70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Problemy z terapią Kościoła

W marcu 1996 roku w miesięczniku Więź opublikowano szereg wypowiedzi pod wspólnym tytułem „Rachunek sumienia Kościoła w Polsce”. Minęło 16 lat, ale poruszane tam sprawy nadal brzmią dziwnie aktualnie. Wydaje się, że o ile już wtedy pojawiło się tam wiele głosów rozsądnej, rzeczowej diagnozy sytuacji, o tyle znacznie gorzej było potem z terapią. Wierni Kościoła nadal boleśnie odczuwają sygnalizowane już wtedy braki.

Przed kilkunastoma latami zorganizowano w krakowskim dominikańskim duszpasterstwie debatę o „granicach krytyki Kościoła”. Pewien uczony dominikanin szwajcarski, który w tym czasie przebywał z wizytą w Krakowie, podsumował problem krótko i zwięźle: „Kościół można krytykować w tym stopniu, w jakim się go kocha”. Skoro Kościół ukazuje się w pełni jako „lud zjednoczony jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (KK, 4), skoro podstawowym kryterium określającym przynależność do Kościoła są słowa samego Jezusa: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35), to ocena, w której brakuje miłości, będzie zawsze spojrzeniem na Kościół od zewnątrz. Niewiele wówczas zobaczymy, jeszcze mniej zrozumiemy.
W debacie na omawiane tu tematy jeden z moich świeckich przyjaciół stwierdził: „Na razie wierni (z różnych względów) jeszcze nie odchodzą, ale niezdecydowani, poszukujący i wątpiący zrywają słabe więzi z Kościołem.” Co zrobić, aby ludzie do Kościoła raczej powracali, niż od niego odchodzili?

Potrzeba rzetelnej odnowy

W 1903 roku biskup Józef Sarto został wybrany na papieża i przyjął imię Piusa X, a jako program swego posługiwania przyjął hasło: „Odnowić wszystko w Chrystusie”. Został następcą wielkiego Leona XIII, który wprowadził kilka zasadniczych zmian w życiu Kościoła, ale bynajmniej nie miał wrażenia, że najpilniejsze sprawy już zostały do końca załatwione. Przeciwnie, był w pełni świadomy zasady, wyrażonej w prostym zdaniu: Sancta Ecclesia peccatorum semper reformanda, Kościół jest święty, ale zarazem złożony z grzeszników i dlatego nieustannie winien podejmować odnowę.
O jaką odnowę tu chodzi? Kościół to wspólnota chrześcijan, a chrześcijanin to ten, kto czuje się osobiście głęboko związany z Chrystusem. Tylko tacy chrześcijanie mają dziś szanse ostać się i ewangelizować. W praktyce związek ten będzie wyrażał się w podjęciu i wypełnianiu swego powołania: „jesteśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2, 10). Każdy odnajduje najgłębszy sens życia, czyniąc dobro – ale skoro dobre czyny są przygotowane dla każdego, nikt nie jest z góry skazany na bezsens. Poza obszarem sensu pozostaje tylko zło.

My wszyscy, jako ochrzczeni, jesteśmy razem odpowiedzialni za Kościół – choć każdy na swój sposób: inaczej papież, inaczej świeccy. Ale każdego obowiązuje staranność, właściwa dla sprawy tak wielkiej wagi. Zarazem wszyscy – także jako Kościół – jesteśmy odpowiedzialni za całość społeczności, w jakiej żyjemy i jaką współtworzymy: społeczności lokalnej, państwa, Europy.

Gdy dziś patrzymy na historię Kościoła, możemy odnieść wrażenie, iż pomimo imponującego dzieła obu soborów watykańskich oraz dalekosiężnych wizji papieży z ostatnich 150 lat, dotychczas nie odrobiliśmy zaległości będących, jak się zdaje, następstwem potrydenckiego zagubienia ducha odnowy. To, co się dzisiaj dzieje, może niekiedy przypominać remont domu: podjęcie malowania ścian ujawnia, iż pod farbą znajdujemy spróchniałe deski; próba ich wymiany prowadzi do odkrycia pod spodem przegniłych belek. Trudno się dziwić tzw. „tradycjonalistom” (czy może raczej fundamentalistom?), którzy wręcz pytają, po co ta odnowa, skoro jest gorzej, niż było dawniej?
Kiedy po śmierci Jana Pawła II próbowaliśmy pytać, co dalej? – można było czasem usłyszeć stwierdzenie, że Kościół w Polsce w jakimś sensie „zbaraniał”. Nie w sensie zagubienia ortodoksji, ale raczej w codziennej orthopraxis. Za czasów PRL-u obrona wolności i niezależności Kościoła to były głównie starania o zachowanie status quo. Dziś, wobec realnego niebezpieczeństwa masowego odchodzenia ludzi od Kościoła, i to już w następnym pokoleniu, wydaje się, iż samo zachowanie status quo to zdecydowanie za mało. Należy mądrze podjąć „ekspansję w przyszłość”.
Do takiej ekspansji potrzeba wewnętrznego nastawienia ewangelicznego „zaczynu”, duchowej awangardy – będącej konsekwencją świadomości, iż „w glinianych naczyniach niesiemy skarb” (por. 2 Kor 4,7). Nie nadają się do niej ludzie, którzy postrzegają Kościół jako oblężoną twierdzę. Ale przejście od mentalności defensywnej do ofensywnej wymaga umiejętności jasnego rozróżniania, co w życiu Kościoła stanowi element prawdziwej wiary, a co jest tylko przejawem nie dość refleksyjnej, mało konsekwentnej tradycji obyczajów.

Jan Paweł II mówił nam w Warszawie w 1999 roku: „W świetle Ducha Świętego Kościół w Polsce odczytuje na nowo znaki czasu i podejmuje swoje zadania, wolny od zewnętrznych ograniczeń i nacisków, jakich doznawał jeszcze nie tak dawno”. W tej szczęśliwej sytuacji tym ważniejsze jest rozpoznanie i staranna analiza wewnętrznych ograniczeń Kościoła w Polsce.
Chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że moim celem nie jest oskarżanie konkretnych osób, ale zwrócenie uwagi na nowe pytania i problemy, o nowej skali trudności. Jeśli nie uświadomimy sobie własnych słabych punktów, nie będziemy potrafili ich wzmocnić. Trzeba przy tym pamiętać, że możemy popełniać dwojakiego rodzaju błędy. Jedne wynikają ze zwykłej ludzkiej słabości – i te mogą czasem nawet wzajemnie się równoważyć. Ale znacznie groźniejsze są te, które mają charakter niejako systemowy, wynikają z błędnych założeń i ocen, albo są owocem długotrwałych przyzwyczajeń. Tu bardzo łatwo o kumulację błędów, prowadzącą do poważnych zagrożeń.

Przed kilkoma latami wielu wiernych bardzo zaniepokoiła sprawa nominacji i dymisji księdza arcybiskupa Wielgusa. W opinii Stefana Wilkanowicza nie był to wówczas zwykły „wypadek przy pracy”; zarówno owa nominacja jak i dymisja odsłoniły, jego zdaniem, coś znacznie głębszego, co można wręcz określić mianem niewydolności Kościoła w Polsce. Złożyły się na nią: powierzchowność przyjęcia nauczania Jana Pawła II, a nawet jego wypaczanie i instrumentalizacja, niewydolność komunikacji oraz niewydolność wyobraźni .

Sprawa arcybiskupa Wielgusa była wydarzeniem smutnym, ale, miejmy nadzieję, jednorazowym; gorzej, gdy ludzie, niejednokrotnie wybitni, decydują się na opuszczenie Kościoła (jak choćby przed kilku laty ks. prof. Tomasz Węcławski; niezależnie od jego osobistych motywów i uwarunkowań, mogło to być doświadczenie szczególnie ciężkie dla tych, którzy przez wiele lat traktowali go jako nauczyciela wiary i autorytet moralny). Bardzo poważnym sygnałem alarmowym jest wreszcie odchodzenie od kapłaństwa młodych księży po kilku latach służby; zwłaszcza iż niejednokrotnie są to księża, z którymi poprzednio wiązano najdalej idące nadzieje.

Trzeba staranie analizować wszelkie niepokojące sygnały, jakie docierają z różnych środowisk kościelnych. Pisząc o problemach odejść od kapłaństwa, o. Paweł Kozacki OP przypomniał wypowiedź o. Jacka Salija OP, który uczył, że każdego ataku na Kościół warto wysłuchać i go przemyśleć, ponieważ może stać się inspiracją do rachunku sumienia. Atakujący może się oczywiście wypowiadać przesadnie i w złej woli, ale rzadko się zdarza, by był zupełnie oderwany od rzeczywistości. Warto to, co mówi, oczyścić z emocji, zweryfikować, a to, co się okaże prawdą, wykorzystać ku nawróceniu .

Trudności z właściwym rozwiązywaniem poważnych problemów najwyraźniej dają znać o sobie tam, gdzie mamy do czynienia z tzw. syndromem Paetza. Chodzi o sytuacje, gdy we wspólnocie Kościoła ma miejsce jakieś zło, nadużycia, ale dopóki świeckie media nie wyciągną sprawy na światło dzienne, odnośne władze kościelne nie robią nic lub robią zbyt mało, aby to naprawić. Tymczasem w Kościele trzeba nam odwagi, zarówno w relacjach podwładnych wobec przełożonych, jak i przełożonych wobec podwładnych.

Parafia: społeczność wierzących

Dzisiaj niewątpliwie, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebna jest parafia (lub inna forma duszpasterstwa, np. różne ruchy kościelne) jako ośrodek budowania i uczenia chrześcijańskiej solidarności. Jest to nieodzowne wobec tragicznego poziomu kultury społecznej w naszym kraju (co widać choćby w jakości debat politycznych), wobec powszechnej ekspansji wzajemnej nieufności i zawiści, wobec zagubienia sensu pojęcia dobra wspólnego. Należy wyraźnie powiedzieć: jeśli Kościół nie nauczy ludzi solidarnej troski o dobro wspólne, to nikt ich tego nie nauczy, bo w większości rodzin młodzi nie otrzymują żadnego wychowania w tym względzie. Nauka życia we wspólnocie, zarówno „teoretyczna” jak i „praktyczna”, może stać się nieodzowną „odtrutką” na szerzący się we współczesnej kulturze indywidualizm oraz towarzyszący mu często brak zaufania w relacjach międzyludzkich. Obserwowany obecnie (zwłaszcza w relacjach politycznych) klimat wrogości to poważne zagrożenie, iż dorobek społecznego nauczania Jana Pawła II zostanie w Polsce kompletnie zaprzepaszczony.

Budowanie wspólnoty parafialnej jest dziś jednak trudniejsze niż kiedykolwiek: w populacjach miejskich „klientela” jest socjologicznie bardzo zróżnicowana, niejednorodna kulturowo oraz zawodowo. Praca zawodowa i najpilniejsze sprawy życia rodzinnego zajmują świeckim tyle czasu, że na społeczne zaangażowanie w parafii na ogół już go nie starcza. Dodać należy wypoczynkowe wyjazdy weekendowe (a więc uczestnictwo we Mszy świętej często poza własną parafią), oraz coraz częstsze przeprowadzki. Ta swoista „nieobecność” świeckich, podobnie jak czynniki historyczno-społeczne (załamanie ciągłości społeczno-kulturowej w wyniku wojen światowych) powodują, iż dość powszechna jest opinia o słabości polskiego laikatu. Nie można jednak zapominać o zjawisku, na które już zwracał uwagę prof. Bohdan Cywiński : półtora do dwóch procent całej ludności to osoby, które z potrzeb własnego serca starają się codziennie uczestniczyć we Mszy świętej, choć nikt im tego nie narzuca. Pytanie, co można i trzeba zrobić, aby mogli oni bardziej czynnie uczestniczyć także w życiu społecznym Kościoła? Czasem jakby sami nie potrafimy uwierzyć, że stać nas na wielkie rzeczy.

Może warto rozważyć pomysł wprowadzenia w dużych miastach, na wzór niektórych krajów, zwyczaju „zapisywania się do parafii”? Ktoś, kto świadomie i dobrowolnie wpisuje się do wspólnoty parafialnej lub zgromadzonej wokół kościoła zakonnego (a nie tylko został do niej odgórnie przypisany), tym samym osobiście podejmuje pewnego rodzaju współodpowiedzialność za tę wspólnotę. Co więcej, gdyby taki zwyczaj się przyjął, mógłby posłużyć praktycznej weryfikacji stanu faktycznego (czy aby przekonanie, że mamy w Kościele aż tylu ludzi, nie jest fikcją, która tylko przeszkadza w podejmowaniu bardziej odważnych decyzji?). Trzeba też rozważyć, jak wprowadzić większe zróżnicowanie i rozszerzenie oferty działań duszpasterskich. W szczególności wydaje się, iż parafie wiejskie oraz wielkomiejskie powinny funkcjonować według zupełnie odmiennych modeli, z innym typem organizacji oraz właściwymi dla swych środowisk priorytetami i metodami działań.

Stosunkowo najprostszą drogą budowania wspólnoty jest dobrze ustawiona działalność charytatywna, zarówno ta „wewnętrzna”, na użytek samych parafian, jak i „na zewnątrz”. Podpowiada nam to Ewangelia: „po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 5) oraz „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40). Wobec tego kryterium wszystkie inne mają charakter drugorzędny, gdyż to postawa miłości w czytelny sposób pozwala zrozumieć istotę misji Kościoła w świecie. Prawdziwą tragedią dla Kościoła staje się sytuacja, w której ludzie przestają kojarzyć jego posługę z objawieniem podstawowej prawdy, że każdy człowiek jest umiłowanym dzieckiem Bożym, gdy Kościół już nijak nie kojarzy się ludziom z faktem, że „tak Bóg umiłował świat, iż Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Mamy dziś, niestety, do czynienia z taką sytuacją w niektórych środowiskach Europy Zachodniej: Kościół postrzegany tam bywa wyłącznie jako „instytucja”, a nie jako wspólnota wzajemnej miłości. Dlatego postawa miłości, do której wzywa nas Boże Słowo, winna być czytelna; nie wolno zapomnieć, że wymaga to od każdego z nas, chrześcijan, szczególnej „przeźroczystości” w odniesieniu do daru Bożej łaski. „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.” (Mt 5, 16). Stosunkowo łatwo mi przychodzi zrobić coś dobrego tak, aby ludzie mnie pochwalili; ale bardzo trudno robić to tak, aby chwalili nie mnie, lecz Boga.

Chrześcijańska miłość winna być ofiarna, ale też nie może być absurdalna! W czasie stanu wojennego liczni ludzie nauczyli się brać z parafii, ale w zbyt małym stopniu nauczyli się sami dawać. Rozpanoszenie postawy wyłącznie roszczeniowej to jedna z najgroźniejszych plag społecznych we współczesnej Polsce. I dlatego troska o ubogich, zarówno o najbiedniejszych członków parafii, jak i o osoby bez stałego miejsca zamieszkania, musi brać pod uwagę konieczność właściwego wychowywania społeczeństwa. Tym bardziej, że już w parafii ludzie winni uczyć się, iż Kościół nie kończy się na niej. Dotyczy to zarówno współpracy międzyparafialnej (tak na terenie kraju, jak i z parafiami czy też stowarzyszeniami chrześcijan z zagranicy), jak i podejmowania (na skalę lokalną) problemów Kościoła powszechnego.
Jest to tym ważniejsze, że w przeszłości istotnym elementem komunistycznej ideologii była swoista „gloryfikacja proletariatu”, prezentowanego jako wiodąca klasa społeczna. Jednym z obserwowanych do dziś skutków tej propagandy jest to, że człowiek, który ciężką pracą dorobił się majątku, często bywa podejrzewany o malwersacje; natomiast ten, kto uchyla się od pracy i stara się żyć z renty czy zasiłków, nie tylko nie podlega napiętnowaniu, ale przeważnie sam nie poczuwa się do żadnej winy. W Kościele w ogóle nie podnosi się tej sprawy (podczas gdy np. w Kościele w USA zwyczaj życia na cudzy koszt traktowany jest jako poważny grzech przeciw społeczności) i w rezultacie tzw. Homo sovieticus ma się u nas całkiem dobrze.

Prawdziwą szkołą demokracji, szkołą uczestnictwa, odpowiedzialności i służby może stać się rada parafialna, a także inne wspólnoty i stowarzyszenia świeckich; rzecz jasna, pod warunkiem, iż proboszcz czy inny kapłan odpowiedzialny za duszpasterską opiekę nad grupą potrafi dobrze współpracować ze świeckimi. Niestety, niejednokrotnie „Kościół nauczający” wciąż usiłuje zbyt arbitralnie dyrygować różnego rodzaju ruchami czy też wspólnotami. Wychowanie świeckich w pełni odpowiedzialnych za Kościół nie jest proste.

Sobór – i co teraz ?

W opinii świeckiego audytora II Soboru Watykańskiego, prof. Stefana Swieżawskiego, sobór ten był najważniejszym wydarzeniem XX w. Jak dzisiaj wygląda recepcja tego soboru w Polsce? Jak dotąd, nie przynosi niestety dostatecznych owoców; właściwie poza reformą liturgii (przeprowadzoną w bardzo wyważony sposób; wielka tu zasługa prymasa Stefana Wyszyńskiego), niewiele dotarło do świadomości ogółu wierzących. Sama odnowa liturgii też nie została doprowadzona do końca lub była nie dość konsekwentna, o czym świadczy choćby fakt, że wnętrza naszych kościołów są niekiedy tak brzydkie, urządzone bez wyczucia sensu liturgii i bez gustu.

Synody, które odbyły się w Polsce po Soborze, przeszły niemal bez echa. Mimo wyzwań, jakie niesie współczesna cywilizacja, nie udało się przy tych okazjach sprowokować jakiejś szerszej grupy ludzi do głębszego zastanowienia i publicznej dyskusji nad kulturą naszej wiary. W opracowanym przez II Synod Plenarny dokumencie Potrzeby i zadania nowej ewangelizacji na przełomie II i III tysiąclecia chrześcijaństwa czytamy m.in.:
„We współczesnym katolicyzmie polskim dostrzega się swoiste rozdarcie. Dla jednych wciąż nie skończyła się epoka Kościół to tylko my, dla innych wciąż jeszcze nie rozpoczęła się epoka Kościół to także my. Z jednej strony świeccy narzekają, że księża ich nie słuchają ani nawet nie pytają o zdanie, z drugiej strony księża ubolewają, że świeccy są bierni i nie zależy im na współodpowiedzialności za dzieło ewangelizacji” (p. 29).

Nie uda się zbudować jedności na żadnym poziomie, jeśli w Kościele zabraknie płaszczyzn głębszego porozumienia. Tymczasem, w opinii wielu osób, jedną z istotnych bolączek w Polsce jest słabość wzajemnej komunikacji między „Kościołem nauczającym” (im wyżej w hierarchii, tym gorzej, choć są wyjątki) oraz „Kościołem nauczanym”, czyli po prostu laikatem. Wiele osób skarży się na brak efektywnych kanałów komunikacji i współpracy między ośrodkami tzw. inteligencji katolickiej a ośrodkami kościelnej władzy. Zaniedbania są tu obustronne: świeccy boją się, że księża będą nimi dyrygować, a hierarchia kłopotów z niepokornymi świeckimi, których woli nie wpuszczać na swoje salony. W rezultacie można zaobserwować narastanie wzajemnej izolacji hierarchii oraz środowisk elit katolickich.
Słabość komunikacji generuje m.in. rozziew między dwiema „konkurencyjnymi” (przynajmniej na forum publicznym) wizjami Kościoła, wizją „statyczną”, preferującą status quo (wizja części hierarchii), oraz wizją „dynamiczno-sytuacyjna”, uwrażliwioną na tzw. „znaki czasu” (wizja głównie ludzi świeckich). Obydwie mają swoje oczywiste zalety, ale i zagrożenia; co gorsza, na ogół nie są poddawane głębszej refleksji. Generalnie wszyscy boją się ryzyka „otwartej debaty”, zwłaszcza na tematy drażliwe; niemniej wydaje się, iż chowanie głowy w piasek i strategia „przeczekiwania” na dłuższą metę przynosi więcej szkody niż pożytku, i to obu stronom. Trudno się potem dziwić, iż gdy słuchamy krytyki Kościoła ze strony środowisk zlaicyzowanych, niejednokrotnie odnosimy wrażenie, że jest ona formułowana tak, jakby II Soboru Watykańskiego w ogóle nie było.

Być może, mamy w Polsce nadal do czynienia z tym, co jeszcze wyraźniej widać w sąsiadujących z nami krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Po 1989 roku Kościoły odzyskały tam wolność działania, jednak problemy Kościoła powszechnego (w szczególności nauczanie Soboru) nie stały się szczególnie ważnym elementem ich programów. Zamiast tego, próbowano raczej wracać do starego, sprawdzonego, dobrze znanego modelu: do zapamiętanych sytuacji oraz sposobu pojmowania wspólnoty i misji Kościoła takich, jakie „obowiązywały” przed 1939 rokiem, a więc przed utratą niepodległości.

Katecheza: nauka kultury wiary

Dziś, po dwudziestu latach katechezy w szkole, coraz bardziej zdajemy sobie sprawę nie tylko z zalet, ale i z trudności, jakie przynosi obecny jej model. Przede wszystkim skutkuje on poważnym osłabieniem więzi ludzi z parafią. Szczególnie trudna sytuacja ma miejsce tam, gdzie parafia szkoły jakiegoś ucznia nie jest parafią jego zamieszkania. Wtedy w parafii nie tylko nie wiadomo, czy uczestniczy on w katechizacji w szkole, ale, tym bardziej, co ona jest tam warta.

Ponadto w dużych miastach (terenie szczególnie trudnym, także ze względu na swoistą „anonimowość” jednostki) przeniesienie katechezy do szkół pozbawiło dorastającą młodzież istniejącej poprzednio możliwości wyboru katechety. Obecnie jedyną alternatywą dla katechezy na marnym poziomie jest rezygnacja z niej w ogóle. Problem tym bardziej palący, iż nadal nie mamy odpowiedniej kadry dobrze przygotowanych prefektów szkolnych. Potrzeba takich prefektów jest wyraźnie wyczuwalna, ludzie mówią wprost: w szkole musi być ksiądz, i to nie żaden „dochodzący” wikary z sąsiedniej parafii, ale prawdziwy prefekt, dla którego szkoła jest pierwszym i podstawowym miejscem pracy, za które w pełni czuje się odpowiedzialny.
Innym istotnym problemem katechezy w szkole jest trudność wprowadzania w sacrum religii, budzenia niezbędnej tu osobistej wrażliwości, otwartości na Tajemnicę; szkoła (a zwłaszcza dzisiejsza szkoła!) nie jest odpowiednim do tego miejscem.
Może warto byłoby szerzej przemyśleć pomysł dwutorowej formacji młodzieży. Z jednej strony, nauka religii w szkole, na zasadzie czegoś w rodzaju wiedzy o religii (a właściwie: o religiach, także niechrześcijańskich!). Religia jest ważnym zjawiskiem społecznym, bez znajomości którego nie sposób zrozumieć ani naszej historii, ani kultury, ani nawet współczesności. Podstawowa wiedza z tego zakresu jest więc dla każdego Europejczyka niezbędnym elementem wykształcenia ogólnego, którego nie zastąpią lekcje etyki. Z drugiej strony, nieobowiązkowe zajęcia dla wierzących, bądź w parafii bądź nawet w szkole: ale już nie tyle jako wiedza (którą się zdaje na egzaminie), ile raczej jako inicjacja do wiary chrześcijańskiej, łącznie z nauką modlitwy, uczestnictwa w sakramentach Kościoła i w życiu jego wspólnoty.
Może właściwym momentem wprowadzenia tego podziału byłoby przygotowanie do sakramentów, pojmowane jako „wprowadzenie w życie chrześcijańskie”? Warto przy okazji zastanowić się, czy w obecnym schemacie sakrament bierzmowania nie jest udzielany zbyt wcześnie. Jeśli ma to być sakrament chrześcijańskiej dojrzałości, może właściwszym momentem byłby koniec drugiej klasy licealnej, a więc na rok przed maturą?

Samo nauczanie religii też trzeba starannie przemyśleć: przestrogą powinny być choćby tzw. „szkoły katolickie”, cieszące się rozpowszechnioną opinią miejsc masowego wychowywania młodych ateistów. Podejrzewam, że trudności wychowania w takich szkołach są następstwem przyjętego modelu wychowawczego, opartego na etyce powinności.
Trzeba pamiętać, że formacja moralna to przede wszystkim proces przekazywania wartości, a cały proces uwewnętrzniania wartości, przyjmowania ich za własne, jest złożony i trudny. Tam jednak, gdzie chodzi o formowanie postaw dojrzałej obywatelskiej i chrześcijańskiej współodpowiedzialności, o przygotowanie młodych do twórczego uczestnictwa w życiu społeczeństwa i Kościoła (nb. dotyczy to nie tylko społeczności lokalnej, ale w jakimś stopniu także narodowej, a nawet europejskiej), im trudniejsze wydają się te zadania, tym pilniej i roztropniej trzeba je podejmować.
Na odczucia młodzieży wobec „tradycyjnego” stylu nauczania zwróciła mi uwagę zaprzyjaźniona osoba świecka (powróciła do Kościoła już jako dorosła): „Nieznośnie afektowany sposób mówienia, intonacja rodem ze szkolnej akademii, cytowanie trzeciorzędnej poezji, ciągłe wnioskowanie przez indukcję, nieumiejętność pomijania nieistotnych szczegółów czy zgrane kalki językowe są śmieszne i ja na zasłyszanym ostatnio kazaniu dosłownie popłakałam się ze śmiechu, ale reszta już nie jest zabawna. Takie kaznodziejstwo jest objawem typu religijności, w którym tak naprawdę motywem wiary nie jest sam Bóg i Jego miłość, tylko kultywowanie mitu historyczno-narodowego i »tradycji ojców«. Jest to w gruncie rzeczy bałwochwalstwo, gdzie Msza święta jest środkiem do podniesienia doniosłości obchodów ku czci. (…), takie kaznodziejstwo w ogóle nie uwzględnia tego, że człowiek ma rozum i wolę, lecz wyłącznie gra na uczuciach i zamiast pomagać, wspierać przemianę wewnętrzną i wzrastanie w dobru, bazuje na tworzeniu przymusów emocjonalnych i poczucia winy”.

Nowe czasy, nowe wyzwania

Amerykański socjolog religii, Peter L. Berger, rozważając kwestię społecznych skutków „cywilizacyjnego przyspieszenia” pisał, iż „modernizację można (…) przedstawić jako gigantyczną zmianę kondycji ludzkiej z kondycji losu na kondycję wyboru” (podkr. własne – MP) . Chodzi tu nie tylko o możliwość swobodnego wyboru rodzaju wykształcenia, zawodu czy miejsca zamieszkania. Autor stwierdza: „Pluralizm wywiera przemożny wpływ na życie jednostek. W miarę jak coraz to większe obszary życia tracą swe niekwestionowane normy, jednostka musi rozpatrywać dostępne możliwości i dokonywać spośród nich wyboru. (…) Tradycyjne programy instytucjonalne dotyczące zachowania jednostek zostają rozbite – gdzie poprzednio istniał jeden niekwestionowany program dotyczący, powiedzmy, wychowania dzieci, obecnie funkcjonują konkurencyjne szkoły dziecięcej edukacji. (…) Instytucje tracą swój domniemany obiektywny status, w wyniku czego jednostka zmuszona jest samodzielnie budować swą własną »mozaikę« znaczeń i norm.
Efekt netto owej przemiany można podsumować następująco: »Pewność staje się o wiele trudniejsza do osiągnięcia«”.
Nieuchronnie pojawia się pytanie: czy instytucje i struktury Kościoła odpowiadają tym potrzebom, czy są przygotowane, aby uczyć ludzi, w jaki sposób dokonywać mądrych wyborów? Pojawiają się tutaj liczne wątpliwości.
Przede wszystkim, wspomniana już tzw. „etyka powinności” jest nadal szeroko obecna w kościelnym duszpasterstwie. Jest to postawa bez żadnych perspektyw. W sytuacji coraz powszechniejszego pluralizmu, ludzie muszą umieć wybierać, a nacisk na powinność raczej odstrasza, niż przyciąga (vide: opłakane odległe skutki jansenizmu w Europie zachodniej). Trzeba raczej powrócić do starej zasady, proponowanej już przez świętego Tomasza z Akwinu: pokazywać, iż dobro (podobnie jak prawda i piękno) przede wszystkim przyciąga swoim urokiem. Ale to wymaga umiejętności dostrzegania i właściwego szacunku wobec dobra. Z tego z kolei wynika, iż nie można dobra traktować instrumentalnie, dla osiągnięcia innych, zwłaszcza niewspółmiernie niższych celów. Trzeba uczyć się to dobro pomnażać na wszelkich poziomach życia społecznego. Bardzo potrzebny jest tutaj dialog najszerszy, z wszystkimi ludźmi dobrej woli. Nie wolno zapominać, że wśród formalnie niewierzących też bywają ludzie głęboko zawstydzający chrześcijan – i że od nich warto się uczyć. Trzeba też starannie wystrzegać się modnego dziś „kultu statystyk”, bo może to zaciemniać właściwe rozeznanie. W Kościele, z jego powszechnym powołaniem do świętości, jakość jest ważniejsza od ilości.

Bardzo ważne, iż w Kościele polskim zwraca się uwagę na konieczność pogłębiania wrażliwości na sprawy ochrony życia, etyki życia rodzinnego, etyki seksualnej; szkoda tylko, że te kwestie nierzadko prezentowane są w sposób mało przekonujący, w duchu owej nieszczęsnej „etyki powinności”. Jeszcze gorzej, iż np. o kwestii aborcji mówi się głównie w kontekście sytuacji matki, natomiast zbyt mały nacisk położony jest na odpowiedzialność mężczyzny-ojca. W rezultacie ponoć około 60% naszej młodzieży uważa za dopuszczalne zarówno współżycie seksualne przed ślubem, jak i stosowanie środków antykoncepcyjnych w małżeństwie.

Dramatycznie brzmi opinia wypowiedziana przed kilku latami przez prof. Wiesława Chrzanowskiego: jego zdaniem, Kościół niemal całkowicie porzucił próby wpłynięcia na kształt polskiego życia społecznego i ogranicza się w dużej mierze do reagowania na zaczepki tzw. „lewicy”, przede wszystkim w kwestiach dotyczących bioetyki oraz etyki życia seksualnego. Kościół, a w ślad za nim wielu powołujących się na jego autorytet polityków, pozwolił na zawężenie pola dyskusji, na narzucenie gotowego zestawu tematów. Nie podejmuje poważniejszych prób wypracowania nowej, całościowej wizji katolickiej nauki społecznej. Nic nie zostało z podejmowanych od czasów Jana XXIII prób sformułowania zasad pomocniczości państwa, określenia roli samorządów czy postawienia rozsądnych granic dla ludzkiego egoizmu w sferze gospodarczej. Pozostawiając katolików samym sobie w obliczu drastycznych przemian ustrojowych i społeczno-ekonomicznych, polski Kościół postawił ich przed zgubną alternatywą. Mogą oni albo poddać się sekularyzacyjnym trendom i rozpocząć na własną rękę poszukiwania odpowiedzi na swoje problemy, albo rzucić się w ramiona radykałów w rodzaju ojca Rydzyka .

Zbyt mało uwagi w refleksji i nauczaniu Kościoła poświęca się sprawom społecznym – problemom właściwych warunków życia rodzinnego (choćby od strony ochrony praw pracowniczych, zwłaszcza finansowania wychowania dzieci), etyki pracy, etyki przedsiębiorczości i ograniczenia możliwości niesprawiedliwego wyzysku pracowników. Tym bardziej, iż tam, gdzie pojawiają się takie problemy, niezwykle przydatna byłaby umiejętność mądrej mediacji ze strony Kościoła, znacznie bardziej owocna niż słyszane niekiedy słabe i niezbyt skuteczne protesty. Podobnie zbyt nisko oceniane jest (jako czysto teoretyczne, bez praktycznych konsekwencji) wsparcie Kościoła dla dużych, wielodzietnych rodzin.
Nie można wreszcie w Kościele lekceważyć tego, że nasze współczesne społeczeństwo to społeczeństwo przemocy, a ta przemoc dokonuje się przede wszystkim przez nadmiernie rozbudowaną biurokrację (wbrew licznym obietnicom polityków wszędzie trzeba dawać łapówki, a instancje, od których trzeba uzyskiwać rozliczne pozwolenia, mnożą się nieustannie). Obecność Kościoła w sferze politycznej to wyjątkowo delikatna sprawa, ale polityki nie sposób oddzielić od moralności, a tu społeczne nauczanie Kościoła nie może nie być wyraźnie słyszane.

Niejednokrotnie słyszymy wreszcie, iż odpowiedzialność Kościoła za współczesny świat to także sprawa misji zagranicznych. Bardzo dobrze, iż coraz liczniejsi misjonarze wyjeżdżają z Polski, zarówno do środowisk polskich za granicą, jak i do bezpośredniej służby w Kościołach lokalnych. Ale też warto, aby podejmowanie pracy misyjnej w większym stopniu owocowało rozwojem bezpośrednich kontaktów międzyparafialnych ze wspólnotami w innych krajach. Nawet gdy w różnych Kościołach lokalnych na pierwszy plan wychodzą inne pytania i trudności, wspólne przeżywanie naszego chrześcijaństwa, wspólne poszukiwania nowych dróg mogą być obustronnie niezwykle owocne. W ramach tych kontaktów trzeba także uczyć ludzi stopniowego podejmowania odpowiedzialności za Kościół w krajach, w których jest bieda. Niemcy, których życie kościelne czasem zdarza nam się krytykować, bardzo dużo pomagają innym (choćby poprzez fundacje typu Renovabis czy Kirche in Not), a co my robimy? Nie jesteśmy jeszcze tak bogaci, ale już w Unii Europejskiej, a kolonializm to dziedzictwo Europy; nie można zatem udawać, że to nie nasza sprawa.
W adhortacji Ecclesia in Europa Jan Paweł II wzywał, aby „otoczyć troską duszpasterską integrację imigrantów katolickich”. Bardzo konkretną sugestią był tam postulat kontaktów między Kościołami, z których wywodzą się imigranci, z tymi, które ich przyjmują. Dzisiaj szczególnie trudne sytuacje można czasem zaobserwować w Niemczech lub w Austrii: tamtejsi duszpasterze alarmują, że żyjący tam Polacy masowo „wypisują się” z Kościoła – czyli de facto deklarują bezwyznaniowość – po to, aby nie płacić podatku kościelnego. Dla nich zapewne taka deklaracja jest bez znaczenia (bo nadal gorliwie uczęszczają na nabożeństwa), ale dla Niemców to akt apostazji.. Znowu poważne pytanie: jak te sprawy traktowane są w parafiach w Polsce, w których ci ludzie zostali ochrzczeni?
I wreszcie ważny problemem „duszpasterstwa pogranicza”. Warto tu wspomnieć choćby o takich organizmach miejskich, jak Cieszyn (z obu stron Olzy), Görlitz-Zgorzelec czy Frankfurt-Słubice: niegdyś sztucznie podzielone granicami państw, obecnie coraz bardziej będą się stapiać w jedną całość. Rzecz w tym, aby ten proces jak najprędzej znalazł odbicie w strukturach i działaniach duszpasterskich, zarówno w samym Kościele katolickim, jak i w kontaktach ekumenicznych.

*

W debacie nad stanem religijności w Polsce słyszymy niekiedy pytanie, czy mamy już do czynienia ze swego rodzaju „pełzającą” sekularyzacją? Na razie statystyki nie wykazują masowych odejść od Kościoła. Nieuchronnie pojawia się jednak obawa, czy w pewnym momencie nie nastąpi załamanie, swoista eksplozja sekularyzacji, podobna do tej, jaka już miała miejsce w wielu krajach europejskich o wielkich tradycjach wiary katolickiej? Obserwacje tego, co się dzieje z młodzieżą przy obecnym stanie katechizacji w szkołach, już budzą bardzo poważne niepokoje. Jeśli nie będzie jakichś zdecydowanych reform, ludzie zaczną odchodzić. Kiedy w XV w. Henryk Toke doradzał książętom niemieckim zaprzestanie wojny z husytami i dopuszczenie ich do dyskusji, argumentował: „Niemożliwe, aby ta schizma została wytępiona, jeśli najpierw nie nastąpi reforma Kościoła Chrystusowego, gdyż jak długo trwają przyczyny, tak długo trwać będą skutki” (podkr. własne – MP).

Fragmenty tego tekstu zostały opublikowane w miesięczniku „W drodze” (10/2007). Całość tekstu zredagowana w maju 2008; drobne poprawki dodano w 2012.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter