70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Myślenie już tu nie mieszka

Nie można wyprostować rosochatego drzewa człowieczeństwa, nie da się też naprawić uniwersytetu w jego obecnym kształcie. Trzeba pomóc mu odejść.

Struktura zachodniego uniwersytetu tak w wersji europejskiej, jak amerykańskiej została ukształtowana przez walkę i pracę trwające stulecia. W Ameryce, która zaadaptowała gotowe rozwiązania kontynentalne, proces wykuwania uniwersytetu nowego typu trwał znacznie krócej, bo jakieś 150 lat.
Na kontynencie europejskim pierwszą widomą oznaką uniwersyteckiej samodzielności była emancypacja rozumu spod władzy kościelnej. Już w późnym średniowieczu zaprzestano używania słowa clericus wyłącznie w odniesieniu do duchownego i zaczęto stosować je do osób porządnie wykształconych. Słychać to jeszcze w języku angielskim (the clerk) i francuskim (le clerc), w którym słowo to oznacza intelektualistę. Niestety, w języku polskim nadal odnosi się ono do kleryka.

Kawiarniane dyskusje

Pierwsze niezależne uniwersytety budowały osoby wypchnięte – jak choćby Abelard – poza obręb instytucji kościelnych. „Wraz z uniwersytetem – twierdzi Jacob Taubes – wykształciła się nowa forma społeczna i nowy autorytet, który rozsadził strukturę średniowiecznego społeczeństwa” . Uniwersytet stanowił wspólnotę osób, które z upodobania do nauki stworzyły sobie własną ojczyznę – ojczyznę ducha. Z czasem, gdy myślenie zapomniało o sobie, gdy poczęło migać się od własnych zajęć i powinności, nastąpiło usztywnienie struktur uniwersyteckich. Było ono efektem absolutyzacji nowej metody badawczej, bliżej znanej jako scholastyka, którą można także nazwać szczególarstwem i dzieleniem włosa na czworo. Dość powiedzieć, że aż po reformę Humboldta (XVIII w.) na uniwersytetach nie prowadzono badań humanistycznych i przyrodniczych. Traktowano je jak szkoły zawodowe, z których wypuszczano adeptów gotowych służyć państwu: przyszłych urzędników, księży, nauczycieli, prawników.

Wkrótce pierwsze skrzypce jęła odgrywać inteligencja mieszczańska. W humanizmie renesansowym, potem w oświeceniu, debatowano, spierano się, tworzono najważniejsze idee poza uniwersytetem. Intelektualiści, pisarze, filozofowie uprawiali refleksję w salonie i kawiarni, nawet nie próbując łączyć jej z uniwersytetem. Kawiarnia dostarczała koniecznych fermentów, które w krótkim czasie zaowocować miały głębokimi zmianami o charakterze politycznym i intelektualnym. „Stała się salonem dla bezdomnych i ubogich pisarzy, a władza była zmuszona podejmować działania przeciwko dyskusjom kawiarnianym, podczas gdy dysputy uniwersyteckie zdecydowanie mniej ją obchodziły”. To, co tak świetnie prosperowało na obrzeżach oficjalnej polityki państwa francuskiego, a więc pewien szczególny rodzaj nieskrępowania i swobody ducha, skutecznie wyrugował Bonaparte. Zdystansowany od rozgadanych filozofów, postawił na inteligencję „techniczno-organizacyjną”, która miała zbudować nowoczesny aparat państwowy oparty na biurokracji. Tak było we Francji, najważniejszym kraju na kontynencie. Trochę inaczej rzecz przedstawiała się w Niemczech, gdzie w mowie rektorskiej z 1811 r. Fichte właściwie zrównał uniwersytet z „nowym Kościołem”.

„Samorozumienie uniwersytetu, jakie nam przekazali w swych wykładach Fichte, Schelling i Hegel, nie było zupełnie pozbawione aspektu chimerycznego nawet w ich epoce, niemniej projekty owe stanowią kamień węgielny dla uniwersytetu jako nowego Kościoła, ustanawiając zasady i rytuały tej instytucji: wolność nauki i nauczania. Dlatego niemieccy profesorowie w epoce niemieckiego idealizmu mogli pojmować siebie jako mieszczańskich urzędników i kapłanów ducha zarazem, nie dostrzegając w tym najmniejszej sprzeczności” .

Pierwsze pokolenie transcendentalnych idealistów postrzegało siebie jako emanację ducha absolutnego, a jednocześnie dążyło, by tak rzec, do zamknięcia uniwersytetu, do zamrożenia struktur instytucjonalnych. Dziś tego rodzaju postępowanie nazywamy chyba trafniej i bez emfazy blokadą etatów czy – bardziej obrazowo – „wojną pokoleń”. Tak oto ich skądinąd wybitni, nastawieni krytycznie do rzeczywistości i uniwersytetu uczniowie zostali wypchnięci poza mury akademii.
„Hegel – czytamy u Taubesa – jest ostatnim profesorem epoki idealizmu, a już pierwsze pokolenie po nim, które dyskutowało rewolucyjne implikacje oficjalnej, konserwatywnej filozofii państwa i religii, wdało się w konflikt z państwem, Kościołem i uniwersytetem. Feuerbach musiał się zrzec posady prywatnego docenta w Erlangen wskutek swoich poglądów religijno-filozoficznych. Ruge utracił docenturę w Halle z powodu swojej agitacji społeczno-politycznej. Bruno Bauer za sprawą radykalnych poglądów teologicznych został pozbawiony docentury w Bonn. David Friedrich Strauss został przegnany z Zurychu. Marksowi nie pozwolono na dokończenie habilitacji” .

Przeceniona nauka

Z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Uniwersytet stracił pazur, przestał być elementem krytyki społecznej – jego funkcje zostały w całości zdeterminowane przez potrzeby rynkowe. Napięcie, jakie wytwarza się na kolejnych, kropka w kropkę takich samych konferencjach, jest bliskie atmosferze grzybobrania. Nauka, która nieraz dopomogła człowiekowi w emancypacji od naturalnych dookreśleń, pośredniczy obecnie w jego sukcesywnym zniewalaniu. Wolna od wartości, wydaje się szczególnie podatna na manipulację polityczną, na przejmowanie jej substancji przez hochsztaplerów z dyplomami MBA. Rozwój techniki, któremu towarzyszy rozwój gospodarczy, całkowicie przesłania złowrogą w sumie okoliczność, iż nauka, która w ogólności umożliwia wszelki postęp, jest teraz całkowicie zależna od niewykształconych polityków i ich cynicznych doradców, decydujących o przeznaczeniu środków na badania naukowe. Spróbujmy prześledzić, jak do tego doszło.

Lata 80. ubiegłego wieku – era reganomiki i taczeryzmu – to triumf idei wolnego rynku, który miał przynieść rozwiązanie wszystkich ludzkich problemów – dać szczęście, wolność i dobrobyt całemu światu. Rynek wciskał się tam, gdzie mógł. Nie tylko powstawały prywatne szkoły, ale coraz lepiej funkcjonowały prywatne więzienia. Stopniowo spieniężano to, co do tej pory stanowiło domenę państwa: służbę zdrowia, armie, naukę, banki. Budżety korporacji przewyższały budżety średniej wielkości państw narodowych. U schyłku pierwszej dekady XXI w. życie boleśnie zweryfikowało wiarę w rozbuchany leseferyzm. Zaczęto zadawać pytania o dobra, które nie mogą być ani kupowane, ani sprzedawane, a więc o to wszystko, „what money can’t buy” . Zwolennicy rozwiązań wolnorynkowych utrzymywali, że każda rzecz musi mieć swoją cenę. W przeciwnym razie „bezcenny” produkt w warunkach rynku pozostanie „nierozpoznany”, „niewidoczny”, bez znaczenia. Ci, którzy nie potrafili zgodzić się z takim obrazem sytuacji, wskazywali na rzeczy, które, rozmieniane na pieniądze, od razu psują się albo umniejszają w swojej istocie. „Tymczasem typowe rozumowanie ekonomiczne opiera się na przekonaniu, że urynkowienie danego dobra – wystawienie go na sprzedaż – nie zmienia jego charakteru” . Właśnie to założenie okazało się błędem. Niektóre przedmioty poddawane wycenie zmieniają się w swoje przeciwieństwo. Rozpatrzmy pod tym kątem instytucję uniwersytetu.

W latach 90. w okresie boomu edukacyjnego studiowało za drobną opłatą w kilkuset wyższych uczelniach w Polsce 2 mln osób. Nierzadko w zastępstwie mocno „przepensowanych”, pracujących na wielu etatach profesorów zajęcia prowadzili ich asystenci. Oczywiście, bezpłatnie. Uczonych i studentów przestawała interesować nauka. Pierwsi zajęci byli „akumulacją kapitału”, drudzy chcieli jak najszybciej zapłacić za swój dyplom i znaleźć z jego pomocą pracę. (Nawiasem pisząc, studenci bardzo szybko spostrzegli, że ich dyplom – wraz z inflacją wyższego wykształcenia – każdego dnia tracił na wadze). Gdy dalsze przymykanie oczu ze strony „czynników decyzyjnych” narażało je na zarzut współsprawstwa w gorszącym procederze handlu dyplomami, ograniczono wieloetatowość. Ale też nie zrobiono niczego więcej. Przeciwnie: jeszcze ściślej powiązano cele uniwersytetu z celami gospodarki wolnorynkowej. Można zapytać, na ile to merkantylne podejście do wartości nieutylitarnej, jaką jest wiedza – podejście wymuszone tak przez warunki rynkowe, jak też przez niedoskonałość rodzimego prawa – zmieniło oblicze uniwersytetu. Czy dziś student czerpie tę samą satysfakcję z ukończenia studiów wyższych, jaką czerpał jeszcze 20 lat temu? Czy umie cieszyć się wiedzą, którą nabył bez wyraźnego powodu, bez zawczasu przeprowadzonej kalkulacji? Czy potrafi powstrzymać się przed przeliczaniem nabywanej wiedzy na kapitał, jaki może mu ona przynieść? Prawdziwa bezinteresowność poznawcza to postawa coraz rzadziej spotykana wśród studentów „nowego typu”, z których jedni spodziewają się wysokiej stopy zwrotu z inwestycji w naukę, inni zaś podejmują ją, nie wiedząc właściwie dlaczego. Przykład ten pokazuje, jak spieniężenie systemu edukacji popsuło instytucję uniwersytetu.
Zmieńmy na moment temat.

Niedogmatyczne drzemki

Rip van Winkle, baśniowy bohater opowieści dla amerykańskich nastolatków, był człowiekiem dobrym, lecz z lekka safandułowatym. Poczciwca lubiły dzieci i starsze kobiety z miasteczka, którym od czasu do czasu naprawiał to i owo. W domu bywał rzadko z powodu zrzędliwego charakteru żony. „Mąż pod pantoflem – powtarzał – może poczuć się panem tylko poza domem” . Na jednym z takich wypadów Rip spotkał nieznajomego, z którym nieroztropnie napił się wódki, po czym przysnął na całe 20 lat. Można wyobrazić sobie jego zdziwienie światem po przebudzeniu. Indagowany przez nieznanych, przedziwnie odzianych ludzi: „federalista czy demokrata?”, nie umiał znaleźć właściwej odpowiedzi. „Bóg jeden wie, co to za świat! – zawołał Rip, bliski obłędu. – Nie jestem sobą…, jestem kim innym… o, tam stoję… nie… to ktoś inny zajął moje miejsce… byłem sobą wczoraj wieczorem, ale zasnąłem w górach i zamieniono mi strzelbę, zmieniono wszystko, jestem odmieńcem, nie mogę więc powiedzieć, jak się nazywam ani kim jestem!”. Wprawdzie w swoim „drugim” życiu Rip napotykał jeszcze (zresztą coraz rzadziej) swych dawnych znajomych, to jednak zdecydowanie wolał towarzystwo młodych. Miał u nich spore grono wielbicieli oraz wiele młodszych, lecz w jego wieku, wielbicielek.
Perypetie Ripa doskonale wpisują się w karykaturalny obraz konserwatysty, który nie bardzo wie, o co chodzi, ponieważ zwykł przesypiać życie. Skoro John „Rip” Sommerville, którego anachroniczny tekst Uniwersytet i religia „Znak” opublikował w numerze lutowym, sformułował swe krytyczne spostrzeżenia pod adresem uniwersytetu dopiero na emeryturze, chciałbym wiedzieć, gdzie był do tej pory. Ile zrobił, by nie dopuścić do rozlania mleka? To jednak tylko szczegół biograficzny – ważny dla zrozumienia tekstu, lecz nieprzesądzający o jego właściwym odczytaniu.
Dziś o uniwersytecie można pisać co się chce i można to robić bezkarnie, gdyż odpowiednie „czynniki” całą rzecz mają od dawna rozstrzygniętą. Sam staram się pisać na ten temat dopiero od niedawna , gdyż wcześniej mój głos – głos adiunkta, pracownika niesamodzielnego – w ogóle nie mógł być brany pod uwagę. W Sommerville’u odnalazłem zatem sojusznika przegranej sprawy, moralistę, który na starość zabrał się do spisywania swych kazań i dobrych rad dla świata, Ripa van Winkle, co usiłuje naukę i akademię współczesną przekąpać w morzu nieczynnych wartości. Jakkolwiek sympatyzuję z takim ujęciem, uważam je za jałową, pozbawioną przedmiotowej treści moralistykę. Nie można wyprostować rosochatego drzewa człowieczeństwa, nie da się też naprawić uniwersytetu w jego obecnym kształcie. Trzeba pomóc mu odejść. Mam na to sposób.

Uczone rozproszenie

Reformy edukacyjnej nikt już nie cofnie, ale możliwa jest jej korekta. Przede wszystkim należy odnotować, że myślenie wyprowadziło się z uniwersytetu, zmieniło mieszkanie. Na próżno szukać go po bibliotekach czy w kawiarniach. Biblioteki są zamykane, z czasem nie będzie żadnych bibliotek. Z kawiarni wylewa się piwo i obraz telewizyjny. Zdigitalizowane zasoby kultury zostaną szybko zaklikane i rozproszone w „chmurze”. Cioran w niczym nie będzie lepszy od nastoletniego autora blogu; co najwyżej będzie gorszy, bo mniej rozchichotany i mniej nachalny. Blokada etatów na uniwersytetach sprawi – to zresztą już teraz codzienność – że kadra uniwersytecka przestanie się odradzać. Wydziały ogarną starcza skleroza i powtórzenie. Ten niewesoły, trzeba przyznać, scenariusz wydaje się prawdopodobny. Tyle że za nie mniej prawdopodobny należy uznać scenariusz jaśniejszy, osnuty wokół idei „rozproszenia” uniwersytetu w kreatywnych centrach kultury.

Zastanówmy się, co to oznacza. Przede wszystkim – co widać gołym okiem – zmienia się struktura finansowania nauki, również nauki humanistycznej. Państwo wycofuje się krok po kroku z pełnego opłacania etatów naukowo-badawczych, przerzucając odpowiedzialność za dystrybucję środków przeznaczonych na naukę na rozmaite w swojej liczbie instytucje publiczne. Leniwy i indolentny profesor będzie musiał zadowolić się skromnym wynagrodzeniem za tytuł i swe nieusuwalne istnienie. Płatna pozostanie dydaktyka. Niewymagający studenci będą mogli czerpać swą wiedzę z pożółkłych kartek profesorów starej daty, pogrążonych w świecie dawnych bzików i fascynacji, ci lepsi zaś będą włączani w obręb nowych, twórczych, ambitnych projektów, odkrywających to, co nawet nieprzeczute jeszcze albo oczekujące na ponowne odkrycie. Wszakże najistotniejsze z mojego punktu widzenia zmiany przyniesie ścisła współpraca uniwersytetu z placówkami, w których myślenie rozwija się dynamicznie, gdzie jest u siebie. Podam przykład: budynek mojego wydziału oddalony jest od gmachu Opery Podlaskiej raptem kilkaset metrów. Stosunkowo szybko zorientowałem się, że studenci przychodzą na uniwersytet, ponieważ muszą, natomiast do Opery chodzą, bo tak chcą. Postanowiłem to połączyć. Wraz z dyrektorem Opery Roberto Skolmowskim – nota bene posiadającym nieprzeciętny słuch na zapotrzebowanie społeczne w dziedzinie szeroko pojętej kultury – realizuję obecnie wiele wspólnych projektów o charakterze filozoficznym, w których znalazło się miejsce dla wielu studentów i dzieciaków ze szkół ponadpodstawowych. Okazało się – zawsze to podejrzewałem – że młodzi ludzie, nierzadko ze świetnymi pomysłami w głowach, mogą (ponieważ chcą) wypełnić życiem instytucje kulturalne, jeżeli te są w wystarczającym stopniu chłonne i otwarte na to, co nowe.

Jeszcze inny przykład stanowi dobrze rozruszana Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, wydająca kwartalnik filozoficzny „Kronos”, w którym jestem członkiem redakcji. Nasze przedsięwzięcia wydawnicze, konferencje, organizowane przez nas festiwale finansowane są zarówno z puli Ministerstwa Kultury, jak też z grantów przyznawanych przez Ministerstwo Nauki. Nawet urzędnicy załapali, że filozofia jest dziedziną z pogranicza nauki i kultury, dlatego należy wspierać ją z obu stron. Wszakże realnym zagrożeniem dla myślenia pozostają nadal nieodpowiedzialni politycy, których fantazje – „kultura się sama wyżywi” – niejeden raz myślenie hamowały, tłamsząc je i rozgniatając.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter