70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kierkegaard&Kierkegaard – wytwórnia rozpaczy

Być i nie być sobą – w każdej chwili, i nie móc się ujednoznacznić, zyskać własnej tożsamości raz i na zawsze – to rozpaczać. A to dzieje się zawsze, kiedy dzieje się człowiek. Produkować pośredniość, podwójność – to rozpaczać. Mówić – to rozpaczać. Słuchać – to rozpaczać. Jeść – to rozpaczać. Decydować – to rozpaczać. Nie rozpaczać – to rozpaczać. Wierzyć – czy to też rozpaczać? – Nie, mówi Kierkegaard, ale za zbawienie płaci się tym, co ludzkie.

„A przecież znajduję w tym zadowolenie – mikrokosmicznej sytuacji bronię tak makrokosmicznie, jak to tylko możliwe” . Nie ma zatem rady. Skoro autor składa takie oświadczenie, musimy go słuchać i mu wierzyć. Jeśli całe pojęciowe uniwersum ma swe uzasadnienie w drobnych nawet wydarzeniach z prywatnego życia, jeśli makrokosmos filozofii swój kształt zawdzięcza obronie mikrokosmosu konkretnej egzystencji – to owo prywatne życie i owa konkretna egzystencja same muszą, przynajmniej w jakiejś mierze, zostać uwzględnione przez czytelnika.
Jest to jedna z bardziej irytujących cech pisarstwa Sørena Kierkegaarda. Dawanie wiary plotkom, grzebanie się w intymnym dzienniku, kamerdynerski biografizm stanowią, z woli samego autora, integralną część jego antysystemowej filozofii. Zatem aby móc traktować ją serio, musimy zanurzyć się w tych mętnych wodach.

Smutny celebryta

Mroczna, rodzinna tajemnica i klątwa, trzebiąca progeniturę układnego ojca rodziny, nieźle prosperującego w kupieckim mieście Północy? Nieskonsumowany i efemeryczny związek egzaltowanego intelektualisty i młodej pannicy z mieszczańskiej rodziny z finałem na Wsypach Dziewiczych? Szalona walka żałosnego i pełnego resentymentu Don Kichota z kilkoma urzędnikami w przebraniu pastorów zakończona „męczeńską” śmiercią akurat w momencie, kiedy ofiara roztrwoniła ostatnie grosze z odziedziczonej fortuny? To fakty dobrze znane i niezwykle istotne, ale wszystkie one oddalają od nas Kierkegaarda, „archaizują” go, zamykając jego życie w schematach narracyjnych, specyficznych dla XIX w. Dobre punkty wyjścia do przestylizowanych opowieści „z epoki” – wiktoriańskich horrorów, pensjonarskich romansów, tanich komedii.

Ale jest coś w życiu Kierkegaarda, co czyni go postacią na wskroś bliską. I co za tym idzie – już nie „mroczną”, „patetyczną”, „żałosną”, tylko smutną, smutną naszą smutną pospolitością. Coś, co uwspółcześnia go w sposób dramatyczny i sprawia, że nawet niechętny jego osobie czytelnik, mający za nic fanaberie mieszczuchów sprzed niemal 200 lat, musi pochylić się nad nim z pełnym zrozumienia współczuciem.

Historia zaczęła się banalnie – i tak też się skończyła. „Korsarz” był czasopismem skandalizującym i niebywale popularnym. Mimo że Kierkegaard przyjaźnił się z prowadzącym to pismo Aaronem Goldschmidtem, popadł w konflikt z Pederem Ludvigiem Møllerem (prototypem Johannesa Uwodziciela!) ściśle powiązanym z gazetą. Chodziło – a jakże by inaczej – o negatywną recenzję dotyczącą fragmentu Stadiów na drodze życia, zamieszczoną nawet nie w „Korsarzu”, ale w wydanym przez Møllera pod koniec 1845 r. „Roczniku Estetycznym” pt. Gœa. Kierkegaard odpowiedział na nią ostrym artykułem w „Ojczyźnie”, gdzie demaskował skrzętnie ukrywane powiązania Møllera ze skandalizującym „Korsarzem”. Skompromitowana kariera Møllera załamała się, a „Korsarz” w ramach zemsty rozpoczął bezpardonowy atak na Kierkegaarda.

Tak oto Kierkegaard, do tej pory wygodnie żyjący w solipsystycznym gabinecie luster, gdzie nawet ukochana Regina była jedynie jego własnym, zreflektowanym odbiciem, wyrwany został na zewnątrz i skonfrontowany ze swymi bliźnimi i to od razu en masse. Przykre to doświadczenie wpłynęło ostatecznie na sposób komunikowania się ze swymi – bardziej wirtualnymi, niż rzeczywistymi – czytelnikami.

Do biograficznie otwartej tutaj kwestii komunikacji powrócimy. Ale wpierw trzeba sobie unaocznić, co to znaczy – być przez kilkanaście miesięcy, regularnie i bez skrupułów, wyśmiewanym w prowincjonalnym mieście, i to za pośrednictwem gazety, a więc jakiegoś obiektywizującego medium. Zresztą właśnie chodzi o to, że tego nie trzeba sobie wyobrażać – mamy z tym do czynienia w naszej postnowoczesnej, tabloidowej codzienności niemal na każdym kroku. Tak czy inaczej, Kierkegaard, w miarę popularny dziwak–filozof, stał się XIX-wiecznym lokalnym celebrytą, na którym używała sobie brukowa prasa, a z jej inspiracji wszyscy bez wyjątku: kupcy, akademicy, dzieci, gosposie, woźnice, rybacy, urzędnicy, studenci czy matrony. Jego ekscentryczny sposób bycia, łączący wyniosłość i sarkazm, jego małe prowokacje, te eleganckie stroje połączone z fikuśnymi, przykrótkimi spodniami, spod mankietów których wystawały, co było najgorsze i najśmieszniejsze, chude i pałąkowate nogi – to wszystko stało się publicznie dyskutowaną sprawą. Nierzadko zwykli prostacy czy grubianie śmiali mu się prosto w twarz i wytykali go na spacerze palcami. Jego, Sokratesa Kopenhagi, Ironistę-Humorystę, Władcę Refleksji, Geniusza, który, jak sobie wyobrażam, zaciska wtedy w milczeniu pięści, przełyka ślinę z goryczą, a w głowie konstruuje kolejną racjonalizację, umożliwiającą mu trwanie w przeświadczeniu, że wciąż pozostaje mistrzem w tej grze.
Czyż nie czyni to Kierkegaarda naszym smutnym bliźnim w stopniu o wiele większym niż opowieści o klątwach i zerwanych zaręczynach? I czyżbyśmy mogli być aż tak oziębli, aby ten zaszczuty przez opinię publiczną, dobry w sumie człowiek nie budził naszej zdrowej, przelotnej litości?

Duchowe nieporozumienia

Pierwsze i chyba najsłynniejsze dzieła Kierkegaarda pisane były w formie „komunikacji pośredniej”. Później, już po sprawie z „Korsarzem”, Kierkegaard miał z niej zrezygnować na rzecz komunikacji bezpośredniej. Ale znów się wstrzymajmy i nim przyjrzymy się temu rzekomemu przejściu od pośredniości do bezpośredniości, spytajmy – jak rozumieć to jedno z kluczowych dla jego filozofii pojęć: „komunikacja pośrednia”? Czy jest to tylko próżna i niszcząca autorytet autora gra masek i pseudonimów? Sposób, aby, zachowując neutralność i względne incognito, tłumaczyć to i owo ze swego postępowania Reginie, ale i sobie samemu?

Sam Kierkegaard chyba dopiero w Nienaukowym zamykającym postscriptum w pełni mógł dać wyraz istocie swojej pisarskiej „metody”. Oparta jest ona na prostej, acz rewolucyjnej konstatacji, iż: „Między duchem i duchem bezpośrednie zrozumienie istotnej prawdy jest niemożliwe do pomyślenia” . Komunikacja pośrednia nie jest grą, nie jest przypadkowym narzędziem. Na najgłębszym poziomie nie jest też metodą ani stylem uprawiania pisarstwa. W niej bowiem tkwi cała powaga egzystencji, tzn. to, że człowiek nie jest istotą z góry sobie daną, zakończoną, obdarzoną jednoznaczną tożsamością i monadycznie zamkniętą w swej doskonałej obłości; po prostu – nie jest istotą bezpośrednią. Relacje ludzkie tym bardziej.

Zrozummy to dobrze. I pobawmy się spekulacją. Kiedy moneta wpada do dystrybutora, a ten wypluwa puszkę gazowanego napoju – zachodzi proces komunikacji. Jest to komunikacja bezpośrednia – jednoznaczna, jednolita, zobiektywizowana, mechaniczna, przy zachowaniu odpowiednich warunków brzegowych zawsze zachodząca w ten sam sposób. Na „pytające” wrzucenie pieniążka dystrybutor zawsze „odpowie” wypluciem napoju. Sęk w tym, że nikt nie nazwałby tego komunikacją. I to jest cały problem z komunikacją bezpośrednią – nie tylko nic się w niej nie komunikuje, ale i ciężko sobie wyobrazić realne podmioty takiej komunikacji (prócz maszyn, komputerów etc.; … i ewentualnie Absolutu). Kierkegaard, zaślepiony polemicznym zapałem, chciał wierzyć, że komunikacja bezpośrednia charakterystyczna jest dla tych, którzy tworzą naukowe systemy. Nie tylko matematyczne działania, ale heglizm miał być przykładem komunikacji bezpośredniej, bowiem heglizm to rzekomo taki dystrybutor, który na każde pytanie ma gotową, obiektywną odpowiedź, precyzyjnie rozmieszczoną w odpowiedniej przegródce. Jak błędna była to teza, zobaczymy za chwilę.

Między słowami

Czym natomiast jest komunikacja pośrednia? To o wiele bardziej złożone zagadnienie, które trzeba omówić na dwóch poziomach.

Na pierwszym sprawa wygląda następująco. Oto pewien mężczyzna koło trzydziestki, jak sugeruje chrześcijańska ikonografia – przystojny, z elegancko przystrzyżoną brodą, nieco hipisowską fryzurą, w skromnej, powłóczystej szacie, mówi do Ciebie – „Jestem Synem Bożym”. Jak się do tego odniesiesz, człowieku, co z tym zrobisz? Bo coś zrobić musisz; wyboru nie ma – trzeba wybierać. To nie proste wciśnięcie pieniążka w szczelinkę automatu. To już komunikacja pośrednia, a ta, choć przekazuje jakieś treści, ma na celu, jak widać, co innego: wymusić u odbiorcy zajęcie postawy, postawy etycznej, związanej z decyzją jednostki, jak należy zrozumieć dany komunikat, jak go użyć, zareagować nań, jak go uwewnętrznić. Tutaj nie ma obiektywnej reguły, mechanizmu, tutaj pozostawiono Ci możliwość, tutaj jest skok między „co” i „jak”, między neutralnością języka a konkretnym działaniem.

Komunikacja pośrednia ma więc przede wszystkim charakter praktyczny. Jak, niezamierzenie po marksistowsku, ale trafnie określił to biograf Kierkegaarda – ta „teoria była próbą zracjonalizowania praktyki” . Decyduj – decydując zaś uskuteczniasz pośredniość komunikatu. I samego siebie.

W takiej komunikacji nadawca nie jest władcą absolutnym – otwiera się bowiem na „interpretację” odbiorcy, na jego decyzję, co to wszystko znaczy. To otwarcie przejawia się już na poziomie samej treści komunikatu, która musi być (i zawsze jest) sprzeczna, zdestabilizowana, niedomknięta, w jakiejś mierze – paradoksalna. Człowiek, który je, chodzi, kicha, śpi, myje się i rogowacieją mu pięty, ma być Synem Bożym? Zgorszenie! Głupota! Ktoś tutaj chyba nie wie, o czym mówi! A może coś jest na rzeczy? Trzeba z tym zrobić porządek. Ale nie zapominajmy, że człowiek, odbiorca objawienia, to czysta marność. I zaprowadzony przez niego porządek to taka sama marność jak i on. Nigdy za jego sprawą „wadliwość” komunikatu, jego paradoksalność, nie zostanie przezwyciężona – przecież i on, odbiorca, decydując się na jakąś postawę względem absurdalnej otwartości, dopełniając ją, też nie jest finalnym władcą komunikatu (choć taki się może wydawać na pierwszy rzut oka). Wszak to jedynie na jego powtarzalnej, a więc skończonej decyzji, czymś najmarniejszym – czystej subiektywności – zawisła ta treść. Otwartość komunikatu ma wypełnić marność decyzji. Brak wypełniany brakiem = komunikacja pośrednia.

W żargonie historyczno-filozoficznym można to ująć tak – komunikacja pośrednia to rodzaj postheglowskiej dialektyki uznania czy nieco szalonego rozumu komunikacyjnego albo specyficznej filozofii dialogu; jej formuła to „otwarta ufność nadawcy i akt zdecydowania odbiorcy”. Owa wiara zaś, climacusowa wersja rewolucyjnej praxis, to, uwewnętrzniona, subiektywna „dalsza bezpośredniość”, „wyinterpretowana” z pośredniości komunikatu, danego przez osobowego Boga. Uff, nieco to skomplikowane, a to dopiero początek, pierwsza warstwa.

Za każdym razem – rozpacz

Druga warstwa, drugi poziom komunikacji pośredniej jest już zasadniczy, sięga w głębiny, w ontologiczne struktury ludzkiego jestestwa. Tutaj kryje się istota filozofii egzystencjalnej Kierkegaarda. Spróbujmy.
Potwórzmy cytat z Climacusa: „Między duchem i duchem bezpośrednie zrozumienie istotnej prawdy jest nie do pomyślenia”. Wspominaliśmy też, że Kierkegaard (Climacus) mówi to, ale zdaje się nie przyjmować do wiadomości istotnego znaczenia tych słów. Bo jak można utrzymywać, wobec takiego postawienia sprawy, że istnieje jeszcze jakaś ludzka „komunikacja bezpośrednia”, jak miałoby się to dziać np. w heglizmie? Przecież między ludźmi, istotami duchowymi, nawet między heglistami, cokolwiek oni sami by o tym sądzili, wszelka komunikacja musi być – zawsze, zrazu, źródłowo etc. – pośredniością. Dlaczego? Bo jak już wspomnieliśmy, sam człowiek, nawet heglista, cokolwiek by o tym sądził, nie istnieje bezpośrednio. O czym Kierkegaard nieustająco nam przypomina.

Człowiek, jak czytamy w Chorobie na śmierć, to istota rozbita, złamana, rozproszona między wiele porządków. Przez to nigdy nie jest tym, kim niby jest. Jest stosunkiem do stosunku. Ruchem i napięciem. To zdwojenie i oscylacja nazywa się właśnie pośredniością. Na przykład człowiek jest zwierzęciem, które mówi i w tym wychodzi poza swoją zwierzęcość. Takie zwierzę, które mówi, jest nie mniejszym paradoksem niż mówiąca istota, która ogłasza się Synem Bożym. „Bezpośrednio wszystko jest prawdziwe, lecz świadomość nie może pozostawać w bezpośredniości. Gdyby ta bezpośredniość była tożsama z bezpośredniością zwierzęcą, wtedy problem świadomości zostałby zniesiony, ale z tego wynikałoby, że człowiek jest zwierzęciem lub że pozostaje niemy. Dlatego mowa jest tym, co znosi bezpośredniość. W tym sensie można by się wyrazić następująco: bezpośredniość jest rzeczywistością, mowa jest idealnością; gdy mówię, tworzę sprzeczność. Gdy zatem chcę wyrazić spostrzeżenie, jest to sprzeczność, to bowiem, co mówię, jest czymś całkiem innym niż to, co chcę powiedzieć. Nie potrafię wyrazić rzeczywistości w języku; dla niej używam idealności, która jest sprzecznością, nieprawdą” .

Każdy akt językowy jest żywym paradoksem, splotem sprzeczności – między słowami i rzeczami, idealizacją a realnością, subiektywnością i obiektywnością, podmiotowością i przedmiotowością, duchem i ciałem, praktyką i teorią, etc. Każdy komunikat jest więc, z samej istoty komunikowalności (języka jako takiego) – pośredni; nie jest tym, czym jest. I każdy domaga się interpretującej, domykającej decyzji, co to wszystko znaczy, co mi chcesz „tak naprawdę” powiedzieć. Nie trzeba nic wspominać o Bogu, wystarczy np. poprosić: „Kup mi, proszę, płyn do zmywania naczyń”, albo oznajmić: „Swędzi mnie nos”, albo mruknąć pod nosem: „Co za przynudzanie, panie Sosnowski”– a rozewrze się otchłań, absurd, paradoks.

Otwartość ciągnie się za każdą wypowiedzią jak przekleństwo (klątwa!), bowiem nic, co powiedziane, nie jest ostateczne, wszystko podgryza robal „nieprawdy”. Ciągle, znów i znów, musimy powtarzać względem przeróżnych wypowiedzi nasze decyzje, interpretacje, zapośredniczać się w nich i w nich się sobą stawać, otwierać na otwartość Innego–który–mówi, na „przestwór” gadającego zwierzęcia, ciągle musimy zawierzać, rzucać się w otchłań paradoksu, który jest samym aktem językowym, kryształem decyzji. To jest właśnie istota powtórzenia – ważna kategoria – które samo stanowi, jak dopowiada Kierkegaard (Kierkegaard i Kierkegaard, powtórzony), realizację transcendencji, wolności decyzji, nieskończonego stawania się sobą.

Ale jeśli tak rzeczywiście jest, to ludzka komunikacja jest rozpaczą (i znów ważny termin kierkegaardiańskiej filozofii) – jej potwierdzeniem i reprodukcją. Rozpacz to nic innego niż owo nieujarzmione podwojenie. Podglebiem powtórzenia jest właśnie rozpacz. Być i nie być sobą – w każdej chwili, i nie móc się ujednoznacznić, zyskać własnej tożsamości raz i na zawsze – to rozpaczać. A to dzieje się zawsze, kiedy dzieje się człowiek. Produkować pośredniość, podwójność – to rozpaczać. Mówić – to rozpaczać. Słuchać – to rozpaczać. Jeść – to rozpaczać. Decydować – to rozpaczać. Nie rozpaczać – to rozpaczać. Wierzyć – czy to też rozpaczać? Kierkegaard wierzył, że prawdziwa wiara, jako druga bezpośredniość, znosi rozpacz, i jest ostatecznym, finalnym powtórzeniem w absolucie, ale za cenę wszystkiego tego, co ludzkie. Wierzyć, prawdziwie wierzyć można wtedy, kiedy kończy się komunikacja i proces powtórzeń siebie. Znieść rozpacz to znieść porozumienie. Postawić na homogeniczność. Tożsamość absolutną. W bezpośredniości, bez podwojenia, nie ma już jak i co mówić. Jest zbawienie.

Komunikacja pośrednia jest znamieniem izolacji i rozdarcia – owej przestrzeni rozmowy, ale i niezgody. Tego, że zawsze istnieje rozpaczliwa możliwość, iż się nie porozumiemy, a decyzja będzie – nieodpowiednia? Względem czego? Też musimy zdecydować – względem czego? Ale i wtedy, im bardziej chcemy wyjść poza naszą zindywidualizowaną izolację, sięgnąć do czegoś obiektywnie istniejącego (systemu?), do czego można się z pełną ufnością odnieść, im dobitniej chcemy się czegoś naprawdę dowiedzieć – tym bardziej wzrasta stawka komunikacji, potężnieje ryzyko rozmowy i jej fiaska. I tym silniejsza staje się rozpacz i izolacja.

Komunikacja pośrednia, zawsze, prócz praktycznej treści, którą nie tyle komunikuje, ile chce wymusić na odbiorcy, komunikuje samą siebie, językowe rozdarcie – czyli rozpacz. Komunikacja pośrednia jest transmisją rozpaczy.
Wyjść poza rozpacz można w wierze chrześcijańskiej, zdecydowaniu ostatecznym. Ale dokąd nas to prowadzi?

Chwila bez pseudonimów

Na jednym poziomie komunikacja pośrednia to majeutyczna maestria (kierkegaardowskie pseudonimy, albo–albo, stale towarzysząca lekturze autorska intencja: „niech czytelnik tych pism decyduje, o co w nich chodzi, a ja, autor, zacieram w milczeniu ręce, będąc gdzie indziej, obserwując”, etc.). Na drugim – to rozpacz. Kierkegaard chciał zrezygnować z obu. Udało mu się w jakiejś mierze porzucić tylko estetykę pierwszego. Drugi zaś, na dobre i złe, jest nieodzowny i pozostał obecny w jego działalności pisarskiej, działalności ludzkiej , do samej śmierci.
Przypomnijmy. Po aferze z „Korsarzem” postanowił zerwać z pseudonimami (choć Anty-Climacus, autor niektórych dzieł wydanych po 1848 r., to też postać niby-pseudonimowa) i rozpocząć ofensywę komunikacji bezpośredniej. Skoro jest tak dogłębnie nierozumiany przez przyjaciół i wyśmiewany przez wrogów, trzeba zagrać w otwarte karty. Być bardziej skutecznym. Ujednoznacznić się. Nie tworzyć kolejnej książkowej teorii, tylko egzystencjalne, chrześcijańskie mowy i odezwy. Rewolucyjne ulotki, jak „Chwila”. Skąd ten poroniony pomysł? Przecież już powinien się domyślać – czy aby na pewno? – że komunikacja bezpośrednia jest niemożliwością dla egzystującego. Że rozpacz wciska się wszędzie, jak brud, jak kurz, jak płacz niemowlaka.

Nie chodzi tylko o biograficznie potwierdzony fakt ostatecznego absurdalnego przyznania się do tego, że rzeczywiście jest chrześcijaninem, i o ewentualne pragnienie wypowiedzenia tej prostej prawdy. Wydaje się, że ogólny brak zrozumienia własnej twórczości wśród odbiorców mocno mu jednak doskwierał. I to do tego stopnia, że na równi z nowo odkrytą wiarą stępiał dialektyczny zmysł. Może w tym specyficznym stanie nie mógł sobie pozwolić, furiacki neofita, aby władzę nad jego spuścizną przejął rozdokazywany tłum? Żeby ogólność przemieniła jego skarb, patos chrześcijaństwa, w rodzaj instytucji? Albo, co również było możliwe, aby nikt niczego się nie dowiedział o chrześcijaństwie z jego ust, a jedyne, co po nim by pozostało, to uwagi w rodzaju: „Duński pisarz z chudymi nogami, autor Dziennika uwodziciela”?
Czy niezgoda na tego typu otwartość, niezgoda, umocniona przez wiarę, sprawiła, że nie przyjmował do wiadomości, iż jego zabawa z „czytająca publicznością” oparta jest na regułach, których on sam nie ustanawia? Cóż, może rzeczywiście, niepomny nauk starożytnych mistrzów, przywołując potęgi, nad którymi władzy nigdy nie miał, chciał siebie samego ostatecznie przekonać w kolejnych odautorskich oświadczeniach i deklaracjach, i uwierzyć, że to wszystko – relacje z odbiorcami – w pełni kontroluje . Ale jeśli tworzone między innymi w tym celu pseudonimy były naddatkową naiwnością – to tak, jakby w czasie sztormu ktoś plaskał wiosłem po falach w przekonaniu, że to on fale wywołuje – to zastępująca je bezpośredniość wypowiedzi, do której teraz rozpaczliwie Kierkegaard dążył, była nie tyle naiwnością, ile samym bezrozumem: wiarą w to, że sztormu nie ma.

Czym mogłaby być taka bezpośrednia komunikacja, jeśli w ogóle czymś więcej niż mruczeniem przyrody albo mechanicznym zgrzytem robotów montujących samochody? Chyba tylko ciszą po wysłuchanej modlitwie – czymś, co przywołuje Absolut, odwołując doczesność. Ale właśnie ten „fantazmatyczny” model absolutnego, wewnętrznego „porozumienia” Kierkegaard chciał teraz przenieść na chaotyczne i zawsze w jakiejś mierze „patologiczne”, relacje między nim a czytelnikami. Musiał więc ponieść klęskę, choć tę porażkę można równie dobrze (komunikacja pośrednia wiecznie żywa!) uznać za męczeński triumf wiary.
Z czym zostają czytelnicy jego pism? Ośmieszony filozof chce zerwać maskę błazna – i umiera, chory na śmierć. Wraz z nim zanika jego „nieludzkie” dzieło – uwewnętrzniony, „prywatny” absurd wiary. My zostajemy z tego dzieła doczesną resztką, z jego książkami – z rozpaczą.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata