70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Ja tej ziemi boję się”

W filmach dotyczących Smoleńska najmniej interesujące są kwestie związane z samą katastrofą. Pod tym względem każdy z dokumentów dowodzi założonej tezy, ilustruje pewien typ spojrzenia na tragedię, żaden natomiast nie zajmuje się weryfikacją wersji drugiej strony. O wiele ciekawsze jest spojrzenie na te filmy jako na dokumenty socjologiczne, a nawet antropologiczne, mówiące o stanie zbiorowej świadomości.

Katastrofa smoleńska i jej następstwa były – poza wszystkim innym – również ogromnym wydarzeniem medialnym. Przez pierwsze dwa tygodnie nie mówiono o niczym innym, tragedia zdominowała środki masowego przekazu również przez wiele następnych miesięcy. To, w jaki sposób różnicowały się media w zależności od stosunku do katastrofy, byłoby tematem na fascynującą pracę medioznawczą, która niestety pewnie już nie powstanie, zarówno z uwagi na ogrom sprawy, jak i na coraz większy dystans czasowy. Filmy dokumentalne dotyczące katastrofy stanowią jedynie niewielki ułamek tego, co miało miejsce w mediach. One również są w historii polskiego kina fenomenem. Nie przypominam sobie bowiem żadnego innego pojedynczego wydarzenia, które zainicjowałoby powstanie tak wielu filmów dokumentalnych, w dodatku tak różnych w swojej wymowie i sposobie postrzegania świata.

Prawica i cała reszta

Ogółem znanych mi jest 19 filmów dokumentalnych związanych z katastrofą i jej rozmaicie pojmowanymi następstwami, włączając w to filmy zagraniczne. Można je podzielić na kilka grup, z których najliczniejszą, a także najbardziej spójną stanowią filmy, które nazwę tu umownie „prawicowymi”. O takiej kwalifikacji przesądza zbieżność ich sposobu postrzegania świata z poglądami głoszonymi przez prawicowe media (np. „Gazetę Polską”) oraz partię Prawo i Sprawiedliwość. Na tę wizję składa się nieufność (delikatnie rzecz ujmując) do oficjalnej wersji wydarzeń, uznającej katastrofę Tu-154 za wypadek lotniczy; niechęć (mówiąc równie oględnie) do aktualnie rządzącej ekipy, a także tzw. mediów „głównego nurtu”; nieufność i niechęć wobec Rosji; apologetyczny stosunek do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przedstawianego jako wielki mąż stanu niszczony przez liberalne media; model patriotyzmu, łatwo kojarzący z pewnym wariantem polskiego XIX-wiecznego romantyzmu, oparty na przeświadczeniu o nierozerwalnym związku polskości i katolicyzmu, zawierający wątki martyrologii i mesjanizmu. Filmy „prawicowe” zawierają wszystkie bądź przynajmniej niektóre z powyższych właściwości, w rozmaitych proporcjach. O ich „prawicowości” świadczą również okoliczności ich powstania i sposób dystrybucji. Większość z nich została wyprodukowana przez „Gazetę Polską” albo przez firmę Open Group, znaną z realizacji filmów dokumentalnych, przede wszystkim historycznych, o orientacji prawicowej. A wreszcie ich autorami są twórcy lub dziennikarze, którzy sami definiują się jako prawicowcy i nierzadko angażują się w działania polityczne, jak Ewa Stankiewicz czy Anita Gargas.

Na dokumenty „prawicowe” składa się 10 tytułów. Są to: cztery filmy autorstwa Ewy Stankiewicz we współpracy z Janem Pospieszalskim, Solidarni 2010 (2010), Krzyż (2011) anonsowany przez samych realizatorów jako druga część Solidarnych 2010, Lista pasażerów, cz. I i II (2011); dwa filmy Anity Gargas: 10-04-10 (2010) oraz Anatomia upadku (2012); dwa filmy Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej: Mgła (2011) i Pogarda (2011); ponadto Zobaczyłem zjednoczony naród (2011) Anny Ferens, a także List z Polski (2011) zrealizowany przez Mariusza Pilisa dla telewizji holenderskiej.

Druga grupa jest znacznie mniej liczna i spójna. Filmy, które się do niej zaliczają, łączy przede wszystkim to, że zaprzeczają wizji reprezentowanej przez dokumenty „prawicowe”. Nie ma w nich akcentów antypaństwowych ani antyrosyjskich, Lechowi Kaczyńskiemu poświęca się mało uwagi, katastrofę uważa się za wypadek lotniczy, trudno się też doszukać obecnego w filmach „prawicowych” modelu patriotyzmu. Wszystkie one były emitowane w telewizjach „głównego nurtu”, tzn. w TVP lub stacji TVN. Do grupy tej zaliczam: Smoleński lot (2011) Moniki Sieradzkiej, wyprodukowany przez TVP; Katastrofę (2011) Artura Żmijewskiego dla 29. Biennale w São Paulo oraz dwa filmy Ewy Ewart: W milczeniu (2011) dla TVN oraz Tragedię smoleńską (2011) zrealizowany dla telewizji BBC. Do tej grupy zaliczyłbym też trzypłytowe wydanie DVD pt. Bądźmy razem (2010) zrealizowane przez TVP.

Trzecia grupa to dwa filmy zagraniczne: Katyński syndrom (2010) zrealizowany dla pierwszego programu telewizji rosyjskiej, oraz Śmierć prezydenta (2013) wyprodukowany przez kanał National Geographic w ramach serii Katastrofy w przestworzach, poświęconej wypadkom lotniczym. Wreszcie czwartą grupę stanowią filmy „prywatne”, „amatorskie”, niezależne, studenckie. Może ich być niemało, ale osobiście znam dwa: Mam prawo tu stać (2010) Michała Brożonowicza oraz 7 dni (2010) Damiana Żurawskiego. W obu tych grupach również nie ma miejsca na ideologię prawicową, filmy zagraniczne pomijają milczeniem wszelkie zagadnienia polityczne i zdecydowanie przedstawiają katastrofę lotniczą jako wypadek (choć film rosyjski referuje zarzuty polskiej prawicy).

Krystalizacja tożsamości

We wszystkich tych filmach najmniej interesujące są kwestie związane z samą katastrofą. Niektóre z nich stanowią właściwie ilustrację tez tzw. komisji Macierewicza, wykorzystując – jak Anatomia upadku – symulacje komputerowe przygotowane przez jej ekspertów oraz wypowiedzi świadków mające te ustalenia potwierdzać (choć, jak się dobrze wsłuchać, niekoniecznie to robią); inne, jak Smoleński lot, Tragedia smoleńska czy Śmierć prezydenta, podkreślają te wszystkie okoliczności wypadku, które podnosi raport komisji Millera, a więc złą pogodę, błędy w pilotażu czy kontroli lotu. Pod tym względem każdy z filmów dowodzi założonej tezy, ilustruje pewien typ spojrzenia na katastrofę, żaden natomiast nie zajmuje się weryfikacją wersji drugiej strony. Nie wiadomo zresztą, czy byłoby to do udźwignięcia dla filmu dokumentalnego, którego rolą jest zazwyczaj raczej czytelne objaśnianie świata niż wnikanie w jego zawiłości.

O wiele ciekawsze jest spojrzenie na filmy smoleńskie jako na dokumenty socjologiczne, a nawet antropologiczne, mówiące o stanie zbiorowej świadomości. Z tego punktu widzenia na większą uwagę zasługują filmy „prawicowe”. Decyduje o tym ich skrajność i nieprzejednanie, a nawet napastliwość. Pod tym względem asymetria między nimi a wszystkimi pozostałymi jest widoczna gołym okiem. W filmach z pozostałych grup nikogo się nie oskarża, nawet jeśli wskazuje się na błędy w pilotażu czy kontroli lotu, to nie wyrokuje się o winie poszczególnych ludzi, nie mówiąc już o tym, że nie ma w nich żadnych oskarżeń pod adresem grup politycznych czy społecznych. Tymczasem w dokumentach prawicowych padają najcięższe oskarżenia zarówno wobec polityków z partii rządzącej, jak i pod adresem Rosjan. Oskarżenia wypowiadane z pełnym przekonaniem, z głębokim przeświadczeniem, że żaden człowiek dobrej woli po prostu nie może myśleć inaczej.

Zarzuca się niekiedy tym filmom, że są propagandowe, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. One odkryły istnienie pewnej wspólnoty, a zarazem, odkrywając ją, przyczyniły się do jej ukonstytuowania. Myślę tutaj zwłaszcza o filmach Solidarni 2010 oraz Krzyż. Pierwszy z nich powstał bardzo szybko, wyemitowano go w telewizji publicznej już 24 kwietnia, w dwa tygodnie po katastrofie. Jest to zresztą jedyny „prawicowy” dokument, który został wyemitowany w telewizji publicznej. Solidarni 2010 to właściwie półtoragodzinna sonda uliczna, prowadzona gównie przed Pałacem Prezydenckim w pierwszych dniach po katastrofie oraz podczas pogrzebu pary prezydenckiej w Krakowie. W filmie udało się zarejestrować atmosferę ogromnego poruszenia, niedowierzania i szoku. Tłumy widoczne w kadrze, wielka liczba wypowiadających się osób w różnym wieku i różnych profesji, pochodzących z różnych stron kraju, a także ciągła obecność symboli narodowych, stwarzają poczucie, że film przemawia niejako w imieniu „całego narodu”, że oddaje nastawienie wszystkich Polaków. Wrażenie mylne – na co zresztą wskazywali komentatorzy – bo do kamery wypowiadają się wyłącznie przedstawiciele jednego światopoglądu, ludzie niezadowoleni z państwa, w którym im przyszło żyć, z modelu stosunków społecznych, z wartości propagowanych w mediach „głównego nurtu”. Z ich wypowiedzi wyraźnie wynika, że czuli się dotąd marginalizowani, wyśmiewani, spychani na drugi plan. Nagle – przy okazji katastrofy smoleńskiej – odkryli, że tak jak oni, myśli wielu. Film Solidarni 2010 pokazuje narodziny tej wspólnoty. Jej spoiwem jest świetlana pamięć tragicznie zmarłego prezydenta, tak niezasłużenie krzywdzonego, a także wspólny wróg: aktualny rząd, kierujący się złymi intencjami, wspierające go liberalne media, a także wielki sąsiad ze wschodu. Tytułem filmu realizatorzy nobilitują tę wspólnotę, wiążąc ją z wyzwoleńczym ruchem Solidarności i zarazem sugerując, że nadszedł czas na kolejny, podobny do tamtego zryw narodowowyzwoleńczy.

Krzyż, anonsowany jako druga część Solidarnych 2010, a poświęcony głównie sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu pokazuje tę samą wspólnotę, ale w nieco inny sposób. O ile w Solidarnych 2010 po prostu nie ma ludzi myślących inaczej, wskutek czego może powstać mylne wrażenie, że wszyscy Polacy wyznają głoszony w tym filmie światopogląd, to Krzyż pokazuje społeczeństwo rozdarte. Autorka filmu nie do końca może się zdecydować, czy obrońcy krzyża są w większości czy w mniejszości, ale ostatecznie przeważa ta druga opcja. Ukazani są nieomal jak pierwsi chrześcijanie, szlachetni, skromni, rozsądni, przeciwstawieni szalejącej tłuszczy i agresywnym pijakom, czy wreszcie znacznie od nich liczniejszym oddziałom policji. Sympatie realizatorki są w tym filmie ewidentne – nawet nie stara się ona zrozumieć racji ludzi, którzy nie chcą krzyża na Krakowskim Przedmieściu, ale ta stronniczość wychodzi jej filmom na dobre, bo dzięki niej zostaje wyostrzony obraz dwóch niezwykle ważnych procesów socjologicznych: krystalizacji tożsamości społecznej i politycznej ludzi, którzy źle się czują w otaczającej ich rzeczywistości i w obronie przed nią sięgają do tradycyjnego wzoru Polaka-katolika, a zarazem opcji przeciwstawnej – tych, których drażni nadmierna ich zdaniem obecność Kościoła katolickiego w życiu publicznym, jak również prawicowy model polskości.

Chaos i zbrodnia

Scharakteryzowany powyżej konflikt ma charakter wewnętrzny. Jednak prawicowe dokumenty smoleńskie są niezwykle ciekawe również z uwagi na zawartą w nich swoistą geografię polityczną, w tym zwłaszcza stosunek do Rosji oraz Europy. Już w 2004 r. Tomasz Zarycki opisywał rolę, jaką oba te imaginacyjne obszary odgrywają w kształtowaniu polskiej tożsamości (Tomasz Zarycki, Uses of Russia: the Role of Russia in the Modern, Polish National Identity, „East European Politics and Societes” 2004, nr 18). Jak pisał, Polacy kompensują kompleks niższości wobec Zachodu poczuciem wyższości w stosunku do Wschodu. Negatywny obraz Rosji dostarcza Polakom punktu odniesienia i pozwala ujrzeć własne słabości we właściwych proporcjach (u nas nie wszystko jest dobrze, ale to nic w porównaniu ze skalą rosyjskiego zacofania, biedy i korupcji), utwierdza poczucie przynależności do Europy, jak również wzmacnia tożsamość opartą na doznawanych ze strony wschodniego sąsiada cierpieniach i prześladowaniach. Prawicowe filmy „smoleńskie” ilustrują powyższy model w sposób wręcz przykładowy. Zawarty w niektórych z nich obraz Rosji jest skrajnie, zawstydzająco wręcz negatywny. Ludzie wypowiadający się w Solidarnych 2010 otwarcie oskarżają Rosjan o zamach na samolot: „Wszystkie dotychczasowe doświadczenia wskazują (…), że wszystko było zaplanowane, wszystko było przemyślane, i wszystko było doprowadzone w stu procentach do efektu. Że KGB to naprawdę są poważni ludzie. Oni nie puszczają farby”. Albo: „(…) kiedy dowiedziałem się, że premier Putin zaprosił naszego premiera na uroczystość w Katyniu (…), pomyślałem sobie, że jak prezydent pojedzie, to może stać się nieszczęście, i nie miałem z kim się podzielić informacją, pomyślałem sobie, że albo doprowadzą do jakiegoś sabotażu i celowo sprowokują jakąś katastrofę, albo po prostu ich zastrzelą. To jest przerażające, ale ktoś, kto był w Rosji i zna na przykład całe gospodarstwo rosyjskie, to nie ma wątpliwości, że jest totalny bałagan. (…) nieoświetlony był pas startowy, żarówek brakowało (…). Mogło to być zrobione celowo, po to, aby zlikwidować naszego prezydenta”. Tego typu stwierdzeń pada w tym filmie znacznie więcej. Przy czym druga wypowiedź jest wewnętrznie sprzeczna – rozmówca mówi jednocześnie o bałaganie i o celowym zamachu, ale ta niekonsekwencja dobrze wpisuje się w stereotyp Rosji jako kraju zarazem zbrodniczego i pełnego chaosu.

Taki obraz zostaje wyostrzony w filmie 10-04-10, zrealizowanym niemal w całości w Smoleńsku. Tło głównych wydarzeń stanowią obrazy wałęsających się psów, stert śmieci, zdewastowanych klatek schodowych, komunistycznych pomników. W filmie dominuje mroczny obraz państwa rosyjskiego, które mataczy, nie chce ujawnić prawdy, zastrasza własnych obywateli, a przy okazji również konspirującego z Rosjanami państwa polskiego. Taką atmosferę zapowiada już pierwszy kadr – mroczny, przedstawiający ogołocone z liści drzewa i wielką liczbę czarnego, kraczącego ptactwa. Ujęcia chmar czarnych ptaków pojawią się jeszcze kilkukrotnie. Skojarzenie z opowiadaniem Żeromskiego pt. Rozdziobią nas kruki, wrony, poświęconego powstaniu styczniowemu, jest nieuchronne, tym bardziej, że wzmacnia je inny powracający obraz: zbitego z brzozy krzyża, stojącego samotnie pośród śniegu, przepasanego kirem i biało-czerwoną wstążką. Chwilę po ujęciu ptactwa wjeżdżamy wraz z ekipą filmową do Smoleńska. Jest ciemno, zimno, groźnie, na wzgórzu stoi czołg. Wkraczamy na obcą, nieprzyjazną ziemię.

Film Anity Gargas, reklamowany jako „pierwszy film śledczy o tragedii smoleńskiej”, posługuje się środkami wyrazu charakterystycznymi dla sensacyjnego filmu szpiegowskiego, takimi jak zdjęcia satelitarne z rejonu Smoleńska, którym towarzyszy dźwięk maszyny do pisania i budująca napięcie muzyka. Niektóre zdjęcia przypominają ujęcia z ukrytej kamery, pojawia się skryty w mroku Rosjanin, mówiący zmienionym głosem, a w napisach końcowych autorka dziękuje „wszystkim osobom, które pomogły przy realizacji filmu, a które zmuszone są zachować anonimowość”. Dodatkowo, większość indagowanych Rosjan nie chce rozmawiać (powtarza się motyw drzwi zamykanych przed reporterką) – tak naprawdę nie wiemy, dlaczego (powody mogą być rozmaite), ale w kontekście całego filmu jest to oczywiste: oni mają coś do ukrycia i boją się swojej władzy. Kropkę nad i stanowią przewijające się przez cały film wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej, która mówi m.in.: „Ja tej ziemi boję się. Jeżeli chodzi o Rosję, nawet mi nie przychodzi do głowy, aby im wierzyć. Boję się. Naprawdę. Nawet przez sekundę”. Chwilę później matka prezydenta dodaje: „Myślę, że tam są różni ludzie. Tylko są ogromnie zastraszeni. Ci Rosjanie, z otoczenia Putinowsko-Medwiedowskiego – już inaczej myśleć nie potrafią”. W innym zaś miejscu matka tragicznie zmarłego prezydenta rzuca mimochodem, że Rosjanie nawet kłamać porządnie nie potrafią.

Inny film przedstawiający podobny obraz Rosji i Rosjan to List z Polski, będący w istocie próbą wstrząśnięcia sumieniem zachodniej opinii publicznej, apelem o zajęcie się sprawą katastrofy, przedstawionej jako logiczny element rosyjskiej polityki imperialnej oraz rosyjskiego planu zagarnięcia Polski. Rosjan oskarża się o spowodowanie katastrofy, jednak bezpośrednie dowody są bardzo skąpe (mówi się o uzupełnianiu żarówek na lotnisku oraz o niezabezpieczeniu wraku). Główne argumenty zaś mają charakter historyczny i geopolityczny. Rosja miała dokonać zamachu na prezydenta Kaczyńskiego, ponieważ: (1) Zawsze nastawała na niepodległość Polski. Przypomniane są rozbiory (bardzo wyeksponowany zostaje obraz Matejki przedstawiający Rejtana), 17 września 1939 r., zbrodnia katyńska oraz podporządkowanie Polski po II wojnie światowej. (2) Prowadzi politykę imperialną, dążąc do powiększania swojej strefy wpływów. Mówi się więc o podporządkowywaniu sobie przez Rosję Kirgizji, Ukrainy, Gruzji, a także o rurociągu Nord Stream. (3) Jest państwem niedemokratycznym, eliminującym swoich przeciwników. Bardzo eksponowane są zabójstwa Politkowskiej, Starowojtowej, Litwinienki, a także próba otrucia Juszczenki. Wszystko to są dowody na brutalność rosyjskiej władzy. (4) Kierowała nią niechęć do Lecha Kaczyńskiego. Rosjanie mieliby nie lubić Kaczyńskiego za jego zachowanie podczas konfliktu gruzińskiego. Rosjanie chcieli się więc pozbyć tak niezależnego przeciwnika albo się na nim zemścić.

Podkreślona też zostaje obawa o to, że zostaniemy zdradzeni, oszukani przez zachodnich sojuszników. W tym duchu komentowany jest fakt absencji przywódców zachodnich na pogrzebie Lecha Kaczyńskiego. Film kończy obraz maszyny wytwarzającej wielkie ilości sztucznej mgły. W Liście z Polski może bardziej niż w innych filmach widoczna jest wyłożona przez Zaryckiego logika budowania polskiej tożsamości przez odniesienia do Rosji i Europy. Oto Polak pisze list do swoich współbraci Europejczyków, wskazując na dzikość i brutalność wschodniego sąsiada, a zarazem próbując w nich wzbudzić wyrzuty sumienia z powodu ich nielojalności zarówno przedtem (rok 1939 i 1945), jak i teraz.

Społeczne reperkusje

Jedynym na dobrą sprawę filmem, który przeciwstawia się wizji zawartej w dokumentach „prawicowych”, jest Katastrofa Artura Żmijewskiego. Nie jest to jednak przeciwstawienie wyraźne, bo Żmijewski nie ma temperamentu trybuna politycznego, bliżej mu do etnografa, rejestrującego obyczaje i formy ludzkich zachowań. Katastrofa ma więc na pierwszy rzut oka charakter chłodnego zapisu i tylko rozłożenie akcentów, a może także pozaekranowa wiedza o związkach autora ze środowiskiem „Krytyki Politycznej” skłaniają do szukania w tym filmie jakiejś przewodniej myśli. Nie ma gwarancji, że taka interpretacja jest trafna, bo film jest – jak już wspominałem – mało wyrazisty pod względem retorycznym.

W Katastrofie zwraca uwagę zainteresowanie ceremoniałami. Żmijewski długo, może nawet do przesady celebruje uroczystości pogrzebowe, msze, defiladę karawanów przejeżdżających przez miasto. Jego szczególną uwagę przyciągają ceremonie religijne, zarówno oficjalne jak msze, jak i nieformalne, kiedy grupki ludzi śpiewają pieśni religijne albo gdy przy rozmaitych okazjach eksponuje się krzyż. Film ma formę chłodnej, etnograficznej rejestracji, więc przejawia skłonność do umieszczania widza trochę „na zewnątrz” – choć rzeczywiste reakcje konkretnych widzów mogą być różne. Z tej zewnętrznej perspektywy łatwo dostrzega się to, co – gdy się tkwi wewnątrz – często umyka refleksji, a co zresztą niektórzy komentatorzy podnosili: zdominowanie nie tylko uroczystości, ale i całego pejzażu ówczesnej Polski przez formy, treści i obyczaje katolickie. Niektóre z owych odbywających się pod znakiem krzyża ceremoniałów mogą wzbudzać niepokój, jak bardzo napastliwe, agresywne, jawnie polityczne wystąpienia księży na mszy pogrzebowej Przemysława Gosiewskiego czy też scena pod koniec filmu, gdy idący pod krzyżem mężczyzna nawołuje przez megafon, by „zjednoczyć się przeciw hordzie ubeckiej zbrodniarzy narodu polskiego”. Koresponduje to zresztą z inną właściwością filmu, jaką jest nagromadzenie niemałej liczby ludzi odbiegających od normy. Najbardziej jaskrawym przykładem jest starszy, dystyngowany pan z krzyżem w ręku i medalem na piersi, który mówi, że nie umie się bić ani kłócić, potrafi jedynie zabijać. Padające następnie z jego ust słowa „uderzenie w krzyż to uderzenie w polskość” nie brzmią zachęcająco, i rzutują na inne tego typu opinie, wypowiadane w tym filmie całkiem często. Obok owego starszego pana mamy w filmie Żmijewskiego cała galerię dziwaków i osób rozchwianych emocjonalnie: panią, która mówi, że samolot spadł, bo była w nim zła energia; mężczyznę deklarującego, że wyjaśniłby sprawę katastrofy w 10 dni, ale by go zamordowali; lwowiaka, łkającego histerycznie, że nie pozwalają mu się modlić za prezydenta; mężczyznę w obszernym wywodzie przyrównującego Lecha Kaczyńskiego do brzydkiego kaczątka i jeszcze przynajmniej parę innych osób. W filmie Żmijewskiego te sceny są rozrzedzone, przedzielane innymi, mniej nacechowanymi, ale jeśli je wypreparować i zebrać razem, to pojawia się myśl, że przesłaniem tego filmu mogłyby być słowa wypowiedziane w innymi filmie „smoleńskim”: W milczeniu Ewy Ewart. Jedna z kobiet, krewna ofiary katastrofy, mówi tam: „Ta katastrofa wyzwoliła w narodzie polskim najgorsze cechy”. W następnym ujęciu inna stwierdza: „Gdzieś coś było zduszone, a teraz dostaje pożywkę i wyłazi”. Jeśliby interpretować film Żmijewskiego w ten sposób, to tytułową katastrofą byłby nie tylko – a nawet nie przede wszystkim – wypadek samolotowy, lecz właśnie jego społeczne reperkusje.

Na tle rozchwianych emocjonalnie Polaków bardzo dobre wrażenie robią Rosjanie. Ich obraz jest zupełnie odmienny niż w późniejszym od Katastrofy filmie Gargas. Nie boją się mówić, są otwarci, życzliwi, konkretni. Naoczni świadkowie katastrofy opowiadają, jak samolot uderzył w drzewo, relacjonują to szczegółowo. Pod koniec filmu zaś Żmijewski pokazuje reakcje Rosjan na polskie oskarżenia. Widzimy Polaków, którzy mówią, że katastrofa była zaplanowanym morderstwem, po czym następuje kilka wypowiedzi zwykłych Rosjan na ulicy, pytanych, czy katastrofa mogła być spiskiem. Wszyscy oni, jak to ujął Tadeusz Sobolewski, „pukają się w czoło” (Tadeusz Sobolewski, Jak tulipany zastępowały pochodnie, „Gazeta Wyborcza” z 20 grudnia 2010). Padają odpowiedzi typu: „Jaki spisek, o czym wy mówicie? Przecież jesteśmy sąsiadami. Co byśmy z tego mieli? Co za bzdury?”; „No coś Pan… Nie powinno się zadawać tak prowokacyjnych pytań. My też przeżywamy tę katastrofę. To był czyjś błąd, a nie spisek”. Następnie wracamy do Polski, na Krakowskie Przedmieście, gdzie tłum śpiewa: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana. Taka wielka dziś Twoja rana. Jakże długo cierpienie twe trwa”. To zestawienie nie wypada korzystnie dla Polaków, pogrążonych w archaicznych rytuałach, łatwo rzucających bezpodstawne oskarżenia. Zarazem, ta krótka scena z filmu Żmijewskiego odczarowuje demoniczny obraz Rosji i Rosjan. Pokazuje zwykłych ludzi, przechadzających się, spacerujących, niesprawiających wrażenia ani zbrodniczych, ani przestraszonych, jakże odległych od tych z obrazu, jaki został nakreślony w filmach Pilisa czy Gargas.

W dokumentach smoleńskich główny nacisk został położony na społeczne i polityczne konsekwencje katastrofy. Mało natomiast mówiło się o wymiarze czysto ludzkim, o tragedii rodzin. Wyjątkiem jest wspomniany już film Ewy Ewart, W milczeniu. Pojawia się w nim około dwadzieścioro krewnych ofiar katastrofy, często osób mało znanych, niewystępujących w mediach, mówiących o tym, w jaki sposób dowiedziały się o katastrofie, jak to przeżywały, jak sobie z tym radzą. Relacje przeplatane są zdjęciami z miejsca katastrofy, następnie z ceremonii pogrzebowych, a uzupełniają je filmy i fotografie rodzinne. Polityka pojawia się, owszem, ale jako tło, i to raczej tło niestosowne, które sprawia, że prywatna tragedia staje się sprawą narodową, wbrew intencji wielu rodzin. Inny film, który w zamiarze miał być podobny, to dwuczęściowa Lista pasażerów Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego. Film ten charakteryzuje się wspaniałym, bardzo umiejętnym montażem zdjęć i filmów rodzinnych, ale niestety przez bardzo stronniczy dobór rozmówców, z których większość to członkowie rodzin prominentnych przedstawicieli prawicy, od dawna zaangażowani w krytykę poczynań państwa w związku z katastrofą oraz wskutek bardzo ostrych wypowiedzi niektórych z nich, w niektórych swoich fragmentach traci intymny charakter i staje się kolejną formą czysto politycznego wystąpienia.

„Drugi obieg”?

Kreśląc na wstępie ogólną mapę dokumentów smoleńskich, zwróciłem uwagę na pewną asymetrię, polegającą na tym, że filmy „prawicowe”, za wyjątkiem jednego (Solidarni 2010) nie byłe emitowane przez największe stacje telewizyjne. Jest to swoisty ewenement. Zdecydowana większość filmów dokumentalnych w Polsce powstaje w powiązaniu – tego czy innego typu – z głównymi stacjami telewizyjnymi, zwłaszcza z telewizją publiczną, jest to również główny kanał emisji tego typu filmów. Ponadto wiele filmów dokumentalnych korzysta ze wsparcia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Z tego punktu widzenia filmy smoleńskie (jak również cały dorobek prawicowego studia Open Group) jest czymś niezwykłym. Oto bowiem duża grupa filmów o spójnym profilu światopoglądowym powstaje całkowicie poza normalnymi kanałami produkcji i dystrybucji właściwymi dla tego typu kina. Ich zwolennicy mówią w związku z tym o „drugim obiegu”, nawiązując do fenomenu opozycyjnej, podziemnej działalności wydawniczej w PRL-u. Sądzę, że jest to określenie zdecydowanie na wyrost. Autorom tych filmów nie grożą represje ani prześladowania, co najwyżej krytyka, w demokratycznym kraju będąca czymś normalnym i wręcz pożądanym. Ich filmy ukazują się legalnie, są dołączane do ogólnopolskich gazet (jak „Gazeta Polska” czy „Rzeczpospolita”), pokazywane na publicznych zebraniach, nie mówiąc już o tym, że wszystkie je można obejrzeć w Internecie. Jeśli więc można mówić o „drugim obiegu”, to w zupełnie innym aniżeli w okresie PRL znaczeniu. Ich „drugoobiegowość” polega na tym, że nie korzystają – jak już wspomniałem – z pomocy instytucji ustawowo wspierających w Polsce produkcję filmów dokumentalnych (jak PISF) i nie są emitowane przez największe stacje telewizyjne, czyli TVP, TVN i Polsat (ale przez inne i owszem, np. Anatomię upadku pokazywała telewizja Puls). Daje to okazję do formułowania zarzutów o wspieranie przez największe polskie media rządzącego „układu” politycznego. Jest to sytuacja szczególnie niewygodna dla telewizji publicznej. O ile bowiem media prywatne mają większą swobodę w kształtowaniu swojego programu, to na telewizji publicznej spoczywa obowiązek tzw. misji, który można rozumieć między innymi jako obowiązek bezstronnego wspomagania debaty publicznej. Jak więc powinno być? Czy największe sieci telewizyjne w Polsce, w tym zwłaszcza telewizja publiczna, powinny pokazywać filmy dokumentalne potwierdzające tezę o zamachu, za który najprawdopodobniej odpowiadają rosyjskie służby specjalne, a może również polski rząd? Można temu pytaniu nadać formę ogólniejszą: czy największe stacje telewizyjne powinny pokazywać każdy film dokumentalny, który jest zgodny ze światopoglądem pewnej części społeczeństwa, czy też mają prawo do prowadzenia własnej polityki programowej? Osobiście przychylam się do tej drugiej odpowiedzi: telewizja ma prawo, a nawet obowiązek, profilowania swojego programu zgodnie z własną linią redakcyjną i stojącymi za nią wartościami. Niektóre „prawicowe” dokumenty smoleńskie odwołują się do dosyć mgławicowych teorii dotyczących katastrofy, a w swej wymowie społecznej mają zbyt wiele jadu, by można było łatwo podjąć decyzję o ich emisji. Być może trudniej przyszłoby mi to pisać, gdyby eliminacja z programu kilku stacji skazywała je na niebyt publiczny. Tak jednak nie jest. Są one powszechnie dostępne i kto chce, z łatwością może je obejrzeć.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter