ktoś o to nie dba, prędzej czy później wypadnie z Google’a. A zatem i z obiegu. Dla komercyjnego serwisu to wyrok śmierci. Pozwolić na to mogą sobie najwyżej niekomercyjne nisze, takie jak „Znak”, te jednak podobnie jak w poprzednim ustroju, mogą istnieć tylko dzięki ograniczonemu zasięgowi. Gdy się nie ma komercyjnych ambicji, można przetrwać z ograniczonym przydziałem papieru lub niskim Page Rankiem.

Ktoś powie, że wprawdzie Google, Facebook czy Twitter rzeczywiście mają taką władzę nad dyskursem, ale jej nie nadużywają. Niczym pruscy Fryderykowie Wilhelmowie, cyberkorporacje są władcami absolutnymi, ale oświeconymi. Ja jednak ironicznie uśmiechnę się i znów sięgnę po Marksa, według którego pruski monarcha też się samoograniczał, a jednocześnie konsekwentnie działał na rzecz popierającej go klasy społecznej  – wielkich posiadaczy ziemskich. Pruskiej monarchii wystarczało tworzenie rozwiązań, w których prawo faworyzuje właściciela lasu kosztem reszty społeczeństwa.

Kto jest odpowiednikiem pruskich junkrów w dzisiejszym kapitalizmie? Wielcy gracze giełdowi: OFE, banki, fundusze inwestycyjne, pojedynczy oligarchowie, czyli właściciele korporacji, które kontrolują dyskurs publiczny.

Spójrzmy na dzisiejszy świat, w którym menadżerowie Bear Sterns i Lehman Brothers nie tylko nie ponoszą żadnej kary za doprowadzenie swoich banków do upadku i załamanie światowej gospodarki, ale też odbierają wielkie odprawy, przechodzą do następnych instytucji finansowych, zarzynając i te (tak się zdarzało) i inkasując kolejne odprawy. Spójrzmy na raje podatkowe, jakby celowo stworzone po to, żeby Google, Apple i Facebook całą fortunę zachowywały wyłącznie dla swoich akcjonariuszy. Spójrzmy na ustawy takie jak polska „Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną”, rozdające im hojne przywileje w rodzaju „wyłączenia od odpowiedzialności”. Czy widzimy system będący neutralnym polem gry, na którym wszyscy mamy równe szanse, czy też system traktujący wielkich graczy giełdowych w sposób uprzywilejowany?

Czy to przypadek, że gdybym chciał zagłosować na partię, która opodatkowałaby cyberkorporacje i utrudniała oligarchom ucieczki do rajów podatkowych, nawet nie mam takiej opcji do wyboru? Oczywiście, wiem, mogę taką partię założyć samemu. Teoretycznie w PRL-u też istniała taka możliwość, w praktyce trudno byłoby zarejestrować alternatywną listę wyborczą. Dziś mechanizmy utrudniające rejestrację są inne, ale efekt  – taki sam.

Być może w październiku 1989 r., kiedy wychodził tamten numer „Znaku”, żyliśmy w okresie idealnym dla wolności słowa, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Stare systemy kontroli przestawały już działać, a nowe jeszcze nie zaczęły.

Oczywiście, podobieństwa między obydwoma systemami kończą się tam, gdzie zaczynają metody ich zmieniania. PRL był dyktaturą, w której w latach 80. stopniowo odzyskiwaliśmy prawa obywatelskie. Dziś mamy demokrację, w której te prawa stopniowo tracimy.

To w praktyce znaczy, że w dzisiejszych czasach udawanie opozycjonistów i manifestowanie swojego oporu np. szyfrowaniem poczty czy używaniem „wolnego oprogramowania”, jest dziecinadą taką samą, jak chodzenie do pracy w korporacji w koszulce z Che Guevarą. Systemu w ten sposób nie obalimy, przeciwnie – system jest do takich jednostkowych aktów buntu doskonale przystosowany i na nich też potrafi nieźle zarobić.

Jedyną nadzieję widzę w wywieraniu presji na polityków, żeby chronili nasze prawa, póki jeszcze je mamy. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że skuteczność tego będzie zapewne taka sama, jak z wywierania nacisków na Fryderyków Wilhelmów przez ich poddanych.

Lepsze jutro już było i nie wróci.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter