70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Nie chciałem być emigrantem”

Sprawa emigracji na poważnie zaprzątała głowę Herberta, ostatecznie poeta zdecydował się na powrót. W listach do Jana  Brzękowskiego Herbert wyznaje wprost, że nie wyobraża sobie życia na emigracji, a jedyną rzeczywistością, w której może funkcjonować, jest Polska. Powrót do niej był trudny, gdyż skażona była brudną i zimną wodą systemu. W 15. rocznicę śmierci Zbigniewa Herberta przedstawiamy niepublikowane dotychczas listy, jakie poeci między sobą wymienili.

Pierwsze listy Zbigniewa Herberta zaczęły się ukazywać na łamach prasy już rok po jego śmierci. Do dziś ukazało się kilkadziesiąt bloków różnej wielkości, które dokumentują bliższe i dalsze znajomości poety. Czytelnicy mieli także okazję zapoznać się ze zbiorami na tyle obszernymi, by mogły stanowić osobne wydania książkowe. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że w przeszłości miały miejsce przypadki „rzucania się” na listy po niedawno zmarłym pisarzu. W jednym z pierwszych listów ze zbioru Listy do muzy znajdziemy wyraźnie określoną wolę autora: „Spal listy i wiersze, i wszelkie ślady”. Takie zachowanie podającego listy do druku budzi co najmniej niesmak, a użyte przy tym argumenty, usprawiedliwienia, niezależnie od tego, jakie są, nie mogą być wiarygodne. Zupełnie naturalne będzie budzące się w czytelniku odczucie, iż listy ogłaszano, mając na uwadze niezbyt czytelne i czyste przesłanki.

Ogłaszanie listów pisarzy współczesnych jest tyleż pasjonujące, co krępujące. Zdarza się, że zawierają nieprzyjemne informacje, które dotyczą osób żyjących. Może to być przesłanka skłaniająca do wstrzymania publikacji. Dla edytora jest to poważny dylemat, gdyż listy pisarza dość często przynoszą nieznane dotąd fakty z jego życia, odsłaniają kuchnię literacką, ponadto mogą być interesującym i pięknym dokumentem literackim. Na pytanie Jacka Żakowskiego, które dotyczyło zgody na drukowanie listów Herberta, jego żona odpowiedziała: „Są bardzo różne listy. W »Zeszytach Literackich«, w »Więzi«, w książce Magdy Czajkowskiej Kochane zwierzątka… są listy, które pewnie sam by się zgodził drukować, tak jak kiedyś sam wydrukował list do Barańczaka. One pomagają zrozumieć, jak tworzył, co myślał, co przeżywał, w jakich warunkach powstawały jego eseje”.

Dokumentacja wyjazdu

Wierzę, że prezentowane poniżej listy spełniają opisane kryteria. Pochodzą one ze zbiorów Towarzystwa Historyczno-Literackiego i Biblioteki Polskiej w Paryżu (BPP 1227), Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie (Inw. 2192, 2193) oraz Biblioteki Narodowej (BN akc. 18005, t. 11). Ogłaszana dziś korespondencja stanowi element dokumentacji dotyczącej pierwszego zagranicznego wyjazdu poety. To właśnie podczas tej wyprawy zaczął on poznawać osoby z emigracyjnego środowiska Paryża, wśród których był Jan Brzękowski. Na temat związków między poetami nie zachowało się zbyt wiele informacji. Dlatego też cenne jest świadectwo Katarzyny Herbert, wedle której znajomość ta dla Zbigniewa Herberta nie miała specjalnego statusu: „Wiem, że umiarkowanie interesowała go poezja Pana Brzękowskiego, niemniej mówił zawsze o nim serdecznie i ciepło. Nie przeniosło się to jednak na dalsze kontakty, gdy Pan Jan Brzękowski np. przyjeżdżał do Polski. Ja osobiście dodam, że nigdy nie poznałam Pana Jana Brzękowskiego”.

Stypendium, które umożliwiło Herbertowi wyjazd, nie było wysokie, dlatego też – zapobiegliwie – jeszcze przed wyjazdem starał się pozyskać dodatkowe środki. W liście do Jerzego Turowicza z 13 maja 1958 r. pisał: „(…) jestem teraz zakonspirowany, bo udaję, że wyjechałem do Paryża, naprawdę to jestem chory (ze szczęścia, że mogę pojechać?). Proszę więc, zachowaj w dyskrecji, że jestem jeszcze tu. Jeśli tylko będę się trochę lepiej czuł, pojadę i liczę, że nastąpi to około 22 maja. (…) Choroba moja pochłania dużo forsy, muszę wykupić bilet, więc jestem w tarapatach finansowych. Czy »Tygodnik« mógłby mi udzielić zaliczki w wysokości 1500 złotych (lub 2000), a conto artykułów, które napiszę? Może zdążę jeszcze o Taranczewskim, choć teraz trudno mi pisać, gdy wątroba boli bardzo. Ale może coś z Francji mógłbym przysłać?”.

Po liście Turowicza, który informował, że pieniądze się znalazły, Herbert odpowiedział: „dziękuję Ci serdecznie za list, który doszedł do mnie na 3 godziny przed wyjazdem. A już byłem bardzo rozżalony, że »Tygodnik« wypiął się na mnie.

Prośba: jeśli coś mi się tam będzie należało, proszę przesłać na adres Katarzyna Dzieduszycka, Warszawa 22 Bajońska 2 m. 4. Pożyczyłem od biednej dziewczyny pieniądze i nawet mi trochę wstyd.

Bardzo żałuję, że nie jedziemy razem. To byłoby bardzo fajno, więc dlatego nie może się udać. Razem byśmy gnili, razem ulegali miazmatom, razem oglądali prymitywów i taszystów”.

Żarłoczny turysta

W czasie swojego pobytu we Francji Herbert wprost chłonął doznania. W jego listach z tego czasu dość często pojawiają się frazy, które mogą sprawiać wrażenie wymówek. Czytelnik może sądzić, iż zwyczajnie nie chciał się spotkać ze znajomymi lub też celowo unikał pisania listów. W rzeczywistości zaaferowany był zwiedzaniem. Poświęcał temu dużo czasu. W listach do rodziców, wkrótce po przyjeździe do Francji, pisał: „Nauka zajmuje mi bardzo dużo czasu. Pozostały dzielę na muzea i kino”.

Innym razem czytamy: „Zdałem już egzamin i teraz poruszam się po Francji, wspinam się na wieże katedr i w ogóle żyję jak we śnie. Przedłużyłem swój pobyt na wrzesień i jeśli mi pieniądze wystarczą, pojadę autostopem nad Morze Śródziemne. Jestem zmęczony, ale szczęśliwy, że mogę tyle zobaczyć”.

Poeta był typem turysty żarłocznego i bezwzględnego dla swych towarzyszy. Zwracała na to uwagę jego żona Katarzyna Herbert: „Kiedy zwiedzał, nic go nie obchodziło. Nie było ważne, czy je, czy się wysypia. Podróżowanie z Herbertem było po prostu zabójcze. Ja byłam głodna, a jemu wciąż szkoda było czasu na jedzenie. Zawsze miał wytyczoną dokładną trasę zwiedzania i nie chciał się ani na chwilę zatrzymać. Ale zwiedzanie z nim było wspaniałym przeżyciem. Na wszystko patrzył wzrokiem, którego nie widziałam nigdy u nikogo. Uczył patrzenia na sztukę. Bo tego się trzeba nauczyć. We florenckiej galerii Uffizi po kilka razy wracał ze mną do tych samych obrazów. Któregoś dnia byłam tak zmęczona, że po południu postanowiłam sama wrócić do hotelu. On też miał za chwilę wrócić. Zrobiła się noc, a jego ciągle nie ma. Byłam przekonana, że dał się zamknąć w Uffizi i że będzie tam siedział przed obrazami do rana. To było do niego podobne. Wreszcie wrócił nad ranem. Najpierw siedział w galerii do samego końca, a potem włóczył się gdzieś po mieście”.

Mechanizm zwiedzania i determinacja Herberta została także opisana w liście do rodziców poety. Zimą 1958 r. pisał: „Zimno nieludzko w tym Paryżu, więc siedzę w małym bistro i małymi łyczkami pociągam czerwońca, który kosztuje taniej niż barszcz, a ogrzewa ho, ho.

Straszne miasto. Wychodzi człowiek rano, wraca o 1, 2-giej w nocy zmęczony, z głową spuchniętą od wrażeń. Czasem robię sobie przerwę i w ogóle nie wychodzę z hotelu. Czytam wtedy dużo”.

Podczas wyjazdu zdarzały się także gorsze dni, podczas których „wszystko wkoło wydaje mi się obrzydliwe: Francuzi fałszywi, Sekwana brudna, a Notre Dame – ciężka, absurdalna szafa ustawiona w środku miasta pełnego hałasu i wariatów”.

Doskonałą ilustracją jego podróżniczych doznań są zachowane szkicowniki, które prócz rysunków zawierają drobne notatki. Podczas wizyty w Chartres w 1958 r., pod szkicami rozet i witraży, poeta zanotował: „obserwować można albo witraże, albo architekturę”. Uwagę poety – prócz architektury – potrafiła przyciągnąć także ciekawa twarz i jej historia. Pod rysunkiem profilu twarzy mężczyzny w berecie przeczytamy: „dramat Katalończyka / zapamiętać, co opowiadał / Hiszpanie we Francji / kto go zrozumie”.

Decyzja powrotu

Materialnym śladem paryskich spotkań poetów jest rozmowa Zbigniewa Herberta z Janem Brzękowskim, która została opublikowana na łamach „Tygodnika Powszechnego” (1959, nr 38, s. 5). Wprowadzając czytelnika w podejmowane później zagadnienia, pisał: „Jan Brzękowski, jeden z twórców polskiej awangardy, którego jeden z wierszy wywarł na mnie wstrząsające wrażenie, dziś siwiejący pan o powściągliwych gestach, umawia się ze mną w kawiarni »Le Dôme« na Montparnassie. Nie wiem, czy działał w tym odruch warunkowy. Montparnasse… mój Boże! Co z tego zostało”.

W liście z października 1959 r. Zbigniew Herbert pisał: „(…) pozwoliłem sobie przesłać Panu numer „Tygodnika” z naszą rozmową. Nie wiem, czy będzie Pan zadowolony. Na pewno nie, ale robiłem to według najlepszej woli.

Wracam do Polski za kilka miesięcy. Robię to, jakbym miał wejść w wodę brudną i zimną, ale to jest jedyna moja rzeczywistość. Tu żyję na powierzchni, bez racji i powodu”.

Te, wydawałoby się, zdawkowe i mało spektakularne zdania wyjęte z listów Herberta dokumentują jednak dość istotną kwestię. Poeta wprost wyznaje, że nie wyobraża sobie życia na emigracji, a jedyną rzeczywistością, w której może funkcjonować, jest Polska. Powrót do niej był trudny, gdyż skażona była brudną i zimną wodą systemu.

Sprawa emigracji na poważnie zaprzątała głowę poety, ostatecznie zdecydował się na powrót. W liście z października 1959 r. Brzękowski odniósł się do tej decyzji: „Pańska decyzja powrotu jest zrozumiała i prawdopodobnie słuszna. Trudno byłoby w tym wypadku udzielić Panu jakiejkolwiek rady – jest to duża odpowiedzialność – ale widziałem tylu zdolnych ludzi, którzy wykoleili się w Paryżu, trudno bardzo o jakieś zajęcie odpowiadające Pańskim kwalifikacjom intelektualnym, a praca fizyczna jest potwornie wyjaławiająca!”.

Wiele lat później Herbert napisał: „Psychicznie nigdy z Polski nie wyjeżdżałem. Nie chciałem być emigrantem, bo wiem, jaką cenę płaci się za emigrację. Ale potrafię zrozumieć tych, którzy zostali na emigracji. Moja konstrukcja psychiczna, moja biografia przywiązała mnie tak bardzo do kraju, że muszę tutaj zostać. Nie mam innego wyjścia”.

Na szczęście podróż, którą dokumentują poniższe listy, była jedną z wielu, a sprawozdania z licznych wyjazdów poety znajdą czytelnicy nie tylko w jego listach, ale przede wszystkim w esejach, publicystyce i poezji. Dzięki temu, co pozostawił, możemy się wybrać w podróż razem z nim. Warto.

*

Listy Zbigniewa Herberta nie sprawiły kłopotów podczas ich odczytywania. Inaczej było z listami Jana Brzękowskiego. Miejsca wątpliwe za każdym razem zaznaczono trzema dywizami w nawiasie kwadratowym. W prezentowanych listach zmodernizowano pisownię (np. napewno na pewno, nie wiele – niewiele), poprawiono także drobne potknięcia pióra (np. moglą – modlą; conctailem – cocktailem). Zmodernizowano interpunkcję zgodnie z obowiązującymi zasadami.

*

Uprzejmie dziękuję Pani Katarzynie Herbert za życzliwość i zgodę na publikację listów. Podziękowania zechce przyjąć także opiekun Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej – Henryk Citko, którego trafne, merytoryczne uwagi oraz realna pomoc miały duży wpływ na ostateczną postać niniejszego opracowania oraz liczbę prezentowanych tu listów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata