70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dziedzictwo diabła (fragmenty)

Redakcja „Znaku”: Myśląc o „dziedzictwie komunizmu” zadajemy sobie pytanie, co doświadczenie komunizmu wniosło do wiedzy o człowieku? Przy czym jest to pytanie nie o socjologiczny, ekonomiczny czy polityczny wymiar komunizmu, ale o jego wymiar duchowy. Jakie są duchowe źródła komunizmu?

Czesław Miłosz: Mówienie dzisiaj o przyczynach komunizmu jest utrudnione przez istnienie moralistów, bo każda próba wyjaśnienia, jak do tego doszło, jest brana za usprawiedliwienie. Wiem to jako autor Zniewolonego umysłu, książki, która dla wielu była próbą usprawiedliwiania się – mimo iż z mojej strony była to raczej próba wytłumaczenia, jak do „tego” doszło. Komunizm był zjawiskiem pozwalającym wielu z nas na wgląd w samego siebie i na odczytanie tam pewnej zakałki, to znaczy tego, co w nas było odpowiedzialne za zbyt małą odporność na komunizm. Ci, którzy byli najbardziej odporni na zło komunizmu, byli zarazem mało odporni na inny rodzaj zła. Wielu z nas znalazło się między młotem i kowadłem: odrzucając pewną formę umysłowości polskiej, było się zarazem skłonnym do mniejszego sprzeciwiania się złu. Ja sam odczuwałem sowietyzm jako diabelstwo; moje osobiste zmagania dotyczyły pytania „czy paktować z diabłem?” Kiedy wyjeżdżałem na pierwszą placówkę zagraniczną, Jerzy Putrament powiedział do mnie: „No, podpisujesz pakt z diabłem!” Dla wielu komunistów ta diabelska strona komunizmu była tak samo jasna.

Józef Tischner: Jest między nami różnica doświadczeń pokolenia. Byłem zbyt młody, żeby tak widzieć wejście komunizmu. Nie znałem Związku Sowieckiego, nie znałem obozów, jako dziecko przeżyłem wojnę; komunizm jawił mi się stopniowo. Najpierw negatywnie: jako odebranie niepodległości – sympatiami byłem po stronie Ognia, który walczył o Polskę bez komunistów. Ale, z drugiej strony, widziałem, że wielu młodych ludzi nie mogłoby się uczyć, gdyby nie bezpłatna nauka, wielu nie miałoby pracy, gdyby nie budowa Nowej Huty; nawet dostęp do sztuki, do literatury był o wiele szerszy. To nie była tylko propaganda komunistyczna. Ja poszedłem w stronę teologii, ale wielu moich szkolnych kolegów wstąpiło do partii. To była także pokusa dla uczciwych. Podpisanie paktu z diabłem było wyrazem pewnego kompromisu – i ten kompromis stale nam towarzyszył. (…)

C.M.: (…) To wszystko trzeba rozpatrywać na tle polskim. Czym była Polska w 1939 roku? Kiedy parę lat temu powiedziałem, że zmiażdżenie Polski było jednym z najważniejszych powodów podatności na komunizm, to zrozumiano, że mówię tylko o zmiażdżeniu intelektualnym. A to był jednak kraj słomianych strzech, położony między dwoma krajami o straszliwej dynamice, hitlerowskie Niemcy i Związek Sowiecki industrializujący się na swój sposób. Rok 1939 to był walec – przede wszystkim zmiażdżenie intelektualne, ale równie wielkie znaczenie miało fizyczne zmiażdżenie Polski. Polska jest krajem chrześcijańskim, katolickim, ale ten katolicyzm przedwojenny nie miał znaczącego zaplecza intelektualnego – to był raczej katolicyzm obrzędowy. Intelektualnie marksizm wkraczał w nihilizm XX wieku jak ręka w rękawiczkę. Kiedy tak mówię, to nie oznacza obrony komunizmu, to jest tylko dramat XX wieku: wkraczanie diabelstwa na podatne podłoże.

Dla mnie to zmaganie zaczęło się od rozmów z Juliuszem Tadeuszem Krońskim, który był moim „diabłem”, jeszcze w czasie wojny. W Ziemi Ulro starałem się pokazać wielką erozję chrześcijaństwa. Czas chrześcijaństwa jest czasem wielkiego wydarzenia: upadku, grzechu pierworodnego, odkupienia i obietnicy. Ten czas ma sens. A kiedy tego sensu zabraknie, co zostaje? Czas ewolucji? Wtedy powstaje naturalna chęć wyznaczenia jakiegoś celu, aby czas usensownić. W pewnym sensie marksizm był dla mnie naturalnym wypełnieniem pustki. Simone Weil mówiła, iż błędem marksistów i w ogóle postępowców różnego rodzaju jest wierzyć, że maszerując naprzód można wzbić się w powietrze. W Ziemi Ulro próbowałem mówić o tej wielkiej erozji. Komunizm jest fenomenem nihilizmu, który zapowiadał Nietzsche, przepowiadał Dostojewski.

J.T.: Tu odnajduję punkt styczny wielu refleksji nad komunizmem. Sam w pewnym momencie nie mogłem się opędzić do słowa „pogaństwo”. Słowo to wymaga w tej sytuacji daleko idącej reinterpretacji. Nie chodzi tutaj ani o piękną Grecję, ani o praworządny Rzym – chodzi o jakąś ofiarę, o fatum. W momencie, kiedy prysnęła wiara w łaskę, pojawiła się wiara w fatum, nadzieja została włożona w fatalizm. (…)

Zapytajmy teraz wobec tego, co pozostało po komunizmie, jaki jest jego kulturalny spadek?

J.T.: Leszek Kołakowski w zakończeniu Głównych nurtów marksizmu pyta, co zostało po komunizmie, ograniczając to pytanie do dziedziny humanistyki. I odpowiada, że w zasadzie nie zostało nic. (…) Wygląda na to, że komunizm był jedną wielką pomyłką, rodzajem farsy odtańczonej na cmentarzu.

C.M.: Nie wiem, czy Kołakowski ma rację. Wydaje mi się, że wszystkie „-izmy”, których jesteśmy dzisiaj świadkami na Zachodzie, powstały w umysłach ludzi wytrenowanych w marksizmie. Śledziłem na Zachodzie stopniowe mody. Najpierw była moda na marksizm, potem na strukturalizm, teraz panuje moda na dekonstrukcjonizm – i wszystkie one mają wspólne korzenie. Może się okazać, że wszystkie te pochodne są tak samo jak komunizm farsą.

J.T.: Wspólnym rysem jest to, że nie ma w nich miejsca na wolność. Jest natomiast powtarzająca się idea śmierci człowieka, śmierci tego, co autentyczne. Ciekawe, ze kiedy się mówi o doświadczeniu zła w komunizmie, nie jest się rozumianym przez Zachód; w momencie, kiedy pojawia się słowo „zło”, pęka nić porozumienia.

C.M.: Kiedy wykładałem Dostojewskiego, mówiłem moim amerykańskim studentom: „widzicie, ja jestem reakcjonistą, bo wierze, że jest dobro i zło”. Może jednak nie trzeba być aż tak pesymistycznym. Rzeczywiście, „zło” traktowane jest jako słowo nieprzyzwoite, ale kiedy mówi się o cierpieniu, to studenci reagują. „Zła” – nie rozumieją, ale „cierpienie”, „współczucie” – tak. Tyle że trudno im uświadomić zło ustrojów politycznych. Oni przecież co najwyżej w kinie widzieli Parteitagi hitlerowskie.

J.T.: Zmiana zła na cierpienie kryje w sobie jakiś moment optymizmu – zawsze można się znieczulić… W tej chwili polskie uniwersytetu kończy pokolenie, który już w zasadzie nie znało komunizmu. W ostatnich czterech latach przeżywamy gwałtowne przyspieszenie historii. (…) Staje przed nami problem granic doświadczeń i świadomość, że doświadczenie czasów totalitarnych jest trudniejsze do przekazania, niż doświadczenie wojny. Dlaczego trudniejsze? Bo inna jest czytelność zła. Oprócz zniewolonego umysłu była jakaś perwersja, był pewien rodzaj zafascynowania złem. Co widać, na przykład, w prozie Szałamowa.

C.M.: Tutaj dotykamy czegoś ważnego i dotychczas się wymykającego. Czy tego rodzaju ustrój jak ustrój sowiecki, zwłaszcza za czasów Stalina, miał istotę obiektywną, która „wydzielała zapach siarki”? We wspomnieniach o roku 1939 na obszarach wschodnich zachowało się ówczesne przerażenie ludzi. (…) To doświadczenie było i moim udziałem. Interesuje mnie, czy istnieje coś takiego jak esencja ustroju, czy też jest to jedynie nasze złudzenie.

J.T.: Myślę, że w przypadku komunizmu taka esencja istnieje. Nie wiem, czym był „diabłem” dla Putramenta; ale, moim zdaniem, istniało coś, co nazwałbym „logiką zdrady”. W tym systemie ludzie zawiązywali więzi międzyludzkie jakby tylko po to, by je w pewnym momencie zerwać, by móc siebie nawzajem zdradzić w imię potwierdzania władzy.

C.M.: Myślę teraz o książce Tolkiena. To jest bajka, rzecz dzieje się w czasach fantastycznych i tam przedstawione jest odczucie zła królestwa zła, do którego trzeba podróżować, żeby znaleźć pierścień. Część trylogii o władcy pierścieni była pisana w czasie wojny. Tolkien był chrześcijaninem i pisał swoje baśnie, żeby w obrębie cywilizacji, która straciła wrażliwość na chrześcijaństwo, przekazywać zasadniczo, chrześcijańska wizję świata. Młodzież amerykańska, która przeważnie nigdy nie czytała Biblii, otrzymywała poprzez – niesłychanie popularne – książki Tolkiena model zasadniczego zróżnicowania pomiędzy dobrej i złem. I genialną intuicję królestwa zła, odczucie stężonej aury zła w społeczeństwie, w którym nie ma wolności. Społeczeństwo Tolkiena jest wzorowane na każdym ustroju bez wolności, opartym na wzajemnym strachu.

Panowie przywołujecie dwa klasyczne gatunki: baśń oraz, poprzez wskazania na fatum, tragedię. Oba te gatunki zakładają, że istnieją dobro i zło rzeczywiste. I jasne podziały między nimi. Tymczasem długie trwanie komunizmu nie jest porównywalne z doświadczeniem roku 1939. Stan przerażenia nie mógł być utrzymany przez 50 lat… Przerażenie oznacza moment iluminacji, kiedy się coś zobaczy po raz pierwszy. A przecież w Polsce wyrosły już dwa pokolenia ludzi, którzy się w tamtym systemie urodzili i którzy podobnej iluminacji nie mogli doświadczyć. Zostały zatarte granice między dobrem a złem. Czy też – jak opisuje to Warłam Szałamow – zło nie ma granic; gdy się do niego zbliżyć, okazuje się tylko szarością, magmą… Ani tragedia i fatum, ani baśń z wyraźnymi podziałami dobra i zła nie służą opisowi tego świata. Ludzie żyjący w nim przez dziesięciolecia mieli raczej doświadczenie banalności zła komunizmu.

C.M.: Z tego samego powodu nie zgadzam się z tymi, którzy obciążają winą pisarzy i literatów za ich pracę w komunizmie. Jak już o tym pisałem, wtedy wydawało mi się, iż codzienność i banalność nieuniknienie prowadziła do ześlizgiwania się do takich czy innych kompromisów. Ostatecznie, ja uciekłem nie od komunistów, lecz od samego siebie.

Wróćmy do cytaty z Kołakowskiego o tym, że po komunizmie nic nie zostało… Niestety, marksizm był pierwszym masowym objawem uzależnienia prawdy od determinant społecznych. Żyjemy w świecie wzajemnych uwarunkowań; nawet u Gombrowicza jest tak zwany „kościół międzyludzki”. Zaryzykuję stwierdzenie, że ciągle nie rozumiemy jeszcze, co się stało, że prawdopodobnie trzeba by zacząć wszystko od początku.

J.T.: Sformułowałbym to jeszcze inaczej. Wyszliśmy od pytania, jak się to stało, że powstał komunizm, a można by zadać pytanie, jak się to stało, że się skończył? Ja nie wiem dlaczego.

C.M.: Są dwa możliwe wytłumaczenia. Pierwsze, w które wierzył Stanisław Mackiewicz: to wszystko są plamy na słońcu, układy planet… A drugim wytłumaczeniem jest Opatrzność boska w sensie, jaki nadał temu pojęciu Bossuet.

J.T.: Jest coś irracjonalnego w końcu tego świata. Bo gdyby tęsknoty miały stwarzać rzeczywistość, to w Polsce mielibyśmy już komunizm… z powrotem. Ale widać, że tęsknoty nie mają kreatywnej mocy. Paradoks polega na tym, że wielu tęskni do komunizmu, robiąc jednocześnie klasyczną, liberalną, kapitalistyczną gospodarkę. Natomiast tęsknoty pozostają w innej sferze. Jest tutaj wiele ważnych wątków. Na przykład wątek chrześcijaństwa. Kluczowym jest pytanie, czy chrześcijaństwo po komunizmie może być takie samo, jak było przed komunizmem? To pytanie w zasadzie nie zostało jeszcze postawione. (…)

Powyższy tekst to skrócony zapis spotkania, które odbyło się 8 czerwca 1993 roku w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a następnie bez skrótów zostało opublikowane w miesięczniku „Znak” 1993, nr 7(458). Udział wzięli: Jarosław Gowin, Michał Okoński, Izabella Sariusz-Skąpska, Karol Tarnowski, Łukasz Tischner, Dorota Zańko.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata