70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W świetle samospaleń

Tradycyjne kampanie informacyjne nie znikają z repertuaru organizacji protybetańskich. Coraz większą wagę przywiązuje się jednak do bliższego kontaktu z Chińczykami i wymiany informacji. Oni sami poszukują rzetelnych wiadomości, nieobciążonych propagandowym przesłaniem. Zwiększa się liczba Chińczyków solidaryzujących się ze sprawą Tybetu.

Świetnie zna chiński. Pracuje jako tłumacz dla chińskich firm w Indiach i indyjskich współpracujących z Chińczykami. Dobrze zarabia. Indusom słabo wychodzi nauka chińskiego, a potrzeby są duże. Nie wszyscy zleceniodawcy wiedzą, że jest Tybetańczykiem, choć tego nie ukrywa.

Dwudziestopięcioletni Lodhen od 12 lat mieszka w Indiach na uchodźstwie. Studiuje język chiński na Uniwersytecie Dźawaharlala Nehru w New Delhi, jednym z najlepszych w kraju. Wcześniej próbował swoich sił w naukach ścisłych. Młodzi Tybetańczycy, podobnie jak Indusi, wychowywani są w przekonaniu, że tylko takie wykształcenie może zapewnić dobrą pracę w przyszłości. Ponieważ w czasie nauki w szkołach dla uchodźców zarządzanych przez Tybetańską Administrację Centralną, jak oficjalnie nazywa się tybetański rząd na uchodźstwie, Lodhen osiągał zawsze najlepsze wyniki, wszyscy widzieli w nim przyszłego inżyniera albo menedżera. On też. Szybko przekonał się jednak, że nauki ścisłe nie są dla niego. Być może na decyzję o zmianie kierunku studiów wpływ miała wiadomość o śmierci matki, którą przekazał mu ojciec podczas ich pierwszej od 12 lat rozmowy. By ją odbyć, Lodhen musiał udać się do Nepalu. Dzwoniąc z Indii, mógłby narazić rodzinę na niebezpieczeństwo. Telefony z Indii, tolerujących obecność i działalność Dalajlamy, „wilka w mnisich szatach”, jak go określa chińska propaganda, zawsze budzą podejrzliwość władz.

Jako uczeń dostawał tygodniowo po kilka rupii (kilkanaście groszy) kieszonkowego. Nie miał też w Indiach żadnej rodziny, która mogłaby go wspomóc finansowo albo towarzyszyć w wyjeździe do Nepalu. Kiedy tam dotarł, zadzwonił do bogatego mieszkańca swojej rodzinnej wioski w Tybecie. Ten kazał mu zadzwonić jeszcze raz za kilkanaście minut. To były długie, ale bardzo ekscytujące minuty. Nie rozmawiał z rodzicami odkąd wyjechał z domu przed 12 laty.

Kiedy zadzwonił ponownie, w słuchawce usłyszał głos ojca. Londhenowi o policzkach spłynęły łzy. Słyszał też, że głos ojca się załamuje. Ostatni raz widzieli się w Nepalu. Pojechali na rodzinny wyjazd w nagrodę dla dzieci za dobre wyniki w nauce. Lodhen był najlepszym uczniem w swojej szkole, jego rodzeństwo również było bardzo zdolne. Tybetańczycy żyjący w nepalskiej diasporze nie przestawali namawiać ojca, by wysłał zdolnego syna do Indii. Tam, w wolnym kraju, będzie miał możliwość zdobycia dobrej edukacji i dostanie szansę na lepsze życie. Ojciec długo bił się z myślami. W końcu zapytał syna, czy chciałby opuścić Tybet i wyjechać do Indii. Trzynastoletni, pełen marzeń i zapału Lodhen był podekscytowany możliwością podróży i zobaczenia obcego kraju. Nigdy wcześniej nie opuszczał swojej rodzinnej wioski, a teraz, jak mu się wydawało, świat stał przed nim otworem. Nie myślał wtedy, że może już nie zobaczyć swojej rodziny. Pragnął przygody, innego, lepszego życia. Postanowił nie wracać z ojcem do domu.

Po kilku minutach rozmowy z ojcem, Lodhen poprosił do telefonu matkę. Ojciec milczał. Matka zmarła kilkanaście miesięcy wcześniej. Nie mieli jak przekazać synowi informacji o jej chorobie. Kiedy Lodhen wrócił do Indii, jego wyniki w nauce bardzo się pogorszyły. Rzucił studia techniczne. Ale oprócz edukacji nie miał żadnej alternatywy. Nie dostawał już żadnego stypendium. Przypomniał sobie o swoim marzeniu sprzed paru lat – chciał jeszcze raz zobaczyć swoją rodzinę. Wiedział, że musi się uczyć. Musi być najlepszym studentem. Tylko wtedy będzie miał szansę na zagraniczne stypendium. Po paru latach intensywnej nauki i ciężkiej pracy może dostanie obywatelstwo w jakimś zachodnim kraju i wtedy będzie mógł bezpiecznie odwiedzić Tybet.

Miał wtedy 20 lat. Wiedział, że indyjska gospodarka ma silne związki z chińską. Postanowił uczyć się języka chińskiego. Podstaw nauczył się jeszcze jako chłopiec w Tybecie.

– Miałem nadzieję, że to zapewni mi pracę. Na szczęście obecnie mam sporo zleceń. Gdy trochę się usamodzielnię, skończę studia, chciałbym zacząć działać na rzecz Tybetu. Znając chiński, mogę monitorować chińską prasę. Może założę bloga poświęconego sprawie Tybetu, który będzie źródłem informacji nieobciążonych chińską propagandą. Chciałbym też napisać powieść o miłości pewnej chińsko-tybetańskiej pary … – zamyśla się.

Boso przez Himalaje

Lodhen jest jednym ze 128 tys. członków diaspory tybetańskiej, spośród których większość, 94 tys., mieszka w Indiach. Uchodźcy napływają tu nieprzerwanie od 1959 r., kiedy to Chiny ostatecznie przypieczętowały okupację Tybetu, zmuszając Dalajlamę, duchowego i politycznego przywódcę kraju do ucieczki. Trasa ucieczki Tybetańczyków wiedzie przez Nepal. Od kilku lat, dzięki temu, że granicę chińsko-nepalską można przekroczyć transportem samochodowym, do ośrodków dla uchodźców w Nepalu i Indiach trafia mniej Tybetańczyków z trwałymi uszczerbkami na zdrowiu. Wcześniej musieli pieszo, nierzadko boso, przejść przez Himalaje. Odmrożenia, wyziębienia, złamania, choroby niejednokrotnie były ich jedynym bagażem w nowym wolnym świecie. Trudy podróży doskonale pamięta czterdziestoletnia Tybetanka, pracowniczka ośrodka dla nowo przybyłych uchodźców, która w latach 90. wraz z czwórką towarzyszy przez 26 dni szła pieszo przez Himalaje, by dostać się do Nepalu, a stamtąd do Indii.

– Chociaż minęło już tyle czasu, nadal pamiętam, że bardzo długo leczyłam odmrożenia. Ale jestem szczęśliwa, że od 20 lat nie muszę się bać, zastanawiać nad tym, co myślę i mówię. Mogę chodzić do buddyjskiej świątyni, gdy tylko mam na to ochotę.

Jednak boi się podawać swojego imienia. W Tybecie żyje jej ojciec i pięcioro rodzeństwa. Chciała ich odwiedzić, ale odmówiono jej chińskiej wizy.

Tybetańska Administracja Centralna z siedzibą w Dharamśali, niewielkim górskim miasteczku w północnych Indiach, sprawnie zarządza społecznością tybetańską na uchodźstwie. Jednym z jej najważniejszych ministerstw jest Departament Edukacji. Co roku do Indii przybywają nowi uchodźcy, spośród których większość to poszukująca lepszej edukacji młodzież. W zajmowanym od ponad 50 lat przez Chiny Tybecie szkolnictwo jest na bardzo niskim poziomie. Zajęcia prowadzone są zazwyczaj w języku chińskim, który Tybetańczycy znają w słabym stopniu. Przez to nie rozumieją przekazywanych im treści, nie zdają egzaminów. W Indiach dobrze funkcjonują Tybetańskie Wioski Dziecięce, sieć szkół, gdzie naucza się języka tybetańskiego, angielskiego, hindi (urzędowy język Indii) oraz innych przedmiotów szkolnych jak matematyka czy geografia.

W jednej z takich szkół uczą się dzieci Dhondupa Łangczena (Dhondupa Wangdchena), twórcy filmu dokumentalnego Poza strachem, który od 2009 r. jest więziony przez chińskie władze. Przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2008 Łangczen, narażając swoje życie jeździł po kraju i filmował rozpaczliwe głosy zmęczonych uciskiem Tybetańczyków. Zaledwie kilka dni przed jego aresztowaniem udało się wywieźć film za granicę, dzięki czemu w ponad 30 krajach można było zobaczyć jak żyje się Tybetańczykom pod chińskimi rządami. Jego żona, Lhamo Tso, wraz z dziećmi przebywała wtedy w Dharamśali, gdzie mieszkają do dzisiaj. Lhamo codziennie od 1 w nocy piecze tradycyjny tybetański chleb, by od samego rana sprzedawać go na ulicy. Po południu, gdy odbierze już dzieci ze szkoły prowadzi kampanię na rzecz uwolnienia swojego męża, który w bezprawnym procesie został skazany na 6 lat w chińskim więzieniu, gdzie można trafić choćby za posiadanie zdjęcia Dalajlamy czy tybetańskiej flagi narodowej.

Głód Amy Adhe

Urgen Tenzin, dyrektor Tybetańskiego Centrum Praw Człowieka i Demokracji ocenia, że obecnie w chińskich więzieniach przebywa 1300 tybetańskich więźniów politycznych. Jedną z nich była Ama Adhe. Przez 27 lat przetrzymywana w chińskich więzieniach, gdzie była torturowana i głodzona. Trafiła tam w 1958 r. za udział w ruchu oporu przeciwko chińskiej inwazji na Tybet. Wraz z nią zatrzymano 300 innych kobiet, które brały udział w protestach przeciwko obecności chińskich wojsk w Tybecie.
– Chińska armia zaatakowała najpierw wschodnie prowincje. Przybyła z hasłami wyzwolenia narodu tybetańskiego, a zaczęła torturować mieszkańców. Od 1956 r. wraz z dwójką rodzeństwa braliśmy udział w akcjach protestacyjnych przeciwko działaniom chińskich żołnierzy na naszej ziemi. W końcu wszyscy wylądowaliśmy w więzieniu, a armia kontynuowała marsz w głąb kraju.
Ama została przewieziona do więzienia na terenie Chin. Panowały tam przerażające warunki i nieprawdopodobny rygor.
– Dostawałyśmy tylko łyżkę zupy kukurydzianej dziennie.
Z głodu więźniarki zjadały podeszwy własnych butów. Po półtora roku żyły tylko 4 kobiety – w tym Ama Adhe – które pracowały przy dokarmianiu zwierząt. Po kilku latach Ama została przetransportowana do więzienia na terenie dawnego Tybetu, gdzie warunki były nieco lepsze. Więźniowie dostawali jedzenie, tortury zdarzały się rzadko. Ale Ama straciła rodzinę. Jej rodzeństwo nie przeżyło więziennych trudów. Męża otruto. Synek zmarł. Dla córki, która miała zaledwie kilka miesięcy w chwili zatrzymania matki, Ama stała się w zasadzie obcą osobą.
– Przeżyłam tylko dzięki modlitwie do bogini Tary i Jego Świątobliwości Dalajlamy. Przyrzekłam sobie, że jeśli to wszystko przetrwam swoją opowieść przekażę innym.
Szukając sensu dalszego życia Ama Adhe chciała dać świadectwo o okrucieństwach reżimu, by cierpienia Tybetańczyków nie odeszły w zapomnienie.

– Pierwsze lata po wyjściu z więzienia były koszmarem. Straciłam swój dom. Splądrowano mój kraj, zniszczono świątynie, wycięto wiele lasów. Tybet nie przypominał już tego miejsca, co dawniej. Wieloletni głód sprawił, że moje ciało było wrakiem.
Gdy po jakimś czasie zdołała odbudować swoje zdrowie, władze Chińskiej Republiki Ludowej wydały jej dokumenty podróżne myśląc, że sprowadzi do Chin swoich krewnych, którzy uciekli z Tybetu kilka lat wcześniej. Obiecano jej państwową posadę, gdy wróci z zagranicy. Podpisała zobowiązanie do milczenia na temat lat spędzonych w więzieniu, ukrywając, że dokładnie w tym celu opuszcza Tybet. Od tego czasu, promując swoją autobiografię zawierającą szczegółowy opis jej przeżyć, odwiedziła 19 krajów. Książka została przetłumaczona na wiele języków, w tym chiński. Podczas zagranicznych podróży Ama Adhe spotykała się też z chińskimi studentami. Chętnie z nimi rozmawiała, podkreślając, że wrogiem jest reżim, a nie ludzie. Obecnie mieszka w skromnym pokoju w zapuszczonym ośrodku dla uchodźców w Dharamśali, gdzie jej najwierniejszym towarzyszem jest stary pies. Schorowane kolana osiemdziesięciotrzylatki nie pozwalają jej na częste opuszczanie budynku. Tutaj przyjmuje gości z zagranicy, którzy pragną spotkać się z kimś, kto pamięta niepodległy Tybet.

Dalajlama w Central Parku

Ośrodki dla tybetański uchodźców w Indiach są często świadkami niezwykłych spotkań, jak te gdy byli polityczni więźniowie spotykają się z Zhao , chińską badaczką historii Tybetu. Dotychczas ich jedyny kontakt z Chińczykami ograniczał się do funkcjonariuszy policji, żołnierzy czy współwięźniów. Zhao jest pierwszą spotkaną po latach obywatelką Chin, której nie muszą się bać.
– To było słoneczne popołudnie, rok 1997. Spacerowałam po Central Parku w Nowym Jorku, gdzie byłam na stypendium naukowym. Odbywał się tam wykład Dalajlamy. Coś skłoniło mnie, by zostać do końca. Wsłuchiwałam się w słowa Jego Świątobliwości. Jego przemowa otworzyła mi oczy – mówi Zhao.
Uświadomiła sobie, że nic nie wie o Tybecie, poza tym, że jest to intensywnie modernizowana część Chin o surowym klimacie, bogata w surowce naturalne, gdzie Chińczycy mogą się osiedlać na dobrych warunkach. Dalajlamę zna jedynie z chińskich informacji, zgodnych z krajową propagandą. Tego dnia postanowiła, że będzie badać dzieje Tybetu.

– Najcenniejsze są dla mnie świadectwa naocznych świadków wydarzeń z lat 50. Niestety większość uczestników tybetańskiego ruchu oporu, który został rozbity wraz z wkroczeniem chińskiej armii do Lhasy w 1959 r., już nie żyje. Ci do których uda się dotrzeć w Chinach, niechętnie ze mną rozmawiają. Myślę, że bardzo się boją i nie chcą przywoływać bolesnych wspomnień. Inaczej sytuacja wygląda z najstarszymi uchodźcami, którzy żyją w Indiach. Często czują ogromną potrzebę podzielenia się swoją tragiczną historią. Nie chcą by świat zapomniał o krzywdzie jaka dzieje się na dachu świata. Jeśli tylko zdrowie im jeszcze na to pozwala, z zaangażowaniem opowiadają o swoich losach.
Zhao publikuje po chińsku w wydawnictwach amerykańskich i tajwańskich. Jej chiński blog ma rekordową ilość odwiedzin. Mówi, że młode pokolenie Chińczyków nie wierzy partii. I nie wierzy też Dalajlamie. Wychowało się na propagandzie oskarżającej go o nieczyste intencje. W efekcie szuka innych źródeł informacji, bo nie wie już, co jest prawdą. Dla Zhao, kwestia Tybetu nie jest tylko sprawą tybetańską. To także sprawa chińska, bowiem wolny Tybet oznaczałby wolność Chin, które od lat nękane są cenzurą i poważnymi naruszeniami praw człowieka.

– Kiedy jestem w Indiach, nie dzwonię do swojej rodziny. To byłoby zbyt niebezpieczne –Zhao bardzo obawia się o bezpieczeństwo swoje jak i swojej rodziny, która na domiar złego nie rozumie jej działalności, a nawet nie wierzy w wyniki jej badań. Na szczęście międzynarodowa społeczność aktywistów działających na rzecz Tybetu docenia pracę Zhao. Mogła się o tym przekonać na 6. Międzynarodowej Konferencji Grup Wspierających Tybet, która odbyła się w Indiach pod koniec 2010 r. Była jedną z 258 osób z blisko 60 krajów uczestniczących w tym kilkudniowym spotkaniu współorganizowanym przez Tybetańską Administrację Centralną. Jego celem była ocena aktualnej sytuacji przestrzegania praw człowieka w Tybecie oraz wypracowanie skuteczniejszych form działania na rzecz Tybetu. Obecność kilkunastu chińskich reprezentantów, głównie z Hongkongu i Tajwanu, została bardzo przychylnie odebrana przez tybetańską administrację, która uznała to za dowód „wzrastającego zrozumienia społeczeństwa chińskiego dla rzeczywistości w Tybecie oraz roli jaką społeczność ta odegra w formowaniu rozwiązania kwestii tybetańskiej”.
Na pytanie, czy nie boi się tak ryzykować, Zhao odpowiada po chwili milczenia:
– Uważam, że to mój obowiązek. Ludzie powinni znać prawdę.

Dla chińskiej badaczki drążenie najnowszej historii Chin i podawanie do publicznej wiadomości informacji niejednokrotnie sprzecznych z oficjalnym przekazem władz państwowych niewątpliwie jest niebezpieczne. Wbrew pozorom zachodni paszport również nie gwarantuje aktywistom bezpieczeństwa, o czym przekonała się Brytyjka Mandie McKeown, pracująca w International Tibet Network, organizacji skupiającej ponad 180 różnych stowarzyszeń działających na rzecz Tybetu. W 2008 r. po raz pierwszy i zarazem ostatni odwiedziła Chiny. 20 sierpnia została zatrzymana przez chińską policję za udział w protybetańskim proteście podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. W nocy dwoje Amerykanów i Niemiec pochodzenia tybetańskiego rozkładali flagę tybetańską w pobliżu stadionu olimpijskiego. Mandie dokumentowała to zdarzenie odpowiadając zgromadzonym dziennikarzom o przesłaniu akcji. Po chwili zjawili się chińscy funkcjonariusze ubrani po cywilnemu. Aresztowali protestujących oraz Mandie.
– Myśleliśmy, że po kilkugodzinnym przesłuchaniu zostaniemy deportowani. Tak działo się zazwyczaj w przypadku obcokrajowców protestujących na terenie Chin w tym czasie.

Stało się jednak inaczej. Mieli spędzić w areszcie 10 dni. Mandie była wielokrotnie przesłuchiwana bez obecności adwokata. Kiedy z posterunku policji przewieziono ją do więzienia miała nadzieję, że w końcu uda jej się zasnąć. Niestety została poddana kolejnemu kilkunastogodzinnemu przesłuchaniu. Domagano się by podpisała deklarację, w której stwierdza, że Tybet zawsze był częścią Chin. Nie zgodziła się. Nie pozwolono jej zasnąć przez ponad dwie doby. W sumie spędziła w niewoli 4 dni. Do jej przedwczesnego zwolnienia przyczyniła się interwencja premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna. Mandie dostała zakaz wjazdu na teren Chin przez 6 lat. Funkcjonariusze nie omieszkali jej poinformować, że jeśli kiedyś ponownie znajdzie się na chińskim terytorium nic nie stanie na przeszkodzie, by zaaresztować ją, jej męża oraz dwoje małych dzieci.

Tysiące aktywistów na całym świecie co jakiś czas próbuje poruszyć sumienie demokratycznego świata, organizując demonstracje, protesty, czy typowe dla Tybetańczyków żyjących w Indiach strajki głodowe. Aktywiści uprzykrzają wizyty chińskich przedstawicieli, organizując spektakularne protesty, głównie na terenie Indii. W duchu sprawiedliwości społecznej szkoli się Tybetańczyków na całym świecie, by stali się odpowiedzialnymi liderami swoich społeczności. Tradycyjne już kampanie informacyjne nie znikają z repertuaru organizacji protybetańskich. Coraz większą wagę przywiązuje się jednak do bliższego kontaktu z Chińczykami i wymiany informacji. Oni sami coraz częściej poszukują rzetelnych wiadomości, nieobciążonych propagandowym przesłaniem. Stąd zwiększająca się liczba Chińczyków solidaryzujących się ze sprawą Tybetu.

Tybetańska diaspora uchodzi za najlepiej zorganizowaną społeczność na uchodźstwie. W ciągu 52 lat od powołania Tybetańskiej Administracji Centralnej przeszła ogromną metamorfozę stając się demokratycznym mechanizmem dbającym o równy status płci, zrównoważony rozwój środowiska czy ostudzanie postaw ekstremistycznych. Ale co z Tybetańczykami żyjącymi w Tybecie? W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przez Tybet przetoczyła się fala samopodpaleń. Ponad 90 młodych osób poświęciło życie w rozpaczliwym geście wołania o pomoc.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter